Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Filip Słomski/pl-pl.facebook.com/FilipSlomskiPhotography

Bohaterowie zostają w domu. Stracone dwa lata Kapustki, Payeta i Sanchesa

Autor: Maciej Kanczak
2018-06-03 13:30:58

Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, a połączyły ich dwie rzeczy – znakomity występ na EURO 2016 we Francji oraz brak powołania na MŚ 2018 w Rosji. Pozostanie w domu nie dziwi, bo ostatni okres dla każdego z nich był kiepski. Dlaczego tak się stało?

Na  francuskich boiskach świat albo o nich pierwszy raz usłyszał (Bartosz Kapustka, Renato Sanches) albo przypomniał sobie o ich istnieniu (Dimitri Payet). Dwa lata to jednak w futbolu kawał czasu i dziś, dwadzieścia cztery miesiące od tamtego turnieju, cała trójka roztrwoniła zgromadzony piłkarski kapitał i u progu mundialu nie znalazła uznania w oczach selekcjonerów swoich reprezentacji. Wchodzącą w wielki futbol młodzież nie potrafiła dokonać właściwego wyboru przy szukaniu nowego pracodawcy, a później boleśnie zderzyła się z wysokimi oczekiwaniach wobec ich osób. Ich starszy kolega z kolei chyba zbyt mocno uwierzył w swoją wielkość i też się na tym mocno przejechał.

 

Nieobecny w Anglii, niewidoczny w Niemczech

Brak wychowanka Tarnovii Tarnów w szerokiej kadrze na finały MŚ nad Wisłą nikogo nie zdziwił. Nie wybuchła ogólnonarodowa dyskusja, dlaczego Adam Nawałka zdecydował się odstrzelić jedno ze swoich największych selekcjonerskich odkryć, a media społecznościowe nie eksplodowały od dziesiątek tysięcy komentarzy dotyczących braku „Kapiego”. Ostatni raz w biało-czerwonych barwach Kapustka wystąpił bowiem w listopadzie 2016 r. (towarzyski mecz ze Słowenią), zatem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że tym razem nie przekona do siebie Nawałki, mimo że wcześniej nigdy go nie zawodził. Dominowała raczej refleksja, dlaczego były gracz Cracovii kompletnie nie sprawdził się na zachodzie i jak powinien dalej pokierować swoją karierą, by ta nie stała już dłużej w miejscu.

Euforię, która wybuchła wokół Kapustki w czasie ME nad Sekwaną wszyscy doskonale pamiętamy. Młody pomocnik był jednym z odkryć tamtej imprezy, szczególnie dobrze prezentując się w inauguracyjnym meczu biało-czerwonych z Irlandią Północną. Po turnieju do siedziby „Pasów” zgłosiło się wiele uznanych marek, z pytaniem ile 5-krotni mistrzowie Polski chcieliby za swojego asa. Ostatecznie wyścig po podpis Kapustki wygrał świeżo koronowany mistrz Anglii, Leicester City, który za 20-latka wyłożył na stół 5,5 mln euro. Zdania kibiców i ekspertów co do wyboru reprezentanta Polski były podzielone. Jedni chwalili go za odwagę, drudzy zastanawiali się czy brak wielkiego doświadczenia (wszak w Ekstraklasie rozegrał nieco ponad 50 spotkań), a także odpowiednich warunków fizycznych mogą nie być przeszkodą w podboju Premier League. Czas pokazał, że rację mieli ci drudzy.

- Czy zagra niedługo? Nie. Ale widzę go na treningach i jest wciąż lepszy, lepszy i lepszy. Jest szybki i silny, ale musi zrozumieć Premier League. Tu każdy mecz jest bardzo trudny, bo to bardzo trudne rozgrywki – odpowiadał w październiku na pytania o nowego podopiecznego, Claudio Ranieri.

Tak zatem minęła Polakowi pierwsza część sezonu. Regularnie grał w zespole U-23, a później z trybun King Power Stadium musiał oglądać, jak właściciel mistrzowskiego pasa najbardziej prestiżowej piłkarskiej organizacji leży na deskach po ciosach praktycznie każdego rywala. Nawet jednak tragiczna postawa Leicester nie zmusiła Ranieriego, by choć raz postawił na Kapustkę. Ten debiutu doczekał się dopiero w styczniu, gdy wystąpił w końcówce spotkania III rundy FA Cup z Evertonem. W rozgrywkach Pucharu Anglii wystąpił później jeszcze dwukrotnie – w powtórzonym meczu IV rundy z Derby County, a także w V rundzie z Milwall i to cały jego dorobek w debiutanckim sezonie w ekipie „Lisów”. Łącznie złożyły się na niego trzy mecze, w których Kapustka zagrał w sumie 151 minut.

W lutym podziękowano za pracę twórcy największych sukcesów w dziejach zespołu z Leicestershire, Ranieriemu, którego zastąpił jego asystent Craig Shakespeare. Udało mu się wydostać „The Foxxes” ze strefy spadkowej, a także doprowadzić do 1/4 finału Ligi Mistrzów, ale dla naszego zawodnika była to nic nie znacząca zmiana personalna, bo jego sytuacja ani trochę się nie poprawiła. Jeszcze w kwietniu, w wywiadzie dla WP Sportowe Fakty, Kapustka podkreślał, że nie uważa czasu spędzonego w Leicester City za stracony, a każda jednostka treningowa jest dla niego cenniejsza, aniżeli kolejny sezon spędzony w lidze polskiej. Gdy jednak sezon 2016/2017 dobiegł końca, a agenci polskiego pomocnika zaczęli rozglądać się za miejscem, w którym ich klient mógłby z powodzeniem się odbudowywać, angielski klub nie robił im w tym temacie żadnych problemów.

Szansą na zmianę niekorzystnego położenia mogły być ME U-21, które w czerwcu 2017 r. odbywały się na polskich boiskach. Oczami wyobraźni widzieliśmy młodych Polaków w półfinale, zwłaszcza, że skład, który miał do dyspozycji Marcin Dorna wydawał się naprawdę mocny. Zamiast medali było ogromne rozczarowanie, bo nasza kadra uciułała tylko punkt i zajęła ostatnie miejsce w grupie A. Dla Kapustki młodzieżowe EURO skończyło się już po 59. minutach pierwszego spotkania ze Słowacją, kiedy to z powodu kontuzji kostki musiał zejść z boiska. Nie był w stanie pomóc swoim kolegom w bojach ze Szwecją oraz Anglią i pierwsza okazja na transfer do innego klubu przeszła koło nosa.

Na szczęście, znalazł się zespół, który ani nie przejmował się straconym sezonem w lidze angielskiej, ani symbolicznym udziałem w ME U-21. SC Freiburg zdecydował się na roczne wypożyczenie Kapustki i tym razem wszyscy przyklasnęli wyborowi polskiego zawodnika. Bundesliga wydawała się ligą bardziej skrojoną na umiejętności Kapustki niż Premier League. Schwarzwald Stadion także jawił się jako bardziej przyjazne miejsce dla młodego gracza, który chce ponownie zaistnieć w futbolu na wysokim, europejskim poziomie. Bez presji wyniku, ogromnych oczekiwań, a w dodatku „Breisgau-Brasilianer” w sezonie 2017/2018 rywalizowali w Lidze Europy – wydawało się, że lepszego miejsca Kapustka nie mógł sobie wymarzyć. No właśnie, „wydawało się”.

Co prawda w nowym otoczeniu Polak nie musiał tak długo czekać na debiut, bo pierwszą szansę pokazania swoich umiejętności dostał już we wrześniu. W całej rundzie jesiennej zaliczył łącznie pięć spotkań (zdobył również jedną bramkę). Wiosną swój bilans gier poprawił jednak tylko o dwa występy. O ile w Anglii nasz reprezentacyjny pomocnik był nieobecny, o tyle w Niemczech kompletnie niewidoczny, bo pomijając mecz z VfL Wolfsburg, w którym wpisał się na listę strzelców, w pozostałych starciach absolutnie niczym się nie wyróżniał. I znów powtórzyła się smutna sytuacja z poprzedniej kampanii. Jego klub w ostatniej chwili uniknął gry w barażach (nad 16. w tabeli 1.BL „Wilkami” miał tylko trzy punkty przewagi), a mimo to Christian Streich nie zdecydował się dać mu kolejnych szans.

Gdy jego koledzy z reprezentacji Polski w pocie czoła wykuwają formę w Arłamowie przed rosyjskim mundialem, „Kapi” musi podjąć teraz ważną decyzję dotyczącą swojej dalszej piłkarskiej przyszłości. To, że mierzy wysoko, nie ulega wątpliwości i należy to docenić. Nie bał się transferu do Leicester City, po niepowodzeniu w ekipie „Lisów” nie wrócił z podkulonym ogonem do Polski, tylko spróbował sił w kolejnej silnej lidze. Druga próba również okazała się jednak nieudana, pytanie więc czy znajdzie się jeszcze jakiś zagraniczny klub, który nie będzie bał mu się zaufać? Oczywiście można przywołać przykład Arkadiusza Milika, który po nieudanym pobycie w Bayerze Leverkusen i FC Augsburg, odrodził się w Ajaksie Amsterdam, ale więcej jednak w ostatnich latach było graczy, którzy na obczyźnie co roku zmieniali barwy klubowe, nigdzie nie mogąc zadomowić się na dłużej. Powrót do Lotto Ekstraklasy, nawet jeśli w mniemaniu naszego zawodnika to krok w tył, mógłby okazać się jednak najlepszym rozwiązaniem, zwłaszcza że niedawno pojawiła się informacja, iż pomocną dłoń w najtrudniejszym momencie jego kariery, wyciągnęła sama Legia Warszawa.

 

Kukułcze jajo

„Co się stało z Renato Sanchesem?” - to bez wątpienia jedna z najpopularniejszych fraz wpisywanych w wyszukiwarce google w ciągu ostatnich dwóch lat. Najlepszy młody piłkarz EURO 2016, triumfator plebiscytu „Golden Boy” dla najlepszych zawodników do lat 21 na Starym Kontynencie, jeden z architektów niespodziewanego triumfu Portugalczyków na ME, nie znalazł się w kadrze „Konkwistadorów” na finały MŚ 2018. Nie było jednak tak, że selekcjoner Fernando Santos długo przy jego nazwisku miał zanotowany znak zapytania i dopiero w ostatniej chwili zdecydował się go wykreślić z listy pasażerów lecących do Rosji. W zasadzie już na początku roku było wiadomo, że forma 20-letniego pomocnika jest daleka od optymalnej i nie ma on żadnych szans, by pomóc kolegom w walce o mistrzostwo globu.

Nad zadanym na wstępie pytaniem głowiły się już najtęższe głowy portugalskiego futbolu. Nawet taki znawca jak Jose Mourinho, który chciał Sanchesa latem 2016 w Manchester United, musiał spasować: - Kompletnie tego nie rozumiem. Drugi sezon z rzędu zawodzi na całej linii, a przecież ma umiejętności predestynujące go do bycia jednym z najlepszych pomocników na świecie.

Najbliżej prawdy był chyba jego menedżer ze Swansea City, Carlos Carvahal. - Musimy zmniejszyć presję i oczekiwania wobec niego. Dokonywał niedawno wielkich rzeczy, ale teraz potrzebuje przede wszystkim spokoju – przekonywał.

Portugalski szkoleniowiec wie co mówi, bo sam początkowo wiązał ze swoim rodakiem wielkie nadzieje. Pod koniec grudnia podjął się ekstremalnie trudnej misji uratowania „Łabędzi” przed spadkiem z Premier League. Jego poprzednik, Paul Clement latem ściągnął na Liberty Stadium Sanchesa, licząc, że ten zdecydowanie podniesie jakość i poziom jego zespołu. W rachubach pomylił się okrutnie, bo Portugalczyk długo nie mógł odnaleźć się w angielskiej rzeczywistości, miał również problemy ze zdrowiem. Carvahal liczył, że łatwiej mu będzie dotrzeć do psychiki swojego krajana, ale w końcu musiał przyznać, że jest to praktycznie niemożliwe. Wychowanek Aguias da Musgueira myślami bowiem był przy rosyjskim mundialu i skupiał się na tym, aby ponownie wrócić do łask Santosa. Los jego klubu był dla niego mniej istotny. Carvahal w końcu zdecydował się przemówić młodzianowi do rozsądku. - Renato musi zrozumieć, że jego szanse na wyjazd na MŚ są iluzoryczne. Dużo czasu stracił na leczenie urazu, a gdy grał, nie prezentował reprezentacyjnej formy. Powinien skupić się tylko i wyłącznie na walce o utrzymanie w lidze angielskiej.

Tego celu nie udało się osiągnąć, w związku z czym zespół z Walii po sześciu latach gry w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii, zmuszony był wrócić na jej zaplecze. Sanches z kolei znów jest na rozdrożu. Nie będzie musiał się męczyć na arenach The Championship, bo do drużyny Łukasza Fabiańskiego był tylko wypożyczony z Bayernu Monachium. Teraz twardy orzech do zgryzienia z nim będą mieli 28-krotni mistrzowie Niemiec. Już zimą działacze Swansea rozważali wysłanie go z powrotem na Allianz Arena, problem w tym, że w Monachium nie byli zainteresowani szybszym powrotem swojego zawodnika. „Oba kluby przerzucają się Sanchesem jak kukułczym jajem” - pisała niemiecka prasa. Ostatecznie piłkarz, mający swoje korzenie w Republice Zielonego Przylądka, pozostał jeszcze pół roku na Wyspach Brytyjskich, ale zaliczył w sumie 12 spotkań, nie zdobywając żadnej bramki.

W Niemczech jeszcze jedną szansę chce mu dać nowy trener FCB, Niko Kovac. Tak przynajmniej, na łamach „Munchen Merkur” zapowiedział prezes rady nadzorczej monachijczyków, Karl-Heinz Rummenigge. Pytanie, co na to sam zainteresowany. Główny powód jego wypożyczenia był jasny – Portugalczyk był nieusatysfakcjonowany z liczby meczów, które rozegrał w kampanii 2016/2017 (zaledwie 17). Trudno jednak, żeby został obdarzony kredytem zaufania, skoro, w zasadzie poza debiutanckim występem z Schalke 04 Gelsenkirchen, gdy już dostawał możliwość gry, głównie zawodził. - Jest młody, nie zna języka, ani zwyczajów w nowym kraju. Po raz pierwszy jest z dala od rodziny i przyjaciół. To też musiało mieć duży wpływ na jego postawę. Kolejny sezon na pewno będzie należał do niego – przyznał ówczesny trener Bayernu, Carlo Ancelotti, który wiązał z nowym podopiecznym duże oczekiwania.

Włoch nigdy nie bał się stawiać na nieopierzonych zawodników, ale w końcu musiał odstawić Sanchesa na bocznicę, widząc, że poziom Bundesligi go przerasta. Niedawno gruchnęła wieść, że Włoch widziałby Sanchesa w swoim nowym miejscu pracy, a więc w SSC Napoli. Latem na San Paolo ma podobno dojść do ogromnej rewolucji, więc portugalski skrzydłowy przychodziłby z misją zastąpienia któregoś z czołowych dotąd piłkarzy pod Wezuwiuszem. Inna plotka głosi, że o powrót swojego gracza usilnie stara się Benfica, w której Renato miałby się spokojnie odbudować i ponownie ruszyć w wielki, piłkarski świat. Czasu na to ma jeszcze sporo, wszak w sierpniu stuknie mu dopiero dwudziestka.

Wracając jeszcze do zainteresowania osobą Sanchesa Manchesteru United, ciekawie o niedoszłym transferze swojego rodaka wypowiedział się były „Czerwony Diabeł”, Nani. - Na Old Trafford, jak nigdzie indziej wiedzą jak z nieznanych zawodników w stosunkowo krótkim czasie zrobić graczy klasy światowej. Szkoda, że Sanches nie zdecydował się dwa lata temu na przenosiny do MU. Może dziś byłby w zupełnie innym miejscu niż jest?

 

Z przeciętności w przeciętność

Była środa, 16 maja, godz. 21.17. Chociaż Dider Deschamps dopiero w czwartek miał ogłosić skład reprezentacji Francji na MŚ, Dimitri Payet znał już swój los długo przed godziną „0”. W finale Ligi Europy z Atletico Madryt zszedł z boiska z kontuzją mięśnia już po trzydziestu dwóch minutach. Ostatnia szansa na zrobienie czegoś spektakularnego i pokazanie DD, że może w szarej, ligowej rzeczywistości zawodził, ale w najważniejszych momentach budzi się do życia i sam potrafi natchnąć drużynę do wielkich rzeczy, przepadła bezpowrotnie. Z bolącą nogą, z ławki musiał oglądać jak „Los Rojiblancos” rozbijają jego marsylczyków w proch i w pył, w wielkim stylu wygrywając Europa League. Następnego dnia, zgodnie z przewidywaniami, Deschamps poinformował, że Payet do Rosji nie poleci.

Inna sprawa, że wychowanek Saint-Philippe wiedział, ile ryzykuje. Problemy z mięśniami miał od dłuższego czasu i nie był w 100% gotowy do gry. Wiedział jednak, że to ostatnia szansa, aby jeszcze przekonać selekcjonera do swojej osoby. Poza tym, bez kalkulowania jak jego występ może przyczynić się do otrzymania powołania na MŚ, po prostu bardzo chciał w Sztokholmie zagrać. - Reprezentacja to sprawa narodowa, ale kocham OM i musiałem wystąpić w tym spotkaniu. Gdyby ten mecz odbywał się jutro, zachowałbym się podobnie – powiedział już po otrzymaniu informacji, że nie leci do Rosji. Za wystawienie Payeta solidnie oberwało się opiekunowi „Les Phoceens”, Rudiemu Garcii. Ten jednak nie miał sobie nic do zarzucenia. - Wiedziałem, że nie był sprawny w 100%. W meczach o taką stawkę trzeba jednak ryzykować – przyznał.

Tym samym Payetowi koło nosa przejdzie kolejna wielka impreza. Mimo, że trykot „Trójkolorowych” przywdział po raz pierwszy w październiku 2010 r., to wraz ze swoją reprezentacją wystąpił tylko na EURO 2016. Laurent Blanc, choć dał mu szansę debiutu, nie widział go w kadrze na EURO 2012. Gdy selekcjonerem został Deschamps, również nie pozwolił mu zagrać w finałach MŚ 2014. Na liście graczy powołanych na turniej na francuskiej ziemi nie mógł go jednak pominąć. Payet miał kapitalny sezon 2015/2016, kiedy we wszystkich rozgrywkach w barwach West Ham United rozegrał 38 spotkań, zdobył 12 bramek i zaliczył 15 asyst. A na samych ME sprawił, że Francuzi suchą stopą przeszli przez fazę grupową, gdzie prezentowali się naprawdę mizernie. To Payet strzelił gola decydującego o zwycięstwie z Rumunią w meczu otwarcia, on również przypieczętował triumf „Les Blues” w kolejnym starciu z Albanią. Później w fazie pucharowej przebudziła się reszta jego znanych kolegów, na czele z królem strzelców Antoine Griezmannem, ale Payet dalej trzymał wysoki poziom.

Może dlatego więc tak trudno było mu się odnaleźć w ligowej rzeczywistości, zwłaszcza gdy widział, że jego „Młoty” w przeciętności w sezonie 2016/2017 ugrzęzły po uszy. Ofert dla niego po kapitalnym EURO nie brakowało, ale włodarze „The Irons” uparli się, że pochylą się tylko nad propozycjami wartymi 100 mln euro lub więcej ("Na pewno nie jestem tyle wart", przekonywał Payet). Rad nie rad, musiał zostać na Stadionie Olimpijskim w Londynie, ale każdy kolejny dzień spędzony w WHU jawił mu się jako zmarnowany. - Któregoś dnia wygraliśmy z Hull City 1:0, ale rywale w czasie meczu aż czterokrotnie trafiali w słupek. Po meczu w szatni wszyscy byli szczęśliwi z wygranej. Wtedy pomyślałem sobie, że to nie jest miejsce dla mnie. Nie poprawię się tu już ani trochę, a jedynie będę się cofał w rozwoju – przyznał.

To była kropla, która przelała czarę goryczy. Choć oczywiście Payet minusy dłuższego pobytu w stolicy Wielkiej Brytanii zauważył już wcześniej, to jednak wtedy był już pewien, że musi stamtąd zmykać jak najszybciej. Wtedy dało znać o sobie mroczniejsze oblicze Francuza, który swoim zachowaniem zniechęcił do siebie absolutnie wszystkich wokół. Gdyby Robert B. Weide zdecydował się nakręcić remake komedii „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”, śmiało w roli głównej mógłby umieścić błyskotliwego skrzydłowego. - W szatni nie rozmawiał z kolegami od ośmiu tygodni – opisywał zachowanie Payeta współwłaściciel WHU, David Sullivan. Wcześniej był duszą towarzystwa, sypał żartami jak z rękawa, a z kolegów non stop robił sobie jaja. Później siedział sam w rogu szatni i skupiony był tylko na sobie.

Sam Payet na łamach „So Foot” przyznawał później: - Jeśli mi się coś nie podoba, nie potrafię tego ukrywać, tylko się dąsam i jestem zły na cały świat. Wiem, że takim zachowaniem zniechęcam do siebie innych, ale taki już jestem.

Jeśli chodzi o aspekty piłkarskie, które nie podobały mu się w Londynie, piłkarz nie ukrywał, że czuł się przytłoczony licznymi obowiązkami taktycznymi, które nie pozwalały mu w pełni rozwinąć skrzydeł. - Bilić to świetny fachowiec, doskonale zarządza grupą i był dla mnie niemal jak ojciec. Za bardzo jednak zafiksował się na punkcie taktyki. W preferowanym przez niego systemie 4-5-1 dusiłem się, ograniczał on moje możliwości. Poza tym znudziła mi się walka o utrzymanie w Premier League. Cały czas oczywiście ciężko pracowałem, ale nie czerpałem z treningów żadnej przyjemności.

Pomocną dłoń wyciągnął Olympique Marsylia, w którym Payet grał dwa lata przed przenosinami do Anglii w 2015 r. - Odpowiadał mi styl gry, który preferował trener OM, Rudi Garcia. Poza tym Marsylia to moje miejsce na ziemi. Czułem się bardzo dobrze, gdy występowałem tam przed laty. Oczywiście mogłem jeszcze pół roku zostać w Londynie i dopiero latem wrócić do Francji, ale umówmy się – zmarnowałbym w ten sposób sześć miesięcy – powiedział. W lutym więc Payet ponownie pojawił się w Ligue 1, a jego był klub na tym transferze zarobił 30 mln euro. - Francuz zachowywał się jak niegrzeczny uczeń. Mógłby być legendą klubu, a teraz w oczach naszych fanów jest martwy – nie bawił się w dyplomację w felietonie na łamach „The Sun” wicedyrektor londyńczyków, Karren Brady. Złość fanów „The Hammers” skupiła się głównie na... plakatach z wizerunkiem Payeta, których pełno było porozklejanych wokół Stadionu Olimpijskiego. Gdy w czasie meczów „Młotów” kibice notorycznie je rwali i niszczyli, do ich pilnowania została nawet wykorzystana londyńska policja. Jak sam zainteresowany podchodził do sprawy? - Nienawidzą mnie tak samo mocno, jak kiedyś kochali – przyznał ze spokojem.

Marsylia nie okazała się jednak dla Payeta ziemią obiecaną. Pierwsze półrocze po powrocie na Orange Velodrome zamknął bilansem 15 spotkań i czterech goli, prowadząc wraz z kolegami OM do rozgrywek Ligi Europy. Rozczarowanie takim zakończeniem sezonu było ogromne, wszak mające porównywalny potencjał AS Monaco zdetronizowało PSG i w wielkim stylu zdobyło mistrzostwo Francji. W kolejnej kampanii Payet grał już częściej, w sumie w lidze wystąpił w 31 meczach i zdobył sześć bramek. Znów jednak Marsylczycy znaleźli się poza podium. Sezon trudno jednak uznać do końca za stracony, gdyż gracze Garcii doszli aż do finału LE, ale tam Atletico okazało się jednak zbyt mocne. Payet swoją cegiełkę do awansu oczywiście dołożył, ale jednak w tej edycji drugich co do prestiżu rozgrywek klubowych w Europie większy wkład w sukces OM mieli Valere Germain czy Florian Thuvain.

Widmo przeciętności zmusiło Payeta do rejterady z Anglii do Francji, by z nowym-starym klubem walczyć o nieporównywalnie wyższe cele niż spokojny byt w Premier League. Tak się faktycznie stało, bo Olympique co roku bije się o miejsce na podium Ligue 1. Problem w tym, że 31-letni zawodnik przez ostatnie 1,5 roku sam stał się nijaki, tylko momentami ocierając się o poziom, który prezentował na ME w swojej ojczyźnie. Nic zatem dziwnego, że nie znalazł się w kadrze na MŚ. Na pocieszenie, w domu zostali również gracze, którzy mieli nieporównywalnie lepszy sezon klubowy, aniżeli Payet, czyli Wissam Ben Yedder z Sevilla FC, Alexandre Lacazette z Arsenalu czy Adrien Rabiot z PSG.

 

 

 


KOMENTARZE