var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm

Czereszewski wspomina pobyt w Chinach. "Był mały przekręt"

Autor: Sylwester Czereszewski
2010-11-17 18:04:28

Chiny dla większości Polaków są miejscem równie egzotycznym jak księżyc. Wiemy, że jest, ale nigdy tam nie będziemy. Tym bardziej interesująca powinna wydać się Wam opowieść Sylwestra Czereszewskiego, byłego króla strzelców i mistrza Polski z Legią Warszawa. On spędził w Chinach 8 miesięcy.

***

Witam czytelników 2x45.com.pl. W swoim pierwszym artykule podzielę się z Wami wspomnieniami na temat mojego pobytu w lidze chińskiej, dla wszystkich w Polsce bardzo egzotycznej. Mam nadzieję, że będzie ciekawie.

Do Państwa Środka udałem się w marcu 2001 roku na zasadzie wypożyczenia z Legii Warszawa do klubu Jangsu Shuntian. Trwało ono 8 miesięcy. Trafiłem tam do miasta liczącego około siedmiu milionów mieszkańców, co było dużym atutem pod względem wypełnienia sobie wolnego czasu po treningach. Chciałem zaznaczyć, że miasto Nankin, w którym grałem, było pierwszą stolicą Chin i do dzisiaj jest zwane pierwszą południową stolicą tego kraju.

Nie ukrywam, że propozycję przyjąłem w dużej mierze ze względu na aspekt finansowy,  ale przy okazji otrzymałem szansę na poznanie zupełnie innego kraju, innej kultury. Czas mijał szybko. Po części dlatego, że na każdy mecz wyjazdowy lataliśmy samolotami. Najczęściej wyglądało to tak: spotkanie mieliśmy w sobotę, a już w czwartek po treningu udawaliśmy się w podróż. Najczęściej po zakończeniu meczu od razu jechaliśmy do hotelu, gdzie spędzaliśmy jeszcze jedną noc, a dopiero na drugi dzień wracaliśmy do naszego miasta. W taki sposób mijały cztery dni w tygodniu, co mi bardzo odpowiadało.

W Chinach graliśmy systemem wiosna-jesień. Po pierwszej rundzie zajmowaliśmy trzecie miejsce, które udało się utrzymać na mecie sezonu. Oczywiście celem było zdobycia mistrzostwa i wszystko na to wskazywało, ale na niektóre wyniki niestety nie mieliśmy wpływu, mimo że to zawodnicy zagraniczni decydowali o obliczu całego zespołu. Była taka sytuacja. Graliśmy bodajże przedostatni mecz w sezonie. Naszym rywalom wystarczał remis, żeby zdobyć tytuł. My nie walczyliśmy już o nic no i przegraliśmy 2:4. W całych rozgrywkach mieliśmy najlepszą defensywę, straciliśmy 7-8 goli, a nagle tracimy cztery. Dziwna sprawa. A jeszcze było tam takich dwóch brazylijskich napastników, bardzo dobrych, który widząc to, pod koniec spotkania grali już w obronie, żeby ci Chińczycy przypadkiem jeszcze czegoś nie strzelili. Wydaje się, że jakiś mały przekręt wtedy był. Na drugi dzień widzieliśmy tych Brazylijczyków jak szli ulicami uśmiechnięci, z prezesami klubu. Dla nich wszystko było w porządku. Najwidoczniej ktoś sprawował nad tym jakąś odgórną kontrolę, nic nie mogliśmy poradzić. To akurat mniej przyjemne wspomnienie.

Poziom chińskiej piłki jest dość przeciętny, a stranieri, których było siedmiu, musieli rywalizować między sobą. Miało to wpływ na występy w pierwszym składzie, gdyż w meczowej kadrze mogło znaleźć się co najwyżej pięciu obcokrajowców, a w wyjściowej jedenastce już tylko trzech, więc nie było zdrowej walki o miejsce w drużynie z przeciętnymi Chińczykami. Tam wszystkie kluby sprowadzają zawodników z innych państw i głównie to oni decydują o obliczu poszczególnych drużyn. Dlatego każdego zawodnika uczulałem, że wyjeżdżając za Wielki Mur musi być oczywiście lepszy od miejscowych, ale przede wszystkim od innych „zagraniczniaków”. Największy problem był z obsadą bramkarzy, którzy - nie tylko w Jangsu – stanowili najsłabsze ogniwa całego zespołu. Trudno było się z tym pogodzić, jednak panował tam taki zwyczaj, że golkiper był miejscowy i oczywiście do tego pełnił jeszcze funkcję kapitana.

Nasze mecze oglądało przeważnie około 18 tysięcy kibiców, a więc całkiem sporo. Zachowywali się oni bardzo głośno, żywo reagowali na każdą sytuację pod bramką przeciwnika. Drażniły jedynie różnego rodzaju piszczałki, tworzące iście kocią muzykę, której ostatnio wysłuchiwaliśmy też na mistrzostwach świata w RPA.

Treningi były bardzo podobne do tych w Polsce. Wpływ na to miał zapewne fakt, że większość trenerów chińskich klubów to Europejczycy. Pierwsze mecze graliśmy pod wodzą szkoleniowca z Rosji, tak więc nie miałem problemów z komunikacją. Na zajęciach byłem pierwszą osobą, która rozumiała wszystkie polecenia i uwagi trenera. Wiadomo, język polski i rosyjski w mowie są do siebie podobne. Po pierwszych trzech meczach włodarze naszego klubu nie byli zadowoleni z wyników, bo zdobyliśmy cztery punkty. Rzecz jasna zwolnili trenera, co jest bardzo popularnym zabiegiem w tamtejszej lidze. Najbardziej obawialiśmy się wtedy, czy nowym szkoleniowcem nie zostanie jakiś miejscowy, ale szybko nas poinformowano o zatrudnieniu trenera z Serbii.

Ciekawostką były posiłki przed podróżami na mecze wyjazdowe. Ja nie miałem problemów z miejscową kuchnią. Jeszcze przed wyjazdem do Chin stołowałem się w restauracji chińskiej i tajskiej. Na miejscu restauracje stanowiły główne miejsce spożywania posiłków. Gorzej było z moimi zagranicznymi kolegami, którym dowożono produkty z McDonaldsa i tym podobnych -  za przyzwoleniem sztabu trenerskiego, który… też chętnie korzystał z tego typu jedzenia.

Wracając do spędzania wolnego czasu. Na osiem miesięcy mojego pobytu żona spędziła ze mną pięć miesięcy. Raz w tygodniu udawaliśmy isę do hotelu Sheraton, gdzie znajdowała się dość liczna grupa osób spoza Chin. Można było troczę się odprężyć i przez chwilę poczuć jak w Europie. Naszym miejscem zamieszkania był hotel i pod tym względem różniliśmy się od pozostałych stranierich. Oni wynajmowali duże mieszkania, celowali w tym zwłaszcza Brazylijczycy. Uwielbiali przesiadywać do godzin wieczornych i co kilka tygodni zapraszali swoich nowych znajomych. Bardzo mi się to podobało, ale ja osobiście nie miałem takiej potrzeby, tym bardziej że było nas dwoje. Hotel nam odpowiadał ze względu na bezpieczeństwo i bliską odległość do centrum miasta.

Chińska kultura mnie zachwyciła. Najbliżej miałem do Szanghaju. Najbliżej, to znaczy… 300 kilometrów. Tam akurat na mecz udawaliśmy się autobusem, a nie samolotem. I korzystając z okazji zwiedziłem to miasto. W tym czasie odwiedziła mnie też żona z teściową i również nie przegapiły tej możliwości. One nawet bardziej poznały Chiny od turystycznej strony. Ja głównie kursowałem między Pekinem a Szanghajem, a Panie w ciągu dwóch tygodni zwiedziły sporo wielkich miast. Nie miałem aż tak dużo czasu na wycieczki, ale Szanghaj zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Minęło już prawie 10 lat, a nadal u nas można pomarzyć o takiej infrastrukturze – metrze, wielkich, pięknych ulicach i tak dalej. Z drugiej strony wiadomo jednak, że było to trochę państwo w państwie. Pekin z Szanghajem to standard światowy, reszta jest znacznie bardziej podupadła. Podobnie jak w Rosji – jest Moskwa, Petersburg i na tym koniec.

W lipcu mieliśmy dwa tygodnie wolnego i oczywiście poleciałem do Polski. Bez obaw potem wracałem do Chin, bo już wiedziałem, że trzy ostatnie miesiące miną błyskawicznie. Oczywiście, czym bliżej powrotu, tym coraz częściej śniły mi się treningi na Legii i kiedy to już nastąpiło, trenerem klubu z Łazienkowskiej był Dragomir Okuka. Na wiosnę zdobyłem pięć ważnych bramek, dokładając swoją cegiełkę do tytułu mistrzowskiego za sezon 2001-02.

Z kwestią urlopu wiąże się jedna śmieszna historia. Przed wyjazdem mówię do naszego tłumacza, który porozumiewał się po angielsku:

- Słuchaj, Daniel, mam tutaj pieczątkę, że mogę jechać do Polski, ale nie mam, że mogę wrócić. Nie będzie problemów z powrotem?
 - Nie, nie, nie będzie żadnych kłopotów, wrócisz tutaj bez przeszkód! – zapewniał.

Poleciałem więc i po dwóch tygodniach udałem się w podróż powrotną. Najpierw z Warszawy do Frankfurtu. Tam oczywiście nikt nie patrzył na pieczątki, bo leciałem do Niemiec, a nie do Chin. I dopiero, gdy już byłem na miejscu, zaczęła się komedia. Od razu spotkałem kolegów Brazylijczyków, którzy przybyli z Paryża i okazało się, że ja i oni nie możemy już być w Chinach i musimy zawrócić tam, skąd przybyliśmy. Myślę sobie: „nieźle, leciałem 8 godzin z Frankfurtu, a teraz mam od razu wracać”. Znalazłem się w najgorszej sytuacji, ponieważ samolot powrotny miałem za godzinę i byłem postawiony pod ścianą – albo policja się mną zajmie, bo klub nie mógł szybko zareagować, albo wylatuję do domu. Rzecz jasna wybrałem drugi wariant, zawróciłem się na pięcie i udałem do Frankfurtu, potem do Warszawy. Brazylijczykom poszło lepiej, gdyż ich rejs odlatywał dopiero za sześć godzin. Udało im się załatwić wszystkie formalności i zostać. Pamiętam, że później, kiedy już wreszcie legalnie wróciłem i była ze mną żona, działacze klubu zaprosili nas do hotelu i wydali w ramach przeprosin wielką kolację. Cała góra budynku kręciła się wokół własnej osi, było bardzo miło. Tutaj wyszło zbyt swobodne podejście do kwestii formalnych.

Ogólnie jednak zachowałem niemal same dobre wspomnienia. Gorsze momenty też były, ale głównie na początku – w pierwszym i drugim miesiącu. Z tygodnia na tydzień czułem się coraz pewniej. Krótko mówiąc: gdybym miał jeszcze raz propozycję z Chin, na pewno bym z niej skorzystał.

foto do tekstu: Adam Polak/legia.com


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się