Autor zdjęcia: Bartek Witkowski

Adam Buksa dla 2x45: Gdybym był kibicem Pogoni, w momencie przyjścia do klubu też patrzyłbym na siebie sceptycznie

Autor: rozmawiał Dawid Zieliński
2018-07-02 13:32:51

Adam Buksa już na początku swojej kariery przeżył więcej niż inni, bardziej doświadczeni piłkarze. Wyjazd za granicę, poważna kontuzja, żmudny powrót na boisko i kilka przeprowadzek to dorobek 22-letniego napastnika Pogoni Szczecin, który po przenosinach do stolicy województwa zachodniopomorskiego w końcu odnalazł swoje miejsce i pokazał, że niektóre osoby zbyt szybko go skreśliły. W obszernej rozmowie z 2x45 opowiada o swoich perypetiach.

Dawid Zieliński (2x45.info): -  Twoja droga do poważnej piłki rozpoczęła się tak jak u wszystkich? Na podwórku z kolegami?
Adam Buksa:
- Tak. Było to bardzo dawno temu, ale od najmłodszych lat wszystko kręciło się wokół piłki i to była w zasadzie moja jedyna rozrywka (śmiech). Byłem bardzo monotematyczny w zainteresowaniach. Jeżeli tylko miałem wolny czas, a będąc dzieckiem tego czasu jest sporo, to całe dnie spędzało się na kopaniu piłki.

- Ta monotematyczność w zainteresowaniach nie przeszkadzała w życiu?
- Nie, absolutnie. To była rzecz, która od zawsze najbardziej mnie cieszyła i tak jest do dzisiaj. Natomiast nie było też tak, że grałem tylko w piłkę i nic innego nie robiłem. Chodziłem do szkoły, dobrze się uczyłem, więc na wszystko starczało mi czasu. Zawsze jednak czekałem na chwilę, w której będę mógł wyjść na dwór i pograć w piłkę.

- Kto zaprowadził cię na pierwszy trening?
- Paradoksalnie mama. Mówię paradoksalnie, bo głównie z tatą spędzałem czas na ogrodzie i poprawiałem swoje mankamenty. Pierwszy trening? Wracałem z mamą, która odbierała mnie z przedszkola i akurat był mecz na Bronowiance Kraków, nie mogłem odpuścić okazji do obejrzenia spotkania. Wtedy była to 5. liga z tego, co pamiętam. Na stadionie spotkaliśmy trenera, który prowadził nabór do sekcji żaków i tak się zaczęła moja przygoda, bo następnego dnia poszedłem na trening.

- Kraków to miasto wielu możliwości, ale też wielu pokus. Młody piłkarz nie zawsze patrzy tylko na boisko, w późniejszym czasie pojawia się zainteresowanie „urokami miasta”. Wiesz o czym mówię.
-  Na pewno duże miasta oferują wiele możliwości, a co za tym idzie - kryją też dużo pokus. Natomiast ja byłem na takim etapie, że w wieku kilku-kilkunastu lat żadne „uroki miasta” mnie nie interesowały. Chodziłem codziennie do szkoły, cztery razy w tygodniu uczęszczałem na treningi i to mnie bawiło, nie musiałem szukać wrażeń na mieście. Nawet teraz, gdy w czasie urlopu wracam do rodzinnego miasta, to rzadko kiedy spędzam czas w ten sposób.

Wolałbym się skupić na tym, jakie możliwości daje Kraków. W samym mieście funkcjonuje wiele klubów piłkarskich, więc problemu z brakiem miejsc do rozwoju dla młodych chłopaków nie ma.  W podkrakowskich miejscowościach sytuacja wygląda nieco inaczej, dlatego dzieci rodzące się w dużych miastach mają delikatną przewagę nad swoimi rówieśnikami z mniejszych miejscowości. Teraz są już zdecydowanie inne możliwości, młodzi chłopcy z mniejszych aglomeracji przyjeżdżają do SMS-u, do Wojewódzkich Ośrodków Szkolenia Sportowego Młodzieży, mieszkają w internatach. Z tym jednak różnie bywa. Życie w internacie dla młodego chłopaka często bywa pułapką, ponieważ nie do końca mają tam odpowiednią opiekę i często zdarzają się przypadki, że zamiast się rozwijać, to idzie to w całkowicie przeciwnym kierunku z tego względu, że nie prowadzą się tak, jak powinni. Możliwości są dla każdego, pytanie tylko kto jak je wykorzysta. Najważniejsza jest głowa i odpowiednie pokierowanie. Jak ktoś chce, to znajdzie swoją odpowiednią drogę.

- Kraków ma także mocny wydźwięk kibicowski. Miałeś okazję poczuć to na własnej skórze?
- Powiem szczerze, że tej napiętej sytuacji pomiędzy kibicami Wisły a Cracovii w ogóle nie widać. Ja nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Kraków ma niechlubną opinię miasta maczet i porachunków kibicowskich. To wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami i ja, mieszkając przez 16 lat w Krakowie ani razu nie spotkałem się z taką sytuacją, w której czułbym się niebezpiecznie. Również wszyscy moi znajomi, których w Krakowie mam wielu nie mieli styczności z tego typu akcjami. Wydaje mi się, że taka opinia jest mocno wyolbrzymiona. To stereotyp, który ciągnie się za Krakowem.

- Ty w swoim mieście reprezentowałeś trzy kluby - Wisłę, Hutnik i Garbarnię. Z czego wynikała tak duża rotacja już w wieku juniorskim?
- To było spowodowane kilkoma czynnikami. Zaczynałem od Hutnika, potem była Wisła, a następnie wyjechałem do Austrii, ponieważ tam rysowały się lepsze możliwości rozwoju. Jako 12-latek miałem tam zdecydowanie lepsze warunki do tego, aby w przyszłości zawodowo zajmować się piłką nożną. Lepsza baza treningowa, bardziej profesjonalne podejście. Po powrocie z Austrii zacząłem grać ponownie w Hutniku, natomiast wszystko zastopowała kontuzja, która wykluczyła mnie z gry na prawie dwa lata. Po tym czasie za namową swoich kolegów z gimnazjum poszedłem do Garbarni.  Była tam bardzo fajna atmosfera i poznałem tam wiele fajnych osób. Kiedy wróciłem po kontuzji, nie do końca wiedziałem, na jakim jestem poziomie, więc potraktowałem to jako test dla siebie samego. Chciałem sprawdzić, czy jestem jeszcze w stanie grać w piłkę na dobrym poziomie. Po Garbarni dostałem zaproszenie na testy do Młodej Ekstraklasy Wisły Kraków i wróciłem do klubu, w którym spędziłem najwięcej czasu podczas dziecięcej przygody z piłką. Zagrałem parę meczów, strzeliłem parę bramek i wyjechałem do Włoch. To była bardzo dynamiczna sytuacja. Sporo było tych czynników, które zadecydowały o tych zmianach klubowych, ale teraz, gdy podsumowuję sobie to wszystko, to cieszę się z tego, że tak się to potoczyło.

- Opowiedz trochę więcej o tym wyjeździe do Austrii. Jak to wszystko przebiegało?
- Mój wyjazd do Austrii zapoczątkował turniej w Klagenfurcie, na który pojechaliśmy z trampkarzami Wisły Kraków. To był turniej „Future Cup”, zaproszone zostały drużyny z krajów, które wtedy uczestniczyły w EURO 2008 i Polskę reprezentowała właśnie Wisła Kraków. Turniej nie poszedł nam po myśli, bo zajęliśmy ostatnie, 10. miejsce. Rywale, którzy mierzyli się z nami to był europejski top, np. FC Barcelona, CSKA Moskwa, Dynamo Zagrzeb, Bayer Leverkusen, Udinese. Udało mi się parę bramek strzelić i całkiem nieźle zaprezentować.

Zwróciłem na siebie uwagę trenerów Austrii Karnten, ówczesnej drużyny austriackiej Bundesligi. Zaproponowali roczne stypendium. Jako że byłem za młody na to, aby wyjechać samemu, ponieważ miałem 11 lat, to tata sfinansował mieszkanie i wyjechałem tam z mamą i młodszym bratem Aleksandrem. Po roku klub niestety zbankrutował. To były czasy głębokiego kryzysu w Europie i postanowiliśmy wrócić do Polski, ponieważ nie było sensu kontynuować tej przygody. Przez ten czas chodziłem normalnie do austriackiego gimnazjum, był to odpowiednik szóstej klasy podstawowej w Polsce, natomiast w Austrii „podstawówka” trwała cztery lata, gimnazjum cztery i liceum także cztery. Akurat wtedy byłem w drugiej klasie gimnazjum. Było to bardzo fajne doświadczenie, nauczyłem się języka, dobrze wspominam ten czas, ale na sam koniec oczywistą decyzją był powrót do Polski i kształcenie się dalej tutaj w kraju.

Po przyjeździe do Polski, po dwóch miesiącach spędzonych w Hutniku okazało się, że mam poważną kontuzję. Chodziło o moje kolana, które były w złym stanie i rozbrat z piłką był bardzo długi. Cud, że w ogóle udało mi się wrócić do grania i dzisiaj mogę spełniać swoje marzenia.

- W Twojej głowie był plan B, gdyby ta kontuzja uniemożliwiła ci kontynuowanie kariery?
- Ja miałem wtedy 12-13 lat, jak okazało się, że kontuzja jest na tyle poważna, że będę miał problemy z powrotem na boisko. Po prostu kontynuowałem naukę, zmieniłem wtedy gimnazjum ze sportowego na państwowe. Wymagało to wielu godzin nadrobienia materiału, którego nie miałem w gimnazjum sportowym, a wynikało to z tego, że w państwowej placówce poziom szkolnictwa był dużo wyższy. Skupiłem się bardzo mocno na szkole i nie liczyłem zbytnio na to, że uda mi się wrócić do piłki. W międzyczasie uczęszczałem jednak na rehabilitację i wszystkie zajęcia, które miały na celu pomóc mi wrócić do zdrowia. Starałem się nie nastawiać zbytnio negatywnie do tego wszystkiego, natomiast  zdawałem sobie sprawę z tego, że moje marzenia z dzieciństwa mogą się nie spełnić. Na szczęście od dawna po kontuzji śladu nie ma, a ja cieszę się grą w Ekstraklasie dla Pogoni.

- Obecnie włoski kierunek jest bardzo popularny wśród polskich piłkarzy. Ty ten szlak nieco przetarłeś wcześniej trafiając do Novary Calcio. Kryje się za tym jakaś większa historia?
- Do Novary trafiłem po eliminacjach do Młodzieżowych Mistrzostw Europy do lat 17. Graliśmy turniej eliminacyjny w Szwajcarii. Pojechałem tam jako zupełny debiutant, w reprezentacji nie zagrałem w ani jednym oficjalnym meczu. Dostałem szansę w drugim i trzecim spotkaniu przeciwko Czechom oraz Izraelowi i wypadłem na tyle dobrze, że zainteresowały się mną cztery kluby. Dwa z Włoch, jeden z Hiszpanii i jeden z Niemiec. Z Włoch były to -  Novara i Napoli, z Niemiec   -Hertha Berlin i z Hiszpanii – Cornella UED, która była satelicką szkółką Espanyolu Barcelona.

Zdecydowałem się na Novarę po wcześniejszych odwiedzinach bazy szkoleniowej i przeanalizowaniu wspólnie z rodzicami warunków do rozwoju sportowego, jak i edukacyjnego. Byłem tam dokładnie rok. Przez te 12 miesięcy grałem w Primaverze i raz w tygodniu trenowałem z pierwszą drużyną, która wtedy występowała w Serie B. Po sezonie  drużyna seniorska spadła do Serie C i skutkowało to tym, że Primavera została rozwiązana. Została gra w lokalnej lidze i treningi oraz mecze w pierwszej drużynie na trzecim poziomie rozgrywkowym. Wiązało się to z trzyletnim kontraktem, który zaoferował mi klub. Wizja rozwoju z mojego punktu widzenia nie była na tyle dobra, aby tam zostawać. Zgłosiła się do taty Lechia Gdańsk, która miała na mnie całkowicie inny plan i zdecydowałem się na powrót do Polski i podpisałem trzyletni kontrakt z Lechią.

- W Primaverze spotkałeś jakichś zawodników, którzy dzisiaj są znani na całym świecie?
- Tak, grałem chociażby przeciwko Domenico Berardiemu, który później nastrzelał trochę bramek w Serie A. Rozgrywaliśmy spotkania z wielkimi markami jak Juventus, Inter, Milan. To były bardzo mocne zespoły. Paru moich kolegów z Primavery gra regularnie na poziomie Serie B i dobrze sobie radzą w młodzieżowej reprezentacji Włoch do lat 21. Występuje tam bodajże 3 zawodników, z którymi grałem w Novarze. Poziom drużyn w Primaverze był bardzo wysoki, nam akurat w tamtym sezonie poszło bardzo dobrze i  był to historyczny sezon dla Novary. Zajęliśmy 3. miejsce w grupie północnej, zaraz za Torino i Juventusem. Pamiętam, że ostatni mecz ligowy graliśmy właśnie w Turynie na boisku treningowym Juventusu. Zremisowaliśmy 1:1, gdybyśmy wygrali ten mecz, to gralibyśmy w finałach mistrzostw Włoch jako jedna z ośmiu drużyn. Mimo że się nie udało, to wynik jako całokształt był bardzo dobry, a ja osobiście wiele się nauczyłem przez ten rok.

- I wtedy wkroczyła Lechia. Pojawiło się zapytanie o Twoją osobę. Prócz drużyny z Gdańska ktoś jeszcze interesował się wtedy Adamem Buksą?
- Miałem również opcję zostania we Włoszech. Oprócz przedłużenia kontraktu w Novarze, dostałem propozycję przejścia do drużyny Primavery Udinese, natomiast nie podobał mi się pomysł na moją osobę, który zaprezentowali Włosi. Miałem być jednym z wielu zagranicznych zawodników, którzy lądują tam w szkółce. Zdecydowanie lepiej wyglądała opcja Lechii, ponieważ wiedziałem, że będę trenował z pierwszą drużyną i miał szansę posmakowania Ekstraklasy w wieku 17 lat, także była to bardzo dobra perspektywa. Miałem okazję trenować z zawodnikami, którzy albo grali w reprezentacji Polski, albo za chwilę będą w niej grać. Baza w Gdańsku jest dobra, byłem w ojczyźnie, nad morzem, w pięknym miejscu. Nie miałem więc wątpliwości, że podjąłem najlepszy wybór.

- Chciałem zapytać o te plany Lechii na Ciebie. Klub zyskał bazę po EURO 2012, w kasie klubu pojawiły się spore pieniądze, co wiązało się z dużą konkurencją w składzie. Nie bałeś się tego, że możesz się utopić w szerokiej kadrze zespołu?
- Nie, zupełnie nie miałem takich myśli. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale szedłem tam po naukę. Nie bałem się tego, że jak coś mi się nie uda, to będzie źle. W piłce trzeba podejmować ryzyko i jeżeli jest okazja zrobić krok dalej, nawet jeżeli w danym momencie wygląda to na trudne zadanie, bo mogę nie grać, będę gdzieś w tyle, to trzeba robić wszystko w tym kierunku, aby się to zmieniło. Byłem w bardzo mocno obsadzonej drużynie. Wiedziałem, że jestem wygrany na wstępie, bo same treningi z takimi zawodnikami dają bardzo dużo. Podpisałem kontrakt na trzy lata, miałem stabilną sytuację i dostałem wiadomość, że jak będę odstawał, to zawsze mogę iść na wypożyczenie. Wiedziałem, że muszę robić swoje, walczyć, a czas pokaże co z tego będzie.

- Wejście do Lechii miałeś fenomenalne. Sparing z Juventusem, w którym zdobyłeś bramkę, pierwsza bramka w Ekstraklasie w meczu z Pogonią. Ten mecz z "Portowcami" miał słodko-gorzki smak, bo oprócz bramki przytrafiła się także kontuzja, która wykluczyła cię z gry na długi okres czasu. Później trudno było wrócić do drużyny, wiemy przecież, że w klubie sporo się zmieniało.
- Zgadza się. Od momentu mojego przyjścia do Lechii przez klub przewinęło się 50-60 zawodników. Było bardzo wiele rotacji, ja w Gdańsku byłem dwa lata. Na dobre zacząłem grać po roku. W pierwszych dwunastu miesiącach zadebiutowałem w meczu z Podbeskidziem, dostałem 15 minut za kadencji trenera Machado. Później przez długi czas nie byłem brany pod uwagę, zmieniali się szkoleniowcy.

Dopiero kiedy przyszedł trener Brzęczek, to zaczynałem stawać się podstawowym zawodnikiem i pod koniec mojego pierwszego sezonu zacząłem grać. Mecze z Legią, Jagiellonią, Śląskiem Wrocław w grupie mistrzowskiej - to były przygotowania do nowego sezonu. W nowe rozgrywki wszedłem jako podstawowy napastnik. Cracovia, Lech, później pojawił się mecz z Pogonią, w którym zdobyłem swoją debiutancką bramkę w Ekstraklasie. Dwa dni przed tym meczem był sparing z Juventusem, w którym też udało mi się znaleźć drogę do siatki. Natomiast w meczu z Pogonią doznałem poważnej kontuzji, która wykluczyła mnie z gry do końca rundy.

Potem trenerem został Piotr Nowak, który miał inny pomysł na prowadzenie drużyny. Ściągnął bardzo doświadczonych graczy do formacji ofensywnych i uznałem, że trzeba szukać swojej szansy gdzie indziej, bo w Lechii to co najlepsze jest już za mną i nie mam co liczyć na dużą liczbę minut, a przecież one są kluczowe w rozwoju każdego młodego piłkarza.

- Miałeś w sobie żal, że zostałeś odstawiony na boczny tor? Nikt nie dał ci szansy ponownego zaprezentowania swoich umiejętności. Kibice w Gdańsku mówią, że klub nie miał na ciebie pomysłu i spokojnie mógł cię wypożyczyć, nawet do I ligi, a nie tak łatwo oddawać. Przecież wtedy wciąż rokowałeś na niezłego snajpera.
- Cóż, jak obaj podkreśliliśmy, w Lechii dosyć sporo się zmieniało. Zawodnicy przychodzili, odchodzili. Przyszedł trener Nowak, ściągnął braci Paixao, był Grzesiek Kuświk. Pomimo tego, że dobrze prezentowałem się w przedsezonowych sparingach, strzeliłem najwięcej bramek, to szans w Ekstraklasie w ogóle nie dostawałem. Był to dla mnie jasny sygnał, że nie jestem brany poważnie pod uwagę. Chciałem odejść, znałem swoją wartość i wiedziałem, że stać mnie na to, aby regularnie występować na wysokim poziomie. Musiałem znaleźć klub, w którym tych szans będę dostawał więcej.

- I wybór padł na Zagłębie Lubin. Piotr Stokowiec nie bał się stawiać na młodych zawodników. Klub przekonał cię ścieżką rozwoju?
- Zagłębie wtedy słynęło z tego, że stawia na młodych zawodników. Mieli taką filozofię prowadzenia klubu. W moim przypadku wszystko układało się dobrze do pewnego momentu. Pierwszą rundę po przyjściu do Zagłębia musiałem poświęcić na nadrobienie braków fizycznych, ponieważ bardzo długo w Lechii nie grałem. Trener Stokowiec informował mnie o tym, że muszę się wzmocnić i poprawić swoje parametry biegowe. Swoją szansę dostałem dopiero na sam koniec rundy, zagrałem ostatnie trzy mecze z Termaliką, Pogonią i z Piastem. Strzeliłem dwa gole i kolejną rundę rozpocząłem jako podstawowy napastnik.

Niestety już w pierwszym meczu naderwałem więzadła w stawie skokowym, nie grałem prawie miesiąc i trochę zajęło zanim doszedłem do pełnej sprawności. Z takich szans żyją konkurenci, był Martin Nespor, który wtedy wychodził w pierwszym składzie. Swoją szansę dostałem dopiero przed Młodzieżowymi Mistrzostwami Europy do lat 21, które odbywały się w Polsce. Parę bramek udało mi się zdobyć, pojechałem na Euro, na którym niestety nie zagrałem, a po powrocie z turnieju byłem już kompletnie pomijany przy obsadzaniu kadry meczowej. Sytuacja zaczęła przypominać końcówkę pobytu w Lechii, więc nadszedł czas na zmianę. Zainteresowała się mną Pogoń, do której zostałem wypożyczony, a następnie sprzedany. Jak widać, czuję się tutaj bardzo dobrze i cieszę się z tego, że mogę być częścią tej drużyny. Podpisałem trzyletni kontrakt i chcę pomóc zespołowi w osiąganiu dobrych rezultatów.

- Właśnie podsunąłeś mi bardzo ważne pytanie a propos Młodzieżowych Mistrzostw Europy . Trwają Mistrzostwa Świata, dokładnie wiemy jak zagrała nasza Reprezentacja na turnieju w Rosji. Wiele spekuluje się o tym, kto zastąpi zawodników, którzy po turnieju będą kończyć reprezentacyjne kariery. Wielu wskazywało zawodników, którzy grali na Mistrzostwach Europy do lat 21 w Polsce, tylko wtedy też wszystko skończyło się wielkim rozczarowaniem. Chyba jednak na wyrost są te prześmiewcze opinie o tamtej młodzieżowej kadrze, większość chłopaków od tego czasu zmieniła kluby i poprawiła swoje mankamenty stając się lepszymi piłkarzami.
- Oczekiwania wobec nas były spore. Turniej rozgrywany był u nas w kraju, natomiast koniec końców okazaliśmy się najsłabszą drużyną w naszej grupie, może z wyjątkiem Szwecji, z którą prowadziliśmy wyrównany bój. Natomiast zarówno Słowacja, jak i Anglia były od nas piłkarsko lepsze.

Trzeba mieć na uwadze to, że młodzi zawodnicy w wieku rozwojowym bardzo szybko zmieniają swoje mankamenty w atuty. Potrafią rozwinąć się na tyle, że w ciągu roku stają się dużo bardziej wartościowymi zawodnikami, niż byli wcześniej. Nie można więc na nastolatku stawiać krzyżyka dlatego, że w wieku 18 lat zagrał słaby turniej i odpuszczamy jego obserwacje, bo nie poczyni postępów. Młodzi zawodnicy mają to do siebie, że chcą się rozwijać, są ambitni, walczą o swoją przyszłość i trzeba dawać im szanse. Jeżeli nie zaufamy im, to nie rozwiniemy ich umiejętności i nie przekonamy się, czy to nie będzie akurat zawodnik, który w przyszłości będzie stanowił o sile pierwszej reprezentacji. To nieuniknione, że zawodnicy, którzy byli na młodzieżowym Euro, będą grali w pierwszej reprezentacji, co już ma miejsce. Kownacki, Linetty, Frankowski, Stępiński, Dawidowicz, Kapustka – wszyscy z debiutami u trenera Nawałki. Kilku już zadomowiło się w tej szerokiej kadrze, kilku na pewno jeszcze dojdzie.

- Zimą trafiłeś do Szczecina. Jakie były kulisy Twojego przyjścia? Sporo się mówiło o tym, że trener Runjaic mocno o ciebie zabiegał.
- Pierwsze zainteresowanie pojawiło się przed świętami Bożego Narodzenia. Poinformował mnie o tym mój agent i byłem przychylnie nastawiony do tego ruchu, bo wiedziałem, że Pogoń jest na fali wznoszącej, że mają bardzo dobry zespół. Co prawda mieli bardzo ciężką rundę za sobą, ale w drużynie potencjał był bardzo duży. Słyszałem, że trener jest bardzo szanowaną postacią w klubie, że wprowadził nowe zasady i metody, które zaczynają się sprawdzać. Trener Runjaic zadzwonił do mnie przed świętami, poinformował mnie o swoim zainteresowaniu i sprecyzował moją rolę w drużynie Pogoni. Szybko znaleźliśmy porozumienie i zaraz po świętach udałem się na testy medyczne do Szczecina, a po zimowej przerwie przyjechałem podpisać umowę półrocznego wypożyczenia.

- Ostatnia drużyna w Ekstraklasie nie wróżyła optymizmu i pasma sukcesów.
- Dno tabeli to nie było miejsce Pogoni. Ostatnie miejsce w Ekstraklasie nie było adekwatne do tego, co Pogoń prezentowała na boisku. Byłem wręcz przekonany, że jest to chwilowe i za moment drużyna wystrzeli w górę. W tej lidze było zdecydowanie więcej słabszych drużyn od nas i wierzyłem mocno w to, że po dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym i lepszym zgraniu drużyny zaczniemy seryjnie wygrywać. I tak też było.

- Od początku widziałeś dla siebie miejsce w pierwszym składzie? Głównym problemem Pogoni była skuteczność. To też rodziło spory hejt.  Gdy kibice zobaczyli, że przechodzisz do Szczecina to pukali się w głowę i zastanawiali jak facet, który ma zaledwie kilka bramek w Ekstraklasie ma pomóc drużynie wyjść ze strefy spadkowej.
- Nie dziwię się osobom, które miały wątpliwości związane z moim przybyciem do Szczecina, bo będąc kibicem Pogoni również bym takie miał. Ja natomiast nigdy nie wątpiłem w swoje możliwości i umiejętności. Wiedziałem, że drzemie we mnie potencjał i wiem, że mam w sobie jeszcze bardzo duże rezerwy. Żeby pokazać w pełni swoje możliwości trzeba być dobrze przygotowanym, w pełni zdrowym, mieć partnerów wokół siebie, z którymi dobrze się rozumie, trenera, który liczy na danego zawodnika oraz kibiców, którzy wspierają całą drużynę. Ja nie bałem się przyjścia do Pogoni, bo wiedziałem, że drużyna pójdzie w górę. Czułem to, oglądając spotkania pod koniec rundy jesiennej.

Co do hejtu - kibic jest niezależny, może wypisywać na forach to na co ma ochotę i ma do tego pełne prawo. Ja nie zamierzam z nikim polemizować, bratać się czy kłócić. Robię swoje w świadomości, że daję z siebie maksimum i pracuję, aby drużynie pomóc, a nie po to, aby komuś zrobić na złość.

- Z meczu na mecz się rozkręcałeś. Nie do końca też było wiadomo na jakiej pozycji widzi cię trener Runjaic. Grałeś jako napastnik, podwieszony napastnik, skrzydłowy. Gdzie ty czułeś się najlepiej?
- Nominalnie jestem wysuniętym napastnikiem, natomiast wcześniej grywałem na paru pozycjach. Byłem skrzydłowym na jednej i drugiej stronie, także cofniętym napastnikiem, więc dla mnie nie było żadnej różnicy. Wiedziałem, że trener na mnie liczy nie tylko jako napastnik, ale chociażby jako ofensywny pomocnik, bo tam zagrałem swój pierwszy mecz z Wisłą Płock i byłem ustawiony za Duncanem. Pozycja to drugorzędna kwestia, cieszę się tym, że gram.

- Twoje bramki przyczyniły się do tego, że Pogoń ostatecznie utrzymała się w Ekstraklasie. Dosyć szybko odpowiedziałeś kibicom na ten znak zapytania przy twoim nazwisku. W kwietniu zostałeś wybrany przez nich najlepszym zawodnikiem miesiąca. To było takie „od zera do bohatera”?
- To określenie jest na wyrost. Na miano bohatera zasłużyła cała drużyna, która zagrała fenomenalnie całą drugą rundę. Ja nie grałem we wszystkich meczach, przez kontuzję opuściłem kilka spotkań. Dobrze się czuję w Szczecinie, odpowiada mi styl gry preferowany przez trenera, ponieważ długo utrzymujemy się przy piłce, tworzymy zespołowe akcje od obrony do ataku grając piłką i widać, że w całej drużynie drzemie jeszcze sporo rezerw. Uważam, że możemy pójść jeszcze bardziej w górę w tym sezonie i liczę, że tak będzie.

- Kończyło się twoje wypożyczenie, w końcu pojawiały się informacje, że Pogoń prawdopodobnie wykupi cię z Zagłębia. Miałeś świadomość jak wysoka jest klauzula wykupu twojej osoby z Zagłębia Lubin? Klub ze Szczecina nie przeprowadzał takich transferów za gotówkę.
- To są ustalenia między klubami i ja nie miałem na to wpływu. Tak, jak się kluby dogadują, tak ja to muszę zaakceptować. Nie chcę się wypowiadać na temat kwoty wykupu, bo to nie jest absolutnie moja działka. Ja mogę się tylko cieszyć z tego, że Pogoń dogadała się z Zagłębiem i wykupiła mnie z Lubina.

- Jesteśmy na etapie przygotowań do nowego sezonu. Chciałem cię zapytać o budowanie tej drużyny na nowy sezon. Jako pierwsi w Ekstraklasie zdołaliście zamknąć kadrę, do Pogoni przyszli zawodnicy, którzy wyglądają bardzo solidnie. Masz wrażenie, że po ostatnim, bardzo rozczarowującym sezonie są wyciągane wnioski? Czy czujesz, że następny sezon będzie zdecydowanie inny, lepszy dla wszystkich sympatyków Pogoni?
- Bardzo na to liczymy, że ta sytuacja już nigdy się nie powtórzy. Jesteśmy bogatsi o doświadczenia z poprzedniego sezonu. Wiemy, że każdy mecz jest na wagę złota i w każdym meczu możemy rywalizować o pełną pulę. Mamy bardzo dobry zespół, przyszło pięciu bardzo dobrych zawodników, którzy dodali dużo jakości w treningach i na pewno dodadzą jej także w spotkaniach o punkty. Bardzo mocno liczę na to, że sezon rozpoczniemy dobrze i pójdziemy za ciosem w walce o najwyższe lokaty.

- Macie przedstawione przez trenera i władze klubu oczekiwania na nadchodzący sezon?
- Teraz musimy skupić się na tym, aby jak najlepiej przygotować się do sezonu. Jest to bardzo ważny okres, ponieważ praca, którą wykonamy teraz musi nam starczyć do końca grudnia, więc koncentrujemy się tylko na tym. Później przyjdą mecze, to jest sport, tutaj wszystko się może zdarzyć. Przewidywania i oczekiwania mogą być, ale one czasami mają się nijak do tego jak wygląda sytuacja. Mogą przytrafić się kontuzje, kartki. Wiele jest zdarzeń losowych, których po prostu nie da się przewidzieć. Podchodzimy do tego na spokojnie, skupiamy się na pracy i patrzymy na to, co się wydarzy. Jeżeli będziemy dobrze przygotowani - a wiem, że będziemy - to wierzę, że damy dużo radości sobie samym i kibicom.

- Czego zatem życzyć Adamowi Buksie na nadchodzący sezon?
- Zdrowia!

 

 

 


KOMENTARZE