var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Błonianka Błonie

Kiedyś Hertha Berlin, dziś IV liga polska. Rafał Włodarczyk dla 2x45: Najbardziej żałuję, że nie przyłożyłem się do nauki języka

Autor: rozmawiał Mateusz Sokołowski
2018-05-14 19:03:14

6 lat temu Rafał Włodarczyk zdobył z młodzieżową kadrą Marcina Dorny brązowy medal mistrzostw Europy do lat 17. Mimo, że od razu po turnieju został zawodnikiem niemieckiej Herthy Berlin, dziś gra zaledwie w IV lidze, w Błoniance Błonie. W rozmowie z nami opowiada, co wydarzyło się, że trafił na tak niski poziom. Dlaczego jego zmorą są młodzieżowcy?

Mateusz Sokołowski (2x45.info): - W twoim życiorysie rzuca się w oczy to, że jako piłkarz nie jesteś produktem dużej akademii. Do Herthy wyjechałeś z trzecioligowego Mazura Karczew.
Rafał Włodarczyk (półfinalista Mistrzostw Europy U-17 z 2012 roku):
- A wcześniej grałem w Ambrze Ołtarzew, niedaleko mojej szkoły. Treningi były zazwyczaj do razu po lekcjach, a do domu wracałem rowerem. Mieliśmy trenera, który zobaczył, że ma w naszym roczniku kilku chłopaków, którzy w miarę ogarniają i postanowił zgłosić nas do ligi. Nie zawsze było fajnie z zaangażowaniem, czasami na treningach było pięć osób. Potem jechaliśmy do Warszawy na Olimpię i przegrywaliśmy 1:21. Pamiętam bardzo dobrze, bo to moja najwyższa porażka do tej pory. Mieliśmy fajnego trenera, prawdziwego pasjonata. Jarek Olszówka. Inny trener mając pięciu chłopaków na treningu rzuciłby im piłkę i powiedział: macie, grajcie sobie. A on nawet w takich warunkach starał się pracować z nami indywidualnie, zwracać uwagę na szczegóły. Miałem lepszą lewą nogę, więc robił ze mną dużo ćwiczeń na prawą. Strzały, dośrodkowania. Trener wcześniej pracował w Polonii Warszawa. Miał jakieś znajomości i popchnął mnie wyżej. Dzięki niemu pojechałem na kadrę Mazowsza i od tego wszystko się zaczęło. Tam spotkałem trenera, który prowadził Mazura Karczew.

- Chłopaki, z którymi zaczynałeś w Ołtarzewie, jeszcze grają w piłkę?
- Raczej nie. Tylko dwóch czy trzech gra jeszcze w Ambrze, w A-klasie.

- Ty po skończeniu podstawówki poszedłeś do Mazura Karczew.
- Poszedłem do gimnazjum w Warszawie, którym zarządza mazowiecki związek. Chodził tam cały skład Mazura. Codziennie w szkole mieliśmy po dwa treningi, więc do Karczewa jeździliśmy tylko na mecze. Kolejny plus był taki, że Artur Kolator, który był trenerem w Karczewie, prowadził też treningi w szkole. To była już inna jakość. Na każdym treningu co najmniej dwudziestu ludzi, każdy już myślał o graniu w piłkę na poważnie. Zresztą kilku ludzi z tamtej ekipy gra. Był z nami Adaś Dźwigała, w Ekstraklasie zagrali też Michał Pawlik i Mateusz Żebrowski.

- O czym wtedy marzyliście jako nastolatkowie z warszawskiego gimnazjum? O dostaniu się do Legii?
- Nie wiem, czy o Legii, ale każdy myślał, żeby w przyszłości zagrać w tej Ekstraklasie. Legię akurat mieliśmy u siebie w lidze i te rozgrywki wygrywaliśmy.

- Bardzo szybko przyszedł debiut w seniorach Mazura.
- Kilku z nas zadebiutowało w wieku 15-16 lat. Trener Kolator, który trenował nas w juniorach, prowadził też seniorów. Chciał dawać nam szanse. Już wtedy byliśmy na tyle dobrymi zawodnikami, że dawaliśmy sobie radę w trzeciej lidze. Zaczynałem jako napastnik, ale później przesuwali mnie stopniowo do tyłu. Na lewą pomoc, potem na lewą obronę. Wiadomo, że mniejsze ryzyko dać młodego do przodu niż na obronę. Zacząłem też dostawać powołania do kadry Polski. Jeździłem na zgrupowania przez pięć lat razem z Kubą Zielińskim, który skończył już grać w piłkę.

- Jesteś niestety dobrym przykładem tego, że bycie mocnym punktem reprezentacji młodzieżowej nie gwarantuje sukcesu w piłce seniorskiej.
- Dokładnie. Jarek Niezgoda czy Krzysztof Piątek są z tego samego rocznika i nie pamiętam, żeby chociaż raz przyjechali na jakieś zgrupowanie. Dowiedziałem się o nich dopiero oglądając Ekstraklasę. Na konsultacje od czasu do czasu przyjeżdżał Przemek Frankowski. Było widać, że będzie z niego zawodnik, ale na mistrzostwa i tak nie pojechał. Na jego stronie grał wtedy Olek Jagiełło.

- Jako zmarnowany talent z rocznika 1995 postrzega się Gracjana Horoszkiewicza. Graliście razem najpierw w reprezentacji, potem w Herthcie.
- Gracjan trafił do Herthy rok wcześniej niż ja. Ludzie z klubu oglądali na mistrzostwach nasz półfinał z Niemcami i widocznie się spodobałem. Tak się zaczęło. Pamiętam, że najpierw, jeszcze przed podpisaniem kontraktu, zaprosili mnie, żebym zobaczył bazę, treningi. Pojechałem i od razu wiedziałem, że chcę tam zostać. Jestem z małej miejscowości, wcześniej grałem tylko w Ambrze i Mazurze Karczew. Jak zobaczyłem piętnaście boisk treningowych... Drużyna schodzi z treningu i na boisko wchodzi od razu ekipa, która ma się nim zająć. Wałowanie, przygniatanie każdej kępki trawy, która gdzieś wyskoczyła. A w Polsce? Każdy klub ma kogoś od boiska, ale wiadomo, że nie będą go nawet podlewali każdego dnia, bo się nie chce i oszczędności. Byłem pod dużym wrażeniem.

- Jakie warunki, oprócz bazy treningowej, stwarza młodemu zawodnikowi taki klub jak Hertha?
- Mieszkałem w klubowym akademiku razem z Gracjanem i kilkoma Niemcami pochodzącymi spoza Berlina. Opiekowali się nim Regina i Harry, starsze małżeństwo. Taka rodzina zastępcza. Jeśli miałem lot do Polski, Harry zawoził mnie na lotnisko. Regina zajmowała się wyżywieniem. Obok kuchni było specjalne pomieszczenie, spiżarnia. Cały czas pełna. Trzy wielkie lodówki. W jednej serki, owoce. Druga z napojami, w trzeciej jakieś owsianki. Pobudka, trening. Wracamy, obiad. Szybka drzemka, drugi trening i kolacja. Wszystko ułożone pod to, żeby w przyszłości grać w piłkę.

- Nie chce mi się wierzyć, że poza Herthą nie pojawiły się wtedy liczne oferty z Polski.
- Naprawdę nie było niczego konkretnego. Może z Legii, ale nie trafiło to nawet bezpośrednio do mnie. Poza tym chodziło tylko o Młodą Ekstraklasę. Byłem też we Wronkach, gdzie trenowała Młoda Ekstraklasa Lecha Poznań. Ściągali wtedy Darka Formellę, był już Karol Linetty. Chcieli ściągnąć Lukasa Klemenza i mnie. Wybrałem Herthę.

- Z perspektywy czasu - nie żałujesz?
- Teraz bardziej żałuję tego, że wróciłem z Niemiec niż tego, że tam pojechałem.

- W Berlinie byłeś przez dwa lata.
- Początki były bardzo ciężkie przez brak rodziny. Ale tęsknota była tylko przez pierwsze dwa czy trzy miesiące, później się przyzwyczaiłem. No i język. Z boiskowymi zwrotami było łatwo, bo nie ma ich dużo. Tydzień treningów i znasz już wszystkie. Ale żeby siedzieć i rozmawiać swobodnie tak jak teraz, było bardzo ciężko. Ja byłem też taki, że średnio mi się chciało uczyć tego języka.

- Klub nie wysłał cię na kurs?
- Wysłali. Chodziłem przez pół roku, nauczyłem się mówić cokolwiek i stwierdziłem, że zamiast chodzić na kurs, chcę mieć dodatkowy trening. Maturę też zdawałem dopiero po powrocie do Polski. W Niemczech uczyłem się indywidualnie, miałem nawet lekcje polskiego przez Skype'a. Trenowałem z drugą drużyną, miałem nawet debiut, ale szanse na pierwszy zespół były małe. Chociaż mówili, że jak z Gracjanem nauczymy się perfekcyjnie dogadywać po niemiecku, to będziemy dostawali okazje. Ale w tamtym czasie ciężko było nam przemówić do rozsądku. Teraz bardzo żałuję, bo gdyby nie język, nie zdecydowałbym się na wypożyczenie, tylko został w Herthcie. I nawet teraz, gdybym chciał drugi raz gdzieś wyjechać, byłoby mi łatwiej. Rozmawiam czasami z Gracjanem i obaj tego żałujemy. Chociaż on wrócił teraz do Niemiec. Jest w Regionallidze, miejscowość na "M" (Meuselwitz - przyp. aut.). Ta sama liga, co druga drużyna Herthy.

- Masz jeszcze kontakt z kimś z dawnej reprezentacji?
- Tylko z Gracjanem. Z innymi kontakty się raczej pourywały. Może czasami, raz na jakiś czas...

- W 2014 roku wróciłeś z Niemiec.
- Marcin Sasal, który objął Dolcan Ząbki, dowiedział się, że chcę pójść gdzieś na wypożyczenie. Szukał akurat młodzieżowca do grania, więc spotkaliśmy się w Ząbkach i dogadaliśmy.

- Tu też nie wyszło tak jak chciałeś, bo zamiast pierwszej ligi jeździłeś raczej na rezerwy Dolcanu, na okręgówkę.
- W pierwszym sparingu, chyba z Górnikiem Łęczna, naderwałem mięsień. 2-3 miesiące przerwy, leczenie i powrót do grania w drugiej drużynie. Tak zostało przez cały rok. Możliwość powrotu do Herthy? Wiadomo, że mała. Skoro wypożyczyli zawodnika, a on gra na piątym poziomie rozgrywek w Polsce, to nie ma tematu.

- Ktoś z Berlina się do ciebie w ogóle odezwał?
- Nikt. Cieszyłem się tylko z tego, że wróciłem do rodziny i swoich znajomych. To jedyny plus całej sytuacji, bo sportowo na pewno duży krok w tył.

- W I lidze zagrałeś tylko 5 meczów, w tym zaledwie jeden od początku. Rozegrałeś 45 minut z Olimpią w Grudziądzu.
-To w zasadzie był mój debiut w poważniejszej seniorskiej piłce. Nie do końca udany, bo wynik nie był dla nas korzystny i trener chciał w przerwie zmienić skrzydła, żeby dać trochę świeżości i spróbować coś odrobić. Później Dariusz Dźwigała powiedział mi wprost, że będzie mi się ciężko przebić, bo na mojej pozycji ma innego dobrego zawodnika. Wtedy na lewej obronie grał Piotrek Petasz, a wcześniej Rafał Grzelak.

- Była jeszcze opcja spróbowania się w ekstraklasie. Korona Kielce.
- Po Dolcanie poszedłem do Znicza, z którym zrobiliśmy awans do I ligi. Wtedy pojechałem na obóz z Koroną. Trener Wilman znał mnie z czasów juniorskich, bo wcześniej prowadził rocznik 1995 w Kielcach, a my jako Mazur Karczew często graliśmy z nimi sparingi. Po tygodniu moich treningów ściągnęli na lewą obronę Kena Kallaste i automatycznie mój temat upadł. Pewnie za tym transferem stał ktoś inny, bo gdyby trener już wcześniej wiedział, że chce ściągnąć Kallaste, pewnie w ogóle by mnie nie zapraszał. Wróciłem wtedy do Znicza. Akurat zmienił się trener, przyszedł Ariel Jakubowski i okazało się, że już mnie nie widzą w drużynie, bo na mojej pozycji ma grać młodzieżowiec.

- Grał?
- Przyszedł Rafał Zaborowski z Ursusa. Rocznik 1988.

- Do Znicza jeszcze wróciłeś.
- Poszedłem na rok do Olimpii Zambrów, a potem sam odezwałem się do prezesa Znicza. Powiedział, żebym przyjechał i jeśli spodobam się trenerowi, będę mógł zostać. I faktycznie, trener Dariusz Żuraw chciał, żebym był w Pruszkowie. Byłem tam pół roku, grałem wszystko od dechy do dechy i nagle dziwna wiadomość. Tydzień po ostatnim meczu rundy jesiennej dostaję od prezesa informację, że trener nie widzi mnie w drużynie na następną rundę. Znów usłyszałem, że na tę pozycję będzie ktoś inny. Podobna sytuacja jak wcześniej. Przyszedł Marcin Wasielewski z drugiej drużyny Lecha Poznań.

- I w taki sposób 6 lat po transferze do Herthy znalazłeś się w czwartej lidze, w Błoniance Błonie pod Warszawą.
- Zbitka złych decyzji, ale też umiejętności. Jestem zawodnikiem bazującym na szybkości i sile, co też na pewno jest ważne, ale jednak techniczne zawsze miałem braki i mam je do tej pory. Teraz miałem kilka ofert, ale wszystko z niższych lig. Na przykład z trzeciej. I to takie, że musiałbym wyjeżdżać daleko w Polskę. Zdecydowałem, że wolę zostać na miejscu.

- Masz jeszcze słynny nieśmiertelnik z kadry?
- Mam, jest w gablotce z pucharami i medalami, którą mam w swoim pokoju. Nieśmiertelniki były pomysłem jednego z kierowników naszej reprezentacji, Macieja Chorążyka. Świetny człowiek, do dziś mam z nim kontakt. Dostaliśmy je wszyscy. Na każdym był wygrawerowany napis, który w tłumaczeniu na polski oznacza: zaszczyt pociąga za sobą obowiązki. Parę miesięcy temu spotkałem się nawet z trenerem Dorną, bo akurat był w Pruszkowie. Porozmawialiśmy sobie i mówił mi, że trener Żuraw ze Znicza bardzo mnie chwali. Tym bardziej dziwne, że zaraz ze mnie zrezygnował.

 

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się