var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Piotr Reiss: Spokojnie czekam na proces, jestem do niego przygotowany

Autor: rozmawiał Piotr Kamieniecki
2011-02-22 16:47:00

Piotr Reiss swoje lata już ma, ale nadal pokazuje klasę na zapleczu Ekstraklasy. Portal 2x45.com.pl rozmawia z napastnikiem Warty o jego przeszłości, o rozstaniu z Lechem i oczywiście również o temacie najtrudniejszym - korupcji. Polecamy!

2x45.com.pl: - Powoli zbliża się Pan do czterdziestki, a i tak jest jednym z najlepszych napastników na zapleczu Ekstraklasy. Z czego to wynika?
Piotr Reiss:
- Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, ale rzeczywiście radzę sobie nieźle. W zespole jeszcze lepszym, posiadającym bardziej doświadczonych rozgrywających, byłoby jeszcze lepiej. Ta runda pokaże, na co mnie stać, bo dołączyło do Warty wielu doświadczonych zawodników. Obserwując młodzież jestem niemal pewny, że przyczyna tkwi w przygotowaniu zawodników już od najmłodszych lat w zakresie koordynacji, zwinności, czucia piłki i przygotowaniu fizycznym. Gdy ja rozpoczynałem karierę, trenerzy przywiązywali większą uwagę do tych aspektów, a teraz niejeden ligowiec ma problem ze skokiem przez skrzynię. Stąd w akademiach piłkarskich, które otworzyłem, zaczynamy właśnie od tych podstaw.

- Skoro w Jagiellonii dobrze radzi sobie Frankowski, czy uważa Pan, że dalej z powodzeniem mógłby Pan występować w Ekstraklasie?
 - Dałbym sobie radę, bo wbrew pozorom w Ekstraklasie gra się łatwiej zawodnikom mojego pokroju. Jest większa kultura gry i dlatego sądzę, że poradziłbym sobie. Choć, jak pokazały powroty innych zawodników "starszej" daty, nie jest to reguła. Co jakiś czas dostaję nawet kolejne zapytania z klubów Ekstraklasy, czy nie chciałbym jeszcze spróbować.

 - Piotr Reiss w Lechu to jeszcze możliwy scenariusz?
 - Wszystko jest możliwe, choć w tym wypadku zależy to od działaczy „Kolejorza”. Piłkarzem Lecha pewnie już nie będę, ale blisko boiska chciałbym w nim pracować. I tak jestem szczęściarzem, bo moje marzenie z dzieciństwa się spełniło, choć sen został przerwany. Należy pogodzić się z decyzjami osób, które przyszły do Lecha z Wronek, ale naprawdę nie do końca potrafię je zrozumieć.

 - Czyli jest Pan zły na włodarzy Lecha za to, jak Pana pożegnali?
 - Wierzę, że nie jest to koniec mojej przygody z Lechem. Nie dziś, nie jutro, nie za dwa lata, to może za 10, ale wrócę do „Kolejorza”, bo myślę, że jako jeden z nielicznych piłkarzy wychowałem się na tamtym stadionie i rozumiem potrzeby kibiców jak i całego środowiska piłkarskiego. Uważam także, że posiadam niezłe doświadczenie do kierowania sferą sportową w klubie takim jak Lech. Co do decyzji działaczy. Na pewno bardzo bolała, tym bardziej że nie mam żadnego wyroku i jestem na dziś niewinny. Co więcej - klub sam sobie zaprzecza, bo zatrudnił trenera drużyn młodzieżowych, pana Piotra J., który chyba już otrzymał wyrok skazujący. Brakuje konsekwencji, nie wspominając o tym, że każdy kibic wie, co kiedyś działo się w Amice Wronki.

 - W kwietniu znowu wzywano pana do prokuratury. Na jakim etapie jest teraz pańska sprawa w sprawie korupcji? Może Pan powiedzieć, że czuje się winny?
 - Trudno powiedzieć, na jakim jest etapie. Ja chciałem i nadal chcę jak najszybciej wyjaśnić cała sprawę. Złożyłem dodatkowe wyjaśnienia i jeszcze raz powtórzę: nie czuję się winny i nie przyznałem się do zarzutów. Obecnie mam już wgląd w akta i wszystkie zeznania, co pozwala mi spojrzeć na sprawę z szerszej perspektywy i domyślić się, komu zależało na tym, aby nagle zająć się Reissem. Spokojnie czekam na proces i jestem do niego przygotowany, zwłaszcza że zeznania niektórych świadków są sprzeczne.

 - Ta korupcja jest jeszcze w polskim futbolu według Pana?
 - Pytanie, co to znaczy korupcja? Czy korupcją jest wsparcie zespołu przez inny klub, żeby wygrał z jego przeciwnikiem w tabeli i odebrał mu punkty? Czy korupcją jest butelka whisky dla sędziego i czy korupcją jest to, że sędziowie I ligi w myśl nowego regulaminu odbierają pieniądze bezpośrednio po meczu w siedzibie klubu? Sam się zastanawiam, czy to jest tylko błąd ludzki, czy chore funkcjonowanie systemu prawnego w Polsce. Czy kibice siatkówki, koszykówki czy piłki ręcznej wierzą w to, że w tamtych dyscyplinach nie było działań korupcyjnych? Jeśli tak, to chyba nie mają pojęcia o funkcjonowaniu polskiego sportu w latach przełomu. Korupcja nie dotyczy tylko piłki i czas, aby ktoś to zauważył. Słyszałem niejedną historię, jak wygrywały bogate kluby w lidze piłki ręcznej. Ok, rozumiem, że piłka nożna jest najpopularniejsza, jednak czy obrzucanie błotem futbolu sprawi, że polski sport będzie się rozwijał? We Włoszech sprawę korupcji załatwiono w kilka tygodni i jest spokój.

 - Wspominał Pan o polskim sporcie w latach przełomu. Jak Ekstraklasa zmieniła się od czasu, kiedy zaczynał Pan w niej grać w porównaniu do dziś?
 - Kiedyś było bardzo trudno wygrać na wyjazdach, gdyż - może w nieco innej formie - ale sędziowie mogli liczyć na gościnność. A zwłaszcza klubów wspieranych przez państwowe jednostki – szczególnie kopalnie. Poziom, cóż trudno to przechodzi przez usta, ale nie był niższy. Zresztą, wówczas Widzew grał w Lidze Mistrzów, a i polska reprezentacja wydaje się, że była silniejsza. Na plus zmieniły się obiekty, na których nawet słaby mecz wygląda zupełnie inaczej niż na przykład na starym stadionie Zagłębia Lubin. Tam to był dramat, bo nawet piłki nie było widać za względu na dużą odległość trybun od murawy. Poza tym w moich czasach szybciej pokazywali się młodzi zawodnicy. Oczywiście obecnie też wchodzą, ale nie robią już takiej kariery i w pewnym momencie zatrzymują się w rozwoju. Udaje się tym, którzy podejmują trudną decyzję i wyjeżdżają już w wieku 14 czy 15 lat. Jeden Lewandowski i Peszko to za mało jak na tak duży kraj. Nie potrafimy pokierować młodymi zawodnikami, dlatego to kolejny obszar, którym chcę się zając po zakończeniu kariery.

 - A dlaczego Panu nie powiodło się w Niemczech?
 - Sam jestem na siebie zły, że nie wykorzystałem lepiej okazji gry w Bundeslidze, która już wtedy stawała się coraz silniejsza. Rzeczywiście, nie grałem dużo, ale i tak poznałem smak niemieckiej piłki i systemu szkolenia. Zdobyłem niezbędne doświadczenie, które wykorzystałem po powrocie do kraju. W Herthcie Berlin miałem sporą konkurencję, ale zdobyłem szacunek pracowników klubu i kibiców, a to nie każdemu się udaje. Nie uważam tego okresu za czas stracony, bo niejeden może tylko pomarzyć o grze w Bundeslidze. No i co ważne, nadal jestem zapraszany przez te kluby czy to na mecze lub inne uroczystości.

 - Przygoda z reprezentacją chyba też była za krótka?
 - Trafiłem na utalentowane pokolenie piłkarzy. Może nie byli to zawodnicy, którym nie dorównywałem, ale prezentowali niezły poziom. Nie dostałem też zbyt wielu szans, ale zagrałem przeciwko Zinedinowi Zidanowi i strzeliłem bramkę. Nie można zbyt wiele oczekiwać od losu. I tak uważam, że jak na piłkarza, który nie był wybitny we wszystkich elementach, osiągnąłem sporo.

 - Który z piłkarzy z jakimi Pan grał był najlepszy?
 - Było ich zbyt wielu. Jako napastnikowi najbardziej utkwili mi w pamięci obrońcy i bramkarze. Wielu grało na wysokim poziomie, a co najważniejsze poza boiskiem zawsze odnosiliśmy się do siebie z szacunkiem. Na pewno mile wspominam współpracę na boisku z Maciejem Żurawskim, który był moim zdaniem jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy ostatnich lat w polskiej piłce.

 - Oglądał Pan pewnie mecze "Kolejorza" w LE. Co według Pana decydowało o tak dobrej grze drużyny i dlaczego w lidze ten sam zespół zawodził?
 - Nie jestem aż tak blisko drużyny i odpowiedź nie jest łatwa. Na pewno jest inna mobilizacja. Każdy podświadomie zdaje sobie sprawę, że występ przeciwko Juventusowi czy Manchesterowi City to być może jedyna okazja na pokazanie się menedżerom klubów zachodnich. Ponadto niezwykle trudno zmobilizować się do gry na tylu frontach, bo umówmy się, że niewielu zawodników jest przygotowanych nie tyle do wysiłku, co do motywowania się co kilka dni i gry na najwyższym poziomie. Tego nawet światowe gwiazdy nie potrafią. Dostrzegł to Jose Mourinho w Realu, który przyznał, że mentalnie drużyna nie jest przygotowana na wygrywanie, bo już kilka lat z rzędu Real nie osiąga sukcesów w Lidze Mistrzów, a co za tym idzie, psychicznie nie wszyscy zawodnicy są w stanie podołać temu obciążeniu. Czy są błędy w przygotowaniu? Na ten temat mogą wypowiedzieć się przede wszystkim trenerzy.

 - Nie brakuje Panu spotkań z Legią? One zawsze dostarczyły dodatkowych emocji…
 - Każdemu brakuje. Za moich czasów starałem się dodać każdemu takiemu meczowi smaczku. Wiem, że kibice Legii mnie nie lubili, ale uważam, że w jakimś stopniu szanowali, bo kibice potrafią docenić przywiązanie do barw, czego obecnie praktycznie już nie ma w polskiej piłce. Trudno się jednak dziwić. Magia pieniądza wygrywa z uczuciami. Zmienia się również struktura kibiców. Jest coraz więcej nowych osób na trybunach i należy się z tego cieszyć, choć czasami przekłada się to na doping. Uważam, że doping z finału Pucharu Polski czy innych meczów z Legią nie odbiega od tego na obecnych, już nowoczesnych stadionach, mimo większej frekwencji. No i co tu dużo mówić, w meczach z Legią trochę goli strzeliłem (śmiech).

 - Jakich decyzji żałuje Pan dziś najbardziej? A z jakich jest zadowolony?
 - Nie żałuję żadnej decyzji. Należę do osób, które wierzą w szczęśliwy los i taki mi został dany. Zdrowa rodzina, sukcesy w piłce, mam wszystko. Chyba jedyne, co mógłbym zmienić,  to decyzję zarządzających Lechem, bo nie ukrywam, że tęsknię za Bułgarską, tam się wychowałem. Mówię dosłownie, mieszkałem kilkaset metrów od stadionu, obserwując jego budowę. Tych dobrych decyzji było wiele. W ostatnim okresie na pewno ta, że nie poddałem się i będę walczył o swoje dobre imię pracując dla rozwoju polskiej piłki.

 - Dba Pan też o swoje dobre imię pracując w fundacjach charytatywnych. Czym dla Pana jest ta działalność?
 - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Od wielu już lat współpracuję z fundacją "Mam Marzenie" i z "Drużyną Szpiku". Jestem w tych fundacjach mocno zaangażowany, ale nigdy nie analizowałem, dlaczego tak jest. Po prostu działam. Chyba więc wynika to z potrzeby serca, tak to odczuwam i to jest motorem moich działań. Wiem, że w dzisiejszych czasach pewne działania często postrzega się jako public relations, uważa się je za budowanie pozytywnego wizerunku. Cokolwiek jednak robię, staram się to robić dobrze i z zaangażowaniem. Tak było w przypadku książki - kiedy część kosztów się zwróciła, razem z wydawcą wiedzieliśmy, że resztę chcemy przeznaczyć na cele charytatywne. Podobnie jest z turniejem Reiss Cup, podczas którego zbieraliśmy pieniądze na leczenie chorego Kacpra. Powołałem również swoją fundację, która ma zająć się szkoleniem najmłodszych dzieci, a od października wystartowała szkółka piłkarska Akademia Reissa w ośmiu lokalizacjach.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się