var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Pietrasiak: Lepiej ładnie przegrać niż brzydko wygrać

Autor: Przemysław Michalak
2010-11-04 19:46:19

Towarzyski mecz z Australią zbyt ważny dla historii polskiej piłki nie będzie, ale na pewno do końca życia zapamięta go Dariusz Pietrasiak. Obrońca Polonii Warszawa właśnie wtedy, w wieku 30 lat, zadebiutował w reprezentacji biało-czerwonych. Na boisku przebywał przez 70 minut. W rozmowie z „Tylko Piłką” podzielił się swoimi wrażeniami po tym ważnym dla niego wydarzeniu. Nie zabrakło również pytań o zespół Czarnych Koszul.

– Rok temu rozmawialiśmy przy innej okazji i powiedział pan wtedy, że jest za stary na reprezentację i już o niej nie myśli. Jak widać, był pan w błędzie…
– I na pewno mnie to nie smuci. Powołanie do drużyny narodowej było dla mnie niezwykle miłe. Bardzo się z niego ucieszyłem, a cieszyłem się jeszcze bardziej, gdy zadebiutowałem.

– Już przed czerwcowymi meczami towarzyskimi był pan na liście rezerwowej. Liczył pan, że teraz wreszcie trafi na zgrupowanie kadry?
– Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym zbyt dużo. Koncentrowałem się przede wszystkim na Polonii Warszawa, by w niej grać jak najlepiej. A czy spodziewałem się powołania? Nie, w ogóle się nie spodziewałem.

– No to jakie ma pan wrażenia po debiucie?
– Dobre, a byłyby jeszcze lepsze, gdybyśmy wygrali. Stworzyliśmy sporo sytuacji i powinniśmy przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Przegraliśmy, ale myślę, że swojej gry wstydzić się nie musimy.

– Wystąpił pan jako defensywny pomocnik, mimo że od lat gra jako stoper. Skąd ten pomysł?
– To już bardziej pytanie do trenera Smudy. Kiedyś zdarzało mi się występować na tej pozycji. Wypadł ze składu Tomasz Bandrowski i być może dlatego selekcjoner postanowił w jego miejsce umieścić mnie.

– I jest pan zadowolony ze swojej postawy?
– Nie mi to oceniać, nie od tego jestem. Niech czynią to inni – trener, dziennikarze. Ja nie chcę tego robić.

– Pytam, bo telewizyjni komentatorzy twierdzili, że obie stracone bramki w dużej mierze wynikały z braku asekuracji ze środka pola, a więc również pana. W jakimś stopniu poczuwa się pan do winy?
– Trudno mi powiedzieć. Nie oglądałem później meczu, ani powtórek z bramkami. Na boisku nie czułem za bardzo, żeby to była moja wina. Wiadomo, że gdy strzelają nam gole, winna jest przede wszystkim defensywa, więc ktoś może powiedzieć, że ja jako defensywny pomocnik miałem w tym swój udział.

– Może wynika to z tego, że komentatorzy bali się mówić po nazwiskach i musieli obarczyć winą szersze grono zawodników?
– Być może. Ja osobiście trochę się dziwię takim ocenom. Gdzie niby miałem tam być? W środę na przykład czytałem w „Przeglądzie Sportowym”, że cały czas gdzieś się chowałem i koledzy przez to specjalnie nie podawali mi piłki. Po takim meczu jest wiele różnych ocen i każdy może się kłócić o swoją rację.

– A wracając do pana ustawienia. Selekcjoner zasygnalizował może, że w przyszłości też widzi pana jako defensywnego pomocnika, czy był to incydent? Smuda lubi wymyślać piłkarzom nowe role.
– Nie rozmawiałem z trenerem na ten temat. Nie wiem, czy był zadowolony z mojej postawy. Trzeba by go o to zapytać. A nie mogę wykluczyć, że w moim przypadku incydentem okaże się samo powołanie. Równie dobrze w reprezentacji mogę już więcej nie zagrać. Nie sposób więc określić, czy będę dalej częścią kadry, a jeśli tak, to na jakiej pozycji widzi mnie Smuda.

– Przegraliśmy z Australią w ładnym stylu i to już wystarczyło, by reprezentacja po wcześniejszych słabych meczach zebrała sporo pochwał…
– Z Ukrainą też graliśmy nieźle i powinniśmy wygrać. Mieliśmy koło pięciu wyśmienitych sytuacji i mogliśmy zwyciężyć, a Ukraińcy poza golem poważnie zagrozili nam tylko raz. We wtorek było podobnie. Australijczycy oddali trzy strzały i strzelili dwa gole. To nie były jakieś stuprocentowe sytuacje sam na sam z bramkarzem, które musieli wykorzystać, tylko pomógł im przypadek. My mieliśmy znacznie więcej okazji i głównym problemem jest skuteczność. Myślę jednak, że na tym etapie lepiej, by reprezentacja grała ładnie i przegrywała niż wygrywała po jednej akcji, później tylko wybijając piłkę. Nieraz mówię, że najważniejsze, żeby stwarzać sobie okazje, bo prędzej czy później zaczniesz je wykorzystywać i dobre wyniki przyjdą. A jak ich nie masz i wygrasz przypadkowo 1:0 po jakimś stałym fragmencie gry, to co z tego? Nadejdzie moment, kiedy w końcu trzeba będzie zacząć grać w piłkę, a nie posyłać wszystko na auty i zaczną się schody.

– Pomówmy jeszcze o Polonii Warszawa. Na razie gra pan równo, nie opuścił ani minuty w nowym klubie i chyba nie żałuje zmiany otoczenia, zwłaszcza że Czarne Koszule przewodzą stawce?
– Na początku sezonu jesteśmy liderem i będziemy chcieli dalej wygrywać, by ten stan rzeczy się nie zmienił. A czy żałuję odejścia z Bełchatowa? Nie mówiłbym o tym w takich kategoriach. Przeżyłem w GKS piękne chwile, ale postanowiłem zmienić klub, trafić do nowego miejsca i wylądowałem w Polonii. Wiedziałem, że jest wielu chętnych do gry na pozycji środkowego obrońcy i muszę się bardzo starać. Jak dotąd, wszystko idzie po mojej myśli.

– Prezes Józef Wojciechowski liczy nie tylko na same zwycięstwa, ale również na efektowną grę. Po meczu z Zagłębiem Lubin trochę narzekał, mimo korzystnego wyniku.
– Dla nas jednak przede wszystkim ważne są trzy punkty. Prezes jest ambitnym człowiekiem i chce efektownej postawy ze strony drużyny. Staramy się spełnić oczekiwania, ale ostatnio każdy zespół przyjeżdżający na Konwiktorską głównie się broni, a wtedy trudno o widowiskową grę.

– Piłkarze ambicje swojego szefa zdążyli już odczuć na własnej skórze poprzez większą presję niż dotychczas? Jak by pan to porównał ze swoim poprzednim pracodawcą?
– W Bełchatowie także ciążyła na nas spora presja, wywierana ze strony właściciela klubu, czyli PGE – głównego sponsora. Tam również chciano walczyć o czołowe lokaty w lidze i oczekiwano zwycięstw.

– Ale w Polonii presja chyba jednak jest większa?
– Cóż… Prezes ma dalekosiężne plany i mierzy jak najwyżej. Tak bym powiedział. Polonia jest liderem, poczyniła latem duże wzmocnienia, co przekłada się na jej medialność, znacznie większą niż Bełchatowa. To też robi swoje.

– Wojciechowski zaskakuje nowymi pomysłami, na przykład komisją oceniającą piłkarzy po każdym meczu. Najsłabszy zawodnik nie zagra w następnym spotkaniu. To mobilizuje czy deprymuje?
– Staramy się patrzeć na siebie i grać jak najlepiej. Nie powinniśmy myśleć o pomeczowych cenzurkach. Każdy ciągle nas ocenia – dziennikarze, kibice, trener. Nie możemy zaprzątać sobie głowy tym, że w przypadku słabszego występu za tydzień zabraknie nas w składzie, ponieważ każdy będzie się bał podjąć choćby najmniejsze ryzyko. Zamiast grać to, co lubimy, zaczniemy kalkulować: nie, nie będę dryblował, bo jeszcze stracę piłkę i znajdę się na cenzurowanym. W takim przypadku powstaje trochę sztucznej presji, która szkodzi drużynie. Wszyscy jesteśmy ludźmi i każdemu czasem przydarzają się błędy.

rozmawiał Przemysław Michalak                                                                                                                                                


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się