var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: lechita.net

Bartosz Bosacki: Już w czerwcu mogę zakończyć karierę

Autor: w Poznaniu rozmawiał Rafał Sahaj
2011-02-16 12:45:52

Mecz Lecha Poznań z SC Braga już w czwartek. W rozmowie z portalem 2x45.com.pl kapitan "Kolejorza", Bartosz Bosacki opowiada m. in. o szansach swojego zespołu w Lidze Europy oraz o przygodzie w reprezentacji Polski i Bundeslidze.

2x45.com.pl: - Jak samopoczucie przed meczem? Jest ekscytacja, adrenalina, czy na to przyjdzie czas dopiero w czwartek?
Bartosz Bosacki: - 
Myślę, że już występuje. Atmosfera szatni udziela się każdemu. Zdajemy sobie sprawę, o co gramy w czwartek. Wiemy, że rozkręca się karuzela na trzech frontach. Będziemy rywalizować w lidze polskiej, Pucharze Polski i Lidze Europy. Chcemy grać dalej i na pewno przed każdym meczem będą emocje, ale pozytywne, które zawsze pomagają.

- Po meczach z Juventusem i Manchesterem City apetyt kibiców znacznie wzrósł. Mało kto nie wierzy, że nie awansujecie do 1/8 finału.
- Futbol to tylko sport. My wierzymy i wierzyliśmy, że można wygrać i zagrać równorzędnie z takimi zespołami jak Juventus, Manchester czy Salzburg. Apetyty są, to normalne. Wyszliśmy z grupy, w której wszyscy skreślili nas zaraz po losowaniu. W sporcie zdarzały się różne rzeczy i będą się zdarzać. Wierzymy, że jesteśmy dobrym zespołem i poradzimy sobie z Bragą.

- Jest Pan kapitanem. Co Pan powie kolegom z drużyny przed wyjściem na boisko? 
- To, co zawsze. Obowiązuje jednak tajemnica szatni i chcielibyśmy, aby nic nie wychodziło z niej na zewnątrz. Jeśli chcemy cokolwiek osiągnąć w meczu, czy to z Bragą, czy w lidze polskiej, musimy podchodzić do wszystkiego z takim samym zaangażowaniem.

- Macie za sobą przygotowanie taktyczne. Zdradzi Pan słabe strony przeciwnika?
- Dotychczas obejrzeliśmy jeden materiał z ostatniego meczu Bragi. Myślę, że wszystkie szczegóły będą omawiane w indywidualnych rozmowach i na przedmeczowym zgrupowaniu.

- W czwartek nie zagra Grzegorz Wojtkowiak. Lepiej współpracuje się Panu z nim czy z Marcinem Kikutem?
- Musisz umieć współpracować z każdym. Obaj są ostatnio reprezentantami Polski, także jeden i drugi jest w dobrej dyspozycji. Dzisiaj nie mogę powiedzieć, że z którymś z nich zagram, bo skład nie został jeszcze podany. Nie wiadomo też, czy moje nazwisko znajdzie się w pierwszej jedenastce. Jeśli tak, to zrobię wszystko, aby wyglądało to jak najlepiej.

- Ostatnio głośno było o wysłannikach Bragi na Waszych treningach. Nie czuliście się skrępowani? Albo wręcz przeciwnie, jak wielkie gwiazdy?
- To akurat nie miało żadnego wpływu. Większość z nas w trakcie treningu czy meczu nie wiedziała, że ktoś z Bragi nas obserwuje. Dopiero potem pojawiła się taka informacja w mediach. Na zespole to nie robiło wrażenia. Wielu z nas było oglądanych już przez różne kluby. Podejrzewam, że przed meczami w grupie także wysłannicy z Turynu czy Manchesteru obserwowali Lecha.

- Wspomniał Pan ostatnio, że obecne przygotowania to dla was nowość. W czym różniły się od tych za czasów trenera Smudy czy Zielińskiego?
- W swojej karierze miałem już dziesiątki trenerów. Za każdym razem okresy przygotowawcze były inne. Teraz dużo biegaliśmy. Ale dużo szybciej niż za trenera Smudy. Treningi siłowe były w innej formie, z użyciem specjalistycznych urządzeń. Dlatego mówimy, że to dla nas nowość, bo żaden z nas nigdy się z tym nie spotkał. Trener Bakero podkreślał, że w ten sposób przygotowują się kluby w Hiszpanii. Uważamy, że jesteśmy dobrze przygotowani.

- Inaczej znaczy w tym wypadku również lepiej?
- Zobaczymy pod koniec maja. (śmiech) Jeśli będą wyniki, to wszyscy powiedzą, że Lech był dobrze przygotowany.

- Zeszły sezon był najlepszy w Pana karierze?
- Przede wszystkim zespół osiągnął duży sukces. Zdobyliśmy mistrzostwo Polski. Dzięki temu w polskiej piłce osiągnąłem wszystko. Mistrzostwo, kilka superpucharów, kilka pucharów, zagrałem w reprezentacji. Na pewno był to jeden z lepszych sezonów. Rok wcześniej graliśmy w europejskich pucharach, dwa lata wcześniej też, kilka lat wcześniej również. Jeśli chodzi o sukcesy, to tamten rok był bardzo udany, ale też zdarzały się mniej przyjemne rzeczy. Miałem uraz, który ciągnie się do dzisiaj. Tak to w piłce już jest.

- Na mundialu przeszedł Pan do historii - dwa gole z Kostaryką. Ale tak naprawdę w kadrze zaistniał Pan dopiero w wieku 30 lat. Dopiero wtedy zaczął Pan grać dobrze, czy trenerzy w Pana nie wierzyli?
- O to trzeba zapytać selekcjonerów. Pierwsze powołanie do dorosłej reprezentacji dostałem w wieku 18 czy 19 lat. Moje nazwisko zawsze się przewijało, ale też trudno było konkurować z takimi zawodnikami jak Wałdoch, Bąk, Hajto, Kłos, Koźminski. Oni grali, a innym trudno było się dostać do składu. Jeśli chodzi o reprezentację, to nigdy nie miałem szczęścia do trenerów. Ostatnio śmialiśmy się z chłopakami, że gdyby zliczyć zgrupowania, na których byłem, a nie zagrałem, to znajdowałbym się teraz w klubie wybitnych reprezentantów. Tak się nie stało. Jeździłem na wszystkie mecze eliminacyjne, ale w czasie meczu albo siadałem na ławce, albo na trybunach. Ostatecznie uzbierało się tylko dwadzieścia występów.

- Jak Pan wspomina swój epizod w Niemczech, w FC Nuernberg? Z jednej strony Bundesliga, ale z drugiej tak naprawdę nic Pan nie pokazał. W dodatku nadeszła poważna kontuzja...
- Takie rzeczy zdarzają się w piłce. Trzeba to zaakceptować. Mogłem zostać w Niemczech, zdecydowałem się na powrót do Polski. Jestem zadowolony z tej decyzji. Dzięki temu pojechałem na mistrzostwa świata. Może tak by się też stało, gdybym grał w Norymberdze. Tego się już nie dowiemy. Nie zamierzam tego rozpamiętywać. Było to dla mnie duże doświadczenie. Po powrocie mogłem spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

- Odnośnie odejścia Peszki do FC Koeln. Lepiej grać w klubie broniącym się przed spadkiem, czy w Lechu walczącym w europejskich pucharach?
- To jedno z tych pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź. Jeżeli zespół Sławka się utrzyma, wszyscy powiedzą, że dobrze zrobił. Jeśli spadnie, będzie zupełnie inaczej. Wierzę, że Koeln się utrzyma. Chłopaki, których znam, a występuje tam trzech Polaków, będą dalej występowali w Bundeslidze. Być może w lepszych klubach, bo jeśli będą grać tak jak grają, to z pewnością zgłoszą się lepsze firmy. Patrząc z perspektywy Sławka, nie wiadomo, czy w czerwcu nie zgłosiłby się lepszy klub, może trzeba było jeszcze poczekać. Zdecydował jednak tak, a nie inaczej i teraz trzeba trzymać kciuki, żeby mu się udało.

- Nadal gra Pan na wysokim poziomie, ale wieku się nie oszuka. Myślał Pan już o zawieszeniu butów na kołku?
- Są takie myśli, ale dopóki jestem zdrowy, a na razie jestem... Daję sobie radę w okresie przygotowawczym. Pracowałem na pełnych obrotach, zagrałem tyle minut w sparingach, ile musiałem. Na razie nie ma co o tym myśleć. Choć na pewno temat jest w głowie, bo w czerwcu kończy mi się kontrakt. Tak naprawdę już wtedy mogę zakończyć karierę.

- W Lechu szuka się następców na Pana miejsce. Jak Pan ocenia postawę Huberta Wołąkiewicza czy Marcina Kamińskiego?
- Jeżeli znaleźli się w drużynie mistrza Polski, która będzie walczyć o obronę tytułu, nie można mówić o przypadku. Warto na nich postawić.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się