Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: zdjęcia własne autora

Reportaż 2x45: "Czy wygrywasz, czy nie" w Zabrzu to nie frazes, a deklaracja

Autor: Adrian Kasprzak
2018-05-21 18:02:36

Dwa duże kluby, oba ciągle na szlaku ku odbudowie i nawiązaniu do lat obfitujących w trofea. Będące bezpośrednimi rywalami do gry w europejskich pucharach w kolejnym sezonie. Miejscem spotkania miasto, którego tempo życia po godzinie szesnastej dyktuje futbolu. Przywiązanie i dobrowolne podporządkowanie swojego wolnego czasu pod terminarz ligi – tak wyglądało moje wyobrażenie o Zabrzu. I chyba nie przestrzeliłem.

Przypuszczam, że wiele alternatywnych rozrywek Zabrze swoim mieszkańcom nie proponuje. Spacer rozpocząłem od Małego Zabrza, lecz szybko się stamtąd ewakuowałem, kiedy przy opustoszałym wesołym miasteczku dojrzałem dwóch miejscowych energicznie prezentujących najprostsze elementy sztuki bokserskiej. Przez Goethego odbiłem w ulicę Wolności i dalej Piłsudskiego w stronę Roosevelta. Na większą pętle nie mogłem sobie pozwolić, by zdążyć zająć sensowne miejsce na malutkiej trybunie prasowej. Odniosłem jednak wrażenie, że dość się nazwiedzałem, by móc sobie wyobrazić codzienne życie w mieście Górnika.

Piękno kamienic przykryte grubą warstwą zaniedbania, uboga oferta gastronomiczna, przewaga sklepów, które od marca tego roku w świetle ustawy o zakazie handlu w niedzielę zamieniono jednym świstkiem w placówki pocztowe. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie koślawe podwórka, na których rewelacyjnie kręciłoby się sceny powstania. Poza pięknie utrzymanym kościołem św. Andrzeja Apostoła na mojej drodze nie było czym nacieszyć oczu. Minutę na piechotę od tej świątyni spostrzegłem skrzyżowanie z jezdnią jednokierunkową, które przy większym natężeniu ruchu pokonać można wyłącznie w zgodzie z  zasadą prawej ręki – znak krzyża, gaz. Należy zjechać na idący z naprzeciwka pas ruchu, pojechać nim kilkanaście metrów i już, koniec manewru. Mocne nerwy mają Ślązacy.

Ulica Wolności

Ulica Wolności ciąg dalszy

Kościół Św. Andrzeja Apostoła

Przeklęte skrzyżowanie

Wszędzie szaro i smutno, Zabrze szalenie trudno byłoby złapać w efektowną pocztówkę. Zakładam, że Górnik nie doczekał się w swoim mieście poważnej konkurencji.  Jego nowoczesny stadion na tle miasta wygląda jak fanaberia. Wyrwany z kontekstu, ale czy na przekór podstawowym potrzebom mieszkańców? Brak mi odwagi, by wydać jednoznaczny osąd. Proste chodniki czy wiaty przystankowe nie dostarczą tylu emocji, z pewnością nie pomogą też oderwać się od telewizora. A Górnik – o czym sam się przekonałem - owszem.

Trzy godziny przed spotkaniem ponad połowa mijanych przeze mnie ludzi była poubierana w barwy Górnika, a z buta na stadion było nie więcej niż dwa kwadranse. Mieli grubo ponad dwie godziny zapasu, który można było spożytkować na milion innych sposobów. Zjeść obiad, posiedzieć z rodziną, pójść na lody. A mimo tego azymut był tylko jeden – Arena Zabrze. Im bliżej byłem stadionu, tym mniej mnie to dziwiło.

Widząc jednego z kibiców - na oko po pięćdziesiątce, akurat czekał na kolegę - postanowiłem chwilę z nim porozmawiać. Ciekawiła mnie ta mobilizacja, zastanawiałem się co takiego można robić w Zabrzu pod stadionem masę czasu przed pierwszym gwizdkiem.

Ja: - Dzień dobry, skąd tyle osób idących już teraz na Roosevelta? Zawsze tak to wygląda?
Kibic: - A no, idą.
Ja: - Co tam będą robić? Są jakieś lokale wokół stadionu, miejsca gdzie można się

Godzinę później nie miałem wątpliwości, ze zdałem naprawdę idiotyczne pytanie.

Kibic: - No są. Zbierają się, by napić się piwka. Przed sklepem.
Ja: - Aha. Panowie też się napiją?
Uśmiechający się kibic: - Mamy swoje miejsca.

Dziesięć minut później minęli mnie z kolegą, jeden z nich niósł nieskromnie wypełnioną reklamówkę.

Bez problemu dotarłem pod obiekt przy Roosevelta, nawet na chwilę nie sięgając po mapę. Po prostu w pewnym momencie zdecydowałem podążać śladami osób w białych bądź czerwonych trykotach. Doskonała decyzja, nikt przecież nie przebije miejscowych w znajomości skrótów. Lewo, lewo, prawo, lewo, chwila moment i stadion wyrósł przed moimi oczami. Kilkanaście minut o własnych siłach. 

Zanim to się jednak stało, szwendałem się kolejnymi zabrzańskimi ulicami, uliczkami, osiedlowymi zaułkami. Celowo. Szukałem emblematów Górnika, owoców wielopokoleniowej identyfikacji z klubem mającej swoje odzwierciedlenie w sztuce muralowej, wyższych lub niższych lotów. Ku mojemu zaskoczeniu – pusto. Naprawdę starałem się znaleźć cokolwiek, co jednoznacznie wbiłoby pinezkę w piłkarską mapę Polski. Bezskutecznie. Co dziesiąty budynek nabazgrolone pogróżki skierowane  w stronę policji i tyle, nuda. Dopiero dwieście metrów przed stadionem natknąłem się na jedno eleganckie graffiti.

Będąc na miejscu dotarło do mnie, dlaczego poznani przeze mnie panowie tak szybko wyszli z domu. Przed stadionem zorganizowano regularny festyn skierowany głównie do najmłodszych kibiców. W kontrze do pielęgnowanego przez mass media wizerunku kibica-bezmyślnego osiłka, ja przy Roosevelta spotkałem całe rodziny. Rodziców, dziadków, dzieci, większość w klubowych barwach, wszyscy uśmiechnięci w oczekiwaniu na piłkarskie święto. Górnik okazał się nie tylko zespołem sportowym, lecz przede wszystkim formą spędzania niedzielnego popołudnia skierowaną do całej społeczności. Fenomen socjologiczny, którego nie pokazałyby telewizje żyjące z sensacji. Nikomu - ani policji, ani ochronie - nie przeszkadzało, że parę osób popijało piwo. Już wiedziałem, jakie miejsca spotkani panowie mieli na myśli. Obok kasy numer jeden, na schodach, przy murku, na okolicznym parkingu pilnowanym przez oddział prewencji. Żadne ordynarne chlanie, zwyczajnie po browarku i wchodzimy. Tak bardzo było normalnie.

Szczudlarze i maskotki klubowe, z którymi można było za friko cyknąć sobie fotkę. Namiot z konsolami oraz piłkarzykami, zamek dla dzieci, koncert, punkt malowania twarzy, namiot gastronomiczny. Dość atrakcji, by zabrać swoje pociechy i poprzez zabawę zaszczepić w nich miłość do Górnika. Na moich oczach rosło kolejne pokolenie kibiców, którzy za dwadzieścia lat wejdą w ostatni odcinek swojej zmiany w sztafecie i jako rodzice przyjdą ze swoimi dziećmi w to samo miejsce.

Wszystko układało się doskonale do momentu aż postanowiłem wejść na obiekt. Nauczony doświadczeniem nie wpadłem na to, że zapytać o bramę wejściową dla mediów nie jest równoznaczne z prośbą o wskazanie miejsca, w którym odbiera się akredytację. Od bramy przy recepcji skierowano mnie do kolejnej, umiejscowionej na drugim końcu placu. Stamtąd wysłano mnie w stronę ulicy Piłsudskiego, gdzie w przelotce zaliczyłem kolejny punkt pomiarowy z informacją, że mam odszukać szutrowy parking przy ogrodzie botanicznym. Na nim miał stać namiot, a w nim pracować miała osoba wydająca wejściówki. Namiot, serio. Zabrakło tylko precyzyjnej wskazówki, o który z trzech (!) parkingów chodzi. Dotarłem w końcu do bramy dla mediów, ale tu niespodzianka – bez akredytacji wstęp wzbroniony. Wtedy dopiero pojąłem, że tak naprawdę szukałem dwóch miejsc. Ergonomio rozwiązań, gdzie wtedy byłaś? Stamtąd wskazano mi kierunek, który nieuchronnie zbliżał mnie do zaliczenia pierwszego okrążenia wokół stadionu, skąd ruszyć musiałem w odwrotną (!) stronę, znowu do przeklętego ogrodu botanicznego. Tam spotkałem Szymona Podstufkę z Weszło, będącego zresztą w identycznej sytuacji jak moja - on też czterdzieści minut szukał drogi wejścia. Razem podążyliśmy z powrotem na jeden z parkingów, gdzie jak się okazało była furtka w płocie prowadząca bezpośrednio na teren obiektu. Czyli jednak wejść było można, tylko od kuchni. Jedyne, co się zgadzało, to ten cholerny namiot, konkretnie jego kolor. Rzeczywiście był czarny.

Obsługo Areny Zabrze, ogarnijcie się.

Trybuna prasowa okazała się być jedyną niewyremontowaną jeszcze częścią stadionu. Jeden stół, jedna ubikacja, dwa kontakty. Jednym słowem – skansen. Z górnego rzędu na dach trybunki prowadziła drabinka, która kilku odważnym fotoreporterom z pewnością zapewniła doskonałe ujęcia. Usiadłem na obok niej i zaczęła wracać mi wiara w zabrzańskie środowisko piłkarskie.

Drabinka prowadząca na dach trybuny prasowej

Kibice Górnika fantastycznie dopingowali swój zespół. Tumult był tak duży, że o rozmowie z siedzącym obok członkiem sztabu Marcina Brosza mogłem zapomnieć. Mimo że chłop siedział ze mną łokieć w łokieć, musiałbym czytać z ruchu jego warg, by cokolwiek skumać. Rzucone podczas wyjścia zawodników z tunelu serpentyny, ładna oprawa, głośne śpiewy do samego końca. Kibice Górnika to najlepsza wizytówka polskich stadionów, jaką dane mi było oglądać od dawna. A może od zawsze.

 

Moją uwagę zwrócił Marcin Brosz - ależ on żył tym spotkaniem! Między nim a Joanem Carillo była jedna zasadnicza różnica. Trener Górnika instruował i dopingował swoich zawodników, nakręcał trybuny do jeszcze większego hałasu, podczas gdy hiszpański szkoleniowiec Wisły skoncentrował się na sędziach. To źle, tamto nie tak. Brakowało tylko, żeby ich wziął na stronę i zganił jak małolatów. Brosz z kolei nie dbał o to, co było gwizdane, tyko troszczył się o właściwe zachowanie swoich zawodników. Kiedy zmarnowali jedną okazję bramkową, wybiegł kilka metrów poza dozwolony obszar i dostatecznie długo bił im brawo, aby nie mieli wątpliwości, że na murawie są w dwunastu niezależnie od okoliczności. Widząc jak Pol Llonch spiął się z jednym z jego chłopaków, wdał się z Hiszpanem w ostrą pyskówkę. Nie miałem żadnych wątpliwości, że gotowy był pójść krok dalej. Jeden za wszystkich, jak na lidera przystało.

Zwycięstwo pozwoliło Górnikowi wrócić do europejskich pucharów po dwudziestu latach nieobecności poza granicami Polski. Będzie okazja zaprezentować nie tylko rodzimej widowni, że polski kibic to nie tylko rozróby i palone szmaty. Że wszystkie zadymy to tylko hańbiący całość odsetek po przecinku. Pieprzony paproch, za którego zdmuchnięcie władza jeszcze się nie wzięła. „Czy wygrywasz, czy nie” w Zabrzu to nie frazes, a deklaracja. Przykład, który trzeba pokazywać palcem. Górnik nawet bez czwartej trybuny i konkretnych gotówkowych transferów ma wszystko.

Oddanych klubowi ludzi.

 

 

 


KOMENTARZE