var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: lechita.net

Kikut po powołaniu: Nie liczyłem na to, ale szoku też nie ma

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2010-11-29 16:25:18

Marcin Kikut od nas dowiedział się o powołaniu do reprezentacji Polski na mecz z Bośnią i Hercegowiną. Obrońca Lecha Poznań przyjął to dość spokojnie. Przy okazji portal 2x45.com.pl nie mógł nie zapytać o zbliżający się mecz z Juventusem Turyn w Lidze Europy.

2x45.com.pl: - Zna Pan już listę powołanych na mecz z Bośnią?
Marcin Kikut:
 - Nie, jeszcze nie.

 - To informuję Pana, że jest na niej Pana nazwisko. Zaskoczony?
 - Jakoś specjalnie się nie nastawiałem na powołanie, bo to po prostu nie ma sensu. Trzeba cały czas robić swoje. Z drugiej strony wiedziałem jednak, że w tej rundzie forma była całkiem przyzwoita i czułem się na siłach, by w kadrze wystąpić. Jestem zadowolony. Nie robiłem sobie wielkich nadziei, ale mocnego zaskoczenia też nie ma. Zawsze wszystko zależy od selekcjonera. Czasem dany piłkarz gra super, a jest pomijany, inny prezentuje się średnio, a dostaje zaufanie. Wszystko zależy od trenera i jego wizji. 

 - Dojdą Panu dodatkowe obowiązki, ale sam wyjazd do Turcji przy obecnej pogodzie w Polsce to chyba miła perspektywa, prawda?
 - Oczywiście. W takiej sytuacji nie ma żadnego znaczenia, czy obowiązków będzie więcej, czy mniej. Dla piłkarza najważniejsze, żeby był zdrowy, a jeśli jest zdrowy, żeby grał. Wtedy wszystko inne schodzi na dalszy plan. Mniej czasu wolnego absolutnie mnie nie martwi (śmiech).

 - Jak Pan wspomniał, to Pana najlepsza runda w karierze, więc zauważenie przez trenera reprezentacji można chyba traktować jako ostateczne docenienie Pana dobrej gry?
 - Tak, dokładnie. Pojawiła się wisienka na torcie w postaci powołania. Nic, tylko się cieszyć. Budowałem tę formę od sierpnia, starałem się ją utrzymać przez cały czas na przyzwoitym poziomie i na samym końcu otrzymuję nagrodę. To ważne dla zawodnika, bo przekonuje się, że ciężka praca nie idzie na marne, a gdy jest się docenianym przez innych, radość jest podwójna.

 - Paradoksalnie, przy Pana wzlocie trzeba powiedzieć o upadku Lecha na krajowym podwórku, dopiero jedenaste miejsce...
 - Jesteśmy mocno niezadowoleni z tego wyniku. Czeka nas jeszcze mecz z Widzewem, który trzeba bezwzględnie wygrać. Na pewno nie o takim dorobku i miejscu marzyliśmy, ale nie pozostaje nam nic innego, jak walczyć w każdym kolejnym spotkaniu o zwycięstwo. Zobaczymy, na jakiej ostatecznie lokacie zakończymy ten rok. Wtedy przyjdzie pora na analizę i wyznaczenie jakichś celów na wiosnę. Ale krótko mówiąc: drużyna jest bardzo rozczarowana rezultatami, które osiąga w Ekstraklasie.

 - Odnośnie celów: nadal myślicie o mistrzostwie Polski? Czy może teraz wystarczy Wam już tylko załapanie się na podium?
 - Tak jak mówię, poczekajmy do przerwy zimowej. Póki co, nie myślimy i nie rozmawiamy o takich rzeczach. Nie ma się jednak co oszukiwać, każdą stratą punktów komplikujemy sobie sytuację i podobnie było w Kielcach. Tylko zremisowaliśmy, a punkty uciekły też Jagiellonii i mieliśmy szansę, by zmniejszyć dystans do dziewięciu punktów. To nie byłoby już takie najgorsze. Trudno teraz precyzować sobie cele, natomiast musimy za wszelką cenę dojść do takiej formy, żeby od samego początku rundy rewanżowej seryjnie wygrywać. Łatwo nie będzie, ale to jedyna droga do obrony tytułu. 

 - W meczu z Koroną wydawało się, że Lech gra na remis. Trener ściąga jedynego napastnika, potem Sławomira Peszko...
 - Tak to z boku mogło wyglądać. Jose Maria Bakero podjął takie, a nie inne decyzje. My mimo wszystko staraliśmy się wygrać, choć na hurra też się na rywala nie rzuciliśmy. Każdy widział, jakie były warunki. Jedna przypadkowa akcja mogła przesądzić o losach spotkania. Walczyliśmy o zwycięstwo, ale rzeczywiście, momentami brakowało armat.

 - Już w środę wielkie starcie z Juventusem. To najważniejszy mecz w Pana dotychczasowej karierze?
 - Myślę, że chyba tak. Najważniejsze, żeby był zwycięski i dał nam awans do następnej rundy. To równie ważne spotkanie dla samego Lecha, dla historii klubu. Stoimy przed dużą szansą wyjścia z bardzo mocnej grupy i ogrania przeciwnika z najwyższej półki, bo na niej Juventus wciąż się znajduje. Warto byłoby zapisać pozytywny rozdział w dziejach "Kolejorza". 

 - Ceni Pan szczególnie któregoś z piłkarzy "Starej Damy"?
 - Alessandro Del Piero. To zawodnik, którego jeszcze za młodu bardzo się podziwiało. Jest symbolem Juventusu i włoskiej piłki. Możliwość zagrania przeciwko niemu to wielka przyjemność, a jeszcze przyjemniej byłoby wygrać z nim i jego kolegami. Ogólnie całe "Juve"  to niezwykle mocna drużyna. Musimy wznieść się na wyżyny swoich umiejętności.

 - Jak Pan reaguje przed meczami tego kalibru? Już kilka dni wcześniej jest Pan podekscytowany, czy dopiero na parę godzin przed pierwszym gwizdkiem adrenalina daje o sobie znać?
 - Raczej podchodzę do tego spokojnie. Ekscytacja rośnie na samym końcu, gdy już jesteśmy skoszarowani. Wcześniej oczywiście też myślę o meczu, ale zbytnie nakręcanie się jest pozbawione sensu. Zawodnik może wtedy się spalić, niepotrzebnie traci energię na wyobrażanie sobie pewnych wydarzeń. Mi przynajmniej coś takiego nie służy. Wolę zbyt wcześnie nie włączać emocji.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się