var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Joanna Polonius/2x45.info

Marcin Brosz dla 2x45: Gdybyśmy robili byle jakie transfery, już mielibyśmy zamkniętą kadrę

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2016-07-28 15:29:23

Marcin Brosz odchodził z Korony Kielce z podniesioną głową, więc mimo wszystko jego zejście szczebel niżej do Górnika Zabrze było pewnym zaskoczeniem. On sam jednak przekonuje, że uczestniczy w bardzo ambitnym projekcie. - W Zabrzu same wyniki nie wystarczą. Drużyna musi też prezentować efektowny styl i jesteśmy na to gotowi - przekonuje Brosz w długiej rozmowie z 2x45.info, w której poruszyliśmy wiele tematów.

Przemysław Michalak (2x45.info): - Inauguracja I ligi za pasem, odeszło dwunastu zawodników, a nikt nie przyszedł, pomijając powroty z wypożyczeń.
Marcin Brosz:
- Odeszło nawet czternastu, doliczając Jose Kante i Marcisa Ossa.

- Ok, uznajmy, że czternastu. Chyba nie można powiedzieć, że wszystko idzie zgodnie z planem jeśli chodzi o budowanie kadry na ten sezon?
- Liczyliśmy się z tym, że będą duże zmiany. Mamy nową sytuację. W pierwszej kolejności chcemy zbudować silny zespół z tych zawodników, którzy już w Zabrzu byli. To powoli się udaje. Nie jest jednak tajemnicą, że zamierzamy się wzmocnić, w każdej formacji chcielibyśmy pozyskać jednego nowego zawodnika. Będziemy kładli szczególny akcent na grę ofensywną i tu posiłki przydałyby się najbardziej. Runda wiosenna Ekstraklasy pokazała, że przy lepszej skuteczności Górnik byłby w innym miejscu niż jest teraz. Jak każdy trener wolałbym, żeby transfery zostały przeprowadzone szybciej niż później, ale musimy działać roztropnie.

- Czyli podchodzi pan do tematu tak, że fundament mam, wyjściowo jest dobrze, ale na tym mogę tylko zacząć sezon, a nie rozegrać go w całości?
- Dokładnie tak to wygląda. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Najpierw rozmawialiśmy i rozmawiamy z tymi, którzy dotychczas grali w Górniku. Potem przyglądamy się uważnie młodzieży, którą mamy w klubie i w klubach ościennych. Dopiero gdy po wykonaniu tych dwóch założeń nadal jest luka, staramy się szukać wzmocnień. Konsekwentnie ten plan realizujemy i tego się trzymamy. Opierając się na obecnej kadrze, wyjściowy skład mamy dobry, ale przy kontuzjach czy kartkach zaczęłyby się problemy. Świeża krew jest potrzebna.

- Lukas Stratil i Tomasz Lisowski mają największe szanse być pierwszymi wzmocnieniami?
- Bacznie im się przyglądamy. Zaprosiliśmy ich na tygodniowe treningi. Tomka Lisowskiego nie muszę przedstawiać.

- Ostatnio stwierdził nawet, że nadal wierzy w powrót do reprezentacji.
- Widać zatem, jak ambitnym jest człowiekiem. Chce jeszcze zaistnieć. Ważny dla niego będzie najbliższy sparing z LZS Piotrówka. Potem usiądziemy i będziemy rozmawiali. To samo dotyczy Stratila. W chłopaka dwa lata temu zainwestowała Viktoria Pilzno, a to oznacza, że nie ma przypadku. Potem jednak trochę się nam zgubił, był wypożyczany do kilku klubów.

- Czyli mieliście go na oku od dawna?
- Przyglądamy się. Mieszkamy niedaleko granicy z Czechami czy Słowacją, więc nieraz obserwujemy tamtejsze ligi. Nazwisko Stratila gdzieś się tam przewijało. U mnie środkowy napastnik to raczej silny zawodnik, dobrze grający tyłem do bramki. Stratil w mojej ocenie byłby bardzo dobrym wariantem na bok pomocy. Nawet w ostatnim meczu z Wartą Poznań mogliśmy się o tym przekonać. Bramki nie zdobył, ale doszedł do czterech bardzo dobrych sytuacji. Jeżeli komuś przychodzi to z taką łatwością, nie można przejść obok niego obojętnie. To, czy on lub Tomek zostaną, zależy od wielu czynników.

- To piłkarze w waszym zasięgu finansowym i tylko ich forma zdecyduje, czy dojdzie do transferu?
- Wstępnie rozmawialiśmy o warunkach ewentualnych kontraktów. Obaj są bardzo ambitni, chcą zaistnieć w Górniku. Nie widzą tego klubu w I lidze, chcieliby z czasem w naszych barwach zaistnieć w Ekstraklasie. Wierzą w nasz plan, który im przedstawiliśmy.

- Już mniejsza z tym, czy odeszło dwunastu, czy czternastu: kogo chciał pan zatrzymać, a kto odszedł dlatego, że nie mieścił się w pana wizji?
- Nie chciałbym już do tego wracać. To teraz historia. Żyjemy ostatnimi dniami przygotowań do sezonu, to nas interesuje.

- Ok, skupmy się tylko na tych, których chciał pan zatrzymać.
- Nie będę się wdawał w takie dyskusje. W piłce nie można patrzeć wstecz. To byli dobrzy zawodnicy, ale coś się wydarzyło, nadszedł koniec współpracy i dla nas to tematy zamknięte. 

- Marcis Oss ma jeszcze szansę grać w Górniku, skoro nie wyraża takiej chęci, a wiąże go kontrakt?
- Cały czas zajmuje się tym dział prawny klubu, to nie jest moja działka. Swoje zdanie już przedstawiałem. Oss został zawieszony, Kante też chcieliśmy, ale odszedł już do Wisły Płock.

- Oss nadal nie zamierza zostawać w Zabrzu, jego stanowisko się nie zmieniło?
- Wysłaliśmy papiery do PZPN, żeby stwierdzono, czy nadal jest piłkarzem Górnika, czy nie. Czekamy na odpowiedź. Naszym zdaniem nadal jest zawodnikiem Górnika i powinien od kilku tygodni uczestniczyć w treningach.

- Gdyby się okazało, że musi zostać w klubie, wyobraża pan sobie dalszą współpracę z Łotyszem?
- Czekamy na wyjaśnienia prawne.

- Co do Kante, był pan wściekły, czy tylko rozczarowany? Zawodził, w dużej mierze przez jego nieskuteczność się nie utrzymano, a mimo to nie docenił faktu, że dostaje kolejną szansę...
- Nie mogę mówić o rzeczach, na które nie miałem wpływu. Gdy to wszystko się zaczęło, nie było mnie jeszcze w Górniku. 

- Rozmawiał pan kiedykolwiek z Kante?
- Nie wracajmy już do tego. Proszę mnie zrozumieć, panie Przemku.


- Jest dziś w ogóle pozycja w zespole, na której wzmocnienia nie są konieczne?
- Bramka. Mamy Grzesia Kasprzika i Mateusza Kuchtę, czyli to, do czego dążymy - mieszanka rutyny z młodością. Mateusza możemy też wykorzystać przy limicie młodzieżowców, Grzesiek gwarantuje wysoki poziom. Obaj rywalizują fair, na równych zasadach. Będzie grał lepszy. 

- Transfery na lewą obronę to najpilniejsza sprawa?
- Tak. Odeszli Mariusz Magiera i Ken Kallaste, a Rafał Kosznik jeszcze przechodzi rehabilitację po kontuzji. Było trzech, na teraz nie ma żadnego. Próbujemy zapełnić tę lukę Rafałem Kurzawą. To dobry, uniwersalny piłkarz. Ma możliwości, żeby sprawdzić się na tej pozycji. Cały czas chce się rozwijać, ciągle można go kształtować. Ma odpowiednie predyspozycje motoryczne, do tego rewelacyjna lewa noga. Rzecz jasna nie od razu będzie idealnie, potrzeba czasu, aby nabrać nowych nawyków, które na środku pomocy były zupełnie inne. Najważniejsze, że Rafał nie mówi "nie" i chce iść do przodu.

- Motorycznie jest gotowy, a szybkościowo? Nie kojarzył się jako zawodnik szczególnie dynamiczny.
- Jak nie sprawdzimy, to nie będziemy do końca wiedzieli. Ma wszystkie parametry, które są ważne na lewej obronie: dobrą technikę, bardzo dobrze gra głową, jest inteligentnym piłkarzem, który wie, jak zachowywać się w sytuacjach skrajnych. W każdym meczu takie się zdarzają, on wtedy podejmuje dobre decyzje. W grze ofensywnej również daje sporo możliwości. Nie bójmy się sprawdzać piłkarzy na nowych pozycjach. Nigdzie nie jest napisane, że jak ktoś dotychczas grał w jakiejś roli, to musi tak być do końca jego kariery. Łukasz Piszczek zaczynał jako napastnik, a od kilku lat jest jednym z najlepszych prawych obrońców na świecie. Tomasz Rząsa również był najpierw w ataku, by później wygrać Puchar UEFA z Feyenoordem jako lewy obrońca. Nawet Adam Nawałka przed Euro 2016 próbował Bartosza Kapustkę na boku defensywy. To może rozwijać. Nie jest przecież powiedziane, że Rafał już nigdy nie wróci do środka pola. Musimy mieć jak najszerszy wachlarz możliwości.

- Wasz atak nie zachwyca. Jest Szymon Skrzypczak i trzech juniorów. Co pan widzi w Skrzypczaku? Przez dwa sezony w Ekstraklasie strzelił cztery gole, a po spadku dostaje nowy kontrakt...
- Trudno jednoznacznie stwierdzić, że się nie sprawdził. Do tego trzeba dać komuś szansę gry co najmniej w kilkunastu meczach od deski do deski. 

- Tylko kto może liczyć na taką szansę w zawodowej piłce, jeśli od początku rozczarowuje?
- Może znów na przykładach. Robert Lewandowski przychodząc do Borussii Dortmund potrzebował roku, żeby wystrzelić. W pewnym momencie poza Juergenem Kloppem nikt w niego nie wierzył, a niemiecka prasa ostro atakowała. Robert pracował, wytrzymał presję i dziś nie wyobrażamy sobie bez niego reprezentacji. Szymon przychodził do Zabrza z drugoligowych Polkowic. Oczekiwania wobec niego od początku były spore, a mało komu udaje się od razu bezboleśnie przejść dwa poziomy wyżej, zwłaszcza że Górnik miał walczyć o coś więcej niż utrzymanie. Moim zdaniem to bardzo dobry piłkarz. Jeśli obdarzymy go zaufaniem, szansę wykorzysta.

- Co jest jego najmocniejszą stroną?
- Łatwość w dochodzeniu do sytuacji. Tego nie da się wytrenować. Najlepsze momenty Górnika w zeszłym sezonie to końcówka rundy jesiennej, gdy Szymon grał w pierwszym składzie. Najbardziej błyszczał Roman Gergel, ale i Skrzypczak miał spory udział w tamtych wynikach. W pięciu meczach, w których zaczynał wtedy od początku, uzbierał dwa gole i dwie asysty. Wiosną znów najczęściej był rezerwowym i grał po kilkanaście minut. Szymon ma też bardzo dobrą wydolność, szybkość, szuka pozycji. Jestem przekonany, że nie powiedział ostatniego słowa.

- Próbował pan wystawiać Adama Dancha w pomocy. Nowa pozycja przesądzona?
- Przygotowujemy Adama jako kogoś w rodzaju trzeciego środkowego obrońcy, który płynnie przechodzi do środka pola. Co do jego defensywnych umiejętności, nikt nie ma wątpliwości, a występowanie w pomocy też nie jest dla niego zupełną nowością. Musimy maksymalnie wykorzystać potencjał Adama. Drugim argumentem za zmianą pozycji jest to, że przy obecnym stanie naszej kadry nie możemy pozwolić sobie, żeby dobrzy piłkarze siedzieli na ławce. Gdyby Danch pozostał w obronie, na ławce usiadłby ktoś inny, kto też nadawałby się do pierwszego składu.

- Ale rozumiem, że Danch byłby co najwyżej "szóstką", nie wymagałby pan od niego, żeby też trochę kreował grę?
- Potrzebujemy Adama wszędzie, ja bym go nie ograniczał. On dla tego klubu zrobi absolutnie wszystko. Większość ekip Ekstraklasy o niego pytała, a on od początku mówił: - Nie, ja chcę wrócić z Górnikiem do Ekstraklasy. To lider drużyny, naturalny kapitan. Mało który klub ma u siebie tak lojalnych piłkarzy. Adam pokazuje innym, że warto być w Zabrzu i tu się rozwijać. Skoro on widzi w klubie swoją przyszłość, to tym bardziej inni młodsi piłkarze.

- Ma pan całkowitą pewność, że zostanie i nie zrobi panu niespodzianki za dwa tygodnie?
- Wie pan, w sporcie mało co jest pewne, nieraz sam się o tym przekonałem. Pewne jest to, że w piątek gramy z Miedzią Legnica. Żyjemy dziś w takich realiach, że zmiany nieraz następują z dnia na dzień. Bywało, że w jakimś klubie przygotowywałem drużynę w czwartek, a w piątek piłkarz wyjeżdżał, bo tak miał skonstruowany kontrakt.

- Wyraźnie pije pan do odejścia Piotra Malarczyka z Korony Kielce.
- Nie tylko. W każdym razie, gdybym siedząc tutaj powiedział panu, że jestem w stu procentach pewny co do przyszłości Adama czy kogokolwiek innego, okłamałbym pana i pana czytelników. Piłka to dziś show, kluby to przedsiębiorstwa działające szeroko, nie tylko odnośnie wydarzeń na boisku. Trenerzy muszą być przygotowani na każdy wariant i zawczasu mieć plan. Mam jednak nadzieję, że w przypadku Dancha nic się nie wydarzy. Podoba mi się jego podejście i zaangażowanie.

- Wydaje się, że jeśli ktoś jeszcze odejdzie, to najprędzej Roman Gergel. Wisła Kraków kilka tygodni temu nawet nie ukrywała, że chce go pozyskać. Jak wygląda sytuacja?
- Roman zawsze mówił wprost, że bierze różne rzeczy pod uwagę, ale nie mogę mu niczego zarzucić jeśli chodzi o wykonywanie swoich obowiązków. Mogę dawać go tylko za przykład, tak samo Dawida Plizgę, który wrócił z wypożyczenia do Termaliki. Angażują się w każdy trening i sparing.

- Plizga podobno wolałby wrócić do Termaliki.
- Interesuje mnie to, jak pracuje. Ani razu on czy Roman nie pokazali mi, że myślami są gdzie indziej. Rozliczam ich tylko z profesjonalizmu. [w czwartek okazało się, że Plizga oficjalnie zostaje w Zabrzu, red.].

- Awans do Ekstraklasy już teraz to oficjalnie sformułowany cel?

- Mamy całkiem inny zespół, oparty na młodych piłkarzach z domieszką kilku bardziej doświadczonych. Koncentrujemy się na solidnej pracy, kolejnym treningu, rozwoju wszystkich zawodników. Chcemy grać jak najlepiej i wygrywać, ale od samych słów nikt jeszcze niczego nie osiągnął.

- Chodzi mi o konkretny przekaz. Legia nie powie, że "walczy o czołowe lokaty", tylko musi powiedzieć, że jedynym celem jest mistrzostwo...
- Cel jest jasny i klarowny, natomiast nie chodzimy wszędzie i nie mówimy o nim na wszystkie strony świata. Wiemy, jakie są oczekiwania.

- Po jednym ze sparingów stwierdził pan, że Górnik ma grać ofensywnie i widowiskowo. Drużyna jest na to gotowa?
- Chcemy zapełniać nasz stadion, wtedy szanse na zrealizowanie celów na pewno wzrosną. Wiemy jednak, że fani w Zabrzu nie oczekują tylko samych zwycięstw, ale również walki od początku do końca, stylu i kultury gry. Pamiętajmy, o jakim klubie mówimy. Ludzie oczekują ustawicznego rozwoju. Chcemy temu sprostać, jesteśmy na to przygotowani. 

- Pytam, ponieważ pan zawsze był postrzegany jako trener, który dobrze wykorzystuje zastany potencjał. W Koronie Kielce nie dało się ładnie grać, więc pan nie grał. A nawet jeśli pan próbował ofensywnego nastawienia - jak u siebie z Górnikiem Łęczna - to po porażce 0:2 przyznał się pan do błędu. Wynika z tego, że w Górniku realnie są warunki, żeby mieć efektownie grający zespół, a przyznam, że na pierwszy rzut oka nie jest to oczywiste.
- Jestem przekonany, że mamy możliwości, żeby łączyć dobre wyniki z dobrą grą. Na pewno będziemy stwarzali dużo okazji, grunt, żeby je wykorzystywać. Największą frustrację powodują bowiem zmarnowane sytuacje, nie ich brak. Jeżeli mamy mieć zawsze prawdziwy kocioł na trybunach, nie ma innej drogi. To będzie jednak nieustanna praca. 

- Czyli zakłada pan, że frekwencja względem wiosny nie spadnie.
- Więcej, mam taką pewność. Widzę, ile się dzieje wokół Górnika. Pochodzę z tego regionu. Ludzie są dumni z historii klubu, ale nie żyją nią na co dzień, ich interesuje przyszłość. Wielu kibiców pojedzie za nami już na pierwszy mecz z Miedzią Legnica. Nie chcemy ich rozczarować.

- Łukasz Mazur powiedział w rozmowie z 2x45: "Fajnie, że Brosz został trenerem Górnika, ale wszystko zależy od tego, na ile mu się pozwoli". No to na ile się panu pozwala jeżeli chodzi o transfery, tworzenie drużyny?
- Na razie nie przeprowadziliśmy jeszcze żadnego transferu, więc nadal mówimy o teorii (śmiech). A mówiąc już poważnie, to bardzo trudne pytanie. Sam pan wie, że sprowadzenie nowych piłkarzy trzeba dobrze przygotować, to muszą być przemyślane ruchy. Wziąć pierwszego lepszego można bez problemu. Gdybyśmy mieli takie podejście, ilościowo już teraz moglibyśmy zamknąć kadrę na ten sezon. Nie chcemy jednak iść na łatwiznę. Najpierw trzeba konkretnie ustalić, jakich piłkarzy chcemy. Dwa - dziś wskazane jest, żeby był to ktoś z Unii Europejskiej. Trzy - jakie mamy możliwości finansowe. Cztery - czy dany zawodnik będzie pasował do naszego pomysłu, w jakim ustawieniu gra obecnie, czy jest uniwersalny, czy jest przywiązany do jednej pozycji. Należy mu się również przyjrzeć poza boiskiem, zwłaszcza jeśli chodzi o obcokrajowca. Czy przyjedzie z rodziną, jak z dziećmi, czy będzie nas stać, żeby również jego bliskim trochę pomóc w aklimatyzacji. Od tego najczęściej zależy, czy nowy nabytek będzie się dobrze czuł w klubie. W wielu przypadkach to pierwsza zmiana kraju, więc jak z językiem, czy będziemy w stanie w miarę szybko się porozumiewać. To z kolei kluczowe dla akceptacji w szatni. Pokrótce wymieniłem najważniejsze elementy, a i tak wyszła cała lista. Dziś przeprowadzenie transferu to żaden problem. Ale przeprowadzenie dobrego transferu to niekiedy nawet miesiące starań i analiz, a na końcu i tak nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że ktoś się sprawdzi.

- Cały czas zastanawiam się jednak, czy nie wpadł pan z deszczu pod rynnę. Odchodził pan z Korony Kielce, ponieważ zdaniem prezes Marka Paprockiego przedstawił pan zbyt ambitne oczekiwania co do wzmocnienia drużyny. Teraz jest pan w Górniku Zabrze, który na pieniądzach nie śpi, nikt jeszcze nie przyszedł. Samą marką i historią klubu mało kogo się przekona, piłkarze patrzą bardziej pragmatycznie...
- Tradycje się bardzo ważne, musimy o nich pamiętać, ale oczywiście my będziemy rozliczani za obecną pracę, nie za rok 1969. Na pozór widać tylko pierwszą czy drugą warstwę. Jeśli jednak zerkniemy dalej, to jednak nadal wielki Górnik Zabrze, gdzie dużo można osiągnąć. Realia są inne niż wcześniej, ale twardo stąpamy po ziemi.

- Zmierzam do tego, że zawodników interesują głównie cyfry w kontrakcie. Bez tego na nic zda się opowiadanie o historii klubu, jego marce. Takie zdania słyszymy tylko na prezentacjach. 
- Nie zgodzę się. Ekonomia jest ważna, ale to nie jedyny czynnik, który decyduje. Często argumentem dla chłopaków jest właśnie sama nazwa Górnik Zabrze, atmosfera na stadionie, wizja i możliwości klubu. Tym staramy się przekonać zawodników.

- Wielu piłkarzy odmawiało wam teraz ze względu na pieniądze?
- Nie, bo nie składaliśmy jeszcze zbyt wielu propozycji kontraktowych. Najpierw musieliśmy zrobić porządek w dotychczasowej kadrze. Powtórzę ponownie: to nie sztuka przeprowadzić jakikolwiek transfer. Pracujemy nad nimi od pewnego czasu i sądzę, że wkrótce będą efekty. Nie chcemy wiązać się z kimś na pół roku, tylko na znacznie dłużej. Do tego świadomość, czym jest Górnik Zabrze, jest niezbędna.

- Zakładam jednak, że planem nie było to, że na kilka dni przed startem sezonu nikt nowy nie przychodzi.
- Jako trener muszę zakładać wiele wariantów. To są ciężkie sytuacje. Były powody, dla których klub spadł z Ekstraklasy. Po spadku one same z siebie nie zniknęły. Musieliśmy te problemy rozwiązać, ale to proces. Nawet do pierwszego meczu z Miedzią nie zdążymy rozwiązać wszystkich. To jeszcze potrwa. Pracujemy, tworzymy coś nowego, wkrótce przedstawimy nową strukturę klubu jeśli chodzi o grupy młodzieżowe. Pierwsza drużyna to lokomotywa, napędza klub, ale fundamentem jest młodzież. Zmierzamy do tego, żeby Górnik był klubem celowo-zadaniowym. Obieramy jakiś cel, realizujemy go i wyznaczamy następny. Kibice będą mogli nas rozliczać nie tylko za grę "jedynki" - również za sferę organizacyjną czy szkolenie. Ma to być jasne i zrozumiałe dla każdego.

- Będziecie bardziej nastawieni na własne szkolenie, a mniej na korzystanie np. z Gwarka Zabrze?
- Nie. Z Gwarkiem świetnie się współpracuje, ale chcemy współpracować z każdym. Proszę zobaczyć, ile klubów gra z herbem Górnika, jest jego filią. Chcemy z tego wyciągnąć jak najwięcej. To nie jedyny kierunek, ale jeden z ważniejszych.

- Jak duże znaczenie dla pana przyjścia do Górnika miał sentyment do tego klubu? Odchodził pan z Korony Kielce jako mimo wszystko trener wygrany, więc zejście do I ligi nie wydawało się naturalnym kierunkiem.
- Nikt mnie tu nie zatrudniał przez sentyment. Wyznaczyliśmy sobie pewne ramy naszej pracy i staram się tego trzymać. Boże, ale mnie pan męczy (śmiech).

- Temat Górnika kończymy, teraz Korona Kielce. Z perspektywy czasu uważa pan, że wizję rozwoju nakreślił tam zbyt ambitnie, czy niczego by pan nie zmienił?
- To już za mną... Ale dobrze, krótko. Zarząd poprosił, żebym przedstawił swoje oczekiwania na nowy sezon, więc to zrobiłem. Nie miałem oczekiwań z kosmosu, wszystko mieściło się w ramach budżetu, którym dysponowała Korona. Chcieliśmy więcej wycisnąć "wewnętrznie", zachować szkielet zespołu, wzmocnić się 2-3 piłkarzami i móc walczyć o coś więcej niż tylko utrzymanie. Prezes Paprocki miał inną wizję, poszedł swoją drogą.

- Wygląda na to, że dopiero teraz pan wyhamował. Z Piasta Gliwice również odchodził pan, bo chciał rozwijać klub szybciej niż miasto, co sam pan przyznał w rozmowie z 2x45.
- Trzeba wszystko rozkładać czasowo. Jeżeli coś jest budowane gwałtownie, na szybko, często się nie sprawdza. Najnowszy przykład to Zawisza Bydgoszcz. Od razu po spadku chciano szybkiego powrotu, a dziś klub nie ma licencji nawet na II ligę. Odwrotnie wygląda historia Zagłębia Lubin. To oczywiście trochę inne realia, bo za nim stoi KGHM, co daje stabilność, ale jednak wydaje się tam teraz mniej niż trzy lata temu, a drużyna spisuje się znacznie lepiej. Spadek nie sprawił, że zmieniono trenera, pozbawiono drużyny szkieletu czy zmieniono wizję rozwoju. Trzymano się wszystkiego i proszę zobaczyć, gdzie Zagłębie jest teraz. Trzeba się uczyć na takich analogiach, ja też to robię. Wolę systematyczną pracę niż pokładanie wszelkich nadziei w kupowaniu kolejnych piłkarzy. To czasami konieczne, ale to ostateczność, którą trzeba przeanalizować pod każdym możliwym względem. Czasami kluby uzależniają zbyt wiele od powodzenia danego transferu, stawiają się pod ścianą. Zawsze należy mieć wariant B i C. 

- Ale rozumiem, że do takich wniosków doszedł pan z czasem, nie od razu?
- Wie pan, trenerem jestem już dziesięć lat. Przemyśleń mam mnóstwo.

- Czym najbardziej różni się trener Marcin Brosz z początków swojej pracy od dzisiejszego?
- Trudno mi powiedzieć. Najważniejsze, żeby zawsze mieć w sobie pasję i jasno określony cel - również gdy jesteś piłkarzem. Jeżeli tego nie ma, najlepiej zrobić sobie przerwę. Grałem, dopóki byłem zdrowy i miałem z tego radość. Teraz cieszy mnie praca trenerska. Jak na razie pasja nigdy nie zniknęła. Co do jakieś zmiany podejścia, każdy klub jest inny, ma inne uwarunkowania. Najgorsze to kalkowanie czegoś 1 do 1, bo gdzie indziej coś takiego dało ci efekt. Rozwijać może się i piłkarz 16-letni, i 35-letni. Trener też cały czas musi ewoluować, w zależności od warunków pracy. Wszędzie swoją specyfikę mają właściciele, kibice i tak dalej. To fajna rzecz, gdy jedno się kończy, a drugie zaczyna.

- Wiele mówi się o różnicy w podejściu do prowadzenia się, profesjonalizmu, sfery mentalnej piłkarzy dzisiejszych względem piłkarzy sprzed 20 lat. Pan też widzi, jak dużo kwestii wtedy pana pokolenie zaniedbywało?
- Moim zdaniem robienie takich porównań jest bez sensu. Gdy zaczynałem grać, Polska była zupełnie innym krajem niż teraz. Piłka zmieniała się w podobnym tempie, nie da się tego zestawić. To dwa różne światy. Nie można mówić, że dawniej zawodnicy byli gorsi, bo gorzej się prowadzili - były zupełnie inne realia, zupełnie inny punkt wyjścia. Ostatnio ktoś deprecjonował klasę Alfredo Di Stefano, ponieważ zrobiono pomiary i wyszło, że biegał 3,6 km na mecz. Wtedy to było normalne, tak grali wszyscy i to wcale nie znaczy, że futbol sprzed kilkudziesięciu lat był gorszy od tego z 2016 roku. 

- Powszechne jest przekonanie, że na przykład Pele dziś nie dałby rady przy tak agresywnej grze.
- Spokojnie, poradziłby sobie. Stanisław Oślizło czy Włodzimierz Lubański dziś też byliby gwiazdami Ekstraklasy, a Hubert Kostka jednym z najlepszych bramkarzy. Jak ktoś jest geniuszem, dostosuje się do każdych realiów.

- Dobry wynik reprezentacji na Euro 2016 zmieni coś w piłce klubowej?
- Moim zdaniem tak i to sporo. Zmienił się niesamowicie klimat do piłki, ludzie bardziej się z nią utożsamiają. Z wielką przyjemnością obserwowałem całą otoczkę podczas EURO, jak ludzie się emocjonowali, wtykali flagi do masek samochodów, chodzili w koszulkach reprezentacji, miasta w barwach biało-czerwonych. Futbol to dziś pozytywny patriotyzm. Coraz więcej jest pozytywów wokół polskiej piłki.

- Mentalność była naszą największą barierą?
- Zawsze mieliśmy wybitnych piłkarzy, tylko nie zawsze mogliśmy to pokazać. Był komunizm, kraj był zamknięty na świat. Grzegorz Lato czy Robert Gadocha do dziś mi imponują, gdy czasem oglądam stare mecze. Dopiero od kilkunastu lat możemy w pełni swobodnie prezentować za granicą potencjał naszych zawodników. A jest co pokazywać.

- Chodzi mi bardziej o automatyczny kompleks niższości względem Zachodu. Pozbyło się go chyba dopiero pokolenie Roberta Lewandowskiego i Grzegorza Krychowiaka.
- Dziś Polska jest pięknym krajem, za który nie musimy się wstydzić. Jeżeli ktoś dużo podróżuje po Europie, łatwo dostrzeże, jak bardzo się rozwinęliśmy.  Nadal sporo jest do zrobienia, ale nie ma powodu, żebyśmy chodzili z pochyloną głową.

- Nadal prowadzi pan swoją szkółkę piłkarską?
- Tak. Proszę wpisać w Google APN Knurów, zobaczy pan, jak świetną dysponujemy bazą. To działanie lokalne, dajemy szansę dzieciakom. Cieszę się, że tyle ich przychodzi na zajęcia. Tworzenie możliwości - taka jest nasza rola. Później dzieci razem z rodzicami wybierają, czy wchodzą w to dalej.

- To bardziej biznes czy idea?
- To może być biznes, ale podchodzimy do tego bardziej ideowo, na zasadzie "ktoś kiedyś dał mi szansę, więc teraz chcemy dać ją komuś innemu". Prowadzimy szkółkę do trzynastego roku życia, a wiadomo, od kiedy w piłce zaczyna się poważny biznes. U nas są dzieci, których nie ma w klubowych szkółkach, które gdzieś zostały pominięte w różnych selekcjach. Dawanie szansy - to najlepsze hasło. Dziś te dzieciaki liczymy w setkach. Rozrośliśmy się tak bardzo, że gramy już w meczach pod egidą Śląskiego ZPN. Mamy swoje sukcesy, ale u nas nie ma słowa "selekcja" czy "wybory". Każdy, kto ma ochotę pograć w piłkę, ma taką możliwość.

- Ma pan swoją filozofię szkolenia?
- To szeroki temat, ale generalnie nie liczy się wynik, nie pod tym kątem szkolimy. To jest zabawa, integracja z rodzicami, przebywanie ze sobą, współpraca z miastem. Wspierają nas lokalne firmy. Chodzi o jedną wielką symbiozę, tworzenie lokalnego klimatu dla piłki. Zyskaliśmy akceptację społeczną. W oparciu o akademię miasto wybudowało wspaniałą bazę treningową dla dzieci, co traktujemy jako olbrzymi sukces. Uwielbiam usiąść sobie z boku i patrzeć, jak rodzice to przeżywają, poubierani w stroje swoich drużyn, dopingują, dmuchają w trąbki. Nieraz tworzą się przyjaźnie na lata, sport jest tylko środkiem. Hasło Łączy Nas Piłka pasuje tu idealnie. 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się