var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia:

Pawłowski gra o posadę. Były piłkarz Polonii adoptuje dzieci z Kenii. Broź: Teraz mamy siły biegać

Autor: zebrał Przemysław Michalak
2015-11-28 13:46:55

Sobotnia prasa jak na ten dzień jest niezwykle interesująca, warto zajrzeć. Wybraliśmy 10 materiałów z czterech źródeł.

"PRZEGLĄD SPORTOWY"

"Chwila z Rasiakiem: Trochę poszalałem, wystarczyło"

(...) - Pana nową drogą jest menedżerka?
 - Tak, zajmuję się nią od początku roku. Wypatruję młodych, inteligentnych piłkarzy, którzy chcą w piłce naprawdę coś osiągnąć. Chciałbym, by ich sukces był również moim, staram się dać każdemu takie możliwości, by optymalnie wykorzystał skalę swojego talentu. Nie zależy mi na liczbie, chcę mieć tylu zawodników, bym każdego z nich miał czas oglądać na żywo. Tak nauczyli mnie agenci, których poznałem we Włoszech. Dlatego bardzo istotnym wydarzeniem w moim życiu był też transfer w 2004 roku do Sieny.

 - A nie porażką? Przecież okazało się, że nie mógł pan grać w tym klubie, ponieważ został przekroczony limit obcokrajowców. I jeszcze tego samego lata trafił pan do Derby County.
 - Zgadza się, ale dzięki przejściu do Sieny mieszkam dziś we Włoszech, które tak bardzo kocham. Żyje się tu trochę inaczej, przechodzi przez życie przyjemniej, bez tylu nerwów. Gdy trafiłem do Sieny, poznałem włoskich menedżerów Giorgio de Giorgis, Maurizio de Giorgis i Fabio Grossi, z którymi pracuję do tej pory. Dali mi wsparcie, wyznaczyli drogę. Łatwiej było mi się odnaleźć również dzięki temu, że kończyłem karierę w Warcie, mieszkałem w Poznaniu z rodziną. Byłem w tym klubie nie tylko piłkarzem, pomagałem również sztabowi szkoleniowemu. Jako 35-latek wciąż jednak czerpałem przyjemność z tego, że mogę zostać po treningu i dodatkowo poćwiczyć przez kwadrans. Ubolewam, że zostawało ze mną tylko czterech czy pięciu piłkarzy. W Polsce musimy uczyć profesjonalizmu. Nauczyłem się go na Zachodzie, dopiero w wieku 25 lat. Zrozumiałem, że palik nie jest ustawiony po to, by go dotknąć, ale po to, by go obiec, skoro trener tego wymaga.

 - Co jeszcze znajduje się na pana liście rzeczy szalonych?
 - Poznanie żony w 2000 roku. W styczniu 1999 roku wyjechałem z Poznania do Bełchatowa. Miasto liczące 600 tys. mieszkańców zamieniłem na takie, gdzie było 60 tysięcy ludzi i jedno rondo. Byłem szczęśliwy, ale tylko przez trzy miesiące, szybko poczułem się bardzo samotny. Na szczęście w Sylwestra poznałem Bożenkę, inteligentną, piękną, z pasjami i duszą artystyczną. To była kobieta trudna do zdobycia, ale im bardziej coś wydaje się w moim życiu nieosiągalne, tym mocniej do tego dążę. Po kilku tygodniach poszliśmy na podwójną randkę, ja i Bożenka oraz mój przyjaciel Robert z dziewczyną. Mieszkaliśmy obok siebie, był dla mnie jak brat. Mówię „był”, bo już go nie ma. Odszedł, gdy miał 26 lat. To jedno z najtrudniejszych doświadczeń, jaka mnie w życiu spotkały. Śmierć przyjaciela i mojego taty…

 - Pana ojciec odszedł w 2003 roku.
 - Miał raka skóry. Przez rok wszystko było w porządku, potem nastąpiły przerzuty i nic już nie dało było zrobić. Wtedy zrozumiałem, że to, czy kopnę piłkę w lewo, czy w prawo, tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Ta świadomość ułatwiła mi grę, nastąpił przełom w moim myśleniu. Nie przejmowałem się już tym, co było, co mówili ludzie, sytuacjami, które zmarnowałem. Patrzyłem do przodu. W piątek odbył się pogrzeb, w sobotę grałem mecz ligowy z Lechem (Lech – Groclin 1:3 – przyp. red.). Zdobyłem bramkę, rozegrałem najlepsze spotkanie w polskiej lidze.

Więcej TUTAJ

***

"Bonin kiedyś grał za... kiełbasę. Naznaczony przez Józefa Wojciechowskiego, odbudował nazwisko w Łęcznej"

Pamiętam pierwszą pensję. Prezes Radomiaka wyłożył na stół trzy tysiące złotych. Spojrzałem na kupkę banknotów, pomyślałem: „tak to ja mogę żyć”. Choć i tak większość musiałem przeznaczyć na spłatę długów. Wcześniej grałem za kiełbasę. Jeden ze sponsorów Wisły Nowe miał zakłady mięsne. Dostawaliśmy za każdy trening 5 zł, które potem można było przeznaczyć na zakupy w jego sklepie. Musiałem znaleźć normalną robotę, poszedłem do zakładu mebli Klose. Najpierw pracowałem na magazynie, wtedy się nie przemęczałem. Ostatni miesiąc spędziłem jednak na taśmie. Takie tempo, taki zapieprz, że po dwóch dniach wiedziałem, że się do tego nie nadaję.

Łatka gościa zarabiającego miliony została do mnie przyczepiona w Polonii Warszawa. Nawet gdy odchodziłem, to usłyszałem od osób z klubu, że rozstają się ze mną nie z powodu słabej gry, a zbyt dużej pensji. Prezes wypominał mi w mediach zarobki, podając oczywiście za wysokie, bo 80 tysięcy złotych nigdy nie dostawałem. Początkowo przejmowałem się tą nagonką, potem nauczyłem się ją ignorować. Tak naprawdę wkurzyłem się raz. W środę wieczorem, dwa dni przed meczem, siedziałem w domu z rodziną, gdy zadzwonił kierownik drużyny Igor Gołaszewski. Powiedział, że jutro przyjdzie do mnie Włodzimierz Lubański, który zaczynał pracę w Polonii. Zapytałem, po co, okazało się, że... ma zamieszkać w moim mieszkaniu. – Ty nie masz w kontrakcie zapisanego trzypokojowego, więc do końca tygodnia musisz się przenieść do kawalerki – usłyszałem. Spojrzałem na żonę, dwójkę dzieci. „Nie ma mowy. Ja się stąd nie ruszę. Jak chcą, niech rozwiązują ze mną kontrakt” – odparłem. Bali się prezesowi przekazać moje słowa, nie wiem, czy to zrobili, ale ostatecznie zostałem w Markach. 

Więcej TUTAJ

***

"Lekarz kadry Górskiego: Anglicy traktowali nas podle. "U was niedźwiedzie łażą po ulicach”

(...) Na zgrupowaniach musiałem z kucharzami układać menu reprezentacji. A wtedy nie było na studiach takich kierunków, jak teraz dietetyka. Za kadencji Antka Piechniczka na mecz z NRD pojechaliśmy do Lipska z własnym jedzeniem, własną wodą i własnymi kucharzami. Niemcom opadły szczęki, że się przyszykowaliśmy. Pewnie pokrzyżowaliśmy im szyki… Znani byli z tego, że przerwie podawali rywalom herbatkę ze środkami usypiającymi. Leszek Ćmikiewicz opowiadał, że kiedyś w drugiej połowie meczu z NRD nie mógł ruszyć nogami.

(...) W meczu z Anglią łąkotkę uszkodził Włodek Lubański. Dziś by zrobiono rezonans, artroskopię i po kilku tygodniach byłby gotowy do gry. Włodka położono na stole operacyjnym, akurat przy tym nie byłem, bo sam leżałem w szpitalu. Zastępował mnie świetny fachowiec, profesor Wąsik z Piekar Śląskich. Podczas operacji wystąpiło krwawienie i z tego powodu najprawdopodobniej ta łąkotka nie została do końca usunięta. Stąd się wzięły powikłania. Dopiero później w Wiedniu usunięto mu pozostałą część łąkotki. Na boisko wrócił po kilkunastu miesiącach.

Więcej TUTAJ

***

"Trener Śląska Wrocław gra o posadę!"

Jeśli Śląsk nie wygra z Pogonią, możliwe że Tadeusz Pawłowski pożegna się z posadą. Po niedawnej klęsce z Cracovią (1:4) właściciele klubu dali "Tediemu" kredyt zaufania, ale zastrzegli, że weryfikacja nastąpi szybko.

Więcej TUTAJ


"SPORT"

"Leszek Ojrzyński: Nie mam ultimatum"

(...) - Klub ustala warunki kontraktu łotewskiego stopera Marcisa Ossa. Jak pan go ocenia?
LESZEK OJRZYŃSKI
: - To najlepszy obrońca łotewskiej ligi, ale nie mam pojęcia, czy do nas trafi. Rozmowy toczą się na linii klub – piłkarz, a ja nie ukrywam, że potrzebna jest nam rywalizacja. Mamy w kadrze trzech stoperów, jeśli któryś z nich doznaje urazu, wtedy ławka jest jeszcze węższa, a wiosnę czekają nas niezwykle ważne spotkania. Każde będzie toczyć się o życie, presja będzie jeszcze większa, a runda rozpoczyna się dosyć wcześnie. Trzeba będzie się odpowiednio przygotować, bo truchtając i bez ciężkiej pracy nic się nie zrobi. Zawsze istnieje ryzyko kontuzji i dlatego potrzebuję zawodników. W ostatnim moim klubie, czyli w Podbeskidziu, mówiłem o tym, ale nie słuchano mnie i później drużyna nie dostała się do ósemki.

 - Czy ma pan gwarancję, że będzie w następnej rundzie także prowadził drużynę?
LESZEK OJRZYŃSKI:
- W tym zawodzie niczego nie można być pewnym. Czasami jedna porażka zmienia wszystko. Nie mam jednak żadnego ultimatum. Wierzę, że jutro będzie dla nas lepsze, że najbliższy mecz nam wyjdzie, chociaż coraz więcej osób spisuje nas na straty.

Więcej TUTAJ


"SUPER EXPRESS"

"Były piłkarz Polonii adoptuje dzieci z Kenii"

W przeszłości był dobrze zapowiadającym się bramkarzem, jednak jego karierę zakończyły kontuzje. Michał Dudek (21 l.), były piłkarz Polonii Warszawa, po odwieszeniu butów na kołek skupił się na działalności charytatywnej. Od kilku lat wspiera finansowo dzieci z Afryki, adoptował już dwóch Kenijczyków i planuje... wybudować tam szkołę! 

- Adopcją na odległość zainteresowałem się w klasie maturalnej. Szkolny katecheta polecił mi fundację "Czyńmy dobro" i 3,5 roku temu adoptowałem Raphaela - tłumaczy Dudek, który zakończył karierę w 2014 roku, po tym jak dwukrotnie zerwał więzadło w kolanie. W przeszłości był powoływany do reprezentacji Polski do lat 16 i był filarem kadry Mazowsza, z którą zdobył mistrzostwo Polski w 2010 roku.

Więcej TUTAJ

***

"Aleksandar Prijović: Byłem zły, że nie grałem!"

(...) - Początki nie były łatwe. W pewnym momencie wylądowałeś nawet w rezerwach.
- To nie była dla mnie dobra sytuacja i nie chcę jej komentować, ale na szczęście to już przeszłość. Jestem ambitnym zawodnikiem, ciężko pracuję na treningach, bo chcę grać w pierwszym składzie, ale nie wszystko zależy ode mnie. Oczywiście, że byłem zły, gdy nie grałem. Nie przyszedłem do Legii po to, by tracić czas na ławce. Może nie strzelam bramek w każdym meczu, ale jestem zawodnikiem, który może zrobić różnicę na boisku.

Więcej TUTAJ


"GAZETA WYBORCZA"

"Rafał Janicki: Walczymy pojedynczo, a nie razem"

(...) - Trener i cały sztab szkoleniowy na pewno starają się znaleźć jakiś sposób, aby przerwać tę fatalną passę, a czy wy, sami piłkarze, próbujecie wewnątrz drużyny robić coś w tym kierunku? W tej chwili wyglądacie jak zlepek indywidualności, który nie tworzy zespołu.
- W tym tygodniu mieliśmy spotkanie we własnym gronie, bez trenerów. Padły ostre słowa, mam nadzieję, że to się przełoży na niedzielny mecz. Rzeczywiście nie wyglądamy jak drużyna i to jest nasza największa bolączka. Nie każdy idzie za każdym, nie walczymy za siebie nawzajem, tylko pojedynczo.

Więcej TUTAJ

***

"Gdzie Legii do Midtjylland?"

(...) Zrozumiałem to dopiero patrząc na kartki ze składami przed czwartkowym meczem. Wpisując obok nazwisk piłkarzy Legii i Midtjylland ich wiek uświadomiłem sobie, jak wiele różni te dwa kluby i nawet porażka w rewanżu czy styl gry mistrzów Danii tego nie zmieni. Z dziesięciu najmłodszych zawodników w obydwu "osiemnastkach" meczowych Legii i Midtjylland aż dziewięciu było z zespołu gości. Tylko jeden Ondrej Duda ratował twarz wicemistrzów Polski. Zresztą on jest chlubnym przykładem tego, jak skauting powinien funkcjonować - od pierwszych obserwacji, wynajdywania talentu, przekonywania go do przejścia do Legii, a nawet wyciągania go z kryzysu w jakim znalazł się w 2015 roku.

Różnic jest więcej niż to, że Midtjylland miało zdecydowanie większą liczbę zawodników z akademii, choć to ta Legii działa o kilka lat dłużej. Mimo to Duńczycy mogą chwalić się zapleczem, a nie najbogatszy klub w Polsce, który wciąż myśli o tym, jak i gdzie zbudować bazę treningową. System Midtjylland jest jasno określony, uporządkowany do tego stopnia, że raport każdego piłkarza akademii jest oznaczony odpowiednim kolorem oznaczającym poziom rozwoju. W Warszawie z kolei zastanawiają się w którym kierunku ma iść ich szkolenie, np. do którego roku życia zawodników uznać, że będzie ono wyłącznie komercyjną działalnością Legii. U Duńczyków spójność istnieje, u Polaków jest coraz częściej poddawane w wątpliwość. Przytoczone słowa Sviatchenki czy Petersena najlepiej o tym świadczą.

Patrzmy szerzej - jeden klub ma wizerunek innowatorów, drugi sprawiającego problemy, czy też dostarczającego pieniędzy do kasy UEFA za kolejne kary. Midtjylland ma model pozwalający osiągać wyniki ponad ich możliwości, Legia na pewno wypada poniżej oczekiwań. Gdy Thorup bierze na rezerwę w meczu europejskich pucharów sześciu zawodników w wieku do 21 lat, Czerczesow odsuwa grupkę obiecującej młodzieży od pierwszego zespołu. W Midtjylland (tymczasowym) kapitanem jest wychowanek klubu, w Legii w czwartek był piłkarz, którego większość kibiców miesiąc temu lekką ręką by oddała.

Więcej TUTAJ

***

"Broź: Teraz mamy siły biegać"

(...) - Skąd taka różnica między Legią z meczu z Midtjylland w Danii, który przegraliście 0:1, a tą z czwartku? 
- Po prostu: jak masz siłę biegać, to nie zastanawiasz się nad niczym, tylko grasz.

- W pierwszym meczu tych sił nie było? 
- Na pewno byliśmy gorzej przygotowani. Teraz, gdy czujemy moc, to nie kalkulujemy. To proste - gdy masz siłę, nie zastanawiasz się, czy podłączyć się do akcji ofensywnej albo ruszyć na obieg. Nie martwisz się, że nie zdążysz wrócić później za rywalem. I to też przynosi efekt w defensywie, gdzie od razu doskakujemy do rywala, nie dajemy mu się rozkręcić, trzymamy się nisko na nogach i gramy agresywnie. Już nie czekamy tylko w strefie obronnej na warunki, jakie nam podyktuje przeciwnik. W skrócie - jest moc.

Więcej TUTAJ



2x45 na
    2x45 na  

 

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się