var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: DumaPomorza.pl

Radosław Janukiewicz dla 2x45: Chcesz udowodnić swoją wartość? Zrób to na treningu juniorów czy rezerw

Autor: rozmawiał Dawid Zieliński
2018-05-27 12:00:31

O sobie mówi, ze jest pozytywnym wariatem, bo z racji wykonywanego zawodu musi taki być. W piłkę zaczynał kopać na wrocławskim osiedlu, by w końcu po wielu życiowych zakrętach spełniać marzenia. O wrocławskiej miłości do Śląska, życiowych niepowodzeniach, greckiej tragedii, testach u Smudy, graniu w barwach największego wroga, kozakach w szatni, więzi ze Szczecinem i najbliższych planach z Chojniczanką opowiada nam w bardzo długiej rozmowie Radosław Janukiewicz.

Dawid Zieliński (2x45.info): Radosław Janukiewicz od dziecka był tak bardzo pewny siebie?
Radosław Janukiewicz:
- Myślę, że to przyszło z wiekiem. Jako mały chłopak zawsze dążyłem do celu, choć wiele czasu od momentu mojego dzieciństwa już minęło i trudno mi oceniać samego siebie z perspektywy lat. Z racji mojej pozycji na boisku, ta pewność siebie musi być na bardzo wysokim poziomie.

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z piłką?
- Pewnie tak, jak u wielu młodych chłopaków. Mama zaprowadziła mnie na trening do trampkarzy Śląska Wrocław wraz z moim bratem bliźniakiem. Pokonywałem po kolei szczeble akademii, aż w końcu udało mi się zadebiutować w pierwszej drużynie Śląska, co było dla mnie zawsze wielkim marzeniem. Wiadomo, że jako chłopak z Wrocławia możesz myśleć tylko o Śląsku.

Masz takie wrażenie, że we wcześniejszych czasach to „podwórko”, bieganie z rówieśnikami między blokami i spędzanie całych dni w takim środowisku wpływało na charakter?
- Zdecydowanie tak. Wtedy, jako młodzi zawodnicy nie mieliśmy dostępu do Internetu, social mediów. Nie było tylu pokus, które odbierałyby koncentrację na futbolu. Mi, jako młodemu chłopakowi, samo granie w piłkę na podwórku sprawiało ogromną radość. Przez cały dzień ganiało się za piłką i wydaje mi się, że to też w jakiś sposób kształtowało charakter.

Czas jednak nie stoi w miejscu, sporo w naszym otoczeniu się zmienia. Wpływ kultury masowej na pewno ma jakiś wydźwięk wśród młodych zawodników. Wydaje mi się jednak, że jeżeli młody zawodnik wie, czego chce od życia i dąży do zrealizowania celów, które sobie wymarzył, to jest w stanie to osiągnąć bez względu na to, w jakich czasach żyje. Nie ma tu znaczenia, czy siedzisz w Internecie czy grasz w kapsle na podwórku.

W Internecie po wpisaniu Twojego nazwiska pojawia się stary artykuł dotyczący Twojej kariery w Śląsku Wrocław zatytułowany:  „Janukiewicz miał zostać legendą Śląska”. Co się więc stało, że tą legendą nie udało się zostać?
- Czynnikiem decydującym był brak porozumienia pomiędzy mną a klubem w sprawie nowego kontraktu. Doskonale wiemy, że wychowankowie w swoich klubach mają ciężko. Są bardzo często pomijani i o to też się rozchodziło. Myślę, że gdyby ówczesne władze klubu normalnie podeszły do tego tematu, to być może reprezentowałbym barwy Śląska do dziś.

Stało się jednak inaczej, ja nie przystałem na warunki kontraktu, które przedstawiał klub. Później sprawy potoczyły się bardzo szybko i ostatecznie nie zostałem legendą. Takie jest jednak życie. Szkoda, bo jako wrocławianin chciałbym, aby w Śląsku moje nazwisko było wymieniane jednym tchem obok takich nazwisk jak: Sybis, Pawłowski, Tarasiewicz, Sztylka. Tak się jednak nie stało, życie napisało swój scenariusz i trzeba z tym żyć.

Jak mocno byłeś rozgoryczony, gdy Twoje rozmowy z klubem na temat nowego kontraktu zakończyły się fiaskiem?
- Byłem bardzo rozgoryczony, zwłaszcza że miałem pół roku wcześniej dosyć konkretną propozycję z Lecha Poznań, ale klub mnie nie puścił, więc myślałem, że władze klubu dają mi jasny sygnał: „Janukiewicz zostaje z nami”. Kończył mi się kontrakt, spodziewałem się szybkich negocjacji, ale władze ówczesnego Śląska uważały całkowicie inaczej. Trzeba było sobie podziękować.

Na 90minut.pl masz wpisane występy w Lechu Poznań, choć tylko w Pucharze Ekstraklasy. Jak to się stało, że tam trafiłeś i czemu nie zostałeś na dłużej?
- Tak, grałem tam tylko w Pucharze Ekstraklasy, ponieważ przepisy pozwalały, aby w tych rozgrywkach występowali zawodnicy testowani. Ja z Lechem miałem dogadany kontrakt na 4 lata, ale na moje nieszczęście nie miałem wpisanej kwoty odstępnego w Śląsku Wrocław i na moje nieszczęście zaczęły padać kwoty z kosmosu, których Lech nie mógł zapłacić, więc cała sytuacja się rozmyła.

Jakie są kulisy tego, że trafiłeś do Poznania?
- Odezwał się do mnie trener bramkarzy Śląska Wrocław – Mirosław Nowicki, który znał się z trenerem Franciszkiem Smudą i powiedział mi, że jest opcja, żebym pojechał do Poznania i sprawdził się w ekstraklasowej drużynie. Szybko podjąłem rękawice, dostałem zgodę na mój wyjazd od Śląska, zagrałem w trzech meczach i trener Smuda był zadowolony. Sztab szkoleniowy chciał, abym został w Poznaniu, jednak wszystko rozbiło się o pieniądze. Szkoda, ponieważ czułem, że był to moment, w którym mogłem wystrzelić w górę ze swoimi umiejętnościami.

Dobrze wspominasz ten krótki pobyt w Poznaniu, to nie był zmarnowany czas?
- Oczywiście! Poznałem tam fajnych ludzi. Były to dwa, trzy tygodnie, ale był to czas, który pozostał w pamięci. Lech był i jest wielką marką w Polsce, więc pamiętam o tym w samych superlatywach.

Jest też epizod w Zagłębiu Lubin…
- Było to po tym feralnym zerwaniu rozmów ze Śląskiem Wrocław. Dostałem ofertę z Grecji, z Xanthi, w tzw. międzyczasie okazało się, że Michal Vaclavik złapał kontuzję i pojawiło się zapytanie z Zagłębia czy mógłbym im pomóc. Wiedziałem, jakie są animozję pomiędzy kibicami Śląska i Zagłębia. Jestem chłopakiem z Wrocławia, Śląsk zawsze jest w moim sercu, ale nie oszukujmy się, musiałem patrzeć w swoją przyszłość. Uważałem, że do wyjazdu za granicę lepiej przygotuję się w drużynie Ekstraklasy, ówczesnego Mistrza Polski, niż w IV-ligowych rezerwach Śląska, gdzie nie było nawet trenera bramkarzy.

Wyjazd do Grecji był najgorszym wyborem w Twoim życiu?
- Jeżeli chodzi o czysto sportowe wybory, to wydaje mi się, że był to na pewno jeden z gorszych. Ten wyjazd nauczył mnie na pewno pokory, dał mi dużo do myślenia i nie odbieram go do końca negatywnie. Nauczyłem się języka, wróciłem zdecydowanie mocniejszy psychicznie.

Pojawił się zakręt w Twojej karierze, po nieudanej przygodzie w Grecji trafiasz do Gorzowa Wielkopolskiego. Do wzorcowego modelu kariery piłkarskiej było daleko.
- Zdecydowanie. Jakby tak popatrzeć na moje nazwisko, to tych zakrętów w mojej karierze jest sporo (śmiech). Zawsze wychodziłem jednak z nich z twarzą. Każdy problem był kopem motywującym mnie do pracy. Ja mam taki charakter, że nigdy się nie poddaję. Nie było łatwo podnosić się po ciosach, ale przezwyciężyłem to i moim kolejnym przystankiem na bardzo długi okres była Pogoń Szczecin i z tego się bardzo cieszę.

W pewnym momencie Pogoń wyciągnęła do Ciebie pomocną dłoń. Spodziewałeś się, że to właśnie w Szczecinie spędzisz najdłuższy czas w swojej karierze? Przecież od wejścia do drużyny byłeś przez cały okres grania w Szczecinie kluczową postacią na boisku.
- Przez cały okres grania w Szczecinie miewałem słabsze momenty, ale na końcu to ja zawsze byłem numerem jeden w bramce. Kibice byli zadowoleni z mojej postawy. Szczecin w moim sercu pozostanie na zawsze, tutaj urodził się mój syn. Przeżyłem w Pogoni piękne chwile, awansowałem do finału Pucharu Polski, awansowałem do Ekstraklasy i trochę w niej pograłem, zostałem powołany do reprezentacji Polski. To są takie wspomnienia, których nikt mi nie zabierze.

Jak oceniałeś możliwości klubu przychodząc do Szczecina? Ambicje prezesów szły równo z Twoimi ambicjami?
- Widziałem I-ligowy zespół z wielkimi ambicjami. W Szczecinie liczył się tylko powrót do Ekstraklasy po kilkuletniej nieobecności i tułaczek po niższych ligach. Widziałem potencjał, widziałem ludzi, którzy byli bardzo zdeterminowani do tego, aby Pogoń wróciła na szczyt. Od początku mojego pobytu była tam fajna ekipa w szatni, zajebista atmosfera. Gdybym miał porównać tę atmosferę z pozostałymi latami gry w Pogoni, to nigdy taka relacja życiowa w szatni się nie powtórzyła. Wiedziałem, że w klubie jest ogromny potencjał, że Pogoń ma wspaniałych kibiców.

Już w swoim pierwszym sezonie zagrałeś w finale Pucharu Polski. Miałeś duży wkład w ten sukces. Przypominają się Twoje parady w półfinałowym dwumeczu z Ruchem Chorzów. Finał to wielkie przeżycie, ale wspomnienia z niego na pewno bolą, bo ten scenariusz nie potoczył się po waszych myślach. Przegraliście, a w Szczecinie, gdy wspominasz ten mecz, to wszyscy przytaczają nazwisko sędziego Małka i wracają do tej kontrowersyjnej sytuacji.
- Doskonale wiemy jak to spotkanie wyglądało. Wydaje mi się, że wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby pan Małek podjął dobrą decyzję. Trudno oceniać, czy powinien być karny czy nie, ale przez czerwoną kartkę graliśmy w osłabieniu i musieliśmy zagrać inaczej, zmienić założenia i plan na to spotkanie. Później na boisku była już pełna dominacja Jagiellonii, która nie oszukujmy się, była lepszym zespołem. Wiadomo, dla nas jak i dla chłopaków na dorobku, którzy byli w szatni, taki finał był życiową szansą na wygranie tego pucharu. Niestety nie udało się, na pocieszenie został srebrny medal, który wisi w domu. Były łzy, ale takie jest życie. Kiedy spotykają się dwie drużyny w finale, to tylko jedna może wygrać, akurat nie padło na nas.

W szczecińskiej gablocie wciąż pusto, trofeów nie widać. Kibice wciąż czekają na sukces, którego nie mogą się doczekać. Dla Ciebie to też jest zaskoczenie, że minęło 8 lat, a Pogoń wciąż nie powtórzyła tego sukcesu, jakim niewątpliwie był finał Pucharu Polski?
- Jest jakiś problem i nie da się tego ukryć. Wydaje mi się jednak, że ostatnim sukcesem Pogoni był powrót do Ekstraklasy. Jeżeli chodzi o Puchar Polski, to choćby w tym sezonie była olbrzymia szansa na sukces po wyeliminowaniu Lecha. Niestety później Pogoń musiała uznać wyższość Drutex-Bytovii i czar prysł. Gdyby to wszystko inaczej się potoczyło, to może byłaby otwarta droga na Stadion Narodowy i kto wie, co dalej by się wydarzyło. Arka potrafiła dwa razy z rzędu grać w finale Pucharu Polski, Pogoń nie. Jest to jakiś problem, ale z drugiej strony puchary rządzą się swoimi prawami i nigdy nie wiesz co czeka cię w następnej fazie. Na razie się nie udało, ale kto wie czy za rok kibice Pogoni nie będą świętować na Stadionie Narodowym. To jest piłka nożna i wszystko może się zdarzyć.

Ty po tym sezonie 2009/2010 potwierdziłeś swoją jakość, zyskałeś także dużą sympatię wśród kibiców Pogoni, która trwa po dziś dzień.
- Miałem bardzo dobre występy w Pogoni, na boisku pokazywałem, że można na mnie stawiać i jestem pewnym punktem drużyny. Nie chcę mówić, że można było brać mnie za wzór, ale pokazałem ludziom, że bez względu na to skąd jesteś, jeżeli bronisz barw klubu i ciężko pracujesz na sukces swój i drużyny, to zawsze będziesz dobrze odbierany. Ja też mam bardzo dużo szacunku dla kibiców ze Szczecina. Nie zawsze było kolorowo, były wzloty i upadki. Ja jednak zawsze mogłem liczyć na ich wsparcie i za to im dziękuję, chapeau bas.

Pogoń miała aspirację na awans do Ekstraklasy, ale długo nie mogła go wywalczyć. W pewnych momentach robiło się naprawdę gorąco.
- Pogoń Szczecin w I lidze była samograjem. Mieliśmy niesamowicie mocną kadrę jak na zaplecze Ekstraklasy. W naszych głowach pojawiło się dziwne myślenie, że ten awans zostanie zrobiony ot tak, jak pstryknięcie palcem. Boiska pierwszoligowe bardzo często brutalnie weryfikują takie zachowanie i cieszę się, że w końcowym rozrachunku awansowaliśmy do Ekstraklasy. To była bardzo ważna chwila dla klubu pod każdym względem: finansowym, marketingowym, kibicowskim. Cieszę się, że mogłem być częścią tego zespołu, który sprawił tak wiele radości szczecińskim kibicom i wszystkim tym, którzy sympatyzowali z Pogonią.

Awans smakował podwójnie, bo został wywalczony w ostatniej kolejce ligowej w Gdyni. Doskonale wiemy, że kibice Pogoni i Arki lekko mówiąc nie przepadają za sobą.
- Oczywiście! Dla mnie jako chłopaka z Wrocławia - a doskonale wiemy, że Śląsk ma sztamę z Lechią Gdańsk - smakował jeszcze lepiej (śmiech). Była olbrzymia radość i wielka chęć pokazania się w Ekstraklasie. To były piękne chwile i aż łezka się w oku kręci, jak człowiek sobie o tym przypomina.

Kibice w Szczecinie zgotowali wam fantastyczne powitanie. W środku nocy zebrali się tłumnie na stadionie, aby świętować awans razem z wami. Spodziewaliście się tego?
- Było to coś naprawdę fajnego. Widzieliśmy, że nasi kibice są stęsknieni takiego sukcesu i cieszyliśmy się w szatni z tego, że daliśmy im tak wiele radości. Do Szczecina znów wróciły marki jak Legia, Lech i kibic mógł cieszyć się całą śmietanką najlepszych drużyn w Polsce.

Jako beniaminek już w pierwszej kolejce sprawiliście niespodziankę wygrywając u siebie z Zagłębiem Lubin aż 4:0. Jakie były Twoje pierwsze wrażenia? Niesamowite wejście smoka.
- Fajne uczucie, ale był to wynik, który nie odzwierciedlał całego przebiegu spotkania. To był trudny mecz, nie brakowało sytuacji, w których trzeba było się wykazać. Ostatecznie wygraliśmy wysoko, po tym spotkaniu pomyślałem sobie: kurcze, ta Ekstraklasa nie jest straszna. Można wejść, pokazać się z dobrej strony i wygrywać spotkania. W polskich realiach u piłkarza najważniejsza jest głowa, jeżeli w niej sobie wszystko poukładasz, to możesz grać na najwyższym poziomie.

Ten sezon nie był jednak dla was łatwy, o utrzymanie w Ekstraklasie walczyliście do samego końca.
- Po rundzie jesiennej byliśmy na ósmym miejscu, później był mocny kryzys, nastąpiła zmiana trenera i po zaciętej walce utrzymaliśmy się w Ekstraklasie. To były pierwsze koty za płoty, zapłaciliśmy frycowe na samym początku rundy wiosennej, ale ostatecznie cieszyliśmy się z utrzymania, bo to był nasz główny cel i zrealizowaliśmy go.

W pewnym momencie nie pomyślałeś, że żyjesz w jakimś błędnym kole? Podczas swojego pobytu w Szczecinie przeżyłeś kilku trenerów, niektórzy szybko kończyli pracę.
- Rzeczywiście, nie było to komfortowe. Trener ma różne wizje, ale piłkarze nie są od tego, aby komentować ich metody i pracę. To zarząd nadzoruje poczynania szkoleniowców i nie żyło się łatwo z tymi zmianami, ale ja też to rozumiem. Ludzie, którzy wykładają pieniądze na klub oczekują wyników, jeżeli ich nie ma to wiadomo, że lepiej pożegnać trenera niż 10 piłkarzy. Dla mnie odejście trenera nigdy nie było miłe, ale nic nie mogłem z tym zrobić. Jesteś pracownikiem klubu, podwładnym swoich szefów i musisz się dostosować.

Przy zwolnieniach trenerów piłkarska szatnia czuje, że zawaliła robotę na boisku?
- Na pewno czuje. Trenerzy to też są ludzie, z jednym jesteś bardziej związany z innym nie. Ogólnie jednak jest to przykre, że trener traci pracę przez to, że nie zrealizowałeś do końca rzeczy, które on nakreślił.

Najpiękniejszym meczem Radosława Janukiewicza w barwach Pogoni Szczecin było wysoko wygrane spotkanie z Lechem Poznań? Wtedy była wielka euforia w Szczecinie, 5:1 z Lechem, nikt sobie tego nie wyobrażał.
- Nie. Moim najpiękniejszym meczem było rewanżowe spotkanie w Pucharze Polski z Ruchem Chorzów, które rozgrywaliśmy w Szczecinie. Zaliczyłem tam kilka spektakularnych interwencji, ostatecznie awansowaliśmy do finału i te wspomnienia z tamtego spotkania pozostaną w mojej pamięci już do końca życia, jako wyjątkowa chwila. Było bardzo dużo radości, mogliśmy się cieszyć wspólnie z kibicami, a wtedy był pełny stadion.

Wiadomo, że takie zwycięstwo z Lechem cieszyło bardzo. To też jest fajna sytuacja, bo kiedy ja broniłem w pierwszym składzie Pogoni w meczach z Lechem Poznań, to nigdy nie przegraliśmy. Teraz jestem jednak już w innym miejscu, a to są tylko wspomnienia, do których bardzo lubię wracać.

W tym pamiętnym meczu z Lechem, Marcin Robak posprzątał zespół z Poznania, zdobywając pięć bramek. Ty jednak po innym spotkaniu powiedziałeś, że „Robaczek” to absolutny kozak. Był to mecz z Koroną Kielce, w którym zdecydował się zagrać pomimo informacji, że w tym samym dniu odeszła jego mama. Zdobył wtedy dwie bramki, a Pogoń wywiozła z trudnego terenu punkt. Te wydarzenia pokazały, jak silny psychicznie jest Marcin Robak.
- To są bardzo emocjonalne sprawy. Wiadomo, że rodzice w naszym życiu są najważniejsi, a mama przede wszystkim. Było mi bardzo smutno, kiedy dowiedziałem się o całym zdarzeniu, ale musiałem zareagować tak, a nie inaczej, bo Marcin pokazał swoją klasę. Zresztą on od samego początku swojego pobytu w Pogoni był wielkim kozakiem i wielka chwała mu za to.

Do Pogoni przychodzili różni bramkarze rywalizować z tobą. Konkurencja była mocna, ale ty nie miałeś problemów z utrzymywaniem numeru jeden między słupkami Pogoni.
- Nie można jednak powiedzieć, że byłem nie do ruszenia. Po meczu z Legią, gdzie zawaliłem jedną bramkę, i przyznaje się do tego, straciłem miejsce w podstawowym składzie i wskoczył za mnie Dusan Pernis. Byłem na siebie wściekły i miałem wiele pretensji do siebie, ponieważ przed meczem z Legią broniłem świetnie, zostałem nawet powołany do kadry jako rezerwowy bramkarz w meczu Polska – Anglia.

Ja nigdy nie patrzyłem na to, z kim rywalizuję. Im lepszy był rywal, tym lepiej było dla mnie. Musiałem się bardziej spiąć, pokazać swoje atuty trenerowi. Taki już jestem, charakterny facet, który nigdy nie chce być rezerwowym bramkarzem. Zawsze starałem się pokazywać, że jestem lepszy i twierdzę, że to jest dobra cecha mojego charakteru.

Twoje powołanie do kadry było mocnym zaskoczeniem. Kryje się za tym jakaś ciekawa historia? Jak dowiedziałeś się o tym powołaniu?
- Dostałem informacje na jednym z ligowych spotkań, że jestem obserwowany przez trenera Fornalika. Podszedłem do tego bardzo spokojnie, nie skupiałem się na tym. Miałem dobry okres i ostatecznie znalazłem się na liście rezerwowej, ale umówmy się, że przy tej konkurencji, którą mamy w reprezentacji Polski już sam wyjazd na kadrę jest olbrzymią nobilitacją.

Nieprzyjęcie oferty z Japonii, czym pokazałeś swoją lojalność wobec klubu, było inaczej odebrane przez włodarzy klubu, których twój ruch mocno rozłościł. To była aż tak dobra oferta dla Pogoni? Nie wątpię, że na Ciebie czekał tam spory kontrakt.
- Dla Pogoni ta oferta była bardzo dobra. Jeżeli ktoś daje za 30-letniego bramkarza prawie dwa miliony złotych, to chyba nie możesz narzekać. Dla mnie oferta kontraktowa była mega dobra, gdybyś dzisiaj zadzwonił, a ja wróciłbym sobie z Japonii, to podejrzewam, że teraz siedziałbym sobie w domu i nic nie robił (śmiech). Tak się nie stało i dalej muszę pracować na swoje nazwisko - pół żartem, pół serio. Tak się nie stało, nie chcę w to wnikać. Szkoda tylko, że pół roku później stwierdzono w Pogoni, że Janukiewicz jest niepotrzebny drużynie, bo bardzo mocno mnie to zabolało. Wydawało mi się, że lojalność w tych czasach jest bardzo ważna, a okazało się, że jest nieopłacalna. Człowiek zrezygnował z oferty życia, a za pół roku był na bocznym torze.

Z przyjściem trenera Czesława Michniewicza do Pogoni twoja rola w drużynie diametralnie się zmieniła. Miałeś wrażenie, że ktoś pod tobą dołki kopie? Wszystko zwalano na twój charakter, mówiono, że konfliktujesz szatnie. To wszystko brzmiało absurdalnie.
-  Obecnie wraz z trenerem Brede z całej tej sytuacji mocno się śmiejemy. Nie brakowało „cichych podpowiadaczy”, którzy przychodzili do niego i mówili mu: „Kogo ty bierzesz? Ten facet rozwali zespół”. Teraz się z tego śmiejemy, bo mamy ze sobą bardzo dobre relacje. Ja trenerowi ani razu nie podpadłem i zastanawiam się dlaczego ludzie robią takie świństwa drugiemu człowiekowi? Dlaczego ludzie nakładają łatkę człowiekowi, którego nie znają tylko dlatego, że gdzieś tam od kogoś usłyszeli jakąś historię?

W końcu kibice w Szczecinie wstrzymali oddech, bo Twoje nazwisko znalazło się na liście transferowej. Jak bardzo to Ciebie zabolało? Tłumaczenia klubu wydawały się śmieszne. Z oficjalnego komunikatu można było wyczytać, że nagle sportowo nie pasujesz do drużyny według sztabu szkoleniowego. W pół roku zapomniałeś jak się gra w piłkę?
- Zwłaszcza, że w tym sezonie prawie wszystko grałem od deski do deski (śmiech). Nie wystąpiłem w ostatnich spotkaniach rundy mistrzowskiej, ale trener Michniewicz powiedział mi, że to jest dobry czas, aby sprawdzić umiejętności Dawida Kudły. To miał być test, czy Dawid da radę ze mną rywalizować, czy klub będzie musiał szukać do tej rywalizacji nowego bramkarza. Nie miałem z tym żadnego problemu, spoko! Jeżeli przegraliśmy dwa pierwsze spotkania i nie walczyliśmy już o puchary, to niech tak będzie. Przecież chłop też pracował na swoje minuty i wypadałoby dać mu szansę wykazania się. Ja absolutnie się nie obrażałem i była to dla mnie normalna sprawa.

Po dwóch tygodniach dostałem telefon od kierownika drużyny, że mam się wstawić w Boże Ciało w klubie i tam mi zakomunikowali, że jednak nie pasuję do koncepcji klubu. Sorry, ale uważam, że to nie była decyzja trenera Michniewicza i utwierdziłem się tylko w tym przekonaniu po moim powrocie do Szczecina z wypożyczenia do Górnika Zabrze. Wiedziałem, że Pogoń miała problem z bramkarzami, zresztą każdy widział ten problem. Cała ta sytuacja była chora.

Każdy odczuwał, że ta decyzja została podjęta odgórnie, ale ty czułeś, że ktoś z zarządu chce ci pokazać miejsce w szeregu?
- Nie wiem. Z perspektywy czasu jestem mądrzejszy i mam inne spojrzenie na całą sytuację. Kiedyś myślałem, że za całym zamieszaniem stał trener, teraz już wiem, że nie. Cała sytuacja była bardzo nieelegancko załatwiona, ale co ja mogłem? Pozostało walczyć o swoje, trenować w rezerwach, później wyjechać na wypożyczenie do Górnika. Szkoda, że w Zabrzu spadliśmy z Ekstraklasy, bo pewnie bym tam został. Nie chcę bić piany teraz, przyjdzie kiedyś godzina sądu ostatecznego i każdy będzie rozliczony ze swoich decyzji.

Fot. DumaPomorza.pl

Wspomniałeś już o Zabrzu, do którego udałeś się na wypożyczenie. Była to jedyna oferta, z której mogłeś skorzystać? W sumie można to wypożyczenie traktować jak szalupę ratunkową.
- Można odpowiedzieć na to dwojako. Zapytania pojawiały się również z innych klubów, ale brakowało jakichkolwiek konkretów. W końcu dostałem telefon, że Górnik, który wtedy był na ostatnim miejscu w Ekstraklasie, bardzo chciałby mnie u siebie. Powiedziałem, że spróbuję im pomóc. Przeprowadziłem się 600 kilometrów od Szczecina, ale wiem, że było warto i nie żałuję tej decyzji. Górnik to wspaniały klub, zajebiści kibice. Szkoda tylko, że nie udało nam się utrzymać klubu w Ekstraklasie. Ten koniec był naprawdę bardzo smutny, ale ja zawsze będę miał sentyment do Górnika, bo spotkało mnie tam dużo dobrego, pomimo tego spadku, który jest taką rysą w życiorysie.

Ty w Zabrzu jednak łatwo o miejsce w bramce nie miałeś. Swoje spotkania w Ekstraklasie przeplatałeś grą w rezerwach.
- Wiesz, gdy przychodziłem do Górnika, to drużyna była już po siedmiu kolejkach i trener od razu oznajmił mi, że muszę poczekać na swoją kolej. Powiedziałem: dobra, spoko, nie ma problemu! Zagrałem dziewięć spotkań w rezerwach, w tym osiem na zero z tyłu, więc dałem mocny sygnał, że warto na mnie postawić w Ekstraklasie. Ten początek był naprawdę fajny, gdy wszedłem do bramki i zaczęliśmy punktować. Mieliśmy bardzo dobrą końcówkę jesieni, ale przyszła wiosna, porażka na Legii, zmiana trenera i się posypało.

Zyskałeś sympatię kibiców Górnika pomimo spadku z Ekstraklasy. Pokazałeś, że ciężka praca zawsze znajdzie uznanie.
- Dokładnie! W każdym klubie, który reprezentuję, zawsze daję z siebie wszystko. Wiadomo, że człowiek popełnia błędy, bo jesteśmy tylko ludźmi, ale nikt nie powie, że mi nie zależy, że mi się nie chce. Mam 34 lata, wiem że mogę jeszcze pograć kolejnych sześć lat na pewno na dobrym poziomie, bo czuję się bardzo dobrze fizycznie i psychicznie. Zawsze daję z siebie maksa, to mnie cechowało od dzieciaka, więc uważam, że jest to moja zaleta.

W Szczecinie zamknięta droga do pierwszego zespołu, treningi w rezerwach, indywidualne zajęcia z trenerem Zbigniewem Długoszem na szczecińskich „orlikach”. Wszystko wyglądało absurdalnie, a zachowanie klubu wobec zawodnika, który był filarem Pogoni Szczecin przez długi okres, było skandaliczne.
- No wyglądało to absurdalnie, ale z drugiej strony to ja sam poprosiłem trenera Długosza, z którym jesteśmy w bardzo dobrych relacjach, żebyśmy razem popracowali, bo wiedziałem, że ja jeszcze coś w piłce mogę osiągnąć i wskoczyć na ten najlepszy poziom. Nie uwłaczało mi to, że trenuje na orliku. Ja to po prostu robiłem dla swojego dobra, dla swojej rodziny, dla swojej przyszłości i naprawdę bardzo dziękuję raz jeszcze trenerowi, że znalazł czas dla mnie.

Podczas pobytu w drużynie rezerw poznałeś trochę ten młody narybek Pogoni Szczecin. Był jakiś zawodnik, który zrobił na Tobie spore wrażenie?
- Sebastian Kowalczyk, Rafał Maćkowski, była naprawdę spora grupa utalentowanych chłopaków, włącznie z bramkarzami oczywiście. Naprawdę uważam, że dobrze spożytkowałem ten czas na treningi, na kontakt z nimi. Wiadomo, jak jesteś zawodnikiem pierwszego zespołu, to nie masz tego kontaktu z młodzieżą i niektórzy mogą odbierać cię jako gbura, ale przekonali się, że jestem normalnym facetem, który będzie zapieprzał, aż będzie mu się pot po dupie lał. Taki już jestem i myślę, że takim swoim podejściem pokazałem im, że nie warto się poddawać nawet w najcięższych sytuacjach. Nie czułem się jak mentor, ale jako starszy kolega chciałem im pokazać, że nawet gdy jesteś na bocznym torze, to zrób wszystko, aby wrócić na tę właściwą ścieżkę.

Chciałem, aby zobaczyli, że to nie jest tak, że zarabiasz nie wiadomo ile i masz wszystko w dupie. Nie chodzi o to, że jesteś w pierwszym zespole i nic nie musisz. Chcesz udowodnić swoją wartość, swoje umiejętności? To zrób to na treningu juniorów czy rezerw. Pokaż, dlaczego jesteś na takim kontrakcie i udowodnij, dlaczego na niego zasługujesz. Takie właśnie miałem podejście, a poza tym chłopaki bardzo sympatycznie mnie odebrali w szatni i też bardzo dużo pomogli. Trener bramkarzy – Wojtek Tomasiewicz również był niezwykle pomocny, więc cieszyłem się z tego.

Ostatnio była dosyć duża dyskusja na Twitterze odnośnie do młodych bramkarzy w Pogoni Szczecin. Ty również zabrałeś głos w tej sprawie, wskazując Daniela Kuszta jako młodego bramkarza, który dobrze rokuje na przyszłość. Uważasz, że to już czas najwyższy, aby takiego zawodnika mocno wprowadzać do pierwszego zespołu?
- Nie chcę wtrącać się w strategię klubu, ale dużo czasu pracowałem z Danielem i uważam, że jest to chłopak o olbrzymim potencjale. Przede wszystkim ma zimną głowę, nie stresuje się, a w naszym sloganie powiedzielibyśmy, że ma wyjebane na wszystko (śmiech). Chłopak z bardzo dużym talentem, więc mogą być z niego ludzie.

Jak bardzo bolał fakt, że klub nie pożegnał cię w godny sposób, aby kibice mogli podziękować ci za wszystkie lata spędzone w Szczecinie? To mało poważne, że sami kibice musieli organizować takie podziękowanie dla Ciebie i Maksa Rogalskiego.
- No cóż, takie jest życie. Było mi po prostu przykro. 175 spotkań w barwach Pogoni to nie jest mało - awans do Ekstraklasy, finał Pucharu Polski. Cóż, widocznie nie zasłużyliśmy na pożegnanie. Tu nawet już nie chodzi o mnie. Był mecz z Sandecją na 70-lecie istnienia klubu, zaproszeni zostali zawodnicy, którzy rozegrali więcej niż 70 spotkań w barwach Pogoni, a nas tam nie było.

Szczerze, jeżeli chodzi o mnie, to można było się tego spodziewać (śmiech). A jeżeli chodzi o innych zawodników, to jest to po prostu przykre. Ja liczyłem się z tym, że zaproszenie do mojego domu nie przyjdzie (śmiech).

Pojawiła się oferta wypożyczenia do Norwegii. Nie zastanawiałeś się długo nad tą decyzją i chciałeś skorzystać, ale znów mocno pod górkę robił ci zarząd. Podobno kością niezgody w twoim wyjeździe była jedna pensja miesięczna. Czy to prawda?
- Dokładnie. Byliśmy dogadani, że klub zapłaci mi pewną kwotę. Natomiast gdy przyszła oferta, to w Polsce było już zamknięte okienko transferowe, ale w Norwegii wciąż trwało i kiedy pojawiła się dla mnie furtka niestety okazało się, że wcześniej dogadane tematy już nas nie obowiązywały i nie dogadamy się na takich samych zasadach jak wcześniej. W końcu powiedziałem, że pal licho tę jedną pensję i jadę. Po prostu jest to bardzo nieeleganckie, bo skoro się z kimś umawiasz na coś, to respektuj swoje postanowienia.

Obietnic trzeba dotrzymywać, a nie zmieniać warunki w ostatniej chwili. Straciłem trochę pieniędzy, ale trudno. Chciałem pojechać do Norwegii grać i pokazać się z dobrej strony. Ten wyjazd był dla mnie pod względem sportowym bardzo dobry, zagrałem 7 spotkań, 5 w lidze i 2 w Pucharze. Poznałem wspaniałych ludzi, z którymi do dzisiaj mam świetny kontakt i uwierz mi szczerze, że mam więcej kontaktów z ludźmi ze Strømsgodset niż z Pogoni, w której spędziłem 8 lat. To pokazuje wielką jakość ludzką.

Norwegia pod względem sportowym bardzo mocno cię zaskoczyła? Słychać było, że wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie.
- Pełna profeska. Mój zespół ostatnio zajął siódme miejsce, a mam wrażenie, że w polskich realiach biłby się o mistrzostwo. Śniadania czy obiady w klubie to jest standard. Nie wiem jak obecnie to wygląda w Ekstraklasie, ale ja spotkałem się z czymś takim po raz pierwszy. Nie było żadnych problemów, jeżeli chodzi o finanse. Pod tym względem wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie. Dostałem nowy sprzęt, garnitur na konferencję prasową.

Dalej śledzisz losy Strømsgodset?
- Oczywiście, że śledzę. Mocno zżyłem się tam z chłopakami, mam z nimi kontakt, więc co tydzień sprawdzam skróty, aby zobaczyć jak im tam poszło.

Eksperci od ligi norweskiej głośno mówili, że Janukiewicz prezentował się bardzo dobrze i ogólnie podnosiłeś jakość. Kuponów nie pojechałeś odcinać.
- Zdecydowanie. Ja straciłem miejsce w składzie z tego względu, że nie chciałem przedłużyć kontraktu. Na dzień dobry dostałem tam bardzo dobre pieniądze, wiązało się to z tym, że nie musiałem płacić tak dużego podatku, ponieważ miałem kontrakt ważny poniżej pół roku. Wtedy było to 13% podatku, w przypadku nowego kontraktu musiałbym płacić 50%. Wiadomo, że przy mojej pensji zarabiałbym 4-5 tys. euro netto mniej. Zdecydowałem, że wrócę do Polski, bo zważywszy na koszt życia w Norwegii, było to absurdalne.

Wróciłeś do Polski. Nie czekały na ciebie oferty z Ekstraklasy?
- Nic nie miałem. Chojniczanka była pierwsza, ja też trenera znałem bardzo dobrze, bo znaliśmy się prywatnie. Przejął ten zespół, plan został nakreślony. Wiedziałem, jacy zawodnicy występują w Chojniczance i znałem potencjał szatni i zdecydowałem się na to, aby dołączyć do Chojniczanki i o coś pograć. Szczerze mówiąc, nie uśmiecha mi się granie o środek tabeli I ligi, skoro nie miałem ofert z Ekstraklasy. Myślę, że udowodniłem wszystkim, że Radosław Janukiewicz jeszcze się nie skończył. 16 czystych kont uważam za niezły wynik, a wiadomo, że kilka spotkań jeszcze zostało i spokojnie ten dorobek można poprawić.

W szatni Chojniczanki miałeś także znajome twarze z Pogoni Szczecin.
- Jest Wojtek Lisowski, Kuba Bąk, Przemek Pietruszka, ale także Emil Drozdowicz, z którym znałem się już wcześniej. Z Pawłem Zawistowskim grałem w kadrze juniorskiej reprezentacji Polski, także wchodziłem do szatni jak do siebie (śmiech). Ja jestem osobą otwartą i każda osoba, która mnie zna, doskonale wie o tym. Dla mnie przejście z szatni do szatni nie jest żadnym problemem, bo drużyna zawsze mnie szybko akceptuje. Tak samo było w Norwegii, gdzie kapitan zespołu zaprosił mnie na ich święto niepodległości. Był to bardzo miły i sympatyczny gest, także takim debilem za jakiego niektórzy w Polsce mnie mają, to nie jestem (śmiech).

W tym sezonie w Chojniczance wszystko szło dobrze. Jesień bardzo dobra w waszym wykonaniu, ale wiosną znów mocne wahania formy. Nie brakowało hejterskich dział wycelowanych w waszą stronę, które zarzucały wam, że nie chcecie tego awansu do Ekstraklasy. Tymczasem sprawa wydaje się być dalej otwarta.
- Wiadomo, że zawsze znajdą się takie osoby, które dużo krzyczą. Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że robię wszystko, aby ponownie znaleźć się w elicie. Podpisałem roczny kontrakt z klubem z opcją przedłużenia o kolejny rok, jeżeli awansujemy do Ekstraklasy. Gadanie, że klubowi nie zależy, można sobie między bajki wsadzić. Gdybym ja wiedział, że komuś na tym awansie nie zależy, to bym go złapał za mordę. Proste. To nie jest tak, że my nie chcemy awansować, po prostu przyszedł jakiś kryzys, nałożyły się różne czynniki. Nie chcę się usprawiedliwiać, w niektórych meczach po prostu daliśmy ciała. Wszystko jest jednak sprawą otwartą, zagrajmy te ostatnie spotkania i zobaczmy co będzie - albo wielka radość, albo stypa (śmiech).

Twoim zdaniem Chojnice są gotowe na Ekstraklasę?
- Oczywiście, że tak. Wiadomo, że brakuje podgrzewanej murawy, ale ludzie związani z Chojniczanką na pewno zrobią wszystko, żeby ta Ekstraklasa zagościła w Chojnicach. Wszystko infrastrukturalnie się tutaj poprawiło. Zrobiono nowy budynek klubowy, szatnie są dostosowane. Tutaj nie ma miejsca na takie słowa, że nikomu nie zależy. W Chojnicach jest ciśnienie na Ekstraklasę. Wiadomo, że to jest małe miasto, ale jesteśmy świadomi, że możemy coś zrobić dla Chojnic i chcemy zapisać się w historii miasta.

Nie sposób nie wrócić do tematu obchodów 70-lecia Pogoni Szczecin. Było dosyć hucznie, choć cały sezon ma raczej ciemną stronę, bo klub walczył o utrzymanie w lidze zamiast o trofea. Też już o tym wspominałeś, ale niektórych piłkarzy brzydko pominięto na liście zaproszonych gości.
- Taka była wola władz klubu. Ja się nie łudziłem, że dostanę zaproszenie. Ja, że tak powiem, przy takich nazwiskach jak Kęsy czy Majdan nic nie znaczę. Moje odejście z Pogoni nie należało do najmilszych i wiem, że władze klubu mają zadrę do mnie, a tak naprawdę to oni podejmowali decyzję, a nie ja.

Dla Ciebie Pogoń to wciąż ważna część Twojego życia? Wiem, że wsparłeś akcję zbierania funduszy na nowy stadion i wykupiłeś sobie na nim krzesełko (śmiech).
- Pogoń zawsze będzie dla mnie ważna. Ten klub to nie są prezesi, dyrektorzy sportowi, tylko są to granatowo-bordowe barwy, wspaniałe miasto. Przeżyłem w tym klubie same piękne chwile i tak do tego podchodzę. Jednostki nie zniszczą tej więzi, która wytworzyła się między mną a Pogonią przez te wszystkie lata.

 

 

 


KOMENTARZE