var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Damian Zbozień dla 2x45: Dziesięć procent to spontaniczność, reszta jest drobiazgowo zaplanowana. Nie chciałem zmarnować szansy

Autor: rozmawiał Marcin Łopienski
2018-05-29 14:00:00

Damian Zbozień w ostatnim czasie podpisał nowy kontrakt z Arką Gdynia, który związał go z nadmorskim klubem do 2020 roku. Za kilka dni będzie brał ślub, dlatego chciał postawić na stabilizację. W obszernej rozmowie z 2x45 opowiada m.in. o Terminatorze, IronManie, klimacie w Rosji, naukach od Jacka Magiery czy pozytywizmie Leszka Ojrzyńskiego. - W Legii, gdy byłem nastolatkiem, zarabiałem więcej niż ludzie u mnie na wsi i nie miałem problemu, żeby coś zaoszczędzić. Teraz jak o tym myślę, to nie wiem jak wtedy żyłem, chyba na samych bułkach, ale z tych dwóch tysięcy potrafiłem połowę odłożyć.

Marcin Łopienski (2x45.info): - Ta końcówka sezonu nie dłużyła Ci się za bardzo?
Damian Zbozień:
- Pod względem wyników dłużyła się. Jeśli ich nie ma, to atmosfera w drużynie na pewno nie jest taka jak powinna. Człowiek się frustruje, a szkoda, bo to rzutuje na cały sezon. Ludzie patrzą głównie na to jak się kończy, a my nie zrobiliśmy tego najlepiej. Cieszymy się, że ten urlop przyszedł. Teraz pora odświeżyć głowy, nabrać energii, tak aby w nowym sezonie ruszyć z pozytywnym nastawieniem.

- Ciebie to jeszcze czekają pewne obowiązki.
- Myślę, że czeka mnie przyjemny moment, bo właśnie tak sobie wyobrażam ślub. Piękna chwila, ale trzeba sobie na nią solidnie zapracować. Troszeczkę stresu, kilka nieprzespanych nocy, zwłaszcza pod koniec sezonu, bo trzeba wszystko pozałatwiać. Zjechałem już całą rodzinę, ale mam nadzieję, że wszystko się uda.

- Jaki to był sezon dla Arki?
- Mimo słabej końcówki, myślę, że było dobrze. Celem przed rozpoczęciem sezonu było utrzymanie, a nie miejsce w czołowej ósemce. Uważam, że szansa na tę ósemkę była i myśmy sobie ją gdzieś zaprzepaścili. Stąd ten niedosyt. Bonusem jest finał Pucharu Polski, bo byliśmy w nim kolejny raz, a nie jesteśmy przecież potentatem, który walczy o mistrzostwo czy puchary.
Za to finał to kolejne rozczarowanie, kolejny niedosyt, bo słabo go rozegraliśmy. Myślę, że stać nas było na więcej.

- Rywalizacja w Pucharze Polski wpłynęła na wasz los w lidze?
- Sezon rozpoczęliśmy grą w europejskich pucharach, więc doszło nam kilka meczów. Potem Puchar Polski, w którym graliśmy do samego końca, gdzieś w tzw. międzyczasie gubiliśmy te punkty, których może zabrakło do czołowej ósemki. Dopóki walczyliśmy o nią, to naprawdę dobrze to wyglądało, a potem balonik pękł i nie ma co ukrywać, bardzo się to rozjechało. Ostatni miesiąc był fatalny.

- Miejsce w grupie spadkowej dodatkowo was podłamało?
- Na pewno, zobacz jak niewiele zabrakło nam do tej czołowej ósemki. My w zasadzie do samego końca mieliśmy szansę na awans. Jestem pewny, że gdybyśmy się tam znaleźli, to ten miesiąc wyglądałby inaczej. Czołowe kluby nie lubią z nami grać. Podejrzewam, że łatwiej nam się na te mecze zmotywować i dajemy z siebie 120 procent. Ale nie załapaliśmy się, coś pękło i wszystko się rozjechało. Wiadomo, przewagę mieliśmy dużą, utrzymanie pewne, ale to nie było to samo i widać to było na boisku.

Damian Zbozień (tyłem) naprzeciw Cafu w tegorocznym finale Pucharu Polski. Fot. Mateusz Czarnecki

- W czym upatrujesz złe rozegranie finału Pucharu Polski?
- Za łatwo oddaliśmy im te bramki. Mecz został rozegrany akurat w momencie, kiedy my byliśmy u schyłku formy. Wróciliśmy z podniesionymi głowami, bo nie odpuściliśmy rywalom, w końcu zdobyliśmy bramkę grając w osłabieniu i kibice podziękowali nam za to. To miłe, ale rok temu to my podnosiliśmy ten puchar i teraz czuliśmy, że uciekło nam coś pięknego. Podczas koronacji Legii czułem sportową złość, że im się udało…

- To naturalny odruch. Gdybyś go nie czuł, byłoby to dziwne...
- Może tak być. Było w nas dużo sportowej złości, większość chłopaków tej ceremonii nie oglądała. Ja patrzyłem na to i chciało mi się płakać, ale to oni byli lepsi.

- W ubiegłym sezonie dużo mówiło się o waszych pojedynkach z Lechią Gdańsk. Po ostatnim zrobiło się nawet groźnie. To wasze drugie największe niepowodzenie?
- Zdecydowanie, moim zdaniem to jest największa porażka tego sezonu. Derby dla kibiców są masakrycznie ważnym spotkaniem i napinamy się na nie za każdym razem. Nieistotny jest tu poziom rywala. I te porażki są przykre, bo każdy zdaje sobie sprawę, że ci ludzie pracują ze sobą, spotykają na mieście i docinają sobie. Arka chyba nigdy nie wygrała z Lechią i naprawdę to na nas ciąży. Naprawdę nie wiemy czym jest to spowodowane.

- Przemotywowanie?
- Nawet jak jesteśmy w dobrej formie, to na ten mecz wychodzimy jacyś pospinani. Raz byliśmy przemotywowani, raz niedomotywowani. Sam tego nie rozumiem. Do tych meczów jesteśmy szczególnie przygotowani, a i tak nic nie wychodzi. W tym sezonie Lechia była do ukłucia, a utrzymanie zapewniła sobie dzięki nam.

- Gdyby nie te porażki z Lechią, to Gdynia świętowałaby jak po zdobyciu pucharu...
- Na pewno. Przez te porażki atmosfera zgęstniała, kibice na pewno byli na nas źli, mieli do nas żal. Czasami się mówi, że zespół nie walczy. My zawsze serducho zostawiamy, takim zespołem była Arka: umiejętności było mniej, stanowiliśmy kolektyw i serce zawsze zostawialiśmy na boisku. Wiem, że czasem nie wyglądało to za dobrze, ale ja ręczę za zaangażowanie swoje i kolegów.

- Zgodzisz się, że tymi sukcesami w poprzednim sezonie i dobrą rundą jesienną, Leszek Ojrzyński ukręcił na siebie bicz?
- Pojawiają się takie głosy i myślę, że coś w tym jest. W takim kraju żyjemy. Pamiętam jak za trenera Brosza zrobiliśmy z Piastem puchary, apetyty urosły, następny sezon był słaby i trener stracił posadę. Brakuje ciągłości pracy. Ale to nie jest moja robota. Takie jest życie piłkarza, takie jest życie trenera. Wiadomo, że chcielibyśmy długo i spokojnie pracować, ale ktoś wykłada pieniądze i ma prawo do takich decyzji. Gdybyśmy nie osiągali takich sukcesów, to te apetyty aż tak by nie urosły. Trener Ojrzyński musi teraz poczekać, ale jestem przekonany, że pracę szybko znajdzie.

- Na pewno pamiętasz taki mecz: prowadziliście, praktycznie mieliście przeciwników na łopatkach i straciliście decydujące bramki w doliczonym czasie gry.
- Wiem, dlaczego zadałeś to pytanie. Ten mecz będę kojarzył do końca życia, bo to jest pierwsze i mam nadzieję ostatnie takie spotkanie, w którym brałem udział.

- Długo dochodziliście do siebie po porażce w Białymstoku?
- Coś niesamowitego, nie życzę nikomu takich emocji. Chociaż teraz na chłodno przyznam, że to pokazuje piękno futbolu. Szkoda, że to ja byłem osobą poszkodowaną. Pamiętam moment w szatni. Pierwszy raz w życiu trząsłem się po meczu. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. To było tak skrajne uczucie. Masakra... Wiadomo, mega bolało, ale dziś cieszę się, że mogłem brać w czymś takim udział. Nie ma co ukrywać, myśmy się sfrajerzyli w tym meczu, ale zapamiętam go do końca życia.

- Czego oczekujecie od trenera po takim spotkaniu?
- Myślę, że każdy trener zareagowałby inaczej. Pamiętam, jak w młodości oglądałem mecz Manchesteru United z Bayernem w finale Ligi Mistrzów. Tam była dogrywka, ale mogę sobie tylko wyobrażać, co działo się w głowach tych zawodników na takim poziomie. Dla nas to był zwykły ligowy mecz!

- Wracając…
- Trener był wściekły, ale jaki miał być? Sami byliśmy na siebie wściekli. Krzyk, wyzwiska, czy siedzenie w kącie - tak naprawdę nie ma idealnego rozwiązania. Każdy z nas myślał, że zareaguje po swojemu. To w nas siedziało naprawdę długo. Nie mamy po 15 lat, żeby sobie dać takie rzeczy zrobić. Pomyśl, gdybyśmy do końca walczyli o utrzymanie i uciekłyby takie punkty. W szatni rozmawialiśmy również o sytuacji Jagi, dla której to mógł być zwrotny moment. A życie pokazało, że oni po tym zwycięstwie mieli największe problemy i serię porażek.

- Boiskowy paradoks. Z wami poszli za ciosem do samego końca i udało im się wygrać, w kolejnych spotkaniach bili głową w mur.
- Dlatego później tym bardziej mieliśmy do siebie pretensje, chociaż trochę wynagrodziła nam to wygrana z Legią. Rozmawialiśmy między sobą, że nie byłoby jej, gdybyśmy dowieźli wynik w Białymstoku. Ta frustracja w nas siedziała i choć z Legią u siebie nie zagraliśmy koncertowo, to naprawdę wybiliśmy im ich atuty. Ganialiśmy ich jak wściekłe psy po boisku. Nasi środkowi pomocnicy gryźli trawę, aż miło było brać udział w tym spotkaniu. Dlatego ten mecz był dla mnie również sporym przeżyciem.

- To był dla Ciebie mecz sezonu?
- Tych było kilka. Na pewno spotkania z Midtjylland, rewanż półfinału z Koroną również był bardzo dobry. Pojawiały się komentarze, że mecz nie porywał, ale od początku kontrolowaliśmy sytuację i nasza pewność siebie rosła. Jeszcze raz powtórzę, szkoda tego maja. Wszyscy kibice w Polsce będą nas pamiętać przez pryzmat końcówki.

- Co do Arki wniósł Leszek Ojrzyński?
- Na pewno swój charakter. Taką nieustępliwość i pozytywizm, bo na początku tego nam brakowało. Trzeba przypomnieć, że on nas obejmował w trudnym momencie, kiedy wszyscy nas lali i od każdego dostawaliśmy trzy-cztery bramki. Myślę, że na pewno odcisnął piętno na drużynie, to było widać.

- Czego Ty nauczyłeś się od trenera Ojrzyńskiego?
- Dyscypliny, wiary w siebie i tego pozytywnego nastawienia, o którym już wspomniałem.

- Opowiedz więcej o tym pozytywizmie.
- Chodzi o to, że trzeba się cieszyć, szanować to co się ma. Trener nie akceptuje tego, jak ktoś marudzi, bo wiadomo, że zawsze znajdą się rzeczy do poprawy. Trzeba się skupiać na tym, co jest. Pamiętajmy, że ludzie mają w życiu znacznie gorzej od nas piłkarzy i czasami tego nie doceniamy. Mi się to nowe podejście bardzo podobało. Każdy ma trudne chwile, nie chce ci się trenować i te słowa stawiają cię na nogi. Zresztą, u nas w szatni są takie plakaty z napisami: "doceniaj to, co masz", "uczyń każdy dzień arcydziełem", "stawiaj sobie wysokie cele" - tego typu rzeczy. W chwilach zwątpienia to pomagało.

- W kontekście ślubu, brałeś pod uwagę wyjazd z Polski? Chociażby do Turcji?
- Na pewno tak, bo też jakieś tematy się pojawiały. To musiałyby być konkrety. Teraz będę miał żonę i nie będę odpowiadał tylko za siebie. Podejrzewam, że gdybym był sam, to mógłbym czekać do lipca i wyjechać do Azerbejdżanu. W tym momencie staję się głową rodziny i muszę być odpowiedzialny, więc nie chcę do takiej sytuacji doprowadzić. Postawiliśmy na stabilność.

- Ten Azerbejdżan to tylko przykład?
- Tak. Nie ma co ukrywać, ja mam 29 lat. Ofert z Serie A, czy z Bundesligi nie otrzymam, bo nie prezentuję odpowiedniego poziomu. Zawodnik z polskiej ligi, żeby wyjechać do takich lig, to raczej musi być zdecydowanie młodszy, więc nie ma się co oszukiwać. Twardo stąpam po ziemi i nie wierzę w takie cuda.

- Jesteś zdziwiony wynikiem Górnika Zabrze i Marcina Brosza?
- Nie. Nie jestem zdziwiony, gdyż pracowałem z tym szkoleniowcem. Widzę jak budował tę kadrę i jest to podobna sytuacja do tej, którą mieliśmy w Piaście. Bierze charakternych zawodników, niekoniecznie doświadczonych. On lubi pracowników, którzy go słuchają i będą wykonywać jego polecenia. W Zabrzu ma podatny grunt, bo młodzi zawodnicy, jak już dostają swoją szansę, to zrobią wszystko, żeby ją wykorzystać. Cieszę się, że miałem to szczęście z nim pracować, bo wykonałem u niego największy progres.

- Na czym on polegał?
- Najwięcej pracy wykonaliśmy nad tym, jak mam się poruszać i ustawiać. Są to rzeczy, z których do dzisiaj korzystam. Każdy zawodnik może się u niego bardzo rozwinąć. Spora część trenerów Ekstraklasy wymaga odpowiednich zachowań na tym poziomie, a czasami są tacy zawodnicy jak ja, którzy nie przeszli naturalnej drogi piłkarskiej od akademii do klubu. Po prostuje brakuje im podstaw. Nikt mnie tego nie nauczył i grałem jak umiałem.

- Brosz przede wszystkim postawił na Polaków, a nie jest to normą w Ekstraklasie.
- Niestety, muszę się zgodzić. W Zabrzu było to też spowodowane niskim budżetem i trener słusznie postawił na Polaków, zamiast sprowadzać słabej klasy obcokrajowca. Druga sprawa to materiał ludzki, bo nie zawsze trafia się kilku utalentowanych zawodników. Trener Brosz jest pracoholikiem, w klubie na pewno siedzi od rana do wieczora. Jestem o tym przekonany i fajnie, że życie odpłaciło mu za ten wysiłek.

- Kolejny ważny klub dla Ciebie to Legia: gdyby nie obecny mistrz Polski, to dziś nie mielibyśmy o czym rozmawiać?
- Na pewno. Zawsze podkreślałem, że gdyby nie ona, to dziś grałbym na skrzypkach. Proszę sobie wygooglować: „Kapela Ciupaga sukcesy". Mam nadzieję, że do dziś by mnie nie wyrzucili i nagrywałbym z nimi nowe teledyski. Sprawiało mi to radość, a tak jak mówię, w piłce trzeba mieć trochę szczęścia. Gdyby mnie nie wyciągnęli, to byłem już w takim wieku, że raczej poszedłbym na studia i do pracy.

- Jak te doświadczenia z początków Twojej przygody z piłką wpłynęły na Twoje późniejsze losy? Przyjeżdżałeś z małej miejscowości, ale już z pewnym doświadczeniami życiowymi.
- Trzeba mieć coś w sobie. Znamy przykłady zawodników, którzy wychodzą z biednych rodzin i gdzieś poprzez grę na ulicy kształtują swój charakter. Ja na przykład pochodzę z bardzo dobrego domu i niczego mi nie brakowało, ale też musiałem walczyć. Jak przyjechałem do Sandecji, to byłem pierwszy do odstrzału. W zespole pełno było cwaniaków. Miałem to szczęście, że na boisku się wyróżniałem, a to zawsze pomaga. Wtedy szatnia cię zaakceptuje.

- Koledzy nie wytrzymywali?
- Miałem znajomych, którzy z okolicznych wiosek również przyjeżdżali do Sandecji i nie dali rady, bo tam szydera była dość mocna. Rozumiesz, drużyna rozbita na grupki i chłopaki zrazili się do piłki. Ja zawsze potrafiłem się postawić, a jak już grałem w reprezentacji województwa, to było mi łatwiej. Nie jest to przyjemne, ale taka jest piłka nożna i trzeba sobie radzić. Bo jak niby taki zawodnik miałby później poradzić sobie w Ekstraklasie?

- A żeby zaistnieć w Legii Warszawa to zabrakło charakteru czy umiejętności?
- Na tamten moment na pewno umiejętności. Może też trochę pewności siebie, bo najwięcej zyskałem właśnie u trenera Brosza, który cały czas mi wmawiał: „stać Cię na duże granie, bo masz duży potencjał”. Właśnie tego potrzebowałem i czując to naprawdę szedłem do przodu. Wcześniej czułem, że doszedłem do sufitu, a tutaj uwierzyłem, że naprawdę mogę osiągnąć dużo więcej, a nawet wyjechać za granicę. Tego może mi w Legii zabrakło.

- Masz na myśli małą liczbę meczów w pierwszej drużynie?
- Kiedyś pytano mnie, czy mam pretensje do trenera Urbana… Odpowiadałem, że trenera Urbana wspominam jako jednego z ludzi, którzy w ogóle dali mi szansę. To on coś we mnie widział i brał do pierwszej drużyny. Ale bądźmy poważni, miałem wygryźć Astiza lub Choto?

- Dopiero później zmieniłeś pozycję na boisku.
- Byłem wtedy defensywnym środkowym obrońcą, dopiero trener Brosz przerzucił mnie na prawo.

- A w Rosji? Tam też zabrakło umiejętności?
- Na pewno umiejętności, bo gdybym był dwa razy lepszy, to na pewno bym grał. Każdy zawodowy piłkarz wie, że trener musi na kogoś postawić i czasem są nieduże różnice: wtedy wybiera jednego i później ciężko jest inaczej wytłumaczyć brak występów. W Rosji był bardzo wysoki poziom, sporo doświadczonych zawodników, reprezentantów.

- A szczęścia?
- Też trochę by się przydało. Wydaje mi się, że gdyby trener Czerczesow został, to inaczej by się to potoczyło. On mnie ściągał, on wprowadzał do zespołu, czułem od niego wsparcie i grałem, ale zaraz trenera podkupiło Dynamo, przyszedł kolejny szkoleniowiec ze swoją wizją drużyny. Na treningach robiłem wszystko co umiałem najlepiej, ale to nie jest tak, że sam minę z piłką pięciu rywali. Jestem pracusiem. Wtedy największą pochwałą były dla mnie słowa Kuby Wawrzyniaka, który jak byłem w pewnym momencie mega odpalony powiedział, że ma do mnie mega szacunek za to, że mimo mojej beznadziejnej sytuacji trenowałem na maksa. Chodziłem na siłownię, dawałem z siebie wszystko, a byłem przecież trzydziestym zawodnikiem! One pozwoliły mi przetrwać ten trudny okres bez gry, bo jestem zawodnikiem, który męczy się nie grając.

- I zdecydowałeś się wrócić do Polski.
- Zrezygnowałem wtedy z tych pieniędzy i rozwiązałem kontrakt. Zresztą w Lubinie było podobnie. Wolę grać w mniejszym klubie niż tylko siedzieć i cieszyć się z ogromnych pieniędzy.

- Powiedz, jak to było z tym „Terminatorem”?
- Trener Czerczesow się ze mnie śmiał, bo gdy przyjechałem do Rosji, to było akurat w trakcie obozu przygotowawczego z Piastem, klata mi trochę urosła… Zobaczył mnie w tej bluzie i zaczął się śmiać, że jestem terminator. Szkoda, że nie terminator piłkarski. Ale wszystkiego mieć nie można (śmiech).

- Ale ta praca nadal Ci została. Robisz brzuszki o każdej porze dnia, jak Cristiano Ronaldo?
- Lubię ćwiczyć, dbam o siebie, przestrzegam diety. Znam swoje mocne i słabe strony, wiem, że siła i motoryka to moje atuty i je pielęgnuję. I nadal będę tak robił. Dla mnie zawsze liczyła się tylko ciężka praca. Dzięki niej jestem tu gdzie jestem i nie poszedłem za przykładem tych, którzy mieli wywalone i zmieniali kluby. Dlatego nie mam pretensji o Rosję, o inne niepowodzenia, a dzisiaj życie mi oddało: miałem dobry sezon.

- To dlaczego nie poszło Ci w Lubinie?
- Tam też pracowałem ciężko, ale trener Stokowiec wolał Todorovskiego i ja to uszanowałem. Wolałem odejść, ale gdybym się zapuścił w Rosji i później w Lubinie, to podejrzewam, że w Arce bym się nie odkręcił. A spisuję się naprawdę dobrze. Trener Magiera mnie nauczył, że ciężka praca życie ci odda. Nie dziś to jutro, ale musisz być gotowy. Do końca kariery będę dawał z siebie maksa, zobaczymy ile z tego wycisnę. Ważne, aby zdrowie dopisywało.

- Wracając do Rosji, co bardziej przeszkadzało: brak gry czy klimat?
- Brak gry. Nie ma się co oszukiwać, tam wypłaty rekompensują zawodnikom jakieś niedociągnięcia czy zły klimat. Jednak Kuba Wawrzyniak mi zawsze mówił, że wszystko dookoła to są dodatki, najważniejsze jest boisko i granie. Ja się z tym zgadzam! Jeśli grasz na fajnym stadionie i masz wiernych kibiców, tak jak my mamy w Gdyni, to trzeba się tym cieszyć. Ale to jest dodatek. Najważniejszy jest trening i mecz. To tam masz dać z siebie wszystko. Spotkałem się w Rosji z takimi przykładami, że nie wszyscy byli profesjonalistami, ale grali naprawdę dobrze i trenerzy mieli takie podejście, że ich to nie interesowało. Jednak jeśli masz konkurencję i posiadasz taki talent, że możesz się w taki sposób prowadzić – szacunek. Gdybym ja przestał zapieprzać, to już mógłbym szukać sobie klubu poziom niżej.

- Jak się czułeś w Rosji?
- Ludzie tam są bardzo przyjaźni, te wszystkie stereotypy możesz włożyć między bajki. Miejscowi fajnie mnie przyjęli, a pod względem pomocy są lepsi od Polaków. Na pewno w Polsce, przy tych stadionach i otoczce bardziej czujesz się piłkarzem. Może teraz przy okazji mistrzostw świata się to zmieni i pójdzie to do przodu. Podam przykład: jak jechaliśmy na Tom Tomsk i przebieraliśmy się w tej szatni, to zachodziłem w głowę, dlaczego Hulk jest w stanie tyle tu wytrzymać? Tylko dla pieniędzy? Z moim charakterem myślę, że nie grałbym długo w Rosji, tylko szukałbym tych emocji w lepszych ligach, bo na pewno chciałbym się sprawdzić.

- Byłeś związany również z Sandecją Nowy Sącz. Jak przeżyłeś jej spadek?
- Nie ma co ukrywać, w Sandecji przeżyłem całą młodość, później jeszcze w seniorskiej piłce u nich zaczynałem. Śledziłem ich sytuację i wyszło bardzo niefajnie. Szkoda, bo po awansie byłem bardzo szczęśliwy i cieszyłem się, że powstanie nowy stadion. Kibice mieliby mega frajdę i przykro teraz, że tego stadionu dalej nie ma, a wokół klubu jest źle. Dawniej też nie było tam łatwo, więc wierzę, że oni z tego wyjdą i ten stadion w końcu powstanie. Tam naprawdę jest klimat na powstanie czegoś dużego. Pół żartem, pół serio, powiem Ci, że śmiałem się, iż pierwszego w życiu samobója strzeliłem przeciwko Sandecji. I zobacz, wyciągnąłem do nich rękę, a oni jej nie przyjęli (śmiech).

- Od trenera Magiery nauczyłeś się porządku w samochodzie, a takiej odpowiedzialności życiowej? Wiem, że opowiadał wam o życiu po karierze.
- Od zawsze byłem bardzo zorganizowanym człowiekiem. Gdy już jako nastolatek byłem w Legii, to słynąłem z tego. Do dziś się z tego śmieją, że u mnie 10 procent to spontaniczność, a reszta jest drobiazgowo zaplanowana. Trener Magiera tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że to dobra droga.

- Jak wspominasz tę współpracę?
- Bardzo dobrze. Z domu wyniosłem pewne wartości, ale zderzenie z pieniędzmi i z dużym miastem też robi swoje. On gdzieś trzymał pieczę na tym, żeby zawczasu nie odlecieć. Dzisiaj jesteś piłkarzem, a za dwa-trzy lata kończysz i jesteś normalnym człowiekiem.

Nie rozumiem do końca tej radości kibiców po zrobieniu wspólnego zdjęcia. Opowiem Ci pewną sytuację: ostatnio miałem takie zapytanie, czy mógłbym podjechać z jakimś gościem do jego taty i zrobić zdjęcie niespodziankę. Oczywiście się zgodziłem, ale chłopak strasznie wstydził się zapytać.

- Pytam go: a kolegę byś zapytał?
- No zapytałbym się.
- To dlaczego mnie miałbyś się nie zapytać? Przecież nie jestem prezydentem.

Zresztą, prezydent też człowiek. Dziś jestem piłkarzem, udało się zaistnieć w tym zawodzie, ale jutro nim nie będę. To nie jest powód do tego, żeby odlatywać. Trener Magiera pielęgnował w nas te wartości.

- Pierwsze chwile w Warszawie były szokiem?
- Olbrzymim. Byłem osiemnastolatkiem, miałem mieszkać z kumplem, bo razem mieliśmy transfer, ale on przyjechał chyba dwa dni później. Jak rodzice mieli wyjeżdżać i zamknęli drzwi, to płakać mi się chciało, tak byłem przestraszony. Szkoda mi było też zostawiać moje dotychczasowe życie, bo było naprawdę fajne. Kochałem piłkę, to była moja pasja, ale myśli o karierze nawet się nie pojawiały. Pochodzę z małej wsi, Sandecja była wtedy w trzeciej lidze, gdzie jej wtedy było do Ekstraklasy? Początki w stolicy to był szok, ale powiedziałem sobie, że skoro wyjeżdżam i rzucam wszystko to, co kocham, to poświęcę się temu na maksa. Nie chciałem zmarnować tej szansy i wrócić za rok z podkulonym ogonem. Ta świadomość, że muszę coś osiągnąć i wykorzystać dała mi pozytywnego kopa, ale stresu było sporo.

- Warszawskie tempo przeszkadzało?
- Tak. I ten tłok. Jak przebijałem się autobusem przez miasto, to mega mi się to nie podobało. Natomiast po dwóch, trzech latach jak poszedłem do Bełchatowa, to dla mnie był kolejny szok. Brakowało mi ludzi, a ja lubię jak coś się dzieje. Kończyło się na tym, że ludzi szukałem w Kauflandzie, bo tam było ich najwięcej. Wydaje mi się, że trener Magiera doskonale wiedział co przeżywam i dlatego od początku wziął mnie pod swoje skrzydła.

- Warszawa i Legia, największy klub w Polsce, można odlecieć.
- Można, ale właśnie trener Magiera i inni trenerzy w akademiach ciągle powtarzali nam, że nic nie osiągnęliśmy. Ja na pewno miałem łatwiej, bo już w Sandecji nauczyłem się samodzielności. Tam wszystko trzeba było robić samemu. A w Legii? Wszystko dostajesz pod nos: ciuchy wyprane, wyprasowane, najlepsze korki dostajesz za free, potrafiłem to docenić.

Nawet te pieniądze, które na początku dostawaliśmy. Przecież ja w klubie zarabiałem więcej niż ludzie u mnie na wsi i nie miałem problemu, żeby coś zaoszczędzić. Teraz jak o tym myślę, to nie wiem jak wtedy żyłem, chyba na samych bułkach, ale z tych dwóch tysięcy potrafiłem połowę odłożyć. Szanowałem to co miałem, ale większość zawodników odlatywało. Myśleli, że są już wielkimi piłkarzami. Znów wrócę do trenera Magiery: ciągle mówił nam, że z tej grupy jak trzech się załapie do jakiejś seniorskiej drużyny na poziomie Ekstraklasy, to będzie sukces. Nie pomylił się.

- Dużo kolegów z powodu rozrzutności zaprzepaściło szansę na większą karierę?
- Podejrzewam, że większość. W młodej Legii byłem przeciętniakiem, uzupełnieniem składu, ode mnie nie zaczynało się wybieranie jedenastki. Mimo to, ja dość długo trzymam się na poziomie ekstraklasy, a innych nie ma. W Legii widzieli moją pracowitość i to doceniali. Trener Mazurek, dyrektor akademii, zawsze powtarzał, że we mnie można zainwestować, bo widzi, jak się poświęcam. Nie wywijałem numerów, jak inni, którzy organizowali jakieś imprezki, ciągnięto mnie za uszy właśnie za tę pracowitość i dzięki niej jestem tu, gdzie jestem. I tak chciałbym być postrzegany: dzięki Legii jestem takim piłkarzem, a nie, że w Warszawie mi nie wyszło.

- Pomysłów na przyszłość ci nie zabraknie. Byłeś w kapeli, czytasz książki, może jakąś napiszesz, a teraz jeszcze te biegi po górach…
- Nie żartuj, książki na pewno nie napiszę, bo nie mam takiej fantazji. Natomiast czytać lubię. Muzyka to dla mnie relaks i nie chciałbym tego zmieniać w koncertowanie. A biegi górskie to dopiero jak sobie poukładam życie po karierze. Moim marzeniem jest zrobienie Ironmana, tylko problem jest taki, że słabo pływam. Musiałbym zacząć od lekcji pływania, ale jest to jakiś pomysł. Jeśli będzie mnie stać na to, żebym mógł poświęcić czas na sporty i jeszcze się życiowo utrzymać, to coś takiego w swoim życiu zrealizuję. Zobaczymy. Chciałbym też być komentatorem, ale tych pomysłów mi nie brakuje, więc myślę, że z nudów nie umrę.

- Tym bieganiem to brat Cię zaraził, czy wcześniej już biegałeś?
- Zawsze lubiłem biegać. Biegałem po górach nawet jak miałem urlop i rozpiski. Zawsze tych treningów robiłem więcej. Robię to z czystej przyjemności, nie dlatego, że będzie to miało wpływ na mój poziom piłkarski. Potem mogę sobie spokojnie zjeść i nie przejmuję się góralską kuchnią, która jak wiadomo, nie jest fit (śmiech). Od tego jest urlop i teraz wracam do domu, a brat na pewno coś dla nas szykuje. Bieganie po górach na pewno jest pewną odskocznią, bo nie wyobrażam sobie biegania po płaskim, np. brzegiem morza z muzyką na uszach. Tu masz las, całą przyrodę i chociaż jest to ciężkie, lubię to.

- Ten Ironman, o którym wspomniałeś, ma zastąpić Ci adrenalinę, której zabraknie po zakończeniu kariery?
- Rozmawiałem z byłymi piłkarzami, z trenerami, którzy kiedyś grali i mówią, że tej adrenaliny będzie ci brakować. Taki zawód. Myślę, że taka rywalizacja, walka z samym sobą to coś dla mnie. Zadzwoń za piętnaście lat, zobaczymy czy zrobię w tym kierunku coś więcej.

 

 

 


KOMENTARZE