var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Robert Szczot: Prezes Mazur to futbolowy laik

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2011-01-21 14:02:08

Robert Szczot latem 2010 roku dość niespodziewanie wylądował w greckim Iraklisie Saloniki po niezbyt miłym rozstaniu z Górnikiem Zabrze. Portal 2x45.com.pl sprawdził, co u niego słychać. 28-letni pomocnik okazał się bardzo interesującym rozmówcą, więc z czystym sumieniem polecamy ten wywiad, zwłaszcza że sam piłkarz przyznaje, że rzadko rozmawia z dziennikarzami.

2x45.com.pl: Jak z Pana zdrowiem? Minęły już dwa tygodnie od kontuzji i jeśli wierzyć wcześniejszym informacjom, zostały Panu jeszcze cztery tygodnie leczenia.
Robert Szczot:
- Tak, naderwałem mięsień czworogłowy uda i może nawet jest szansa wrócić wcześniej, ale najbardziej realny termin powrotu to jednak ten miesiąc.

 - Nie ma dobrych chwil na kontuzję, ale ta była chyba najgorsza, prawda? Ostatnio pojawiał się Pan dość często w składzie Iraklisu...
Dokładnie. Miałem zagrać w pierwszym składzie przeciwko Olympiakosowi, wyszedłem na rozgrzewkę i pach… poszedł mięsień uda. Gorszego momentu chyba nie można było sobie wybrać. Na początku nie grałem w ogóle, bo kilka tygodni przed sezonem prezes zwolnił trenera i cały sztab szkoleniowy. Przyszło kilkunastu nowych zawodników. Nowy szkoleniowiec przez dwa miesiące nie zamienił ze mną ani słowa. W końcu się jednak poprawiło, zaczęły się nawet jakieś żarty i wreszcie dostałem szansę. Teraz niestety przytrafiła się ta kontuzja i nie mogę w żaden sposób zmienić swojej pozycji w drużynie, a znów przyszli nowi piłkarze. Ale mam nadzieję, że wrócę do pełni sił i ponownie przekonam trenera do siebie.

 - Jak dotąd ma Pan na koncie siedem występów w greckiej ekstraklasie, ale nie było ani gola, ani asysty. Pełnego zadowolenia ze swojej gry raczej Pan nie odczuwa?
 - Oczywiście, że nie. Z drugiej strony, zagrałem cztery mecze w pierwszym składzie, a w trzech pozostałych wchodziłem na pięć minut, na siedem czy na kwadrans. Nie było więc aż tylu możliwości, żeby zaszaleć ze statystykami i zdobyć ze dwie bramki lub zaliczyć pięć asyst.

 - Dość powszechna jest opinia, że dysponuje Pan niezłą techniką i szybkością, dobrym dryblingiem, ale brakuje efektywności w Pana grze. Suche liczby, gole i asysty, nigdy nie rzucały u Pana na kolana.
 - No trudno mi z tym polemizować. Nie mam jak się bronić. To prawda. Zawsze stwarzam duże zagrożenie, robię sporo zamieszania, ale bez wątpienia przydałoby się trochę więcej bramek i asyst w moim wykonaniu. 

 - Gdy grał Pan w pierwszym składzie, przeważnie był zmieniany około 60. minuty. To było ustalone z góry, że gra Pan godzinę na sto procent i potem schodzi, czy sytuacja w trakcie meczu wymuszała roszadę?
 - Zawsze daję z siebie wszystko, ale to nie było ustalane z trenerem. W trakcie meczu tak akurat wychodziło, że byłem jednym z pierwszych zmienianych piłkarzy.

 - Pana wyjazd do Grecji z Górnika Zabrze był sporym zaskoczeniem… 
 - Ja przede wszystkim żałuję, że nie odszedłem z Górnika od razu po spadku. Do tego momentu było naprawdę znakomicie. Później zaczęło się szukanie kozłów ofiarnych, Szczot to, Szczot tamto, ma wysoki kontrakt, nie przykłada się i tak dalej. Zebrałem wiele niezasłużonych słów krytyki, zresztą nie tylko ja, bo trener Henryk Kasperczak również. To znaczy… w sumie nieważne. Przyszedłem  do  Górnika na wiosnę, żeby pomoc mu się utrzymać. Niestety - nie udało się. Zdobyliśmy 17 punktów w 14 meczach, co uważam za naprawdę dobry wynik, ale tego jednego czy dwóch punktów ostatecznie zabrakło. Olbrzymie rozczarowanie i zaczęło się szukanie winnych. W momencie degradacji krytyka była słuszna, ale od początku sezonu w pierwszej lidze pojawiały się wciąż to nowe oskarżenia i konflikty z trenem Ryszardem Komornickim, który z góry założył, że moja osoba nie jest mile widziana w jego drużynie. W takich warunkach trudno funkcjonować i grać pierwsze skrzypce. To był początek mojego końca w Górniku. 

 - Pan miał przynajmniej to szczęście, że udało mu się odejść z Górnik w miarę szybko i w miarę normalnie. Damian Gorawski i Paweł Strąk, którzy przychodzili z Panem, do dziś grają w B-klasowych rezerwach...
 - Tak jak mówię, do kogoś musiano się przyczepić. Padło na mnie i na Strąka. Gorawski był wtedy kontuzjowany, ale potem i on się doczekał nieprzyjemności.

 - Ogólnie takie postępowanie z piłkarzami to niemal norma w polskich klubach. Jak ktoś na przykład pół roku przed końcem umowy podpisze kontrakt z innym klubem, ma duży problem.
 - Sądzę, że nie tylko u nas są takie historie, choć w Polsce chyba częściej niż gdzie indziej. Nie uważam, żeby była to najlepsza filozofia i sposób na prowadzenie drużyny, ale z drugiej strony w takich sytuacjach obie strony są zmobilizowane do negocjacji, żeby dany zawodnik już wcześniej trafił do nowego klubu i od razu mógł grać. 

 - Z perspektywy czasu przejście z Jagiellonii do Górnika uznaje Pan zapewne za bardzo duży błąd?
 - Wiele osób doradzało mi przeprowadzkę do Górnika. To wielki klub, z wielką historią, który miał naprawdę ambitne plany, ale z różnych przyczyn niewiele z nich wyszło. Cóż, kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. Ja zaryzykowałem i akurat w tym przypadku straciłem. 

 - "Mieliśmy do czynienia z zawodnikiem o słabych umiejętnościach i jakość jego gry w żaden sposób nie przekładała się na zarobki, które miał w Górniku" - cytuję za "Przeglądem Sportowym" prezesa Łukasza Mazura, prezesa Górnika, gdy Pan odchodził. Te słowa zabolały, czy od razu puścił je Pan w niepamięć?
 - Są w futbolu ludzie, którzy się na nim znają i mogą się wypowiadać na jego temat, i są kompletni laicy, jak pan Mazur. On zresztą sam tak o sobie mówił, tuż po objęciu funkcji prezesa. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia z piłką, nie był w żadnym klubie i nie ma pojęcia jak powinien wyglądać profesjonalnie zorganizowany klub. Cały czas się miotał i podejmował czasem chaotyczne decyzje z mojego punktu widzenia. Ktoś go kiedyś z tego wszystkiego rozliczy i to nie będzie miłe. Tyle mam do powiedzenia.



 - Wróćmy do wątku greckiego. Nie bał się Pan przechodzić do Iraklisu, wiedząc, że ledwie kilka miesięcy wcześniej Wojciech Kowalewski musiał z jego działaczami ostro walczyć o należne pieniądze?
 - Proszę pana, grałem dziesięć lat w polskich klubach i w tym czasie tylko przez sześć, siedem miesięcy pensja przychodziła na czas. A tak to zawsze były jakieś problemy. Raz się czekało dwa, trzy miesiące, innym razem i pół roku. Tak naprawdę nie miałem nic do stracenia, bo takie historie są wszędzie, nie tylko w Grecji. 

 - A jeśli chodzi o sam Iraklis. Jak to wygląda?
 - Szczerze mówiąc, nie jest to nie wiadomo jaki klub. Porównałbym go do Polonii Bytom w skali polskiej. Różnica polega na tym, że w Iraklisie najlepsi zawodnicy zarabiają po 350 tysięcy euro, a w Polsce minimalnie wyższe pobory mają największe gwiazdy ligi! W Grecji najlepszy piłkarz zarabia trzy miliony euro. U nas Manuel Arboleda dostaje niewiele ponad 400 tysięcy. Różnica kolosalna, a nie chodzi tylko o finanse. O infrastrukturę również. Porównując Iraklis do tych klubów, w których grałem w Polsce, tutaj mam zdecydowanie najlepsze warunki. Mówię o boiskach, całej infrastrukturze, siłowni, odnowie biologicznej, rehabilitacji. Pewnie w kilku klubach Ekstraklasy warunki są lepsze niż w Śląsku czy ŁKS, ale zestawiając wszystko na podstawie własnych doświadczeń, Iraklis jest bezkonkurencyjny, mimo że też boryka się czasem z różnymi problemami.

 - I to chyba jest problem polskiej piłki klubowej. Doganiamy Zachód ze stadionami, ale cała reszta to przeważnie nadal lata świetlne do tyłu...
 - To jest bolączka, wielka bolączka naszego futbolu. Gdzie ci młodzi mają się rozwijać?! Kiedy byłem w Górniku, widziałem, jak chłopcy w wieku 8-10 lat przyjeżdżali, by trenować na boisku, na którym nie było źdźbła trawy! To był sam piach, albo jakieś kartoflisko. To jest żałosne. I w takiej grupie na pewno gra jakiś wielki talent, ale trudno z niego wykrzesać coś więcej, gdy ma takie warunki. Seniorzy nie są w wiele lepszej sytuacji. Na normalny trening przeważnie jeździ się 5-10 kilometrów, bo bliżej nie ma boiska. Żenada. Nie można prawie nigdzie spokojnie popracować, zostać po zajęciach, przećwiczyć pewne warianty, czy choćby postrzelać rzuty wolne i karne. Mówię cały czas o swoich doświadczeniach. W Wiśle i Legii nie grałem. Tam warunki pewnie są lepsze, choć raczej też nie fenomenalne. 

 - Jakim krajem do życia jest Grecja? Lepszym jak Polska?
 - Powiem szczerze. Gdyby to ode mnie zależało, wolałbym grać w Polsce. Kocham swój kraj i to na jego boiskach chciałbym występować. Pewne okoliczności zmusiły mnie jednak do wyjazdu. Mam żonę, dwójkę dzieci. Muszę również myśleć o nich i jakoś też zabezpieczyć swoją przyszłość. Tak się akurat moje losy potoczyły. Zobaczymy, może z Grecji wyjadę gdzieś indziej? Nie wiem, do Chin lub Azerbejdżanu, ale równie dobrze mogę wrócić do Polski. Czas pokaże.

 - Czyli nie jest Pan zachwycony Grecją?
 - Tego nie powiedziałem. Mieszkam kilometr od morza, piechotą to pięć minut. Jest plaża, jest ciepło, nie ma śniegu, idealne miejsce dla dzieci. Pod tym względem jest super. A niektórzy będą mówić, że wyjazd do Grecji, to na wakacje i tak dalej. Jeśli ktoś zna się na piłce, nigdy tak nie stwierdzi. Spójrzmy chociażby na ranking UEFA. Porównując Legię, Wisłę i Lecha z Panathinaikosem, Olympiakosem, AEK i PAOK-iem, to nasze kluby w zasadzie nie istnieją. A zestawiając ze sobą powiedzmy Iraklis czy Skodę Xanthi z Polonią Bytom, Ruchem Chorzów czy nawet Koroną Kielce, różnica jest diametralna. Sławomir Peszko miał okazję przejść do Panathinaikosu. Nie wiem, dlaczego transfer nie wyszedł, ale gdyby Sławek poszedł do Aten, zobaczyłby, co to znaczy profesjonalny klub. Nie jest to klasa światowa, jednak Panathinaikos i Olympiakos na każdym muszą zrobić wrażenie. 

 - Niewiele osób pamięta, że grał Pan już przez rok w Belgii, w RAEC Mons, więc wielkiego strachu przed greckim wojażem chyba nie było, prawda?
 - Z pewnością zdobyte wtedy doświadczenie pomogło. Naprawdę mile wspominam tamten czas. Wiele się nauczyłem i grałem z kilkoma świetnymi piłkarzami. Byłem bardzo młodym zawodnikiem, ale jakoś dałem sobie radę. Przyszedłem do Mons z trzecioligowego wtedy Śląska Wrocław. Awansowaliśmy z drugiej ligi do belgijskiej ekstraklasy, ale byłem tylko wypożyczony i musiałem wrócić do Wrocławia. 

 - A nie dziwi Pana, że selekcjoner Franciszek Smuda i jego ludzie szerokim łukiem omijają Grecję? Taki Mirosław Sznaucner, podstawowy obrońca PAOK Saloniki, nie ma szans dostać powołania nawet na jakiś drugorzędny sparing...
 - Znam Mirka, mam z nim kontakt. PAOK to trzecia, czwarta siła w Grecji. Klub regularnie grający w europejskich pucharach, w kadrze którego są byli piłkarze Realu Madryt, jak choćby Pablo Garcia, czy tak świetni gracze jak Portugalczyk Vieirinha. PAOK to znakomity klub i to nie może być przypadek, że Sznaucner przy tyle lat gra w nim w pierwszym składzie! Musi być świetnym zawodnikiem i tak jest. Wszyscy go w Grecji szanują. Wcześniej występował w Iraklisie i jak przychodziłem do tej drużyny, na każdym kroku mówili mi "Sznaucner, Polaco, Polaco, znakomity zawodnik". I to nie jest normalna sytuacja, że pomija się takich piłkarzy. Gość gra w lidze silniejszej niż nasza, cały czas utrzymuje się w wyjściowym składzie, więc zasługuje, żeby zwrócić na niego uwagę. Ale to już nie moja rola, nie ode mnie to zależy. Nie chcę też mówić za dużo, bo jeszcze ktoś uzna, że Szczot się wymądrza i wszystkie rozumy pozjadał. Zresztą, może jednak ktoś kiedyś Mirka obserwował...

 - Raczej nie, bo niedawno udzielił głośnego wywiadu, w którym wprost skrytykował Smudę i jego politykę kadrową. 
 - Jest ona dziwna, na pewno. 

 - W czwartek doszły do nas wieści, że chyba będzie Pan miał rodaka w klubie. Z Iraklisem trenuje bramkarz Norbert Witkowski, do niedawna piłkarz Arki Gdynia.
 - No właśnie w ten dzień, w trakcie zabiegów, zawołał mnie doktor, żebym przyszedł, bo jest kolega i trzeba coś potłumaczyć. Po grecku nie mówię, ale po angielsku potrafię się porozumieć. Przyszedłem, doktor pytał Norberta o zdrowie i okazało się, że on też radzi sobie z angielskim, więc na pewno się tutaj dogada. Zobaczymy. Rzecz jasna bardzo bym się ucieszył, gdybym miał rodaka w drużynie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się