var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: skysports.com

Radosław Majewski: Szkoda mi Daniela Kokosińskiego

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2010-12-07 15:52:02

Radosław Majewski nie gra już tak często w Nottingham jak w poprzednim sezonie, ale zachowuje spokój, bo jak mówi w wywiadzie dla 2x45.com.pl, w Anglii nauczył się większej cierpliwości. Reprezentant Polski stara się być na bieżąco z krajową piłką i wie, co się dzieje w Polonii Warszawa - jego byłym klubie. Najbardziej żal mu... Daniela Kokosińskiego.

2x45.com.pl: - W obecnych rozgrywkach nie pojawia się już Pan na boisku tak regularnie, jak wcześniej. Z czego to wynika?
Radosław Majewski:
 - To znaczy tak. Na początku sezonu grałem w pierwszym składzie, później trochę się pozmieniało. Skoro jest nas sześciu, siedmiu do gry w pomocy, to trener mógł dokonać zmian. Mieliśmy kilka słabszych występów, przegrywaliśmy, menedżer chciał przeprowadzić jakieś roszady i padło na mnie. Na moją niekorzyść, ale z korzyścią dla drużyny. Wszedł za mnie gość, strzelił dwa gole no i łącznie nastrzelał już tych goli dziewięć [Lewis McGugan, przyp. red.]. Z czasem znów zacząłem grać, później ponownie trafiłem na ławkę i sytuacja ciągle się zmienia. Ważne, że sezon jest długi i cały czas znajduję się blisko składu, meczowej kadry. W każdym momencie do gry jest gotowych 18-19 piłkarzy i każdy ma chwilę, kiedy może się pokazać. Teraz ja nie gram, gra ktoś inny. Najważniejszy zawsze jest interes zespołu. 

 - Menedżer rozmawiał z Panem na ten temat? Sugerował, żeby coś Pan robił inaczej?
 - Nie, takiej rozmowy nie było. Natomiast nawet jak nie grałem trener mówił, że na treningach dobrze pracuję. Był czas, że wróciłem do składu, zdobyłem bramkę, potem znów zagrałem. Później szkoleniowiec kolejny raz coś zmienił. W trakcie meczów najczęściej pierwszy do zejścia jestem ja lub inny ofensywny pomocnik i menedżer wpuszcza dodatkowego napastnika. Gdy w danej konfiguracji nam się nie układa, szuka czegoś innego. Można powiedzieć, że po prostu jest w drużynie większa konkurencja niż w tamtym sezonie. Ale tak jak mówię, wiem, na co mnie stać. Jakąś ilość meczów się gra, a jakąś nie. Ciągle trzeba być gotowym, bo trener potrafi namieszać w składzie nawet po wygranym spotkaniu. Mamy dobrą, ciekawą drużynę, tylko jeszcze musimy zdobywać trochę więcej punktów.

 - O co w tym sezonie walczy Nottingham? 
 - O to samo, co w poprzednich rozgrywkach. Chcemy być w pierwszej szóstce, dającej prawo gry w fazie play-off. Im wyżej w tym gronie się znajdziemy, tym oczywiście lepiej. Dogonić Queens Park Rangers i Cardiff City będzie już trudno. Idą jak burza, zwłaszcza ci pierwsi. Najważniejszy będzie grudzień i styczeń. Wtedy jest najwięcej kolejek i można zgarnąć najwięcej punktów. Ten okres zacznie się już niedługo. W ciągu dziewięciu dni zagramy cztery mecze, jest dwanaście oczek do uzyskania. Morderczy okres. Wtedy wyklaruje się nasza pozycja. Do końca jeszcze bardzo daleko. Za nami dopiero 20. kolejka, my mamy 19 spotkań, bo ostatnie zostało przełożone. Czeka nas jeszcze 27 meczów w samej lidze, czyli ogromna liczba. 

 - Długo drużyna zbierała się po przegranym dwumeczu z Blackpool o awans do Premier League?
 - Na pewno było to duże rozczarowanie, w rewanżu wszystko posypało się w ciągu kilku chwil. Na wyjeździe zremisowaliśmy, u siebie też objęliśmy prowadzenie, ale skończyło się fatalnie. Myślę jednak, że Blackpool zasłużenie awansowało do meczu finałowego, co pokazuje teraz swoją postawą w angielskiej ekstraklasie. W drugim spotkaniu rywale stworzyli sobie znacznie więcej sytuacji. Każdy z nas był wtedy zawiedzony, wszyscy schodzili z boiska ze spuszczonymi głowami. Od razu mieliśmy wakacje, odpoczęliśmy, wróciliśmy do klubu. Odbyło się spotkanie z trenerem, który mówił, że trzeba o tym zapomnieć, to już było i musimy udowodnić w kolejnym sezonie, że zasługiwaliśmy wtedy na awans.

 - Mimo że w Nottingham różnie się Panu wiedzie, otrzymuje Pan regularnie powołania od Franciszka Smudy. Na boisko rzadko jednak Pana wpuszcza.
 - Trochę paradoksalna sytuacja. Gdy cały czas grałem, rzadko przyjeżdżałem na kadrę, a teraz gram mniej w klubie, za to częściej dostaję powołania. Najważniejsze, że mam lepsze relacje z selekcjonerem i za każdym razem bierze mnie on pod uwagę przy rozsyłaniu nominacji. To cieszy. A w Anglii nauczyłem się być bardziej cierpliwym, nie przeżywam już, że nie zagrałem w jednym czy drugim meczu, bo meczów w tej lidze jest milion (śmiech). No, powiedzmy, że 50, do tego puchary krajowe, więc wychodzi 60 spotkań w sezonie. Tak samo jest z reprezentacją. Przeważnie występują inni, ale będę robił cały czas swoje, żeby dostać kolejną szansę i móc pokazać swoje umiejętności selekcjonerowi. Mówiłem mu, jak wygląda sytuacja, że jest duża konkurencja i nie zawsze gram. Rotacja w klubie nie ustaje. Nie było chyba jeszcze tak, żebyśmy w dwóch meczach pod rząd wystąpili w tym samym zestawieniu. Nie narzekam, rywalizacja może mi tylko pomóc i sprawić, że będę jeszcze lepszy.

 - Zamieszanie po Pana wypowiedzi po przylocie z Kanady to był konflikt ze Smudą, czy jedynie nieporozumienie?
 - To było nieporozumienie. Powiedziałem przed kamerami, że jestem niezadowolony, bo mało grałem za Oceanem. Może ktoś mnie źle zrozumiał, albo ja źle się wyraziłem. Wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni po tej naprawdę długiej podróży. Jeśli jadę na zgrupowanie reprezentacji, chcę dać z siebie sto procent i chcę grać. Nie zadowalam się samym powołaniem, chcę jeszcze więcej. To chyba normalne. Za ambicję nie zamierzałem trenera przepraszać. Co najwyżej za to, że publicznie powiedziałem o swoim niezadowoleniu. Żałuję, że wcześniej sobie tego z nim nie wyjaśniłem. Ale cieszę się, że potem porozmawialiśmy i ten problem jest już za nami. Było drobne nieporozumienie, żadnego konfliktu. 

 - Teraz jest trochę ciszej o Panu, ale jakiś rok temu nie było gazety czy portalu, który nie miałby z Panem wywiadu. Nie męczyła Pana ta popularność?
 - Nie, jestem przecież w Anglii i raczej nikt nie przychodzi do ogródka, żeby mnie podglądać (śmiech). Przyzwyczaiłem się do kontaktów z dziennikarzami. Nie znaczy to, że w Warszawie cały czas za mną chodzili. Teraz kontaktujemy się na odległość, na telefon. Jak mam ochotę, odbiorę, jeśli nie, to nie odbieram. Może faktycznie ostatnio dzwonią rzadziej, bo nie zawsze gram. Niby dwa gole w tym sezonie już strzeliłem, ale ja sam oczekuję od siebie więcej. A powiem szczerze, że to, czy ktoś o mnie pisał, czy pisał dobrze albo źle, niezbyt mnie interesuje. Nauczyłem się już odpowiednio do tego podchodzić. Pracuję tak samo i ani nie noszę głowy w chmurach po tekście pochwalnym, ani nie spuszczam jej w dół po medialnej krytyce.

 - Teraz spora część uwagi mediów przeniosła się na Tomasza Cywkę z Derby. Chłopak świetnie sobie radzi!
 - Tomek... Tomek, on tak się nazywa, tak? (śmiech) Pytam dla pewności, gdyż jeszcze nie miałem okazji go poznać i nie widziałem nigdy jak gra. Można powiedzieć, że on i Derby spisują się równie dobrze, jak ja i Nottingham pod koniec ubiegłego roku. Cieszę się, że następny Polak radzi sobie w Championship i zwiększa zainteresowanie tą ligą w naszym kraju. Fajnie, że jest taka rywalizacja, tym bardziej że mecze Nottingham z Derby to walka o lokalny prestiż, niemalże jak starcia Polonii Warszawa z Legią, czy Wisły z Cracovią. Dobrze Cywce idzie, strzela gole, więc nie było możliwości, żeby media się nim nie zainteresowały. Życzę mu powodzenia, poza meczami z Nottingham (śmiech). 

 - 29 grudnia Pana zespół zmierzy się właśnie z Derby. Na trybunach będzie Smuda, więc pojawi się okazja, żeby porozmawiać zarówno z nim jak i z Cywką...
 - Cieszę się z tego. Sądzę, że selekcjoner trafi na dobry mecz, przynajmniej pod względem kibiców, atmosfery. Miejmy nadzieję, że na boisku też zobaczy coś interesującego. Jestem ciekawy, bo jak wspominałem, nigdy jeszcze nie oglądałem Tomka w akcji, nie grałem przeciwko niemu. Derby dobrze się spisuje, my też powoli łapiemy rytm, choć ostatnio Leicester nieco nas wyhamowało [porażka 0:1, przyp. red.]. Nadal jest jednak dobrze. Tylko pogoda, która nikogo w Anglii teraz nie rozpieszcza, może tu coś popsuć.

 - Pomówmy jeszcze o Pana byłym klubie, Poloni Warszawa. Jak Pan patrzy z boku na kolejne pomysły prezesa Józefa Wojciechowskiego, to chyba się cieszy, że już nie gra przy Konwiktorskiej, prawda?
 - Cały czas są różne zawirowania są w tym klubie. Gdy byłem w Polonii, przeżywałem to samo i wiem, jak to wygląda. Teraz widzę, że prezes daje z siebie jeszcze więcej i wymyśla coraz dziwniejsze rzeczy. Ostatnio słyszałem o tym Klubie Kokosa, a akurat znam Daniela Kokosińskiego, grałem z nim i przykro mi, że Wojciechowski wypowiada się o nim w taki sposób. Prezes ma swoje fanaberie, choć ogólnie uważam go za dość barwną postać. Jeśli jesteś piłkarzem Polonii, musisz być cały czas na topie, inaczej prezes zaraz użyje bata i nawet reprezentant Polski może wylądować w Klubie Kokosa (śmiech). Mam internet, czasem poczytam różne doniesienia i chwilami jest niezły ubaw. Szkoda chłopaków, bo nie zajmują zbyt wysokiego miejsca, a na pewno przed sezonem zakładali co innego. Przed nimi jednak runda rewanżowa, jeszcze wiele może się zdarzyć.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się