Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

Legia Warszawa zaczyna walkę o Ligę Mistrzów. Wspominamy jej wcześniejsze próby

Autor: Andrzej Cała
2018-07-10 13:57:52

Od kiedy rozgrywki Pucharu Europejskich Mistrzów Krajowych zmieniły nazwę i formułę na Ligę Mistrzów, Legia do bram raju pukała osiem razy. Udało się tylko dwa. Nie raz odpadała w kuriozalnych okolicznościach, nie raz po prostu była wyraźnie słabsza. W tym roku są powody, by podejrzewać, że może się udać, pomimo najtrudniejszej formuły od długiego czasu.

We wtorkowy wieczór mistrzowie Polski rozpoczynają kolejną kampanię w drodze po sny, marzenia i grube, naprawdę grube miliony Euro. Żeby dostać się do wymarzonych rozgrywek Legia musiałaby pokonać aż czterech rywali w ośmiu meczach. To doskonały moment, by przypomnieć sobie jej wcześniejsze podejścia. Można będzie w ten sposób prześledzić zarazem, jak na przestrzeni niespełna 25 lat zmieniła się europejska piłka, zasady kwalifikacji i ciężar gatunkowy eliminacji.

Warto zaznaczyć, że chwilę temu Legia poinformowała, iż przeprowadzi transmisję na swoim kanale facebookowym.


1994/95

W 1994 roku Legia po raz pierwszy podjęła walkę o LM. Rok wcześniej, po aferze w ostatniej kolejce i sławetnym "cała Polska widziała", warszawski klub nie tylko pozbawiono tytułu, ale w ogóle możliwości startu w europejskich rozgrywkach. Dla wojskowych el. LM były więc powrotem na salony po sezonie 1990/91, gdy doszli aż do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów.

Niestety przygoda trwała raptem dwa tygodnie. Legia trafiła na kompletnie niedoceniany Hajduk Split, któremu uległa dwa razy - 0:1 u siebie i aż 0:4 na wyjeździe. Był to dwumecz w zasadzie kompletnie bez historii - mistrzowie Polski byli słabsi od Chorwatów w każdym elemencie gry. A Hajduk był wtedy naprawdę silny i dotarł do ¼ finału, gdzie poległ z Ajaksem Amsterdam, który ostatecznie całe rozgrywki wygrał.

No a że czasy były takie, że odpadając w el. LM, kluby żegnały się z pucharami, to "szybko przyszło, szybko poszło".


1995/96

Do dwóch razy sztuka! Ówczesny sponsor Legii, Janusz Romanowski, wyciągnął wnioski z nieudanego podejścia w poprzedniej kampanii i tym razem Legia - już naprawdę mocna - zyskała przed walką o Champions League kilku świetnych piłkarzy - m.in. Cezarego Kucharskiego, Andrzeja Kubicę czy Ryszarda Stańka.

Romanowski zaryzykował. Do dziś krążą legendy o długach, w jakie wpędził klub, ale dla kibiców to nie miało jednak wielkiego znaczenia. Liczyło się to:

Legia dostała niezwykle solidnego rywala w el. LM. Szwedzki IFK Göteborg był wówczas ekipą uważaną za europejskiego średniaka z wyższej półki - klub robił dobre wyniki w pucharach (dwa lata wcześniej był półfinalistą LM, w sezonie 1994/95 dotarł do ćwierćfinału), miał w składzie piłkarzy reprezentacji, która świetnie pokazała się na Euro 1992 i mundialu w Stanach w 1994.

Ale udało się. Dwa wygrane mecze, szatański plan Janasa, który na rewanż w Göteborgu zostawił Pisza na ławce, a który to Pisz strzelił - głową! - gola przełamującego impas Legii w rewanżowym meczu. I sławetna odpowiedź Dariusza Szpakowskiego.

Eliminacje się udały, a i start w zasadniczej fazie poszedł okazale. Legia wyszła z grupy, chociaż dorobek 7 pkt. dziś wielkiego wrażenia nie robi. Cel został jednak osiągnięty. A na wiosnę przyszedł dwumecz z Panathinaikosem - z wielu powodów mocno kuriozalny. Warszawiacy zakończyli swój udział na ¼ finału. To i tak do dziś największy sukces polskiego klubu w LM. Tyle że niewiele jest w tym temacie punktów odniesienia, a pozostaje sporo pytań, z tym jednym głównym - czy na pewno nie dało się wtedy zrobić więcej?


2002/03

Nastąpiła era dominacji Wisły. Legia dopiero w 2002 r. odzyskała, po siedmiu latach tytuł mistrza. Ale w el. LM wielkiego sukcesu zrobić nie mogła. Wyeliminowanie macedońskiego Vardaru było obowiązkiem, który zaliczono z małą podpórką (remis na własnym boisku). Potem przyszła Barcelona. Barcelona, której nijak nie można odnosić do tej wielkiej ekipy z lat kolejnych.

Legia się postawiła. W meczu wyjazdowym, ostatecznie przegranym 0:3, mogła strzelić gola, a wcale nie musiała zabierać do stolicy aż trzymbramkowego worka. Również rewanż nie był jakąś kompromitacją - 0:1 w Warszawie, w kapitalnej atmosferze, kibiców wielce nie zasmuciło. Panowała raczej myśl, że nawet jeśli Legia by strzeliła w tym dwumeczu dwa czy trzy gole, to rywale dołożyliby swoje.

Bez historii.


2006/07

Jedna z tych szans w walce o LM, którą się do dziś wspomina. Pierwszy etap to była rywalizacja z islandzkim FH Hafnarfjörður i dwa gładkie zwycięstwa - 1:0 na wyjeździe i 2:0 u siebie. Z tego drugiego meczu szczególnie pamięta się kolejnego gola Edsona, który w tym okresie miał fantastyczną passę i co chwila dziurawił siatki rywali przepięknymi strzałami z dystansu.

W decydującym etapie Legia trafiła na Szachtar Donieck. W stolicy panował umiarkowany optymizm, który został podparty całkiem przyzwoitym występem w pierwszym meczu na wyjeździe. Wojskowi co prawda przegrali 0:1, ale mieli kilka okazji, z setką Piotra Włodarczyka, na czele. Wydawało się, że rywal jest jak najbardziej w zasięgu Legii.

Początek rewanżu potwierdził te nadzieje. Legia po golu wcześniej wspomnianego napastnika wyszła na prowadzenie. Była 16. minuta i stadion na Łazienkowskiej eksplodował. Hałas z trybun dotarł do każdego zakątka stolicy.

O następnych trzydziestu minutach wszyscy chcą jednak jak najszybciej zapomnieć. Trzy ciosy Szachtara i już w przerwie było jasne, że Legia marzenia o powrocie do Ligi Mistrzów musi odłożyć na czas bliżej nieokreślony. Ostateczny wynik - 2:3 w Warszawie, tak naprawdę nie oddawał różnicy klas. Z perspektywy czasu jasnym się zdaje, że Ukraińcy włączali piąty bieg wtedy, gdy musieli, a Legia mogła tylko się temu biernie przyglądać.


2013/14

Nastała era supremacji Legii w lidze. Na początku jednak nie przełożyło się to na wyniki w Europie. Bo ta kampania była w wydaniu warszawian bardzo przeciętna. Dwa zwycięstwa z walijskim klubem The New Saints były odniesione w przeciętnym stylu. Dwumecz z Molde, który pozwolił awansować do decydującej fazy, rozstrzygnął gol na wyjeździe Dwaliszwilego oraz fantastyczna postawa w obu spotkaniach Duszana Kuciaka.

Kuciak był też bohaterem pierwszego spotkania z bukaresztańską Steauą. Remis 1:1 na wyjeździe (Legii w dodatku nie uznano, słusznie, jednego gola) zrodził ogrom nadziei, ale Bogiem a prawdą był wynikiem absolutnie nie oddającym tego, co działo się na boisku.

W rewanżu nadzieje prysły po dziesięciu minutach. Legia praktycznie sama strzeliła dwa gole i było jasnym, że wiara w awans to już tylko złudzenia. Rumuni kontrolowali mecz, gola na 2:2 pozwolili sobie strzelić sekundy przed końcem. Zabrakło armat, zabrakło pomysłu. Legia pod wodzą Jana Urbana w Europie grała futbol do bólu przeciętny, a przedłużeniem nieudanego podejścia do LM był start w grupie LE, gdzie przyszło 5 porażek i 5 meczów bez strzelonej bramki.

Bez komentarza.


2014/15

Edycja tak przykra i do dziś boląca fanów warszawskiego klubu, że ograniczymy się do raptem kilku słów. Na początku wyeliminowanie irlandzkiego St Patrick's Athletic (1:1 w Warszawie, gol Radovicia w 93. minucie, w rewanżu 5:0), a potem Celtic Glasgow - 4:1 u siebie, 2:0 do przodu w Glasgow. Fantastyczna forma, absolutna dominacja.

A potem stało się, co się stało. Bereszyński, Ostrowska i… wsio.


2016/17

Na powrót do Ligi Mistrzów fani Legii czekali 21 lat! A i tak nie obyło się bez uwag. Bo po prawdzie, warszawski klub się do elity wczołgał w męczarniach, niesiony na plecach Nemanji Nikolicia (5 z 7 goli Legii w 6 meczach eliminacyjnych).

To był awans z wielu powodów kuriozalny, a nawet absurdalny. Legia grała bardzo słabą piłkę, w lidze dołowała, w klubie był konflikt pomiędzy trenerem Hasim a piłkarzami. Tyle że był ogrom szczęścia w losowaniu, fantastyczna forma strzelecka Nikolicia i bramkarska Malarza.

Dziwny jest obrazek, gdy po tylu latach oczekiwania piłkarzy po decydującym meczu żegnają gwizdy, a wielu kibiców idzie świętować w nastrojach bardziej przypominających stypę.

Stypa przedłużyła się do połowy września, gdy Legia zainaugurowała rozgrywki koszmarem w postaci porażki u siebie 0:6 z Borussią Dortmund. To była kulminacja jednego z najdziwniejszych okresów w historii klubu. Piłkarze wyszli na boisko w ustawieniu, jakiego nie wytypowałby nawet najlepszy wróż, na trybunach doszło do awantur - to, co miało być świętem, okazało się jednym z tych dni w historii Legii, które najchętniej wymazałoby się z wszelkich kronik.

Ale potem jakoś poszło. Były dotkliwe porażki w Madrycie i Dortmundzie, za które… piłkarzy umiarkowanie chwalono. Był remis z Realem Madryt 3:3 u siebie, przy pustych trybunach. Była fantastyczna wygrana ze Sportingiem Lizbona 1:0 na sam koniec zmagań w grupie.

Trzeba przyznać, że przygoda Legii z Ligą Mistrzów w sezonie 2016/17 to był rollercoaster, który bez uszczerbku na zdrowiu przetrwali tylko najwytrwalsi.


2017/18

"Nie ma Vadisa, nie ma grania" - to tak w skrócie. Ostatnia edycja el. LM to rana, którą teraz właśnie przychodzi pora wyleczyć. Legia łatwo i przyjemnie wyeliminowała fiński IFK Mariehamn (3:0 w gościach, 6:0 u siebie) i wydawało się, że wszystko jest pod kontrolą.

Ale nadszedł dwumecz z kazachską Astaną i okazało się, że mistrz Polski bez króla środka pola - Vadisa Odjidjy-Ofoe - jest nagi. Porażka 1:3 na wyjeździe i wyszarpane po walce, ale bez wielkiego pomysłu na grę, 1:0 u siebie. Legia była w tej rywalizacji przez większość czasu kompletnie bezradna. Jej grę oglądało się z przykrością, szczególnie mając w pamięci jesień 2016 roku. Odejście przed sezonem lidera, poprzedzone wytransferowaniem Nikolicia i Prijovicia oraz bardzo kiepskimi ruchami zimą i latem 2017 roku, zaowocowało porażką, która… patrząc racjonalnie, była kompletnie do przewidzenia.


2018/19

Teraz można mieć pewne nadzieje. Co prawda droga do Legii do Ligi Mistrzów jest niezwykle długa, ale wydaje się, że klub przygotował się do niej należycie. Po pierwsze - warszawski zespół jest zupełnie inaczej zbalansowany niż rok temu. Nic nie zależy od jednego piłkarza, kadra jest szeroka.

Legia atak transferowy przeprowadziła zimą, w efekcie do zmagań o puchary przystępuje z kadrą piłkarzy zgranych, którzy proces aklimatyzacji mają za sobą. Nie odszedł nikt kluczowy, a do ekipy dołączyli Wieteska, Carlitos, Kanté - ludzie wyróżniający się w lidze, znający dobrze Polskę.

W przypadku wyeliminowania irlandzkiego Cork City, co jest po prostu obowiązkiem, Legia zmierzy się z wygranym dwumeczu Spartak Trnawa - Zrinjski Mostar. Zdecydowanie mogło być gorzej. Schody zaczną się wtedy, gdy wśród potencjalnych rywali znajdą się…

A nie, te zamartwiania i rozkminki zostawmy na później. Oby była ku temu okazja.

 

 

 


KOMENTARZE