var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Maciej Bykowski: Pospieszyłem się, odchodząc z Panathinaikosu

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2011-01-11 18:59:56

Maciej Bykowski jest jednym z tych, którzy mają pomóc ŁKS w awansie do Ekstraklasy. 33-letni napastnik w wywiadzie dla 2x45.com.pl spokojnie podchodzi do tematu swojej długiej passy bez strzelonego gola. Wspominamy też lepsze momenty jego kariery, m.in. grę w słynnym Panathinaikosie Ateny.

2x45.com.pl: - Ma Pan 33 lata i podpisał niedawno zapewne jeden z ostatnich kontraktów w karierze. Dlaczego właśnie ŁKS?
Maciej Bykowski:
- Jeden z ostatnich kontraktów, no zgadza się... Choć jeśli zdrowie pozwoli, jeszcze będę chciał trochę pograć. Dlaczego ŁKS? Tworzy się ciekawa drużyna, z ambicjami, czyli chęcią awansu do Ekstraklasy. Dostałem propozycję, więc dlaczego miałbym nie spróbować?

 - To była jedyna konkretna oferta? Po przygodzie z Polonią Bytom nie był Pan chyba rozchwytywany...
 - Jakieś tam propozycje się pojawiły, przeprowadziłem kilka rozmów, ale od samego początku najbardziej konkretna była oferta z Łodzi.

 - Wszyscy Pana teraz pytają o tę serię bez strzelonego gola. Jak się czuje napastnik, który grubo od ponad roku nie trafia do siatki?
 - Statystyki najbardziej lubią dziennikarze i to oni zawsze poruszają ten temat. Na pewno nie mam passy, którą mogę się chwalić, bo każdy wymaga od napastnika zdobywania bramek. I wierzę, że będę to robił w ŁKS, w końcu zmieniam ligę. Być może robię teraz nawet dwa kroki do tyłu, by jednak później zrobić trzy do przodu. 

 - Czyli zbyt mocno psychiki to Panu nie obciąża? Nie wychodzi Pan na boisko jedynie z obsesyjną myślą, by wreszcie strzelić gola?
 - Nie, naprawdę. Nie mam żadnej blokady. Takie serie zdarzały się już znacznie lepszym piłkarzom ode mnie i każdy w końcu jakoś się przełamywał. Podchodzę więc do tego spokojnie. A druga sprawa jest taka, że w Bytomiu nie zawsze grałem w ataku. Nie chciałbym się tutaj tłumaczyć, ale spójrzmy też na to z tej drugiej, innej strony. 

 - Andrzej Iwan, często komentujący Ekstraklasę, nieraz mówił o Panu: "Maciej Bykowski - najlepszy defensywny napastnik ligi". I coś w tym jest, bo zastawić się Pan umie, wymusić faul czy przetrzymać piłkę też, ale Pan w Polonii nawet sytuacji miał jak na lekarstwo. Nie było okazji, które można by zmarnować...
 - No właśnie o to chodzi! Napastnik przeważnie żyje z podań pomocników i od nich oczekuje wypracowywania sytuacji. Nie będę się usprawiedliwiał, że przez kogoś nie strzelałem goli, ale rzeczywiście: tych okazji było bardzo, bardzo mało. Wynika to w dużej mierze z tego, że Polonia Bytom ogólnie jako drużyna rzadko zagrażała bramce przeciwnika.

 - Spoglądając na Pana karierę, widzimy ciągłą tułaczkę, ciągłe zmiany. ŁKS to już Pana czternasty klub!
 - Tak się często układają losy zawodnika. Część tych zmian wynikała z szansy na piłkarski awans. Nie będę podawał dokładnie wszystkich nazw, bo uzbierałoby się materiału na bardzo długą opowieść. A inne zmiany z pozoru były krokami wstecz, a jednak później udawało się znów wybić. Pamiętam choćby jak odchodziłem z Polonii Warszawa do Szczakowianki Jaworzno. Większość gazet pisała wtedy, że Bykowski się cofa i to już jego ostatnie dni w Esktraklasie. Później okazało się, że Bykowski poszedł do OFI Kreta, a po kolejnym roku był w Panathinaikosie! Takie jest życie piłkarza, dlatego nie wyrokujmy i nie skreślajmy, że ten piłkarz przyszedł już zakończyć karierę albo przychodzi jako wykolejeniec z innego klubu. Zresztą, nie musimy daleko szukać. Żaden zawodnik, który latem był sprowadzany do ŁKS, nie należał do wyróżniających się postaci w poprzednim zespole. Dopiero monolit tej drużyny i panująca w niej atmosfera pozwoliły im pokazać, na co ich naprawdę stać. 

 - Najdłużej, bo 2,5 roku, utrzymał się Pan w Polonii Warszawa. Z tym klubem wiąże Pan chyba najmilsze wspomnienia? Z "Czarnymi Koszulami" zdobył Pan swoje jedyne jak dotąd trofea.
 - Jak się zdobywa mistrzostwo Polski, Puchar Polski, Superpuchar Polski i później jeszcze Puchar Ligi, to wspomnienia muszą być miłe. Nie żyję jednak przeszłością. To, co było, jest za mną. Patrzę na teraźniejszość i patrzę w przyszłość. Teraz jestem w ŁKS i cieszę się z tego. Tylko o tym myślę, a jakieś serie, nie serie... To już za mną, w ogóle nie zaprząta to mojej głowy. 

 - Pozostańmy jednak jeszcze przy przeszłości. We wspomnianym Panathinaikosie miał Pan swoje pięć minut, świetny bilans: 6 meczów i 4 gole, ale po roku wszystko się skończyło. Nie myśli Pan czasem, że warto było dać sobie więcej czasu w Atenach?
 - I to jest następny przykład, kiedy przychodzi zawodnik, na którego nikt nie liczył, a udało się coś pokazać. Panathinaikos zrobił wtedy dużo większe transfery, za znacznie poważniejsze pieniądze. Mimo to udało mi się trochę zaistnieć. Posmakowałem nawet atmosfery Ligi Mistrzów. Nie zagrałem co prawda ani minuty, ale w prawie każdym meczu siedziałem na ławce rezerwowych. A dłużej zostać mogłem. Trener Alberto Malesani mógł mnie dalej trzymać w szerokiej kadrze, ale powiedział też szczerze, że ma innych napastników i na nich zamierza stawiać. Nie było sensu zostawać tam tylko po to, żeby zarabiać pieniądze. Gra w piłkę była dla mnie przyjemnością, chciałem się rozwijać. 

 - Tylko jedno mnie zastanawia. Grał Pan w Panathinaikosie i strzelił parę goli, więc przynajmniej w Grecji jakoś markę Pan sobie wyrobił. Dlaczego wobec tego prosto z Aten przeszedł Pan do Łęcznej, do Górnika? Nie było szansy na coś lepszego?
 - To była dość dziwna sytuacja. Panathinaikos chciał jakieś tam pieniądze za mój transfer i zgodę na odejście dostałem w końcu dopiero na dwa dni przed zamknięciem okna transferowego. Znałem dobrze trenera Bogusława Kaczmarka, który wtedy pracował w Łęcznej. Zachęcił mnie do wzmocnienia swojego zespołu i udało się porozumieć z Górnikiem. Pojawiły się też oferty z greckich klubów, ale było już trochę za późno, bo byłem dogadany z Łęczną. Mówiąc szczerze, po prostu bałem się, że zostanę bez klubu i będę musiał pół roku czekać aż gdzieś mnie wezmą. 

 - Czyli trochę szczęścia zabrakło?
 - Na pewno, bo każdy zawodnik, który odchodzi z Panathinaikosu, a wcześniej coś tam zagrał i strzelił, od razu dostaje oferty z innych greckich klubów. Z perspektywy czasu przyznaję, że trochę się pospieszyłem. Wylądowałem w Górniku, ale jednak po roku wróciłem do Grecji i parę goli jeszcze strzeliłem.

 - Zapewne czasem w głębi ducha myśli Pan o końcu kariery, kiedyś musi to nadejść. A co potem? Ma Pan pomysł na życie poza boiskiem?
 - Na razie myślę tylko o ŁKS. Chcę jak najlepiej grać dla tego klubu. Ale nie ukrywam, że przygodę z piłką chciałbym zakończyć w swoim rodzinnym mieście, Elblągu. Niech wszystko skończy się tam, gdzie się też zaczęło. Taki mam plan. A co będę robił? Skończyłem kurs trenerski UEFA i może pójdę w tym kierunku. Tak naprawdę jednak trudno cokolwiek zapowiadać, bo życie nieraz zmusza do podjęcia innej pracy niż by się chciało. 

 - Ale to ma Pan już licencję UEFA Pro?
 - Nie, to nie jest ta najwyższa. Obecnie mógłbym prowadzić zespoły z II ligi, ale aż tak daleko w przyszłość nie wybiegam. Nie widzę sensu, żeby tak robić. Plany często trzeba na bieżąco weryfikować.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się