var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: lechia.pl

Paweł Buzała: Niech przygoda z piłką zamieni się w karierę

Autor: rozmawiał Przemysław Michalak
2010-11-18 15:34:47

Do niedawna Paweł Buzała był jednym z tych zawodników, o których mówiło się i pisało niewiele, a jeśli już, to częściej w krytycznym tonie. Dopiero w tym sezonie napastnik Lechii Gdańsk pokazuje, że naprawdę potrafi grać w piłkę. W rozmowie z naszym portalem nie ukrywa on ambicji o wyjeździe zagranicznym za jakiś czas.

2x45.com.pl: - Wydaje się, że jest Pan teraz w życiowej formie...
Paweł Buzała
: - Mogłoby być jednak jeszcze trochę lepiej, to znaczy mógłbym strzelać więcej goli. Na razie mam trzy i jakbym tak do końca rundy miał sześć lub siedem, byłoby dobrze. Jeśli chodzi o samą grę, sądzę, że mogę być zadowolony, ale też uważam, że jestem w stanie się jeszcze poprawić. Na pewno jest zadowalająco, bo poprzednie sezony były w moim wykonaniu słabsze niż ta runda. Gdybym tylko do tego częściej trafiał do siatki...

 - Skąd ta poprawa? Jest Pan aktywny na boisku, odważny, przebojowy. Wcześniej tego nie było. Zmiana w psychice?
 - Czy ja wiem, czy zmiana? Każdy zawodnik ma swoje słabsze momenty i tak też było w mojej przygodzie z piłką. Mam większą wiarę we własne możliwości, bo trener Tomasz Kafarski na mnie postawił i najczęściej wystawia w roli wysuniętego napastnika. Ta pozycja najbardziej mi służy i na niej mogę być pełnowartościowym piłkarzem, którego wielu obrońców Ekstraklasy powinno się bać. Gram niekonwencjonalnie, nie tylko tyłem do bramki, ale mogę też wyjść po piłkę, rozegrać akcję. No i jako napastnik najbardziej mogę wykorzystać swój główny atut, czyli szybkość.

 - Czyli w razie potrzeby występuje Pan też na skrzydle, jednak zdecydowanie bardziej woli w ataku?
 - Tak. Nie jestem takim typem, który głośno będzie wyzywał, że pozycja na boisku mu się nie podoba. Pod nosem mogę sobie coś tam ponarzekać, ale najważniejsze jest dobro drużyny i jeśli szkoleniowiec widzi mnie na boku, staram się zrealizować wszystkie swoje zadania najlepiej jak umiem. Bez gadania.

 - Wspomniał Pan o przygodzie z piłką. Chyba właśnie teraz nadszedł czas, w którym decyduje się, czy albo już zawsze będzie Pan mówił o przygodzie, czy jednak kiedyś o karierze?
 - Bez wątpienia obecne chwile są dla mnie przełomowe. Zaczynam się dobrze prezentować. Nie tylko ludzie w klubie, ale chyba wszyscy w lidze widzą, że jest ktoś taki jak Buzała, który potrafi grać w piłkę, a nie jest tylko kimś od jednego czy dwóch występów. Taka prawda. Forma dopisuje od początku sezonu i nie wiem, czy w tym czasie trafił mi się mecz, w którym nie dałoby się mnie zauważyć na boisku. Jeśli grałem, byłem widoczny i dawałem coś drużynie. 

 - Jak daleko sięgają Pana piłkarskie marzenia? Topowy klub w Polsce? A może inna liga, a nawet reprezentacja?
 - Każdy ma jakieś ambicje. Staram się aż tak daleko nie wybiegać w przyszłość, bo zdaję sobie sprawę, nad czym nadal muszę pracować, jakie błędy jeszcze wyeliminować. Aby osiągnąć poziom reprezentacyjny, musiałbym wznieść się na wyżyny, nie ma co ukrywać. Na pewno nie powiem, że nie marzę o dobrym klubie zagranicznym lub czołowym w Polsce. Na razie jestem w Lechii, też gramy bardzo efektowny futbol i dobrze się w Gdańsku czuję. Kiedyś chciałbym wyjechać za granicę, ale czy to zdarzy się teraz, czy za dwa, trzy lata, tego nie jestem w stanie stwierdzić. Życie pokazuje, że różnie to bywa.

 - A do Lecha nie chciałby Pan wrócić i udowodnić, że zbyt łatwo tam z Pana zrezygnowano?
 - Najpierw musiałbym dostać z Lecha ofertę. Przed żadnym polskim klubem nie zamykam drzwi, może oprócz Arki Gdynia. Gdybym do niej przeszedł, miałbym ciężkie życie, poza tym darzę Lechię dużym sentymentem, a gdańscy kibice nie lubią Arki. Z tego klubu nigdy nie przyjąłbym oferty. Co do Lecha. Nie gra jeszcze zbyt dobrze, ale ma nowy stadion, super kibiców i z pewnością jest to już dziś wyższa półka. Często nie czuję się gorszy od zawodników, którzy zostali w Poznaniu i którzy teraz tam grają. Sądzę, że gdy drużyna ma dziesięciu lub jedenastu bardzo dobrych piłkarzy, to i ja mógłbym się do niej jakoś wkomponować, nie odstawać i powalczyć o skład. To jednak tylko gdybanie. Na dziś nie zaprzątam sobie głowy takimi tematami.

 - Jakie są cele Lechii na ten sezon? Brazylijczyk Deleu niedawno wspominał coś nawet o mistrzostwie Polski.
 - Aż tak mocnych deklaracji bym nie składał. Cel został jasno określony przez zarząd. Jest nim szóste miejsce, a gdyby udało się zająć wyższą lokatę, każdy w klubie powinien być szczęśliwy. Oznaczałoby to, że z roku na rok robimy postępy. Najpierw broniliśmy się przed spadkiem, w zeszłym sezonie było ósme miejsce, więc chyba nikt z nas nie byłby rozczarowany szóstą, piątą bądź czwartą pozycją.

 - Jesteście dziś najładniej grającą drużyną w Polsce, ale w ostatnich czterech meczach ponieśliście trzy porażki...
 - No niestety. Cały czas pokazujemy ładny futbol, lecz zbyt często razimy nieskutecznością. To nadal jest problem. Nie zawsze sama nasza dyspozycja przekłada się na zwycięstwo, tak jak w Krakowie z Wisłą. No i czasem przeszkadzają nam pewne "osoby" z gwizdkiem. W tym sezonie nie podyktowano dla nas już co najmniej czterech rzutów karnych z gatunku ewidentnych. Momentami też gramy zbyt otwarcie, chcemy ciągle atakować. Rywale bronią się wtedy w jedenastu na swojej połowie, wyprowadzą jakąś kontrę i strzelają gola. Chwilami trzeba się jednak wykazać doświadczeniem i jeśli nie idzie, to chociaż zremisować lub wygrać skromnie 1:0. Za darmo punktów nie dostaniemy.

 - No właśnie. Czy czasem nie jest tak, że brakuje w grze Lechii większej agresji i zaciętości w decydujących fragmentach spotkania? Gdyby udało się to połączyć, byłaby mieszanka wybuchowa.
 - Tak to może wygląda, ale każdy z nas ma charakter i chce na boisku walczyć na sto procent. Nogi chcą, głowa chce, a jednak w meczu nie zawsze wychodzi. Momentami na pewno przydałoby się trochę "przyostrzyć", zastosować jakiś faul taktyczny, jak choćby na Lechu. Bramki traciliśmy po kontrach, zamiast wcześniej przerwać akcję i nawet dostać za to żółtą kartkę. Rozdajemy za dużo prezentów, próbując uniknąć sfaulowania przeciwnika. Ale to nie jest tak, że Lechia nie potrafi walczyć. Głupie gole tracą nawet najwięksi na świecie. Taki poza tym mamy dziś styl gry i trudno nagle radykalnie go zmieniać. 

 - Do klubu przyszło latem sporo zawodników innych narodowości, ale wychodzi raczej, że Lechia nikogo nie sprowadziła jedynie za obco brzmiące nazwisko, prawda?
 - Zgadza się. Transfery przed sezonem były w miarę udane. Każdy zespół dobrego piłkarza zawsze przyjmie w szatni z otwartymi rękoma, nawet jeśli oznacza to większą rywalizacją i możliwość utraty miejsca w składzie. Na tym jednak korzystają wszyscy, bo otrzymujesz większy bodziec do podnoszenia umiejętności. Działa to w dwie strony. Zyskują zawodnicy i zyskuje drużyna. Działacze dokonali właściwych wzmocnień. Nowi gracze nie są tylko uzupełnieniem. Oni zwiększyli jakość w naszej grze.

 - Po tych transferach trener Kafarski ma tak duże pole manewru w ataku, że po znakomitym występie z Górnikiem, tydzień później siada Pan na ławce!
 - Szkoleniowcowi właśnie o to chodziło. Chciał zwiększyć rywalizację, żeby przypadkiem ktoś nie poczuł się zbyt pewnie. Każdy musi na każdym treningu walczyć o skład, każdemu zależy. Nikt nie może spocząć na laurach. Co do tamtej sytuacji. Taką decyzję podjął trener i musiałem się podporządkować. Jak widać, nie mylił się, bo na wyjeździe ograliśmy Legię 3:0. Nie znaczy to wcale, że gdybym ja wystąpił, nie wygralibyśmy na Łazienkowskiej. Możliwe, że nawet prowadzilibyśmy wcześniej. W każdym razie, trener wie, co robi i widzi kto w jakiej jest formie, do jakiej taktyki pasuje. 

 - Który z nowych robi na Panu największe wrażenie? Abdou Razack Traore, Deleu, Bedi Buval, czy może jeszcze ktoś inny?
 - Myślę, że jednak Traore. Ma olbrzymi potencjał. Jak my to mówimy, to jest po prostu PIŁKARZ. Przez duże "P". Jeśli o kimś się tak mówi, musi być klasowym zawodnikiem. Traore oprócz dobrego strzału, posiada świetny przegląd pola, drybling, wygrywa akcje jeden na jeden. Naprawdę można długo mówić o jego zaletach.

 - On naprawdę strzela rzuty karne sto na sto? Tak go reklamował Paweł Kapsa.
 - I nie przesadził. W takich sytuacjach zachowuje wielki spokój, zawsze patrzy do końca co robi bramkarz i jest w stanie błyskawicznie zmienić kierunek uderzenia. Na treningach w zasadzie się nie myli w tym elemencie. Rzuty karne opanował do perfekcji. Tutaj najważniejsza jest jednak mentalność, wszystko tkwi w głowie. Traore w trakcie meczu potrafi być równie opanowany jak podczas zajęć.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się