var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: gksbelchatow.com - oficjalna strona GKS Bełchatów

Damian Zbozień dla 2x45: Po Amkarze mam większą empatię dla obcokrajowców. Komołow już na tym korzysta

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2015-02-20 07:35:41

- Bardziej na odejście nastawiałem się pod koniec ubiegłego roku. Byłem już wtedy dogadany z jednym klubem, ale Amkar zablokował transfer. Bełchatów zgłosił się w idealnym momencie - mówi dla 2x45.info obrońca Damian Zbozień, który wrócił do GKS na wypożyczenie z Amkaru Perm.

2x45.info: - Warto było rok temu wybrać się do Rosji?
Damian Zbozień:
- Ciężkie pytanie, pewnie każdy będzie je zadawał...

 - Przygotuj się.
 - Codziennie możesz się zastanawiać, co mogłeś zrobić lepiej. Skupiam się na kolejnym dniu, na tym, co przede mną. Powiedzenie teraz, że decyzja była dobra lub zła niczego nie zmieni. Mam swoje przemyślenia, jednak liczy się teraźniejszość. Nie ma sensu niczego rozpamiętywać.

 - To inaczej: co zyskałeś na tym wyjeździe poza pełną sakiewką?
 - Zawsze chciałem wyjechać za granicę i na własne oczy przekonać się, jak to wygląda. Pewne wnioski wyciągnąłem. W polskich szatniach nieraz spotykało się obcokrajowców i zastanawiałem się, jak oni się czują w takiej roli. Dziś już to wiem, jestem mądrzejszy. Niektóre rzeczy bardziej się docenia. Po raz pierwszy byłem tak daleko od domu. Życiowo zyskałem dużo, piłkarsko niekoniecznie. 

 - To jak się czułeś w roli obcokrajowca?
 - Obraz miałem częściowo zamazany i nadal nie do końca wiem, jak to jest na obczyźnie, bo w drużynie byli Janek Gol i Kuba Wawrzyniak. Od początku trzymaliśmy się razem, ale i tak szybko nauczyłem się rosyjskiego. Bardzo mi na tym zależało. Złapałem dobry kontakt z resztą zespołu. Jestem kontaktową osobą, nie wyobrażałem sobie, że będę cicho siedział w szatni gdzieś na uboczu. Raczej nie mam problemów z aklimatyzacją w nowych miejscach i Amkar nie był wyjątkiem. 

 - Zostałeś wodzirejem w szatni?
 - To byłaby przesada. Pewna bariera w komunikacji zawsze jednak występuje, nie jest to pełny luz. Jak jesteś w Polsce, dowcipkujesz na tematy, o których ludzie mają pojęcie. Będąc w innej kulturze, nie mogłem sobie aż tyle pożartować. Ogólnie starałem się mieć kontakt ze wszystkimi i myślę, że wyszło dobrze.

 - Twoja empatia dla stranierich przychodzących do naszej ligi wzrosła?
 - Zdecydowanie tak. Nie żebym musiał być wcześniej przymuszany ale teraz bardziej rozumiem ich położenie. U nas mają oni jeszcze trudniej, jest większa bariera językowa. Większość polskiego nigdy się nie nauczy, w najlepszym razie komunikują się po angielsku, który z kolei nie wszyscy Polacy dobrze znają. Staram się być bardziej pomocny. W Bełchatowie gra teraz Pawieł Komołow i już szuka kontaktu, bo może ze mną pogadać po rosyjsku. Widzę, że siedzi trochę z boku, bo to spokojny chłopak, ale ożywia się i jest zadowolony, kiedy słyszy swoją mowę.

 - Rzeczywistość ligi rosyjskiej czymś cię mocniej zaskoczyła?
 - Raczej pokrywała się z wyobrażeniami. Miałem kontakt z Jankiem Golem i mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać. Potwierdziło się, że liga jest bardzo mocna i grają w niej świetni zawodnicy, natomiast cała otoczka jest dużo słabsza niż w Ekstraklasie. Nie ma ładnych stadionów, zainteresowanie mediów nie zachwyca, telewizyjnie mogłoby to być lepiej wykorzystane. W efekcie całość trochę traci. W Polsce opakowanie ligi mamy dużo lepsze, znacznie bardziej czujesz te emocje. W Rosji atmosfery piłkarskiego święta doświadczyłem tylko w Moskwie i Kazaniu.

 - W Sankt Petersburgu też kiepsko?
 - Kibicowsko było fajnie, więc można dodać to miasto. Gorzej ze stadionem, jest brzydszy niż te w Moskwie i Kazaniu.

 - Wnioskuję, że na ulicach Permu raczej chodziłeś anonimowo?
 - Zdarzało się, że ktoś nas zaczepił i poprosił o autograf, ale rozchwytywany na pewno nie byłem. Perm to duże miasto, ma 1,5 mln mieszkańców, jednak zainteresowanie piłką jest nieporównywalnie mniejsze niż w Warszawie czy Poznaniu. Generalnie nie miałem problemu, żeby wtapiać się w tłum.

 - A jak się żyło? Zaliczyłeś powrót do przeszłości?
 - Pod względem życiowym zdecydowanie było to cofnięcie się w czasie. Może nie do ery komunizmu, bo wszystko co potrzebne człowiek miał, kino czy restauracje zawsze były. Trochę przygnębiało budownictwo i otoczenie. Przypominało niektóre śląskie miasta, czyli dominację szarości i smutku. Z pewnością Perm nie jest miejscem, do którego wraca się, żeby pospacerować i cieszyć się widokami. Klimat też nie rozpieszczał, często było zimno. To wszystko są jednak tylko dodatki, najważniejsze, co dzieje się na boisku. Każdy wie, po co jedzie się do Rosji.

 - Przez rok rozegrałeś tylko sześć meczów ligowych. Jak już dostawałeś szansę, czułeś, że ją wykorzystywałeś?
 - Konkurencja była duża, ale oczekiwania miałem znacznie większe. Zaliczyłem dobre wejście do ligi, zagrałem w kilku spotkaniach. Przełomowym momentem, w negatywnym sensie, okazała się zmiana trenera. Zostałem ściągnięty przez Stanisława Czerczesowa, który dawał do zrozumienia, że zamierza na mnie stawiać, ale niestety podkupiło go Dynamo Moskwa. Od tego momentu sytuacja uległa pogorszeniu. Amkar ma szeroką kadrę i doświadczonych obrońców, trenerzy stawiali na innych. Mimo to uważam, że gdy już występowałem, nie było powodów do wstydu. Śmiałem się, że jestem szykowany na najlepsze mecze. Tak się złożyło, że grałem z CSKA, Dynamo i Zenitem, czyli samą czołówką.

 - Nie czułeś się wtedy jak chłopiec z innego świata, który fartem się do niego dostał?
 - Nie, jestem pewny siebie. Z Zenitem do przerwy wyglądaliśmy bardzo dobrze. Grałem na Hulka i dawałem radę. W drugiej połowie zaczęły się tworzyć większe odległości, częściej brakowało asekuracji. Brazylijczyk parę razy się bujnął i trzeba było przyznać, że to klasowy zawodnik. Widziałem wtedy swoje miejsce w szeregu, ale ogólnie chyba nie zawodziłem. 

 - W Rosji zaskoczyło cię, że wielu piłkarzy nieszczególnie przywiązuje wagę do odżywiania, o czym wspominałeś w "Przeglądzie Sportowym".
 - Potwierdzam. Wynika to z tego, że wszyscy bardzo ciężko trenują i praktycznie nikt nie ma problemów z wagą. Wszystko wtedy spalisz. Trenerzy niezbyt interesują się, co robisz poza boiskiem. Grunt, żebyś zasuwał zawsze na 120 procent i jak najwięcej dawał drużynie - takie myślenie dominuje, nawet u zawodników, którzy wcześniej grali gdzie indziej. Sam się masz pilnować, bo jeśli zaczniesz odstawać, automatycznie się kasujesz.

 - To podejście było widoczne u wszystkich?
 - Obcokrajowcy, w tym przypadku Bułgarzy i kilku czarnoskórych, dużo bardziej zwracali uwagę na dietę i regenerację. Rosjanie podchodzili do tematu luźniej. Nie brakowało tam młodych zawodników, może nie byli jeszcze odpowiednio uświadomieni.  

 - Nawyków tam nie zmieniłeś?
 - Starałem się iść dotychczasową drogą. Nie chcę marnować czasu, zakładam, że jeszcze parę lat grania przede mną. Takiego myślenia podczas pierwszego pobytu w Bełchatowie nauczył mnie Marcin  Żewłakow. Zawsze powtarzał, że jako młody zawodnik nie muszę trzymać diety, bo wszystko spalę, ale potem będę miał problemy. Im starszy organizm, tym gorszy metabolizm. Jeśli jednak wcześniej nabiorę odpowiednich przyzwyczajeń, późnej dużo łatwiej przyjdzie utrzymanie wagi i formy. Można jeść bardzo smacznie i równocześnie zdrowo. Jedno drugiego nie wyklucza (śmiech). Wtedy nawet mija ci ochota na jakieś hamburgery.

 - Rozumiem, że treningi w Rosji były dużo cięższe niż w Polsce?
 - Tak. O tym mówili już Maciej Rybus i Marcin Komorowski, gdy zaczynali w Tereku. Nie kłamali. Bardzo dużo biegania, interwałów, inna specyfika zajęć. Większych kryzysów nie miałem, lubię dać sobie w kość, ale nie od razu w pełni się przestawiłem. Zdarzało się u jednego trenera, że nawet dzień przed meczem nie schodził z obciążeń i cały tydzień pracowaliśmy równie mocno. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, jeśli masz pozytywne nastawienie. 

 - Wypożyczenie do Bełchatowa było twoją inicjatywą, czy to klub bardziej naciskał?
 - W klubie nie wywierano presji. Początkowo zapowiadało się, że wiosną mogę wywalczyć miejsce w składzie. Na pierwszym obozie grałem dużo, nieźle to wyglądało. Trener Gadżi Gadżijew mówił, że chce postawić na ludzi sprawdzonych wcześniej przez Czerczesowa, bo drużyna jest w trudnej sytuacji. Na drugim obozie zaczęło się jednak przestawianie i pojawił się nowy piłkarz, który zapewne na dniach podpisze kontrakt. Z Gadżijewem pracował już w innych klubach. Uświadomiło mi to kilku kolegów z zespołu. Wtedy pojawiła się oferta z Bełchatowa i długo się nie zastanawiałem. Wiedziałem, że kolejne pół roku mogę spędzić na ławce. Podjęliśmy temat, sprawa okazała się poważna i wtedy zapytaliśmy Amkar, czy wypożyczenie byłoby możliwe. Na szczęście działacze nie robili problemów i dość szybko się to potoczyło.

 - Tylko Bełchatów się zgłosił?
 - Niczego teraz nie szukałem. Bardziej na odejście nastawiałem się pod koniec ubiegłego roku. Byłem już wtedy dogadany z jednym klubem, ale Amkar zmienił trenera, pojawiły się problemy z finansami i wisiała groźba zakazu transferowego. Dyrektor sportowy zablokował transfer, pojechałem na obóz i sądziłem, że są realne szanse na grę. Jak już mówiłem, z czasem zapowiadało się inaczej, zgłosił się Bełchatów i skorzystałem. Ja nigdzie nie wydzwaniałem i nie prosiłem się. Powrót do GKS powinien być dobry i dla mnie, i dla drużyny.

 - Podano w komunikacie, że jest opcja transferu definitywnego latem. Amkar już chyba nie wiąże z tobą planów.
 - Szczerze mówiąc, nie mam informacji o możliwym pierwokupie, tu trzeba pytać mojego agenta. 

 - Możesz od razu wskoczyć do składu?
 - Jestem gotowy do gry, trenuję na maksa. Swoje szanse na pewno dostanę. Każdy mecz będzie cenny, pomoże mi odzyskać pewność w grze. Nie snuję dalekosiężnych planów. Po małyszowemu liczy się najbliższe spotkanie. Wszystko w gestii trenera Kamila Kieresia. 



2x45 na
    2x45 na  

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się