Autor zdjęcia: pexels.com

"Książki są jak szalik", czyli o rynku literatury piłkarskiej. Rozmawiają eksperci

Autor: rozmawiał Jan Mazurek
2018-06-29 18:14:56

Literatura piłkarska. Brzmi górnolotnie, może nawet oksymoronicznie. Jak się prezentuje rynek książek futbolowych w Polsce? Czy fani mają co czytać? Czego ludzie chcą się dowiedzieć z książek? Zapytaliśmy ekspertów.

***

Rozmawiają:

Piotr Stokłosa - autor opiniotwórczego bloga o książkach piłkarskich - ksiazkisportowe.blogspot.com.

Mateusz Karoń - dziennikarz TVP Sport i współautor autobiografii Radosława Kałużnego "Powrót Taty".

Leszek Milewski - dziennikarz Weszlo.com.

Grzegorz Ignatowski - współautor książki "Polskie kluby w europejskich pucharach".

Marek Wawrzynowski - dziennikarz WP i autor książki "Wielki Widzew".

***

Jan Mazurek (2x45.info): Polski rynek literatury piłkarskiej jest ambitny? 

Stokłosa: Każdy rynek dzieli się na dwie części. Jedną ambitniejszą, przeznaczoną dla czytelnika wymagającego i drugą bardziej masową, popularną, dla ludzi o nieco niższych wymaganiach. Ostatnio sporo pojawiło się biografii sportowców ze światowego topu pisanych przez dziennikarzy. To raczej mało ambitne pisanie, bez zakulisowych czy insiderskich informacji. Po prostu suchy przebieg kariery.

Karoń: Pewien uznany dziennikarz chwalił się napisaniem biografii sportowca w dwa miesiące. Patrząc z mojej perspektywy, niewykonalne. I świadczące o poziomie. Preferuję inny styl pracy. Na napisanie autobiografii z Radkiem Kałużnym potrzebowałem niespełna dwóch lat. Dwa miesiące a prawie dwadzieścia cztery. Jest różnica. Pamiętam, że czasami cały dzień zastanawiałem się, jak poprowadzić rozmowę na trudny temat.

Stokłosa: Rozwój rynku umożliwia takim banalnym książkom na znalezienie sobie miejsca, ale nie jest to raczej dominujący trend. Dużo jest też ciekawszych pozycji, tłumaczących sport i związane z nim zjawiska w niebanalny sposób, łączący historię, mechanizmy polityki czy kulturę kraju z samą piłką nożną. Kapitalnym przykładem jest brazylijski „Futebol” z szerokim kontekstem historyczno-społecznym. Niedługo w Polsce ukaże się też argentyński odpowiednik - „Anioły o brudnych twarzach”. Ambitnych książek naprawdę nie brakuje. Trzeba to rozgraniczyć. Muszą się pojawić dzieła masowe, żeby mogło powstać trochę tych z wyższej półki.

Karoń: Nie da się ukryć, że na polskim rynku dominują zapychacze. Można znaleźć naprawdę wiele wartych przeczytania pozycji, ale trzeba wiedzieć, czego szukać.

W tych pierwszych specjalizował się tłumaczony w Polsce na wszystkie sposoby Luca Caioli. Jego biografie nieco upośledziły odbiór rynku…

Stokłosa: One nie były całkowicie złe. To był czas, kiedy raz na jakiś czas wychodziły książki tłumaczone przez ludzi, niemających żadnego związku z piłką. Dla kibica to było nie do przyjęcia. Biografie Włocha były dobrze napisane, zawierały dość ogólne informacje, ale brakowało im zęba, bo autor nie był blisko opisywanych przez siebie bohaterów. Cieszyły się popularnością, bo… po prostu były pierwsze i odpowiadały zapotrzebowaniu nienasyconych fanów.

W konsekwencji to one, abstrahując od ich jakości, napędziły rynek. Z czasem zaczęło powstawać mnóstwo nowych biografii Messiego, Ronaldo, potem tak samo było z Lewandowskim. To nie były książki wybitne, ale na pewno potrzebne, bo wydawnictwa zobaczyły, że jest popyt na tą tematykę. I dzięki temu w Polsce mogliśmy przeczytać biografię genialnego Argentyńczyka i Portugalczyka pióra Guillem Balague, która stała już na dużo wyższym poziomie. Za tym poszły kolejne i kolejne. Coraz lepsze. To trzeba mieć na uwadze, oceniając Caioliego. Czy to wypaczyło odbiór literatury piłkarskiej? Trochę tak, ale dzięki dużemu wyborowi, jeśli przeczytaliśmy dwie książki Włocha, nie spodobały nam się, to mamy komfort przerzucenia się na innych autorów. Jest w czym wybierać.

Wspominałeś w większości o rynku odtwórczym, a polscy autorzy piszą ambitnie? Przed takim Euro 2016 mieliśmy wielki napływ książek o Robercie Lewandowskim. Przeróżnej klasy.

Stokłosa: I jeszcze cała masa książek z Lewandowskim na okładce. Zgadza się. Niby można zarzucić temu komercyjność, ale z drugiej strony każda z tych książek była inna. Łukasz Olkowicz i Piotr Wołosik stworzyli typowo reporterski materiał, przepytali mnóstwo osób, które kształtowały Lewandowskiego i stworzyli jego bogaty zewnętrzny obraz. Inaczej do tematu podszedł Paweł Wilkowicz. Choć pisana za zgodą i współpracą samego bohatera, to jednak z miejscem na inwencję i polot bardzo dobrego dziennikarza, który potrafił przedstawić sposób myślenia kapitana reprezentanta Polski. Tytuł „Nienasycony” jest bardzo znaczący. Książka tłumaczy sukces Lewandowskiego. Niby o tym samym, a jednak miały swoją wartość. Klasa.

Były jeszcze dwie inne książki, ale one nie wnosiły nic ciekawego. Typowe kolorowe, obrazkowe piśmiennictwo dla dzieci. Nie da się ukryć, że wielkie imprezy z udziałem Polaków napędzają koniunkturę. Przed Mistrzostwami Świata w 2002 roku, Jerzy Engel wydał „Futbol na tak”, po Mundialu drugą zatytułowaną nieco przewrotnie „Prosta gra”, która miała tłumaczyć przyczyny porażki. W takim momentach zawsze widać poruszenie na rynku.

Rynek ambitnych książek piłkarskich systematycznie się rozwija. Genialna jest książka „Wielki Widzew” wydana w 2014 roku przez Marka Wawrzynowskiego. Błyskotliwy reportaż.

Wawrzynowski:  "Wielki Widzew" był ambitnym przedsięwzięciem, poświęciłem mu dużo czasu, ale... dlaczego miałbym podejmować się nieambitnego tematu? Tak naprawdę to wynikało z moich zainteresowań. Zawsze szedłem w tym kierunku. Reportaż historyczny, szukanie tła, szperanie w archiwach. To mnie fascynowało. Po prostu napisałem książkę taką jaką chciałem.

Stokłosa: Potem inni szli w jego ślady. Mateusz Miga napisał o Wiśle Kraków, Paweł Czado o Górniku Zabrze. Powstało też kilka gorszych pozycji jak te o Cracovii czy Ruchu Chorzów. Przez ostatnie 8-10 lat rynek ciągle idzie do przodu. Przełomem była też biografia Andrzeja Iwana „Spalony”, bo pokazała, że książka o piłce może też trafić do ludzi normalnie niezainteresowanych futbolem. Że mocne, barwne, trudne historie mogą wychodzić poza niszę. Zdaje się, że Krzysztof Stanowski sprzedał jakoś 30 tysięcy egzemplarzy. Dużo jak na Polskę.

Iwan. Wielka kariera, ale też spektakularne upadki. Takie biografie dominują na rynku. Alkoholowe historie, błędy, porażki piłkarzy. O tym ludzie chcą czytać.

Milewski: Dla mnie dominacja książek o piłkarzach na zakręcie to mit. Ile było takich książek? Cztery? Pięć? Bez przesady. A że wszystkie były głośne, to powstało takie wrażenie. 

Stokłosa: Nie da się zaprzeczyć, że był taki trend. Wydawnictwa zauważyły, że dobrze sprzedają się historie z alkoholem, hazardem, zmarnowanym talentem w tle. Mieliśmy książki Grzegorza Króla, Igora Sypniewskiego, Radka Kałużnego czy Arkadiusza Onyszki, który w Danii cieszy się opinią nieprawdopodobnego skandalisty. Ich klęski były dla polskiego kibica ciekawsze niż historie ułożonych gości, którzy większość kariery szli na trening, wracali do domu, regenerowali się, a w weekend grali mecz. 

Karoń: Kałużny miał bardzo bogatą karierę piłkarską, był w wielu miejscach, a „życie po życiu" nie ułożyło się wzorcowo. Musiał wyemigrować, pracować fizycznie. Interesowało mnie, jak do tego doszło. Naprawdę chciałem przeczytać jego biografię, więc bezmyślnie rzuciłem się na jej napisanie. Oczywiście, nie żałuję, współpraca z Radkiem dała mi wiele satysfakcji. Do dziś podziwiam go za brutalną szczerość. To było kluczowe dla ostatecznego kształtu tej opowieści. 

Stokłosa: Jeśli teraz swoje biografie wydawaliby Łukasz Piszczek i Kamil Grosicki, to jestem przekonany, że choć pierwszy jest bardziej utytułowany, to większość w pierwszej kolejności kupiłoby książkę o przygodach tego drugiego, bo w ciemno zakładalibyśmy, że opowie tam nie tylko o swoich sukcesach, ale też o hazardzie i innych problemach. Po prostu barwniejsza postać.

Karoń: Ale mimo mocnej tematyki „Powrót Taty” sprzedał się poniżej oczekiwań.

Ignatowski: Często kupuję książki zagranicą. W Czechach znalazłem nieco hipsterską z naszej perspektywy historię Ladislava Prady - czeskiego piłkarza, który utopił talent w alkoholu. Barwna postać i pokazującą, że ta moda na tego typu biografie istnieje nie tylko u nas.

Stokłosa: Ale warto przy tym odnotować, że ten, panujący jeszcze kilka lat temu trend na alko-biografie, powoli zanika, bo ludzie zaczęli mieć tego dość. Wynikało to z tego, że coraz słabsi zawodnicy zaczęli opowiadać o swoich upadkach. Tak jak jeszcze Andrzej Iwan był reprezentantem Polski, brązowym medalistą Mistrzostw Świata, tak potem Igor Sypniewski wielkiej kariery nie zrobił, a Grzegorz Król to już w ogóle. I nastąpił przesyt. Powielał się schemat. Dorastanie. Wielki talent. Problemy. Upadek. Próba powrotu do normalności. Znudziło się.

Z drugiej strony czytelnik lubi czytać o naturalnych emocjach, klęskach, nie tylko posągach. 

Karoń: Należy zafundować czytelnikowi całą paletę odczuć. Historia opowiedziana przez miłego, grzecznego pana siłą rzeczy będzie mniej atrakcyjna od ludzkiego dramatu. Kiedy poprawiałem pewne fragmenty "Powrotu Taty", płakałem. Naprawdę. Tomasz Smokowski przyznał, że ktoś mu tę historię opowiedział i nawet nie był w stanie jej przeczytać.

Stokłosa: Pewnie tak, ale nie da się nie zauważyć, że teraz ludzie szukają świeższych, mniej banalnych tematów. Dużą popularnością cieszy się reportaż Michaela Calvina „Ludzie znikąd” o pracy angielskich skautów. Skauting i szkolenie młodzieży jest teraz na topie. A nawet może filozofia dochodzenia do sukcesu, co pokazywało zainteresowanie „Futbonomią” w 2017 roku. To ambitniejsze tematy. Już nie tylko spowiedzi i rozliczenia trapiącego sumienia, ale też coś więcej. Spora w tym rola Roberta Lewandowskiego. Ideał. Gość, który świetnie się prowadzi. Ktoś widzi, że osiągnął sukces, więc chce przeczytać, jak najwięcej o tym, co robić, żeby rozwijać swoje ciało i mentalność zwycięzcy, ile wyrzeczeń kosztuje wielkiego sportowca wejście na szczyt i tak dalej. Ludziom spodobało się, że są piłkarze, którzy mogą stanowić wzór. Rodzic chętniej kupi dziecku biografię ultra profesjonalnego Lewandowskiego niż upadłego Sypniewskiego, bo tematyka za trudna i zły przykład.

Właśnie. Matka kupująca książkę dla dziecka. Jaka grupa społeczna napędza rynek futbolowy?

Stokłosa: Trudny temat. Nie ma żadnych badań, które mówiłyby, że to w większości np. mężczyźni w wieku 16-25, ale możemy spróbować dokonać małej systematyki. Jest na pewno grupa stała. To również czytelnicy mojego bloga, którzy śledzą wszystkie nowości i skupują najlepsze - według swoich upodobań - książki, które wychodzą na rynku. Niezależnie od dyscypliny czy formy. Siedzą w tym mocno. Ale to garstka fanatyków.

A pozostali dzielą się na wiele podgrup. Fani koszykówki kupują wszystko, co związane z NBA, a nie wychodzi tego w Polsce jakoś specjalnie dużo. Oni są wychowani na słynnym „hej, hej, tu NBA” Włodzimierza Szaranowicza, kiedy jeszcze najlepsza koszykarska liga świata leciała w TVP w latach 90. Oni byli wtedy młodzi, piękni, a jordanowskie czasy kojarzą im się z najlepszym okresem w życiu.

Taka książka jak „Ludzie znikąd” to gratka dla środowiska najbliżej związanego z piłką. Dziennikarzy, trenerów, twórców akademii, skautów, dyrektorów sportowych. Ludzi piłki. Samych kibiców też można podzielić. Jeden przeczyta książkę Iwana, drugi nawet jej nie dotknie, bo będzie wolał biografię Leo Messiego. Drugą grupę tworzą w dużej mierze dzieciaki, czasami nawet za małe na czytanie książek, ale dla nich posiadanie takiej pozycji ma nieco inną wartość. Leży sobie coś takiego na półce, podkreśla, że chłopak jest kibicem. Często właśnie książki piłkarskie są traktowane jak klubowy szalik, podkreślający miłość do futbolu.

Książki sportowe mogą być też czytane przez ludzi inteligentnych? Istnieje projekt świetnych książek z cyklu „Kopalnia”, ale autorzy podkreślają żartobliwie, że to problem dla rządu, bo stworzyli kolejną nierentowną kopalnię.

Stokłosa: Kopalnia wystartowała bardzo ambitnie. Wydali "Futebol" i "Tor", czyli klasyki, których inne wydawnictwa nie tłumaczyły, potem dołożyli cztery części "Kopalni". Wszystkie niebanalne, oryginalne, tematy doskonale rozpisane przez czołówkę polskich dziennikarzy sportowych, ale... target był bardzo ograniczony. Jest grupa osób, które taką książkę kupią w ciemno. Dla nich liczy się jakoś tekstów, a ta była bardzo wysoka. Problem w tym, że to grupa stosunkowo mała. Wręcz elitarna. 

Wawrzynowski: Myślę, że polski kibic jest "piłkarsko" słabo wykształcony, słabo zna historię, taktykę. Oczywiście jest ta grupa ludzi, z którymi można się wymienić poglądami, pospierać, ale raczej to nisza. Żeby było jasne, nie mam pretensji, jest jak jest. Mamy tu dwie kwestie - piłka choć popularna, wciąż jest niszowa, co widać po frekwencjach na stadionach. A po drugie, mało ludzi czyta książki w ogóle.

Stokłosa: Był jeszcze inny problem. Dość mały nakład i kłopoty przy dystrybucji. Nie wszystkie części były dostępne w Empikach, co znacznie ograniczyło ich potencjał sprzedażowy. Z drugiej strony nie było tak, że te książki były niewystarczająco promowane. Dwudziestu autorów z dużym zasięgiem w social media to naprawdę spory kapitał. Jeśli każdy z nich napisał na swoim Twitterze, że jego tekst znajduje się w takim magazynie, to można dotrzeć do naprawdę dużej grupy odbiorców. Tak się jednak nie stało, bo ludzie wcale masowo nie rzucili się na kupowanie "Kopalni". Niby docenili treść, ale autorzy na jej sprzedaży wyszli na zero, może na malutki plusik. 

Wawrzynowski: Polski kibic raczej nie wpisuje się w profil inteligenta. Rację mieli chłopaki z wydawnictwa SQN, że czasem trzeba wydać coś dla ludu, żeby potem wydać co się chce. My poszliśmy zbyt ambitnie. Nawet książki, które były hitami na rynku zachodnim, u nas sprzedawały się średnio. 

Stokłosa: Rynek jest trudny dla kogoś, kto chce dopiero do niego wchodzić. Trzeba zainwestować pieniądze, które zaczynają zwracać się po kilku miesiącach, jeśli nie kilkunastu. I to nie zawsze. Trzeba ryzykować, a nie każdy może sobie na to pozwolić. W konsekwencji to nie są łatwe czasy dla wydawnictw, które stawiają na bardzo ambitne treści, niesprzedające się w dużych nakładach, a sprzyja to masowości i wydawaniu kolejnych biografii Neymara. Jest jednak rozwiązanie tego problemu. Dzięki dobrej sprzedaży jednej książki masowej, można pozwolić sobie na wydanie kilku ambitniejszych jak np. wstrząsającej historii Roberta Enke, która na polskim rynku cieszyła się umiarkowaną popularnością. Sama ambitna literatura sportowa nie daje możliwości utrzymania się na rynku.  

Trudno za to wyjaśnić fenomen książek Uliego Hesse, który nie pisze o wielkich postaciach, ani tym bardziej wątkach polskich, a jego twórczość jest u nas doceniana.

Stokłosa: Doceniana na pewno, ale taki "Tor" nie sprzedał się w Polsce jakoś specjalnie dobrze. Jego nowa książka o Bayernie też nie może równać się popularnością z podobnymi tematycznie dziełami o Barcelonie czy Realu, więc myślę, że jego twórczość ciężko nazwać bestsellerową. Broni się za to zawartością swoich materiałów. Co do tego nie można mieć wątpliwości. Podobnie wygląda to w przypadku innego niemieckiego autora, Ronalda Renga, który napisał wspomnianą już tragiczną biografię Roberta Enke i anegdotyczną historię Bundesligi, opowiedzianą przez jednego człowieka związanego z niemiecką ligą przez pięćdziesiąt lat. 

Generalnie w Niemczech to wszystko wygląda nieco inaczej. Miałem okazję o tym porozmawiać z Hesse, kiedy ten niedawno przyjechał do Polski. Tam utrzymanie się z samego wydawania książek jest możliwe. Taki Reng do mediów pisze tylko okazjonalnie, a żyje z kontraktu z wydawnictwem, które co miesiąc płaci mu za to, żeby tworzył kolejne książki. Inna sprawa, że zza naszą zachodnią granicą mieszka więcej osób i mają lepiej wykształconą kulturę czytania. Częściej sięgają po gazety, lektury, magazyny, a to, że mają silną ligę tylko wzmacnia literaturę futbolową. 

Który zagraniczny rynek książek piłkarskich stanowi największą kopalnię dla polskich wydawców?

Stokłosa: Brytyjski. Najwięcej tłumaczeń pochodzi z Wysp, a to tylko część tamtego rynku. W Anglii wchodzi się do księgarni i ma się kilkanaście regałów z książkami piłkarskimi. W Polsce jest to zazwyczaj kilka półek. Nieporównywalnie mniej. Tam swoje biografie wydają ludzie z drugiego czy nawet trzeciego szeregu. Nawet legendarni asystenci pierwszych trenerów. I tam kibice chcą to czytać. 

Ignatowski: Moje hipsterskie upodobania niektórych dziwią, ale bardzo podobała mi się biografią Tima Cahilla, którą czytałem po angielsku, a teraz niecierpliwie czekam, kiedy w końcu dotrze do mnie biografia Archiego Thompsona. I to wszystko wychodzi na brytyjskim rynku!

Stokłosa: W Polsce historie ludzi z cienia nie miałyby racji bytu. U nas dalej pozostajemy na etapie bohaterów z pierwszych stron gazet. Angielski rynek jest dużo większy. Czasami coś przyjmie się w naszym kraju. Paul Merson, Tony Adams, kilku innych piłkarzy, książka o Manchesterze United, ostatnio "Ludzie znikąd". Te przekłady wynikają pewnie w dużej mierze z tego, że w Polsce jest wielu fanów Premier League, a językiem angielskim sprawnie posługuje się większość wydawców i nie potrzeba zewnętrznych recenzji. 

Milewski: Ja na przykład reprezentuję grupę, która zdecydowanie woli czytać o polskim światku piłkarskim. Od 1997 wiem, co się działo w polskiej piłce, bo to pamiętam. Wszystkiego co wcześniej mogę się dowiedzieć tylko przerzucając papier. Najlepszą książką piłkarską, jaką przeczytałem był „Kowal. Prawdziwa historia" Wojciecha Kowalczyka i Krzysztofa Stanowskiego. Dla mnie decydują względy nostalgiczne. 

A takie książki jak te Janusza Wójcika i Przemysława Ofiary? Podkoloryzowane, przesadzone, wulgarne psują opinię rynku?

Stokłosa: Raczej nie. Mało jest takich przypadków. To typowa opowieść oparta na tabloidowych standardach skierowana do ludzi, niemających na co dzień do czynienia z literaturą. Dużo mięsa, prosty przekaz, anegdotki. Jak do kogoś ma trafić, to trafi. Dużo było takich opinii po wydaniu przygód "Wójta", że dla kogoś ta autobiografia była pierwszą książką od czasów lektur szkolnych we wczesnej podstawówce i okazała się świetną zabawą. 

Karoń: Generalnie brak czytelnictwa w Polsce to problem społeczny. Książka to jedna z ostatnich rozrywek współczesnego świata, kojarzona raczej ze szkolnymi lekturami i przymusem, który wszystkich z urzędu odpycha.

Stokłosa: Taka biografia Janusza Wójcika i Przemysława Ofiary może kogoś wciągnąć w czytanie. Abstrahując od jakości, to pozytywny proces. 

Jaki jest ideał książki piłkarskiej?

Karoń: Kiedy zaczynałem prace nad biografią Radka Kałużnego, rozmawiałem z Markiem Wawrzynowskim. Poradził mi:

 - Weź magazyn, znajdź najlepszy tekst i przeanalizuj go. Książka ma być dwie półki wyżej.

Stokłosa: Jestem wielkim fanem książek o związkach sportu z polityką. Dobrze napisanych, zawierających wiele informacji i materiałów typowo reporterskich. Jak dziennikarz pojeździ, porozmawia z wieloma rozmówcami, a potem zda z tego relację, nie spisując tylko ich wypowiedzi, ale też dodając do tego całą historię, jak do nich dotarł, jak teraz wyglądają i co się z nimi dzieje. To nadaje świetny charakter książce. A temat jest przy tym dla mnie drugorzędny. Może być tekst o Robercie Lewandowskim, wielkim klubie albo jakimś zupełnie nieznanym zjawisku. Obojętnie.

Dobrze jednak, żeby taka książka zawierała nowe informacje. Zaskakujące. Bo o takim Wembley 73' chyba nie da się już nic nowego napisać. Wszystko zostało opowiedziane i to w wielu wersjach, bo Jan Tomaszewski z każdym kolejnym wywiadem dodaje liczbę strzałów, które obronił podczas tego meczu i to wszystko obrasta w mity i legendy. Trudno znaleźć nową perspektywę. Za to jest mnóstwo nieodkrytych tematów, o których można napisać.

Kapitalnie pisze Guillem Balague. Jego biografie są zakulisowe. Nie da się znaleźć tego w internecie. Coś nowego. Pisząc o Ronaldo, pojeździł po Maderze, odwiedzał ludzi, którzy go znali, wczuł się w klimat. Natomiast minusem zrealizowania podobnych projektów w Polsce jest duży nakład finansowy. Wydawnictw nie stać na płacenie za przeloty, przejazdy, podróże. A szkoda, bo moim zdaniem dobry reportaż zawsze się obroni. 

Karoń: Brak czasu jest znamienny. Być może dlatego wśród książek z tej kategorii dominują rzeczy niewarte uwagi. Brakuje pieniędzy, by ktoś mógł włożyć w to całe serce, poświęcić kilka lat jak zrobił to Marek Wawrzynowski na "Wielkiego Widzewa" czy teraz robi to z historią Zbigniewa Bońka. 

Wawrzynowski: "Wielki Widzew" sprzedał się dość dobrze, a biorąc pod uwagę, że sam go wydawałem, to zarobiłem nieźle. Gdybym jednak zarobioną kwotę przeliczył na przepracowane godziny to pewnie się to nie opłaca. Mimo to uważam, że dziennikarz sportowy powinien mieć na koncie jakąś książkę. Po prostu. Nie chodzi tylko o stronę finansową. Chodzi o doświadczenie, odskocznię od codziennej pracy, realizowanie jakiegoś projektu. Myślę, że praca nad książką dała mi naprawdę dużo w sensie dziennikarskim. 

A takie projekty jak "Polskie kluby w europejskich pucharach" grupy fanatyków statystyk i anegdot o piłce mają rację bytu czy to ewenement, który na polskim rynku wystąpił raz i długo trzeba będzie czekać na podobne projekty?

Ignatowski: Zaczęło się od rozmów, że takiej książki nie ma, skończyło się na tym, że własnymi siłami ją wydaliśmy. Zaplanowaliśmy ją na podstawie własnych oczekiwań. Uznaliśmy, że takiej książki na rynku jeszcze nie było i warto ją napisać. 

Stokłosa: Mają rację bytu. Trafiają do odrębnej grupy czytelników. Mamy mainstream, który wychodzi w największych polskich księgarniach, ale też dużo pozycji statystycznych i historycznych, które można nabyć nieco inną drogą. Dobrym przykładem są kolejne wydania kultowej "Encyklopedii FUJI". Od jakiegoś czasu nie ma ich Empikach i muszą rozwijać własny kanał sprzedaży. Mają swoją stronę internetową i oferują przeróżne pakiety promocyjne, w których można te książki zamawiać. 

I właśnie to jest szansa dla takich projektów. Żeby trafić do grupy, która nie czyta o Messim i Ronaldo, a jest za to zainteresowana monografiami, publikacjami statystycznymi i historycznymi. W tym środowisku jest zauważalna pewna fascynacja skupowaniem tych opracowań, analizowaniem i... znajdywaniem tam błędów. Historycy futbolu, którzy potrafią pokłócić się o to, w której minucie jakiś piłkarz w 1981 roku dostał żółtą kartkę. Dosyć specyficzne środowisko i raczej niezbyt liczne. Te dzieła mają zazwyczaj niewielkie nakłady. Od kilkuset do tysiąca egzemplarzy.

Ignatowski: Wyniki sprzedażowe nie były naszym głównym celem. Nakład wynosił 300 sztuk i można powiedzieć, że pomimo wysokiej ceny, bo książka kosztowała 80 złotych, jest już na wyczerpaniu. Myślimy o dodruku, bo wciąż jest zainteresowanie. 

Stokłosa: Książki tego typu są zazwyczaj drogie, co jednak nie wpływa na ich sprzedaż, bo pasjonaci zainteresowani ciekawie ujętą statystyką potrafią wydać na takie coś nawet te 120 złotych. Nie patrzą na cenę. I myślę, że "Polskie kluby w europejskich pucharach" to właśnie publikacja tego typu, choć dzięki temu, że było tam sporo anegdot i opisów grupa odbiorców rozszerzyła się o kilkaset osób zainteresowanych polską piłką.

To nie są głośne książki.

Stokłosa: Dokładnie. Raczej lokalne. Największe media o tym nie informują, ale tych monografii jest na rynku naprawdę dużo i istnieją nieco niezależnie od głównego nurtu.

Ignatowski: Niszowych publikacji typu monografia Małkińskiego Klubu Sportowego, Gedanii Gdańsk, Lewartu Lubartów czy Nadnarwianki Pułtusk. Takie książki powstają i jest to fantastyczna sprawa. Brakuje mi za to większej inicjatywy czołowych polskich klubów. Nie spotkałem się na przykład z książką opisującą historię Zagłębia Lubin.

Lokalne książki to też ciekawy temat. Na rynku jest np. biografia Wojciecha Górskiego. Zwykłego, szarego, przeciętnego ligowca z przełomu wieków. 

Stokłosa: Przeglądałem fragmenty. Napisana raczej prosto. Opowieść o lokalnym bohaterze, który osiągnął sukces, wybił się, zagrał sporo meczów w Ekstraklasie. W skali ogólnopolskiej to nic specjalnego, ale dla społeczności z jego regionu może stanowić wzór i dobry przykład. 

Milewski: Podobała mi się tam anegdota o tym, jak trener Jerzy Fiutowski po wygraniu Pucharu Polski wziął go do siebie i przechowywał w domu. Dopiero, gdy Miedź zagroziła policją, oddał trofeum. Poza tym książka jest dokładnie tym, czego spodziewasz się po biografii Wojciecha Górskiego. I tyle. Publikacja miała wymiar lokalny, gdzie Górski był znany i jego przygody mogą tam kogoś zainteresować.

Stokłosa: To książka wydana ze wsparciem miasta, urzędu, który pewnie chciał takiego lokalnego bohatera po prostu uhonorować. To tego typu pozycja, bo oczywiste jest, że samo nazwisko Wojciecha Górskiego nikogo z zewnątrz nie namówi do kupienia jego biografii. 

Jakich książek na piłkarskim rynku brakuje?

Milewski: Tomasz Hajto w studiu "Stan Futbolu" wyrecytował Redutę Ordona. Z taką pamięcią, podpartą ciekawym CV, mógłby powstać barwny portret. Najciekawszy byłby jednak drobiazgowo potraktowany Wilimowski, ale ta książka niestety nigdy nie powstanie.

Ignatowski: Właśnie, wciąż czekamy na przybliżenie sylwetki Ernesta Wilimowskiego, który od wielu pozostaje postacią zagadkową, a brakuje też biografii Ernesta Pohla. 

Wawrzynowski: Chciałbym przeczytać dobre książki o Janie Tomaszewskim i o Stanisławie Terleckim. To są fantastyczne historie. Ale gdyby wyszły biografie Grzegorza Laty, Ernesta Pohla czy Ernesta Wilimowskiego to też na pewno kupię. Myślę też, że wciąż jest przestrzeń na dużą biografię Kazimierza Górskiego. Generalnie brakuje mi dobrych książek biograficznych na naszym rynku. Kilka oczywiście było, ale powstają głównie autobiografie, ze względu na to, że jest to najmniej czasochłonne.

Stokłosa: Nie będę odosobniony, jeśli powiem, że brakuje mi dobrze opisanej historii Zbigniewa Bońka. Czekam na materiał Marka Wawrzynowskiego. To na pewno będzie obiektywna robota reporterska. Rozmowy z ludźmi, wiele punktów widzenia na jego karierę piłkarską, trenerską i życie jako działacza. 

Karoń: Też czekam na biografię Zbigniewa Bońka. Mam zaufanie do autora, kupię ją w ciemno. Wawrzynowski może zrobić literówkę, ale nie spartaczyć reporterską robotę.

Stokłosa: Chętnie przeczytałbym też autobiografię prezesa PZPN. To postać wyrazista, ze swoim zdaniem. Jest to człowiek, który zna wszystkich z piłkarskiego światka. Pamiętam jak Ruud Gulit był w Polsce i byliśmy na wywiadzie w "Przeglądzie Sportowym". Nagrywamy i nagle Holender przerywa, bo dzwoni do niego Boniek. I panowie, dawni wielcy piłkarze, ucięli sobie sympatyczną telefoniczną pogawędkę. Z każdym ma kontakt. Każdy go zna. Mógłby opowiedzieć mnóstwo anegdot i historii. Przydałaby się obiektywna historia Wawrzynowskiego i bardzo subiektywna opowieść z perspektywy samego Bońka. To by dało pełen obraz jednej z największych postaci polskiego futbolu.


KOMENTARZE