var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Abdou Razack Traore, perła (z) Wybrzeża

Autor: rozmawiał Paweł Muzyka
2010-12-26 22:11:28

Wywiad z zawodnikiem Lechii Gdańsk, Abdou Razackiem Traore. Opublikowany na łamach tygodnika "Tylko Piłka". Teraz publikowany u nas, za zgodą autora. Polecamy, znakomita lektura!

***

Napadnięty podczas wakacji przez uzbrojonych bandytów ledwo uszedł z życiem. W Rosenborgu Trondheim pobił kolegę z zespołu i skonfliktował się z trenerem. Dziś reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej, Abdou Razack Traore gra w Lechii Gdańsk, do której – jak twierdzi – zaprowadził go sam Allah.

 - Abdou Traore, jeden z pięćdziesięciu najlepiej rokujących piłkarskich talentów świata – tak niegdyś pisał magazyn „World Soccer”. To jeszcze o tobie? Wciąż aktualne?
- Sam chciałbym wiedzieć. Wierzę, że nieprzypadkowo znalazłem się w rankingu tej gazety. Nigdy nie potraktowałem tego obojętnie, jako zwykły wymysł dziennikarzy. Pomyślałem – „Abdou, to naprawdę duża rzecz, ci ludzie jednak coś w tobie widzą”. Wzmocniło mnie to mentalnie i zmotywowało do ciężkiej pracy.

 - I ta praca zaprowadziła cię z Rosenborga Trondheim do Lechii Gdańsk? Nie za niski pułap, jak na ten, zdaniem niektórych, nieprzeciętny talent?
- Hej, spokojnie. Nie uważasz, że życie piłkarza naprawdę często zależy od przypadku? Kilka razy mogłem trafić gdzieś indziej, miałem ciekawe propozycje, blokowane przez moich poprzednich pracodawców. Tłumaczyłem sobie, że taka jest właśnie wola Boga, Allaha. W końcu Rosenborg zgodził się, bym odszedł do Lechii i jestem z tego zadowolony. Rozwinę się tu jako piłkarz.

 - Lechia kupiła cię za 100 tysięcy euro. Pół roku wcześniej Wisła dawała trzy razy tyle, dwa razy podejmowała negocjacje. Co poszło nie tak? Dlaczego nie grasz dziś w Krakowie?
- Kluby się nie dogadały, bo Rosenborg w tym czasie wcale nie chciał ze mnie rezygnować. Sam uważałem tę ofertę za korzystną. Nie grałem regularnie w pierwszym składzie, więc pomyślałem, że pójdę do Polski i taki reset dobrze mi zrobi. Ale nic z tego, w Trondheim zablokowali transfer. Prosiłem, ale prezesi się nie zgodzili. Trudno, widocznie Bóg tak chciał.

 - Znowu mówisz o Bogu. Nie uważasz, że zasady islamu są bardzo uciążliwe przy trybie życia jaki prowadzi profesjonalny piłkarz?
- Oczywiście, są wymagające. Nie każda religia wymaga, by modlić się pięć razy dziennie. Nie w każdej trzeba powstrzymywać się od jedzenia i picia, ale ja to akceptuję i stosuję się do tych reguł. Myślisz, że gdybym ich nie przestrzegał, grałbym lepiej? Sądzę, że byłoby właśnie odwrotnie.

 - Saidi Ntibazonkiza z Cracovii w czasie ostatniego Ramadanu nie jadł i nie pił od świtu do zmierzchu. Zagrał mecz ligowy, w czasie którego stracił pięć kilogramów wagi, a na koniec doznał kontuzji. Uważasz, że to wszystko przypadek?
- Nie wiem, ale pięć kilogramów to bardzo dużo. Ja straciłem około dwóch, chociaż w tym czasie nie miałem akurat gry w lidze, tylko same treningi. Poza tym, jeśli mam być z tobą szczery, dzień meczu jest w czasie ramadanu jedynym, w którym wyłamuję się od zasad mojej religii. Jem i piję. Piłka to mój zawód, a żeby dobrze grać, muszę mieć power.

 - Zadomowiłeś się już w Gdańsku? Złapałeś wspólny język z zawodnikami Lechii?
- Pewnie. Klub wynajął mi mieszkanie w tym samym bloku z Marko Bajiciem i „Pupim”, jednym z najmłodszych chłopaków w naszej drużynie [Jakubem Popielarzem – przyp. red.]. Spędzamy razem czas, wspólnie możemy dojeżdżać do klubu, więc jest fajnie. Poza tym w Gdańsku są ze mną żona Aichata i dwuletnia córka, Tyra. W Trondheim nie czuły się dobrze, dlatego teraz staram się poświęcać im jak najwięcej czasu. A naprawdę jest tu co robić. Chodzimy na zakupy do Galerii Bałtyckiej, spacerujemy po starym mieście, poznajemy waszą kuchnię. No i muszę przyznać, że, nigdy wcześniej nie spotkałem się z sytuacją, by trzy duże miasta leżały tak blisko siebie, jak Gdańsk, Gdynia i Sopot.

 - Masz za sobą pierwszy mecz derbowy pomiędzy Lechią a Arką. Dlatego pewnie już wiesz, że nie wszędzie w Trójmieście kibice będą cię witać z życzliwością.
- No jasne, szybko zorientowałem się, co jest grane. Wygląda na to, że w Arce to ja już nigdy nie zagram (śmiech). Ci kibice są tak szaleni na punkcie swoich klubów, że w ogóle nie mogę sobie wyobrazić takiej sytuacji.

 - Wiedziałeś cokolwiek o Polsce, gdy w sierpniu wsiadałeś na pokład samolotu do Gdańska?
- Prawie nic. W Internecie obejrzałem tylko trochę filmików z waszej ligi. Miałem też pozytywne wspomnienia z meczu sparingowego Rosenborga z Lechem Poznań. Wiesz, byłem wtedy naprawdę zaskoczony, że przyjeżdża do nas jakaś drużyna z Polski i gra tak dobrą piłkę. Przechodząc do Lechii, miałem nadzieję, że w waszym kraju jest więcej takich klubów.

 - Zaledwie kilka tygodni po swoim debiucie zostałeś wybrany trzecim piłkarzem miesiąca września w Ekstraklasie. Pomyślałeś: „tu będzie łatwiej niż w Norwegii”?
- Ale ja to wiem, że będzie łatwiej! Musi być łatwiej, jeśli jesteś lepszym zawodnikiem niż byłeś wcześniej. Ja cały czas jestem młody, ale mam już doświadczenie, które mogę przenieść do gry w Lechii i dzięki temu spisywać się lepiej niż w Rosenborgu. O wynikach tego głosowania dowiedziałem się w szatni i wcale nie byłem zaskoczony. Trenuję bardzo ciężko i jeśli coś mi się udaje, po prostu wiem, że na to zasłużyłem.

 - Jak Tomasz Kafarski wypada w porównaniu ze szkoleniowcami, z którymi współpracowałeś w swoich poprzednich klubach?
- Każdy trener ma coś, co nazywacie filozofią futbolu. W filozofii Kafarskiego imponuje mi jego kontakt z zespołem. Każdemu z osobna próbuje wpoić pewność siebie. Nie jest jak wielu trenerów, którzy wchodzą do szatni i nie liczą się z zawodnikami, bo myślą: „ja tu jestem szefem i teraz będę wami rządził”.

 - Gdy do Gdańska przychodził Deleu, kibice skandowali: „Je.. murzyna, Lechia to biała drużyna.” Już was zaakceptowali czy problem rasizmu dalej się pojawia?
- Słyszałem o tamtej sprawie, ale dziś ani ja, ani Deleu nie mamy problemu z kibicami. Wszystko się uspokoiło zanim przyszedłem do klubu. Czasem tylko, gdy idę ulicą, dostrzegam te dziwne spojrzenia. Niektórzy zachowują się tak, jakby nigdy nie widzieli czarnego człowieka. Na szczęście nikt jeszcze do mnie nie podszedł i nie powiedział niczego złego. Ale jeśli mam być szczery, w Polsce jest trochę gorzej niż w Norwegii.

 - Czyżby? Podobno właśnie na rasistowskim tle doszło do bójki między tobą a innym piłkarzem Rosenborga, Oyvindem Storflorem. Znokautowałeś go na treningu uderzeniem „z byka”, niczym Zidane na mundialu w 2006 roku.
- No tak, ale to był wyjątek… W nerwach powiedział coś o moim kolorze skóry, dlatego tak ostro zareagowałem. Nie lubię dziś o tym opowiadać, bo przyrzekłem sobie, że muszę zostawić za sobą wszystko, co było złe w Rosenborgu. Lechia jest dla mnie całkiem nowym rozdziałem.

 - Cofnijmy się na razie do początku tej historii. Wychowałeś się w Abidżanie, stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej. Opowiedz o nim.
- Abidżan to ważne miasto dla Afryki. Znane wszystkim na kontynencie, jak Rzym czy Madryt w Europie. Leży nad samym morzem i jest dużym handlowym portem. Kojarzysz Michaela Essiena albo Emmanuela Adebayora? Oni nie są z Wybrzeża Kości Słoniowej, ale jestem pewien, że wiedzą gdzie jest Abidżan i nieraz w nim byli. Bo to silne i warte odwiedzenia miasto.

 - Jak wspominasz okres swojego dzieciństwa? Wiem, że wychowałeś się w wielodzietnej rodzinie. Miałeś siedmioro rodzeństwa. To prawda, że twój ojciec bardzo nie chciał, abyś został piłkarzem?
- Dzieciństwo? Nie było złe. Ale rzeczywiście mam aż trzech braci i cztery siostry, dlatego w naszej rodzinie nigdy się nie przelewało. Nie jest łatwo zarobić na tyle osób. Ojciec był szanowanym człowiekiem, nauczycielem. Bardzo zaganiał nas do nauki, chciał, abym skończył dobrą szkołę. Gdy powiedziałem mu, że zamierzam zająć się piłką, myślałem, że wyrzuci mnie z domu. Ciągle powtarzał tylko: „zrób szkołę, nie graj już… bla, bla, bla”. Mam nadzieję, że z perspektywy czasu jest ze mnie dumny. Coś mi przecież ta piłka dała. Poradziłem sobie.

 - Teraz zarabiasz wystarczająco dużo, by pomóc nie tylko rodzicom, ale każdemu z rodzeństwa. Wysyłasz czasem pieniądze do Afryki?
- Musisz zrozumieć, że mam już własną rodzinę, którą muszę się opiekować. Rodziców w Abidżanie odwiedzam tylko dwa razy do roku, latem i zimą. Chciałbym pomóc wybić się mojemu młodszemu bratu. Marzę, aby udało mu się wyjechać do Europy. On cały czas mi kibicuje, wyszukuje informacje na temat mojej gry. Zna wszystkie wyniki i wie dokładnie jak mi idzie. Też jest piłkarzem, silnym i wysokim napastnikiem, tylko jeszcze nie całkiem profesjonalnym. Na razie gra w drugiej lidze naszego kraju. Oby poszedł kiedyś tą drogą, co ja.

 - Może poleć go Lechii. Gracie trójką napastników, nie zaszkodzi przetestować kolejnego.
- To byłoby bardzo trudne. Tacy jak on, choć mają talent, nie potrafią od razu wejść w Europie na odpowiedni poziom. Musieliby najpierw dostać trochę czasu, potrenować, zaaklimatyzować się. Niewiele klubów na to pozwoli, bo dla nich liczą się pieniądze, wyniki i trofea. A ja daję słowo – w Afryce mamy setki, może tysiące utalentowanych piłkarzy, tylko świat się o nich nie dowiaduje, bo nie ma kogoś, kto by im pomógł. Myślisz, że w Abidżanie wśród swoich rówieśników zawsze byłem najlepszy? Pewnie, że nie. Tylko właśnie mnie ktoś dał szansę.

 - Mając szesnaście lat trafiłeś do jednego z największych klubów na kontynencie, Raji Casablanca. Komu to zawdzięczasz? Jak to się stało, że wyjechałeś w tak młodym wieku?
- Takie mamy realia. Afryka jest biedna i trzeba robić wszystko, żeby się wybić. Jeśli chcesz być dobry i zarabiać na życie, musisz liczyć się z wyrzeczeniami. W wyjeździe z kraju pomógł mi znajomy trener, mający kontakty w Maroku. To była dla mnie wielka szansa, dzięki której zostałem profesjonalnym piłkarzem. Pojechałem do Casablanki zupełnie sam, bez niczyjej pomocy. Dobrze, że na miejscu spotkałem innego chłopaka z Wybrzeża Kości Słoniowej i kilku zawodników z Mali. Stali się dla mnie drugą rodziną i pomogli tam przetrwać.

 - Do Maroka ściągają ostatnio znani, europejscy trenerzy – Eric Gerets czy Roger Lemerre. Jak w tym kraju traktuje się futbol? Weźmy dla przykładu derby Casablanki. Jak wypadały w porównaniu z derbami Trójmiasta albo szlagierami, które grałeś w Rosenborgu?
- Uwierz mi, Marokańczycy są naprawdę szaleni na punkcie futbolu! Przy tym jako kibice są bardzo wymagający. Jeśli ich piłkarz gra źle, nie będą dla niego wyrozumiali. Możesz liczyć na głośne gwizdy. Nasze mecze z Wydad Casablanca przyciągały tłumy, które zawsze reagowały bardzo żywiołowo. Atmosfera była na podobnym poziomie do tego, co zobaczyłem w Gdańsku.

 - A poziom organizacyjny i finansowy? Jak się miał do tego, co zastałeś w Lechii?
- To jasne, że w Polsce czy Norwegii organizacja klubów jest dużo lepsza. Kluby są profesjonalnie poukładane i można zarobić w nich dużo więcej pieniędzy. To jednak Europa i musisz wiedzieć, że tu piłkarz ma lepiej niż w jakimkolwiek kraju Afryki.

 - W wieku siedemnastu lat dostałeś ofertę ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, odrzuconą przez klub z Casablanki. Była atrakcyjna finansowo czy żaden szejk nie zamierzał płacić kroci małolatowi bez ugruntowanej marki?
- Czy była atrakcyjna? Proponowali mi wielkie pieniądze. Takie, od których może przewrócić się w głowie! Wszystko zaczęło się od tego, że z Rają Casablanca pojechaliśmy na turniej do Emiratów, na którym strzeliłem kilka goli i zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem imprezy. Po kilku dniach przyszedł do mnie prezes i mówi: „Chcą cię w Emiratach. Dają dobre pieniądze dla ciebie i dla klubu.” Moim największym celem było trafić do Europy, ale wtedy pewnie bym się zgodził. Nie wyszło tylko dlatego, że zaprotestował trener. Miał w klubie mocną pozycję i zażądał, abym został. Obiecał, że będę grał w pierwszej drużynie.

 - Rosenborg nie był pierwszym europejskim klubem, który chciał mieć cię w swoim składzie. Wyjaśnij, jak to dokładnie było.
- Poza ofertą z Emiratów, dostałem w tym samym czasie także propozycję z Francji. Chcieli mnie sprawdzić w Nantes, jednak trochę się obawiali, że sobie nie poradzę i zaproponowali tylko półroczną umowę. Ja wolałem podpisać kontrakt na dłużej, a wtedy oni powiedzieli „nie”.

 - Trener w Casablance szczególnie się nie zmartwił. Pomimo bardzo młodego wieku, byłeś jego pupilem.
- Jasne, ten gość mnie naprawdę uwielbiał. Był Argentyńczykiem, nazywał się Oscar Fullone. Pamiętam, jak pewnego razu klub zorganizował konferencję prasową, na którą mieliśmy przyjść razem. Gdy coś mi wypadło i nie przyjechałem na czas, trener zapytał: „gdzie jest Abdou? Bez niego nie zaczynamy.” Nie oszukuję, tak było. Miałem dopiero siedemnaście lat, ale byłem dla niego ważny.

 - Wreszcie w 2007 roku znalazłeś się w Rosenborgu. Tam też miałeś trochę szczęścia, trafiając na dwóch rodaków. Trzeba przyznać, dziś obaj robią większą karierę od ciebie.
- Tylko, że ja z całej naszej trójki jestem najmłodszy. Didier Ya Konan od niedawna gra w Hannoverze, a Issouf Kone odszedł do Cluj. Miałem ogromne szczęście, że na nich trafiłem. Fajnie nam się razem żyło. Wszyscy urodziliśmy się w Abidżanie. Do tego Kone ma podobnie jak ja obywatelstwo Bukina Faso i też grał w Raja Casablanca. Futbol to była nasza religia, dlatego uważam, że wszyscy trzej dojdziemy jeszcze do czegoś większego.

 - Wyjaśnij, skąd twoje podwójne obywatelstwo.
- Futbol. Tylko tyle.

 - Nie rozumiem...
- Mówię, że wszystko przez futbol. Mój dziadek reprezentował Burkina Faso. Tam znalazł żonę, zamieszkał i dlatego dziś ja też mam dwa paszporty.

 - Mógłbyś grać w ich kadrze czy czujesz się emocjonalnie związany z Wybrzeżem?
- Pewnie, że mógłbym. Nie wahałbym się ani przez moment, nie miałbym żadnych emocjonalnych wątpliwości. Powiedzmy, że potraktowałbym to jako część swojej pracy. Moją rolą jest grać w piłkę, więc jeśli chcą mnie w Burkina Faso, to przyjeżdżam i dla nich gram.

 - Widzisz szansę na debiut w barwach „Słoni”, jak często nazywa się reprezentację Wybrzeża Kości Słoniowej? Selekcjoner kadry kiedykolwiek kontaktował się z tobą, interesował się twoją formą?
- Muszę widzieć szansę gry w kadrze, skoro już raz dostałem do niej powołanie. Mało kto wie, że przez miesiąc trenowałem z reprezentacją Wybrzeża na specjalnym „campie”. Miałem okazję uczyć się od zawodników, których zna cały świat. Grać z nimi, rozmawiać. To była duża sprawa dla takiego młodego chłopaka jak ja. Do pełni szczęścia zabrakło tylko debiutu. Niestety, nie zagrałem w żadnym meczu.

 - Abdou Razack Traore bywa rozpoznawany na ulicach swojego kraju? Gdy lecisz do Abidżanu, czujesz się tam osobą znaną?
- Oczywiście. Gdy pojechaliśmy z Rosenborgiem na pierwszy mecz w Lidze Mistrzów z Chelsea, Didier Drogba dobrze wiedział kim jestem. Wielu zwykłych ludzi w Afryce też mnie zna.

 - Wiedzą, że grasz w Europie i zarabiasz duże pieniądze. Kiedyś postanowili to nawet wykorzystać. Wiesz, o co chcę cię zapytać… Opowiesz?
- To jeden z najbardziej dramatycznych momentów w moim życiu, ale przyzwyczaiłem się, że wszyscy o to pytają. Dwa lata temu w czasie wakacji miałem spotkanie w akademii piłkarskiej w Abidżanie. Nagle pojawiło się na nim czterech uzbrojonych facetów, którzy od razu podeszli do mnie. Przystawili pistolet do głowy, uderzyli trzy razy i powiedzieli, że mnie zabiją, jeśli nie dam im pieniędzy. Musiałem oddać naprawdę dużą kwotę, plus telefon komórkowy i zegarek. Nic więcej mi nie zrobili, ale nie wyszedłem z tego cało. Od tych uderzeń mam dziś wadę wzroku i muszę nosić szkła kontaktowe. Jestem też dużo ostrożniejszy. Wiem gdzie, kiedy i z kim mogę pójść.

 - Muszę zapytać jeszcze o Rosenborg. Przed dwoma, trzema laty wydawało się, że transfer do niego może być dla ciebie przystankiem do jeszcze lepszego klubu. Tymczasem dziś jesteś w Polsce, która od lat nie odnosi sukcesów, ani na szczeblu klubowym, ani reprezentacyjnym.
- Nikt nie powiedział, że jeśli mam talent, to od razu trafię do Barcelony. Na razie jestem w Lechii i czuję, że to dla mnie dobre miejsce. Mam z kim zagrać kombinacyjnie, wymienić kilka podań. Zawsze powtarzam, że moim największym wzorem jest Messi i staram się wykorzystywać te same atuty. Jestem szybki i niezły technicznie. Piłka nie plącze mi się między nogami. Wzoruję się na nim, bo chcę być tak samo dobrym piłkarzem. Na razie muszę jednak zapomnieć o wszystkim, co złe spotkało mnie w Norwegii. Chcę cieszyć się piłką i współpracą z kolegami.

 - Aż tak wiele złego masz do wymazania z pamięci?
- Mój status w drużynie Rosenborga nie był najlepszy. Najpierw musiałem się zaaklimatyzować, później złapałem kontuzję, zmienił się trener. Uważam, że miałem dużo pecha. W bardzo młodym wieku musiałem odnaleźć się w nowych realiach, poznać inną kulturę, nauczyć języka. Przynajmniej z nim po czterech latach radzę sobie naprawdę nieźle.

 - Aklimatyzacja to chyba słowo klucz. Wychowałeś się w Afryce, tam uczyłeś się gry w piłkę. Nagle trafiłeś do Norwegii, by trząść się z zimna przy każdej okazji do wyjścia z domu. Jak sobie z tym radziłeś?
- Na początku zupełnie nie mogłem się odnaleźć w takich warunkach. Musiałem żyć przy 15–20 stopniach Celsiusza na minusie, grać w padającym śniegu. Potrzebowałem czasu, żeby się przyzwyczaić. Szybko zorientowałem się, że piłka na zmrożonym boisku zachowuje się całkiem inaczej, ale powtarzałem sobie, że to moja praca i szansa, więc muszę się nauczyć żyć w nowym miejscu.

 - W Rosenborgu miałeś epizod z grą w obronie, choć jesteś zawodnikiem stricte ofensywnym. Na łamach norweskiej prasy protestowałeś, że trener marnuje twój talent i potencjał.
- Wszystko wzięło się z tego, że często grałem na lewym skrzydle. Gdy kontuzji doznał nasz boczny obrońca, trener przyszedł do mnie i powiedział, że przesunie mnie do tyłu, bo nie ma kogo wstawić do składu. Co ciekawe, zagrałem świetny mecz. Wybrano mnie najlepszym zawodnikiem na boisku. Ya Konan i Kone mówili do mnie przez chwilę „Roberto Carlos” (śmiech). Trenerowi tak się spodobało, że chciał mnie tam zostawić na dłużej. Wtedy się zbuntowałem. Raz mu pomogłem, ale nie po to byłem w Rosenborgu, żeby grać w obronie.

 - Skonfliktowałeś się z trenerem, pobiłeś z klubowym kolegą, za to odnoszę wrażenie, że szybko zyskałeś sympatię kibiców. Po odejściu do Lechii zasypali twój facebookowy profil bardzo życzliwymi wiadomościami.
- O tak, dostałem od ludzi z Trondheim masę miłych wiadomości. Niektórzy pisali, że brakuje im mnie i chcieliby, abym wrócił. To miłe, ale wiesz, że niemożliwe, trzeba iść dalej. Trondheim to nieduże miasto. Często mija się te same osoby na ulicy, łatwiej nawiązuje się znajomości.. Dobrze żyłem z kibicami Rosenborga i te dobre chwile zostaną we mnie.

 - Co będziesz wspominał jako największy sportowy sukces? Mistrzostwo Norwegii, a może występy w Lidze Mistrzów, remis z Chelsea na Stamford Bridge?
- Naszym największym sukcesem była postawa w europejskich pucharach. Najpierw awans do Ligi Mistrzów. Później zwycięstwo 2:0 nad Valencią i wyjazdowy remis z Chelsea. Niedługo po nim pracę stracił sam Mourinho. Nigdy tego nie zapomnę.

 - Stanąłeś wtedy naprzeciw największej piłkarskiej gwiazdy waszego kraju, Didiera Drogby. Już wcześniej wspominałeś, że nie byłeś dla niego anonimowy. Po tym remisie musiał zapamiętać cię jeszcze mocniej.
- Nie jesteśmy kumplami, ale bardzo go szanuję. Można powiedzieć, że jestem jego fanem. Drogba wiedział kim jestem. Jeszcze w czasie meczu wymieniliśmy kilka zdań. Prywatnie lepiej znam się z Kolo Toure z Manchesteru City i Emmanuelem Eboue z Arsenalu. Poznałem ich na zgrupowaniu reprezentacji. To naprawdę bardzo dobre chłopaki.

 - Za kilka lat chciałbyś pewnie być w podobnym punkcie kariery, jak oni. Wierzysz, że Lechia zdoła ci w tym pomóc?
- Cały czas dążę do tego, by iść wyżej i wyżej, krok po kroku. Ale kto wie, co będzie za rok czy dwa. Co ja mówię, rozmawiamy w hotelu przed meczem i ja nawet nie wiem, co będzie za te parę godzin. Może strzelę kilka goli i dostanę ofertę z silnego klubu, a może ktoś mi złamie nogę i nie będę mógł dalej grać w piłkę. Marzenia w futbolu nie są niczym dobrym. Jestem tu, gdzie jestem. Staram się robić swoje i dawać jak najwięcej drużynie, dla której gram. Obym kiedyś był tak dobry, że Lechia sprzeda mnie do dużego klubu i sama kupi za te pieniądze kilku innych piłkarzy…

zdjęcia w tekście: archiwum piłkarza


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się