var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: zdjęcia własne autora

REPORTAŻ 2x45: Wertepy zamiast autostrady. Motoru Lublin kręta droga do celu

Autor: Mateusz Sokołowski
2018-04-19 18:30:09

Nowoczesny stadion, spora publiczność, znane nazwiska i jasny cel. Motor Lublin ma zamiar wygrać trzecią ligę, by po czterech latach przerwy wrócić na szczebel centralny. Do awansu nie wiedzie jednak autostrada. Jest za to kręta i wyboista droga prowadząca przez wiele małych miejscowości, na której nierówności od czasu do czasu zamieniają się w pokaźne wertepy. Odwiedziliśmy Lublin, by na własne oczy przekonać się jak w realiach niższych lig radzi sobie mający wysokie ambicje Motor.

Tytułem wstępu - krótki rys historyczny. W 2010 roku Motor po trzech latach spadł z pierwszej ligi. Podczas tej przygody rywalizował z takimi firmami jak Arka, Lechia i Śląsk, ale też Pelikan Łowicz czy Kmita Zabierzów. Później w klubie było coraz gorzej. Sytuację próbowali ratować ludzie ze znanymi nazwiskami: Piotr Świerczewski (przez ponad pół roku był trenerem) czy Jackowie Bąk i Krzynówek, którzy w pewnym momencie stali się nawet udziałowcami klubu. Efektów nie było. Słabe wyniki przeplatały się z problemami finansowymi, przez co w 2014 roku Motor znalazł się na czwartym szczeblu rozgrywek. Zbiegło się to z oddaniem do użytku nowego stadionu, którego inwestorem było miasto. Drużyna ze starego obiektu przy alejach Zygmuntowskich (do dziś służy jako miejsce zmagań żużlowców) przeprowadziła się na Arenę Lublin. Mogący pomieścić 15,5 tysiąca widzów stadion powstał na ogromnym terenie w miejscu dawnej cukrowni. Zmiana stadionu była pierwszym krokiem, usystematyzowanie finansów - drugim. Teraz nadeszła pora na trzeci, czyli upragniony awans sportowy.

Dość krótki korytarz, gablota z klubowymi pamiątkami, kilka małych pokoi i skromna salka konferencyjna, w której na ścianach wiszą koszulki m.in. Mariusza Pawelca czy Dawida Korta. To przestrzeń biurowa Motoru we wnętrzach nowego stadionu. Klubowa administracja to pięć osób, wliczając prezesa. Jego gabinet znajduje się na końcu korytarza. Tam kilka godzin przed sobotnim meczem z Unią Tarnów podjął nas Leszek Bartnicki.

- Ludzie śmieją się, że kiedy przejeżdżają wieczorem obok stadionu, światło najdłużej włączone jest właśnie u mnie - mówi. Pochodzący z Lublina Bartnicki objął funkcję prezesa w grudniu 2016 roku. Przedtem był dyrektorem zarządzającym pierwszoligowej Chojniczanki, a jeszcze wcześniej dziennikarzem sportowym. - Przychodziłem w sytuacji, kiedy trzeba było naprostować wszystko pod względem sportowym. Po drugie, władze miasta postawiły za cel na 2017 rok to, żeby w większości oddłużyć klub. Trzeba było opanować pewne sytuacje finansowe i wiedziałem, że tych trudności będzie sporo. Nie brakowało głosów, które przestrzegały mnie przed tym, żeby wracać do klubu. Były nawet osoby, które zwracały się w tej sprawie do moich rodziców czy teściów. Na zasadzie: powiedzcie mu, żeby broń Boże tu nie przychodził - dodaje.

Przyszedł. I zaczęły się zmiany. Niektóre - dość radykalne. Z drużyny odeszło ponad dziesięciu zawodników, a ze sztabu szkoleniowego "ocalał" jedynie kierownik drużyny. Zespół przejął Marcin Sasal, w przeszłości trener m.in. Korony czy Pogoni Szczecin. Przyszło też kilku zawodników z mocnym jak na trzecią ligę CV, m.in. Kamil Majkowski (były zawodnik Legii) czy Radosław Kursa, który na swoim koncie ma występy w najwyższej klasie rozgrywkowej w barwach Widzewa. Pierwsze półrocze o mało nie zakończyło się awansem, choć wcale nie był on celem. W rundzie wiosennej sezonu 2016/17 Motor na szesnaście rozegranych meczów stracił punkty tylko w dwóch (remis i porażka).

Bartnicki: - Biorąc pod uwagę to, z którego miejsca startowaliśmy, nikt nie oczekiwał od nas awansu (Motor po rundzie jesiennej zajmował 9. pozycję w tabeli - przyp. aut.). To miało być pół roku na przebudowanie zespołu. Szansa na awans pojawiła się w końcówce, niestety nie udało się tego dokonać. Porażka zawsze może się zdarzyć. Nas bolało to, że zdarzyła się na samym końcu, kiedy nadzieje zostały już rozbudzone.

***

Arena Lublin. Jeśli coś w Motorze odbiega od trzecioligowych realiów, to przede wszystkim stadion. Ponad 15 tysięcy miejsc, okazałe zaplecze (włącznie z sauną w szatni), na miejscu siłownia i dwa boiska treningowe, w tym jedno ze sztuczną nawierzchnią. Na tym szczeblu rozgrywek równie dobrym obiektem może pochwalić się tylko Widzew. Chociaż w bezpośredniej konfrontacji Lublin wypada lepiej. W Łodzi obok stadionu nie mają przecież boisk treningowych. Osoby związane z Motorem zaznaczają jednak, że patrzenie na klub wyłącznie z perspektywy stadionu zniekształca nieco rzeczywistość. Bo z jednej strony to wspaniała wizytówka, ale z drugiej...

- Niektórzy mówią, że jesteśmy Realem Madryt trzeciej ligi grupy czwartej. Myślą przez pryzmat stadionu. Mamy tę arenę, ale korzystanie z niej też jest kosztowne. Koszt wynajmu obiektu na jeden mecz to ponad 80 tysięcy złotych. Na szczęście większość meczów finansuje nam miasto, chociaż w rundzie jesiennej za część musieliśmy zapłacić. Wynajem szatni, biur czy magazynku to również koszty - mówi Bartnicki.

Lublin był jednym z miast-gospodarzy mistrzostw Europy do lat 21, które w zeszłym roku odbyły się w Polsce. To właśnie tu pierwszą turniejową bramkę zdobył w meczu Polski ze Słowacją Patryk Lipski. Emblematy, którymi z okazji turnieju stadion okleiła UEFA, pozostały do dziś.

Za rok odbędzie się tu kolejny turniej, jeszcze większego kalibru. Mistrzostwa świata do lat 20. Kibice z innych części kraju będą mogli dostać się do Lublina jeszcze szybciej. Za rok zakończy się trwający remont linii kolejowej. Podróż z Warszawy zajmie tylko 1,5 godziny. Teraz jedzie się dwa razy dłużej, mijając po drodze Siedlce czy Łuków.

Bartnicki: - Mam głęboką nadzieję, że część ludzi, którzy przyjdą na stadion na mecz młodzieżówki i zobaczą, że jest fajnie, wrócą potem na nasz mecz i dostrzegą, że doping jest jeszcze lepszy. I że można tutaj miło i bezpiecznie spędzić czas.

***

Dzień meczowy. Rano, jak co sobotę, na jednym z bocznych boisk rozpoczynają się zajęcia Piłkarskiego Przedszkola Motoru. Swego czasu podobne działania próbowała w Lublinie zainicjować Legia, ale - delikatnie mówiąc - nie zakończyły się sukcesem. Na sztucznej murawie ćwiczy kilkadziesiąt dzieci w wieku od trzech do siedmiu lat. Wśród nich dzieci Bartnickiego, Marcina Sasala, który kilka godzin później poprowadzi drużynę w meczu ligowym, czy Kamila Majkowskiego, który ten sam mecz rozpocznie jako rezerwowy. Jednym z trenerów prowadzących zajęcia jest natomiast Marcin Michota, również zawodnik pierwszego zespołu.

Przedszkole Motoru od podobnych projektów organizowanych przez inne kluby różni się jednym: tutaj dzieci są naprawdę blisko klubu. Część z nich tego samego dnia wyprowadzi piłkarzy na mecz trzeciej ligi. Kiedy dorosną, będą mogły spróbować sił na treningach grup młodzieżowych.

 

 

 

W tym samym czasie na drugim boisku rozpoczyna się trening zespołu do lat 19, który walczy o utrzymanie w reorganizowanej Centralnej Lidze Juniorów. Wykonanie tego zadania traktują w klubie jako drugi cel do zrealizowania w tym półroczu. Co ciekawe, w Polsce jest tylko dwóch trzecioligowców, którzy posiadają drużyny w CLJ U-19, U-17 i U-15. To właśnie Motor i Falubaz Zielona Góra.

Wśród najbardziej uzdolnionych graczy Motoru z drużyny U-19 wymienia się m.in. Szymona Raka. 18-letni napastnik jest najlepszym strzelcem zespołu, od niedawna też młodzieżowym reprezentantem Polski. Debiutował już w pierwszej drużynie, wchodząc na końcówkę jesiennego meczu z Karpatami Krosno. Kilka minut po pojawieniu się na murawie strzelił gola.

***

Przed trwającym sezonem i w zimowej przerwie do Motoru dołączyli kolejni piłkarze z bardzo dobrymi jak na trzecią ligę życiorysami. Latem - chwalony za postawę w ostatnich meczach Dawid Dzięgielewski (kiedyś pierwszoligowa Pogoń Siedlce), local hero Konrad Nowak (w ostatnich latach strzelał gole seriami w barwach Wisły Puławy) czy Dmytro Kozban (trafiał do siatki w ukraińskiej ekstraklasie). Zimą - Szymon Zgarda (Podbeskidzie) i doświadczony Marcin Burkhardt (dawniej m.in. Legia i Jagiellonia). Wszystkie transfery osobiście nadzoruje Bartnicki. Po Kozbana pojechał nawet na Ukrainę, trzysta kilometrów w jedną stronę. Ukrainiec jesienią zanotował świetną passę: pięć kolejnych meczów z golem. Już zimą pojawiły się za niego konkretne oferty, nawet z jego rodzimej ekstraklasy.

Czy przeprowadzanie transferów do klubu jest trudne? Domyślam się, że na hasło "Motor" oczekiwania piłkarzy rosną.
Bartnicki: - Coś w tym na pewno jest. Czasami czytam wywiady z ludźmi związanymi z Widzewem. Dostrzegam w nich wiele rzeczy, pod którymi sam mógłbym się podpisać. Na pewno oczekiwania finansowe są większe. My też w większości sprowadzamy zawodników, którzy grali w wyższych klasach rozgrywkowych. Niektórym może się wydawać, że ten sam zawodnik w trzeciej lidze będzie zarabiał kwotę x, w drugiej - x plus dwa, w pierwszej - x plus cztery, a w ekstraklasie - x plus dziesięć. To nie do końca tak. Często ten sam zawodnik jest w stanie za niższą pensję iść do wyższej ligi, bo jej prestiż czy możliwość pokazania się jest dla niego istotnym czynnikiem. Wielu osobom wydaje się, że w innych klubach zawodnicy grają za grosze. Nie jest tak i dobrze wiem, że czasami jest to poukrywane. Może być zawodnik, któremu trochę płaci klub, oprócz tego ma stypendium z miasta, często jeszcze w małych klubach piłkarzy zatrudniają sponsorzy. Zdarza się, że taki zawodnik ma trzy pensje, mając też niższe koszty życia. Czasami staram się namówić zawodnika do przyjścia do nas, dając mu całkiem sensowne warunki finansowe, ale on nie jest zainteresowany. Dlaczego nie jest? Chyba nie dlatego, że w swoim obecnym klubie ma gorzej.

To jedna strona medalu. Z drugiej - na pewno wielkość klubu może w takiej sytuacji pomóc.
- Staram się stosować jakieś chwyty. Wiadomo, że jak przyjedzie zawodnik i zabiorę go na ładne Stare Miasto na obiad, przyjdziemy na stadion, pokażę mu, że w szatni jest sauna, fajne boisko treningowe... To też są argumenty, żeby takiego zawodnika przekonać. A może ktoś chce kontynuować naukę? W Lublinie też ma taką możliwość. Pod tym względem stadion to nasza ogromna zaleta.

***

Faktem jest, że ze względu na otoczkę od Motoru oczekuje się więcej niż od innych trzecioligowców. Doskonale znają to też w Widzewie. Zwycięstwa są obowiązkiem, a najdrobniejsze potknięcie - nawet remis - traktowane jest jak porażka. Za taką uznano wynik sprzed tygodnia, kiedy Motor na wyjeździe podzielił się punktami z przedostatnimi w tabeli Karpatami Krosno.

Bartnicki: - U nas większość zawodników to ludzie, którzy grali w wyższych ligach. I oni w piłkę grać potrafią. Dobre boisko jest niezwykle istotne. Zdarzają się zespoły, które przed przyjazdem Motoru nie skoszą trawy. Są też słabsze boiska, szczególnie jak jest jesień czy początek wiosny. Nie chcę żalić się na przeciwne kluby, bo wiem, że nie każdy ma u siebie takie możliwości jak my tutaj, ale czasami to nie pomaga i trzeba zastosować prostsze środki. To było widać w transferach, które zrobiliśmy tej zimy. Bramkarz Sobieszczyk - 197 centymetrów wzrostu. Zawodnicy z pola: Kasolik - 193, Zgarda - 188, Burkhardt - 185. Często są mecze, które rozstrzygają się jednym stałym fragmentem gry, czasami trzeba grać prostymi środkami. Dla nas każdy remis jest przyjmowany jak porażka. Taki jest odbiór.

Karol Kurzępa (dziennikarz Kuriera Lubelskiego): - Od początku rundy wiosennej Motor nie prezentował się zbyt dobrze, dlatego kibice mieli sporo zastrzeżeń do zespołu. Żółto-biało-niebieskim zarzucano brak ambicji i małe zaangażowanie. Podobnie było w trakcie jesieni, zwłaszcza po wyjazdowej porażce 0:6 z Sołą Oświęcim. Wówczas kibice odwiedzili piłkarzy na treningu.

Bartnicki: - Pamiętam czasy, kiedy w pierwszej lidze była Arka Gdynia i każdy rywal się na nią mobilizował, bo był piękny stadion, świetny doping. Teraz dla większości zespołów przyjazd Motoru to duże wydarzenie. Konrad Kasolik, którego ściągnęliśmy z Soły Oświęcim, powiedział wprost, że dla nich to był mecz rundy. Na jednym z naszych ostatnich meczów był Bogusław Baniak i powiedział do mnie: prezesie, ten stadion to też wasze przekleństwo, bo tutaj każdy przyjeżdża i za wszelką cenę chce się fajnie zaprezentować.

***

Właśnie z takim nastawieniem na mecz z Motorem wyszła Unia Tarnów. Do Lublina przyjechał młody zespół walczący o utrzymanie. Średnia wieku wyjściowej jedenastki - 21,8 roku (dla porównania średnia Motoru: 26,5). O ogromnym potencjale kadrowym gospodarzy niech świadczy fakt, że Majkowski, Kozban i Burkhardt rozpoczęli mecz jako rezerwowi.

Teoretycznie - rywal skazany na pożarcie. Motor owszem, przeważał. Ataki skrzydłami napędzał doświadczony Paweł Kaczmarek, kiedyś kolega Roberta Lewandowskiego w Zniczu Pruszków. Pojawiły się za to błędy indywidualne, o których na pomeczowej konferencji otwarcie powiedział trener Sasal. Najpierw Szymon Zgarda nie wykorzystał rzutu karnego, a później absurdalnego samobója wbił Artur Gieraga, który nie porozumiał się z bramkarzem i podając mu piłkę głową... przelobował go. Po 45. minutach na tablicy wyników widniało 2:2, a schodzących na przerwę piłkarzy Motoru żegnały gwizdy.

W drugiej połowie padły kolejne bramki. Kiedy w 83. minucie goście trafili na 4:3 (kolejny samobój - tym razem po strzale z dystansu piłka trafiła w słupek, odbiła się od pleców bramkarza Motoru i wpadła do bramki), w stronę cieszących się piłkarzy Unii poleciało nawet kilka butelek. Frustracji kibiców nie zmniejszył fakt, że po chwili wyrównał Kaczmarek i mecz skończył się remisem. Ale dla Motoru remis to przecież porażka. Po ostatnim gwizdku sędziego byliśmy świadkami scen jakże często widywanych ostatnio nawet w Ekstraklasie...

Wymowna była pomeczowa wypowiedź Marcina Burkhardta.

Jedynymi zadowolonymi byli goście z Tarnowa. Oni swój cel osiągnęli. Nie wiadomo czy punkt zdobyty w Lublinie pozwoli im się utrzymać, ale przyjechali, zagrali przed dużą publicznością, pokazali się z dobrej strony. Ich trener, Dariusz Bartkowski, tak podsumował mecz: - Mówiłem przed meczem, że grzechem byłoby nie wykorzystać inspiracji, które dały nam drużyny z Ligi Mistrzów: Juventus i Roma. Obie w bardzo trudnych meczach osiągnęły dobre wyniki i tego chcieliśmy się trzymać.

***

- To nie jest prawda, że ktokolwiek odpuszcza. Po to jesteśmy, żeby walczyć o awans i dopóki będę mógł, będę to robił - mówił na konferencji Sasal. Ostatnia część wypowiedzi jest już nieaktualna. W poniedziałek klub wydał komunikat o zwolnieniu trenera. Jego obowiązki przejął dotychczasowy drugi szkoleniowiec, Piotr Zasada.

 

 

 

Kurzępa: - Zwolnienie Marcina Sasala to z jednej strony zaskoczenie, ponieważ miał z Motorem bardzo dobry bilans 27 zwycięstw, pięciu remisów i sześciu porażek. Jednak od jakiegoś czasu w kuluarach mówiło się o tym, że relacje trenera z zawodnikami uległy znacznemu pogorszeniu, więc można się było takiego ruchu spodziewać. Trenera Sasala można określić mianem "trudnego charakteru". Chociaż niezbyt często zdarza się, że trener zostaje zwolniony, gdy w ostatnich trzech meczach jego zespół zanotował 5 punktów.

Motor w razie zwycięstwa nad Unią wskoczyłby na 2. miejsce w tabeli. A tak - jest trzeci z trzema punktami straty do lidera, Chełmianki Chełm. Oprócz tego w walce o awans liczą się jeszcze m.in. Wólczanka Wólka Pełkińska i Resovia. Do końca sezonu jeszcze dwanaście meczów. Nie można powiedzieć, że sytuacja jest dramatyczna. Patrząc obiektywnie - nie jest nawet zła. Ale po raz kolejny potwierdza się, że w Motorze oczekuje się dużo więcej.

Kurzępa: - Myślę, że zacięta rywalizacja będzie trwać do ostatnich kolejek, ale Motor nadal pozostaje głównym kandydatem do awansu, między innymi ze względu na wspomnianą już szeroką i doświadczoną kadrę. W grze o promocję na wyższy szczebel do samego końca powinny też liczyć się Chełmianka oraz Resovia. Wydaje mi się, że Wólczanka będzie stopniowo tracić siły, ale z pewnością będzie regularnie punktować na swoim boisku.

***

Pozytywy? W niedzielę w meczu Centralnej Ligi Juniorów Motor wygrał z Resovią 1:0. Kolejnego gola strzelił Szymon Rak. Jeśli Motor awansuje, z porządnym zapleczem w postaci utalentowanej młodzieży będzie mógł liczyć na dobry wynik w rankingu Pro Junior System. I pobić rekord frekwencji. Mecz z Unią Tarnów oglądało 3118 osób, co nie odbiega od średniej w ostatnim czasie.

Bartnicki: - Najlepszy marketing to wyniki. Jak będą zwycięstwa, awanse do wyższych lig, będzie lepsza frekwencja. Daję sobie uciąć rękę, że gdybyśmy w drugiej lidze zmierzyli się z Widzewem, na stadion przyszłoby dziesięć tysięcy osób.

Na razie Motor po weekendowej turbulencji wychodzi na prostą, przygotowując się do kolejnego meczu. Ale zza horyzontu wyłania się już kolejny zakręt - w najbliższą sobotę wyjazdowy mecz w Jarosławiu. Nawigacja pokazuje, że takich zakrętów będzie jeszcze dwanaście. Jeśli uda się przejechać wszystkie bez wypadnięcia z trasy, wszystkie negatywy z tego sezonu odejdą w zapomnienie.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się