var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Dawid Plizga: Kontuzje zmieniły mnie na... plus

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2010-12-16 14:58:55

Gdyby nie urazy, dziś mógłby być znacznie wyżej. Dawid Plizga już w 2004 roku błyszczał w barwach GKS Katowice i początek w Zagłębiu Lubin również miał udany. Teraz 25-letni skrzydłowy się odradza i jak przekonuje w rozmowie z 2x45.com.pl, kontuzje również mu... pomogły.

2x45.com.pl:- Ma Pan 25 lat, czyli znajduje się w wieku, w którym często rozstrzyga się: albo będzie Pan piłkarzem przez duże "P", albo utonie w ligowej szarzyźnie. Ostatnie miesiące dają nadzieję na to pierwsze.
Dawid Plizga:
- No tak, dają nadzieję. Która z tych wersji się sprawdzi, zależy już tylko ode mnie i od tego, jak podejdę do swoich obowiązków. Mogę chyba o sobie powiedzieć, również mając na myśli te liczne urazy, że już wiele doświadczyłem w futbolu, ale jeszcze nie czyni mnie to piłkarzem. Choć oczywiście chciałbym nim być.

 - Przeżywa Pan teraz najlepsze chwile w karierze?
 - Tak. Mówi się, że w wieku 25-30 lat zawodnik powinien pokazywać pełnię swoich możliwości, więc wierzę, że właśnie zaczynam wkraczać w ten okres.

 - Ma Pan wiele wspólnego z Szymonem Pawłowskim, prawda? Gracie podobnie, obaj zmagaliście się z kontuzjami, teraz decydujecie o ofensywie Zagłębia i dostaliście powołanie do reprezentacji.
 - Zgadza się. Uważam, że problemy zdrowotne w jakimś stopniu kształtują nasze przyszłe decyzje, bo one wbrew pozorom nie tylko przeszkadzają. Po przebytych kontuzjach można wynieść dla siebie sporo pozytywnych rzeczy, jak choćby w kwestii podejścia do swoich obowiązków. A także co do ogólnego podejścia do piłki i szacunku dla życia, zdrowia. 

 - W przypadku podejścia bo obowiązków, jakie zmiany zaszły u Pana?
 - Kiedyś pół godziny przed treningiem była zbiórka, więc wtedy po prostu stawiałem się w klubie i tyle. Wychodziłem na boisko, później prysznic i do domu. Teraz przyjeżdżam półtorej godziny przed zajęciami, a wyjeżdżam dopiero godzinę po. Cały czas nad sobą pracuję, rozwijam się. Mam trenera od przygotowania fizycznego i fizjoterapeutę, z którym regularnie współpracuję. 

 - Gdyby wcześniej Pan to zmienił, byłaby szansa na mniejszą liczbę urazów?
 - Trudno powiedzieć, bo tutaj nie na wszystko mogę mieć wpływ. Jeśli rywal chce mi nogi połamać, zrobi to bez względu na to, ile i jak trenuję. Nic mnie od tego nie uchroni. Mam za sobą kontuzję kolana, uszkodzenie więzadeł i byłem bezradny. Więzadła nie można wzmocnić poprzez trening. Jest uraz i trudno, trzeba sobie z nim poradzić. Tak samo, gdy dopadły mnie kłopoty z barkiem. W tym przypadku chodziło o stawy, dużo nad nimi pracowałem, ale szczęście nie dopisało i później złapałem kontuzję drugiego barku. To wypadki losowe, na które nic się nie poradzi.

 - Sugeruje Pan, że w naszej lidze są zawodnicy, których bardziej od gry w piłkę interesuje  łamanie nóg przeciwnikom?
 - Nie, broń Boże. Ale poważne kontuzje się zdarzają, taki już jest sport. Na boisku wszyscy walczą, zdarzają się sytuacje kontaktowe i w różnych momentach różnie człowiek reaguje. Niektórzy mają mocniejsze kości, inni słabsze. To ryzyko, na które się piszemy: może doznać urazu groźnego dla zdrowia.  

 - Po tylu kontuzjach zdarza się Panu odstawić nogę na boisku, żeby nie kusić losu?
 - Akurat wychodzę z założenia, że bez sensu jest odpuszczać w stykowych sytuacjach, bo jeśli coś ma mi się stać, to i tak nic nie zrobię. A paradoksalnie wiele urazów wynika z tego, że próbuje się czasem odstawić nogę w trakcie gry. Jeśli walczysz na pełnych obrotach, jesteś "nabuzowany", nic nie powinno się stać.

 - Wracając jeszcze do Pawłowskiego. Czy to właśnie z nim ma Pan najwięcej wspólnych tematów do rozmowy?
 - W miarę możliwości z każdym kolegą z zespołu staram się utrzymywać dobry kontakt, nie tylko na boisku, ale również w życiu prywatnym. Nie chcę robić sobie wrogów i obecnie mi się to udaje. Ciężko powiedzieć, czy akurat z Szymonem rozmawiam najwięcej. Częściej chyba staram się to robić z młodszymi kolegami, którzy chwilami przejawiają jeszcze zbyt swobodne podejście do sportu.

 - Nie mogę nie wspomnieć o reprezentacji i meczu z Bośnią, bo to był Pana debiut. Jakie wspomnienia Pan zachowa?
 - Pozytywów raczej mało. Jakby nie było, zremisowaliśmy tak naprawdę z reprezentacją bośniackiej ligi. Debiut to jednak debiut, takiego meczu się nie zapomni. Występ daleki był od najlepszych, ale z pewnością na zawsze pozostanie w mojej pamięci. 

 - Przed meczem odczuwał Pan więcej stresu, czy pozytywnej adrenaliny, ekscytacji?
 - Tremy nie było, w końcu rozegrałem ponad sto meczów w Ekstraklasie, więc jakieś doświadczenie posiadam. Swój stres przeżyłem już we wcześniejszych latach. Wiedziałem, co mam robić na boisku i jakie zadania wyznaczył mi Franciszek Smuda. Starałem się podchodzić do tego meczu jak do każdego innego.

 - Długo był Pan jednak mało widoczny. Z czego to wynikało?
 - Nie wiem. Może było tak dlatego, że otrzymałem więcej zadań defensywnych niż ofensywnych i częściej przebywałem na własnej połowie niż na połowie Bośni.

 - Przejdźmy do Zagłębia. Relacje kibiców z klubem są dalekie od ideału. Drużyna to jakoś odczuwa?
 - Na pewno, szczególnie w meczach u siebie. Jeśli przychodzi pięć, sześć tysięcy ludzi, a na trybunach panuje cisza lub słychać gwizdy, nie da się przejść nad tym do porządku dziennego. To jednak trwa tylko do pierwszego gwizdka sędziego. W trakcie spotkania już tego nie odczuwamy. Myślimy tylko o tym, jak strzelić gola i samemu go nie stracić. Oczywiście, z dopingiem jest zawsze inaczej, dodaje nam skrzydeł i pcha do przodu.

 - Skoro dziesiąte miejsce nikogo w klubie nie zadowala, to które?
 - Takie, które byłoby adekwatne do naszych możliwości, czyli jak dla mnie w pierwszej ósemce. Na razie do końca tego potencjału nie pokazujemy. Tabela jest strasznie płaszczona. Do piątego miejsca tracimy ledwie cztery punkty, więc równie dobrze można to odrobić w dwóch meczach. Musimy zawsze szukać zwycięstwa i liczyć na to, że wszystko ułoży się po naszej myśli. 

 - Pana kontrakt wygasa w czerwcu. Co dalej?
 - Nie wiem. Jeszcze nad tym nie myślałem. Do końca sezonu jestem związany z Zagłębiem. Co będzie dalej, zobaczymy.

 - Naprawdę działacze nie dali żadnego sygnału? Jeszcze kilkanaście dni i każdy klub będzie mógł z Panem rozmawiać...
 - Jak dotąd nie odbyłem z władzami klubu żadnej rozmowy na temat swojej przyszłości.

 - Chciałby Pan zostać w Lubinie? Ma Pan teraz swoje pięć minut, jest zapewne szansa na lepszy klub. Drugi raz może się nie powtórzyć.
 - Wszystko zależy od tego, jak potoczą się negocjacje z działaczami Zagłębia, czyli jaką przedstawią ofertę, jaką będą mieli wizję drużyny na następne lata. Wiem, że pewnie byłaby możliwość przejścia do topowego klubu w Polsce, ale wszystko jest w moich nogach. Wiosną na boisku muszę pokazać, na co mnie stać. Od tego będzie zależeć zarówno moja przyszłość jak i Zagłębia. 

 - Jakieś sygnały z innych klubów już są? Może coś z zagranicy?
 - Menedżer dawał do zrozumienia, że jest parę zapytań, ale bez żadnych konkretów. Co do wyjazdu za granicę, nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. Wiem tylko, że do czerwca jestem w Zagłębiu.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się