var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: zdjęcia własne autora

Reportaż 2x45 z mundialu: Rosjo, potrafisz! Od pogoni za pociągiem po globalną imprezę w Moskwie

Autor: Marcin Długosz
2018-06-27 13:42:03

Odkąd tylko stało się jasne, że Polska tego lata zagra na mundialu w Rosji, w głowach wielu rodaków zaświtała myśl, że jest to niepowtarzalna szansa na zwiedzenie kraju, do którego wjazd nie jest taki banalny. Ta idea przyświeciła także naszej czwórce. Postanowiliśmy sprawdzić, czy to prawda, że na ulicach chodzą niedźwiedzie, a każdy posiłek popija się wódką. No dobra – a tak naprawdę zapragnęliśmy przeżyć coś fajnego, dobrze się bawić i wywieźć cudowne wspomnienia. I – pomimo wyniku reprezentacji – to wszystko się udało.

Polacy o mundialu mogą powoli zapominać. Dwie rozczarowujące porażki, jeszcze pożegnalny mecz z Japonią i można pakować walizki. Tym bardziej cieszymy się, że mogliśmy liznąć atmosfery rosyjskich mistrzostw na żywo. Turniej nie pozostawi w nas bowiem wyłącznie pokładów goryczy spowodowanej wynikiem sportowym, ale umiejscowi w sercu kupę kapitalnych wspomnień.

Ale po kolei.

Jako że nie dysponowaliśmy sakwą wypchaną po brzegi i o nocowaniu w 5-gwiazdkowych hotelach z widokiem na Plac Czerwony raczej trzeba było zapomnieć, postanowiliśmy zoptymalizować koszty. Jak więc poradzić sobie z jednym z największych wydatków każdej zagranicznej wycieczki, czyli podróżą? Tu na pomoc pospieszył rosyjski rząd.

Władmir Putin i jego świta postanowili przygotować na czas mundialu bezpłatne pociągi pomiędzy miastami-gospodarzami dla kibiców, którzy mają zakupione wejściówki na mecz. Przy tych drugich pomogło nam szczęście – zimą zostaliśmy wylosowani jako szczęśliwcy, którzy mogą nabić bilet na spotkanie z Senegalem, z czego oczywiście skrzętnie skorzystaliśmy.

Zaplanowaliśmy zatem eskapadę w postaci 20-godzinnej podróży kolejowej relacji Kaliningrad – Moskwa. Do tego pierwszego miasta dostaliśmy się w sobotę, w trzecim dniu mistrzostw, zwyczajnym autokarem kursującym z Warszawy. Już na granicy polsko-rosyjskiej, gdzie koniecznie było oczekiwanie, odczuliśmy namiastkę mistrzostw. Wszystkich podróżnych wjeżdżających do obwodu kaliningradzkiego powitały dwie miłe wolontariuszki, które przekazały broszury informacyjne i mapę miasta. Jedno ze zdań w środku głosiło: „I nie, to nieprawda, że Rosjanie piją wódkę bez przerwy”. No cóż, to właśnie chcieliśmy sprawdzić!

Pierwsze pozytywne zaskoczenie już w Kaliningradzie. Nim ogarnęliśmy aplikację z taksówkami, nim rozejrzeliśmy się dobrze, gdzie jest nasze mieszkanie, co najmniej trzy osoby spytały się, czy nam nie pomóc. Tak o, po prostu. Zwykli Rosjanie przemierzający ulice swojego miasta. Poczuliśmy się bardzo miło i potraktowaliśmy to jako dobry omen na dopiero co rozpoczynającą się wycieczkę.

Po wszelkich sprawach logistycznych, postanowiliśmy wieczorem wyruszyć pod stadion. Tego dnia nad Bałtykiem rozgrywany był mecz Chorwacja – Nigeria. Nie mieliśmy wejściówek na stadion, ale liczyliśmy, że jak w każdej części Europy, tak i tu nie zabraknie koników, z którymi się dogadamy.

Z uśmiechem na ustach pojawiamy się więc pod stadionem usytuowanym trochę w polu, trochę na obrzeżach, szukając jakiegoś sprzedawcy. A tutaj sensacja – nie było ani jednej osoby trudniącej się nielegalnym handlem biletami. Nie znaleźliśmy nikogo w promieniu całego stadionu! Skończyło się więc na spacerze, wizycie w kaliningradzkiej fan-zonie i powrocie do domu, bo rano mieliśmy rozpocząć podróż do Moskwy.

I w tym miejscu rozpoczynamy najbardziej epicką historię całego wyjazdu. Na bilecie mieliśmy nadrukowaną godzinę odjazdu – 9:26. Kulturalnie zatem, już po godzinie ósmej, zamówiliśmy taksówkę, dojechaliśmy na dworzec i na chwilę się rozdzieliliśmy. Dwójka z nas popilnowała bagażów, dwójka poszła po jakieś piwa i przekąski, które miały umilać tak długą podróż. Jeden z pilnujących postanowił wykorzystać te kilkanaście minut na zrobienie fotki kaliningradzkiemu zegarowi, by nadać jej opis: „Tu czas się zatrzymał”.

Cholera. Faktycznie się zatrzymał. Nawet nie tyle czas, ile akcja naszych serc. Po przejściu kontroli bezpieczeństwa około godziny 9, podchodzimy do punktu zajmowanego przez służbę informacyjną mundialu z pytaniem, gdzie jest nasz pociąg. 5 sekund ciszy, głębokie spojrzenie i…

- Ten pociąg już odjechał. Przepraszam. Jest za późno – powiedziała sympatyczna, wyraźnie zmartwiona, około 20-letnia wolontariuszka Valeria.

Patrzymy po sobie, po skroni spływa zimny pot. Te zdania oznaczały ni mniej, ni więcej, że albo wracamy do domu jak ostatni frajerzy, ale musimy wyłożyć dużo kasy na samolot lastminute.

- Ale dobra, chłopaki, nie ma czasu do stracenia! Słuchajcie, dwie opcje: albo was zawieziemy na lotnisko, albo zamawiam taksówkę i gonicie pociąg. On się zatrzyma do kontroli na granicy z Litwą, macie czas do 11:23, żeby go dogonić. Co robimy?

Aha. Ok. Czyli w 2 godziny mieliśmy przejechać na wschód cały obwód kaliningradzki (około 160 kilometrów) i jeszcze wpaść do pociągu? Fajnie, kino akcji jest bardzo w porządku, zwłaszcza, gdy się odgrywa główne role.

- Bierzemy! – odparliśmy bez cienia wątpliwości.

Musieliśmy pokazać, że mamy dość rubli, żeby zapłacić za taksówkę. Valeria powiedziała, że wyjdzie 3200 za kurs, a więc około 200 złotych. Po 5 dyszek od głowy za przejechanie wszerz całego kraju, żeby dogonić pociąg. Chyba bywało drożej?

Opuszczając pospiesznie stację spodziewaliśmy się ujrzeć około 40-letniego, wytatuowanego Siergieja w ciemnych okularach, za którym już dużo poważniejsze pościgi, a 200 na liczniku to chleb powszedni. A co dostaliśmy? Najbardziej poczciwą kobietę, jaką tylko możecie sobie wyobrazić. W długiej spódnicy, klapkach, o cudownie łagodnym usposobieniu. Target docelowy: podwożenie ludzi do kościoła.

No dobra, może pozory mylą. Wsiedliśmy do tego samochodu, zamknęliśmy drzwi i zaczęliśmy odliczać. Jeden miał w ręku telefon z godziną, drugi z nawigacją. Patrzyliśmy, jak przemierzamy kilometry na wschód kaliningradzkiej Rosji i jak z każdą sekundą upływa cenny czas, którego potrzebujemy na złapanie pociągu.

Prędkość nie porywała, a sytuację dodatkowo skomplikował fakt, że trzeba było się zatrzymać, aby zatankować. To był jednak moment zwrotny. Od tej chwili nasza poczciwa kobieta ze spokojnego kierowcy zamieniła się w demona prędkości, a z licznika w dość przeciętnym samochodzie nie schodziło 140 km/h.

- Widzicie? Wołga. Lepsza niż Mercedes! – To chyba jedyny komentarz, jaki rzuciła do nas ta kobieta podczas swojej dzikiej szarży do granicy z Litwą. Akurat wyprzedzaliśmy ten tradycyjny, zasłużony samochód z Rosji.

Około 11:10 podjechaliśmy w rejony dworca. Mieliśmy jeszcze około kwadransa, a w tym czasie na horyzoncie wyłonił się rosyjski pogranicznik. Zatrzymaliśmy się, zamienił dwa słowa z kierowcą, po czym ruszyliśmy dalej. Widząc nasze niepewne miny, pani zza kółka odparła tylko:

- Special for you!

"Special for you!". Wszystko było monitorowane telefonicznie. Obsługa pociągu i pogranicznicy wiedzieli, że gonimy ten cholerny pojazd i trzeba nam umożliwić dostanie się do niego. To nas bardzo uspokoiło, ale i tak kiedy tylko podjechaliśmy w odpowiednie miejsce, to wyskoczyliśmy jak poparzeni i chcieliśmy biec. To trochę kontrast w porównaniu do zachowania kolejnego mundurowego, który powitał nas słowami: „A gdzie reszta?”.

Reszta? Cholera, jaka reszta? I wtedy miała miejsce scena idealnie filmowa. Na parking na granicy podjechało pięć kolejnych taksówek, wszystkie wypchane po brzegi uśmiechniętymi od ucha do ucha Polakami.

- Cooo, walnęliście się w godzince, nie? – wyszczerzyli zęby wypakowując swoje bagaże.

Jak się okazało, wraz z nimi przyjechali także Nigeryjczycy, Chorwaci i pewnie jeszcze kilka innych nacji. A co było tego przyczyną? Na bilecie nadrukowano godzinę odjazdu w czasie moskiewskim, nie w lokalnym. Stosowną informację zaznaczono drobnym maczkiem.

Przecież to logiczne, że jak lecisz z Warszawy do Nowego Jorku, to linie lotnicze informują cię o nowojorskiej godzinie odlotu, prawda?

Po nerwowej odprawie dokumentów, wskoczyliśmy do pociągu, który po kilku minutach wyruszył do Moskwy.

Wydarzenia na pokładzie po tym bondowskim pościgu były już typowo „kibicowskie”. Przedziały z czterema łóżkami – dwa na górze, dwa na dole i jedna wielka impreza. W całym w sumie pociągu, a przede wszystkim w wagonie restauracyjnym.

Pojazd wił się przed kolejne miejscowości i regiony Europy Wschodniej, a nam czas umilały śpiewy Chorwatów czy ekscytacja Kolumbijczyków. Co ciekawe, podróżował też jeden Chilijczyk. Na pocieszenie, że jego drużyna nie zagra w mistrzostwach świata, otrzymał przynajmniej jedno gromkie „Viva Chile!” od innych zgromadzonych kibiców.

Moskwa powitała nas około 6 nad ranem czasu miejscowego. Piękne to miejsce latem – słońce zachodzi grubo po 22, a pojawia się już nawet przed 3. Nie może więc dziwić fakt, że gdy tylko bladym świtem wysiedliśmy na stacji, to powitał nas już dzień w pełnej krasie i bardzo wysoka temperatura.

Po zameldowaniu w hotelu, który okazał się istnieć (a wiele osób miało problem rejestracji w hotelu-widmo), postanowiliśmy sprawdzić, czy mundialową gorączkę faktycznie czuć w największym rosyjskim mieście. To, co zobaczyliśmy na Placu Czerwonym i w jego okolicach, przeszło jednak nasze najśmielsze oczekiwania.

W trakcie swoich trzech dni pobytu w stolicy Rosji, ujrzeliśmy kibiców wszystkich nacji biorących udział w mistrzostwach świata. Od najliczniejszych ludów Ameryki Południowej, po tysiące Europejczyków i nieco bardziej zawężone grono z Afryki i Azji. Wspierać swoje drużyny zjechali absolutnie wszyscy!

W poniedziałek, dzień przed starciem Polska – Senegal, miasto należało do Meksykanów. Oni dzień wcześniej rozprawili się na Łużnikach z Niemcami i wraz ze swoimi sombrerami na głowach paradowali dumnie po moskiewskich ulicach. Wielkością grupy nie odstawali praktycznie też Kolumbijczycy, zatem doniesienia o „przejęciu” przez nich trybun w Kazaniu w ogóle nas nie zdziwiły.

Sympatyczne bawili się kibice z Peru, uśmiechnięci chodzili Argentyńczycy, a co trochę można było wpaść także na ubranych w charakterystyczne czapeczki Marokańczyków. Jedna, wielka, globalna impreza! Jeśli mundial ma spełniać właśnie tę zasadę, poznania kulturowego, to wywiązuje się ze swojej roli znakomicie.

Najlepsze jednak miało dopiero nadejść. Różnymi kanałami komunikacji, polscy kibice umówili się na poniedziałkowy wieczór na spotkanie w jednym z moskiewskich pubów. Potężnej postury ochroniarz wpuszczał do środka tylko biało-czerwonych fanów, a lokal przemienił się w prawdziwy bastion polskości w stolicy Rosji.

Wspólna impreza potrwała kilka godzin, po czym… przeniosła się na stołeczne ulice. Przyznaję, że miałem nieco obaw – w końcu wielka grupa rozśpiewanych Polaków praktycznie przy Kremlu to nie jest wymarzony widok dla rosyjskich „kumatych”. Moje obawy szybko jednak wygasły, dokładnie tak jak nadzieje ekipy Adama Nawałki na dobry wynik w mundialu.

Wszyscy inni ludzie, których tylko mijaliśmy, z uśmiechem na ustach nagrywali rozśpiewany polski pochód. A ten odwdzięczył się kilkukrotnym, gromkim „Rossija!” jako dowód wdzięczności za organizację kapitalnego turnieju.

I to trzeba podkreślić – nie wiem, jak Moskwa i cała Rosja wyglądają na co dzień, w normalnych, nie turniejowych warunkach. Z całą pewnością mogę jednak powiedzieć, że w czasie mistrzostw świata wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. I tylko brak wszelkiej zabłąkanej zwierzyny i bezdomnych może martwić. Ciekawy, co z nimi wszystkimi zrobiono przed mundialem…

Rosjanie ogólnie we wspaniałym stylu zadbali o bezpieczeństwo podczas turnieju, który organizują. Przed bramkami na każdej stacji metra trzeba przejść kontrolę bezpieczeństwa, na żaden dworzec nie wejdziesz na innych zasadach niż na lotnisku, a „trzepanko” przed pojawieniem się na stadionie… Solidność w pełnej krasie.

Aż zaśmiałem się pod nosem sięgając pamięcią do francuskiego Euro, kiedy w dobie strachu po zamachach, steward tylko pacnął mnie po barkach i kazał iść dalej. Teraz, w Moskwie, oprócz szczegółowej odprawy, wymacano mnie nawet po bokach butów i ich podeszwach, a ponadto odpowiednio wykwalifikowana osoba obejrzała mój telefon z każdej strony.

Jeśli zmierzając do Rosji obawialiśmy się krewkich gospodarzy i możliwych aktów terrorystycznych, to nasza trwoga skończyła się bardzo szybko. Miejscowi okazali się wspaniali i pomocni, zaprezentowali typową dla Słowian gościnność, a poziom bezpieczeństwa zapewniony przez krajowe władze stał na najwyższym poziomie.

We wtorek, w dniu meczu, spotkaliśmy się wraz z innymi Polakami na Placu Czerwonym już pięć godzin przed pierwszym gwizdkiem. Trzeba powiedzieć szczerze, że Mazurek Dąbrowskiego w tym właśnie miejscu, otoczonym potężnymi murami i kolosalnymi budowlami, budzi prawdziwe ciarki na plecach.

Po długiej wspólnej zabawie, rozśpiewany pochód ruszył moskiewskimi ulicami na stadion Spartaka. Kibice z innych krajów, siedzący w różnych ogródkach i popijający piwo, tylko z uśmiechem nagrywali wielką biało-czerwoną falę, która miała się zatrzymać dopiero na trybunach moskiewskiego 44-tysięcznika.

Największe wrażenie wywarła na mnie zabawa już po opuszczeniu pociągu. Prawdziwy legion polskich fanów bawił się i śpiewał głośno na dość niedużej przestrzeni, co dodatkowo podkręcało hałas. Na długo pozostaną mi w głowie obrazki tysięcy Polaków, którzy przybyli do Moskwy w tym samym celu – zobaczyć, jak ich drużyna inkasuje trzy punkty na mistrzostwach świata.

Celu oczywiście zrealizować się nie udało i o samym meczu pisać nie będę. A trybuny? Praktycznie w pełni biało-czerwone (pomijając, że taka jest właśnie kolorystyka stadionu Spartaka). Senegalczycy zebrali się w tylko dwóch niewielkich grupach rozsianych po kątach obiektu.

Przed meczem puszczono „Bałkanicę” jako pobudzenie widowni, co zdało egzamin. Sam doping stał na dobrym poziomie, ale im gorzej wyglądała sytuacja drużyny, tym ciężej ludzie mobilizowali się do krzyków. Wszyscy ożyli jeszcze po kontaktowej bramce Grzegorza Krychowiaka, ale koniec końców pozostała przecież wyłącznie gorycz.

Nie wiem, jak wyglądała Moskwa w noc po tym meczu, bo nastroje były raczej minorowe i nie ciągnęło nas na zabawę do centrum. O samym mieście z pewnością można powiedzieć, że jest kolosalne – w końcu drugie największe w Europie, po Stambule.

Przepiękna rzeka blisko centrum wydaje się być na uboczu, gdyż Plac Czerwony i jego okolice są tak rozległe, że to one wyznaczają granice serca miasta. Wielkie metro, którego stacje przypominają galerie sztuki, pozwala dostać się w kilkadziesiąt minut nawet w najbardziej odległe zakątki wielkiej Moskwy.

Po powrocie ze stolicy Rosji spędziliśmy jedną noc w Kaliningradzie, która przypadała akurat na dzień przed meczem Serbia – Szwajcaria w tym mieście. Mogliśmy więc oglądać jeszcze obie nacje, które bawiły się w różnych restauracjach i pubach, ale po zetknięciu z tak wielokulturową w czasie mundialu stolicą kraju, było to już niezbyt uderzające doświadczenie.

Rosja z pewnością może być z siebie dumna. Stworzyła kapitalny turniej, który ściągnął kibiców z całego świata. Kreml ma dokładnie to, czego chciał i co sobie zakładał – ludzie wyjeżdżający z kraju czują się bezpiecznie, są urzeczeni otwartością i gościnnością Rosjan, a także pięknem ich ogromnej stolicy.

Żeby wszystkiego być pewnym, trzeba by było odwiedzić ten wielki kraj też za parę miesięcy, gdy mundialowy kurz opadnie na dobre, ale wrażenie wywiezione w czerwcu zostanie w sercu na zawsze.

Rosjo – jesteś piękna, Rosjanie – jesteście fantastyczni. Czapki z głów za organizację fantastycznej i bezpiecznej biesiady całego świata!

 

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie