var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Zagłębie Sosnowiec zaglebie.eu

Dariusz Dudek dla 2x45: Gdy przychodziłem do Zagłębia, mówili, że jestem kumplem do grilla. Trzeba było udowodnić, że się mylą

Autor: rozmawiał Bartosz Adamski
2018-07-22 12:03:28

Rzadko spotyka się trenerów, którzy otwarcie mówią o tym, że bardzo liczą się z głosem kibiców. Do tego stopnia, że nawet regularnie czytają fora kibicowskie. Dariusz Dudek, szkoleniowiec Zagłębia Sosnowiec, to pod tym względem fenomen. W minionym sezonie dokonał sporej rzeczy - awansował do Ekstraklasy, mimo że przejmował klub tuż nad strefą spadkową. W długiej rozmowie z 2x45 opowiada jak do tego doszło, co jest w stanie Zagłębie osiągnąć w lidze, a także o wielu innych kwestiach.

Bartosz Adamski (2x45.info): - Kazali pana pozdrowić z Wrocławia i Gliwic. W Niecieczy nie byłem, ale zakładam, że tam by było tak samo.
Dariusz Dudek:
- Bardzo mi miło, że w moich poprzednich miejscach pracy dobrze mnie wspominają. To ogromna satysfakcja, bo ciepłe słowa oznaczają, że dobrze wykonywałem swoją pracę. W każdym z tych miejsc spotkałem na swojej drodze fantastycznych ludzi, od których mogłem się wiele nauczyć. Również dzięki nim zostałem pierwszym trenerem w Zagłębiu Sosnowiec. Cieszy mnie, że ich nie zawiodłem. Udało mi się spełnić jedno z moich największych trenerskich marzeń i zostałem trenerem w Ekstraklasie. Swoją pierwszą szansę w I lidze wykorzystałem, a nie były to łatwe miesiące. Przejmowałem przecież jeden z najgorszych zespołów, ale wspólną pracą udało się awansować.

- Najczęściej powtarzana kwestia, którą o panu słyszałem: "super gość, ze świetnym podejściem do zawodników". Dlatego był pan tak długo drugim trenerem?
- Jako drugi trener dużo czasu poświęcałem zawodnikom, starałem się być zawsze blisko nich. Pomagało mi bez wątpienia to, że mam prawie 200 meczów w Ekstraklasie. Lubię rozmawiać z zawodnikami, ale przede wszystkim ich rozwijać. Pokazywałem ćwiczenia, tłumaczyłem. Sam przechodziłem przez to, co oni, dlatego łatwo było mi nawiązać z nimi takie relacje. Przede wszystkim zawsze traktuję piłkarzy w sposób szczególny. Jeśli rozumieją moją filozofię, która zakłada, że tylko ciężką pracą można coś osiągnąć, mogę być przekonany, że każdy z nich będzie się rozwijał. Moim celem jest wychowanie reprezentanta kraju. Mamy póki co kadrowiczów młodzieżówek, ale nie wykluczam, że niedługo będą oni decydować o tej seniorskiej reprezentacji. Milewski czy Puchacz mają bez wątpienia potencjał, ale czeka ich bardzo dużo pracy. Ja mam ogólnie bardzo młody zespół.

- Zajęliście drugie miejsce w Pro Junior System w I lidze w minionym sezonie.
- Czasami graliśmy nawet czterema młodzieżowcami, a zrobiliśmy awans. To pokazuje, że warto inwestować w młodzież i na nią stawiać.

- Zagłębie Sosnowiec spadło panu z nieba?
- Zdecydowanie, chociaż nie ukrywam, że miałem bardzo dobrą pracę w Termalice. Gdy otrzymałem propozycję z Zagłębia, poszedłem do pani prezes Witkowskiej i powiedziałem jej, że chcę skorzystać z tej oferty. Pierwsze dwa dni były bardzo trudne, żeby jej to wytłumaczyć, ale jestem bardzo wdzięczny Pani Prezes, że koniec końców pozwoliła mi odejść. Myślę jednak, że gdyby zgłosił się do mnie inny klub, to nie szukałbym drogi odejścia.

- Nawet gdyby propozycja pochodziła z Ekstraklasy?
- Do Ekstraklasy pewnie bym poszedł, ale z oferty klubów pierwszoligowych bym nie skorzystał, bo dobrze mi się pracowało z Mariuszem Rumakiem. Byłem jednak przeszczęśliwy, gdy dostałem propozycję z Sosnowca, bo mieszkałem tutaj, jestem honorowym obywatelem tego miasta i jest to klub bliski memu sercu. Jestem dumny, że mogę być trenerem Zagłębia. Raduje mnie, że zrobiliśmy awans w tak krótkim czasie. Podpisując umowę zakładaliśmy, że promocję uzyskamy w drugim roku.

- Trudno było zakładać awans, kiedy przychodził pan do klubu, biorąc pod uwagę waszą ówczesną sytuację w tabeli.
- Nie wiem czy to nie zabrzmi zuchwale, ale ja już na swojej prezentacji mówiłem, że zrobimy awans w tym samym sezonie. Czułem, że jesteśmy w stanie to uczynić. Widziałem pracę zawodników na boisku i wszystkich wokół. Wyróżnić trzeba także prezydenta Arkadiusza Chęcińskiego, który sprawuje nie tylko władzę nad klubem, ale i jest wielkim fanatykiem. Zostawił Zagłębiu mnóstwo swojego serca. Teraz trzeba zrobić wszystko, żeby utrzymać Ekstraklasę w Sosnowcu. To jest największe wyróżnienie, jakie może spotkać miasto w kontekście promocji. Będziemy musieli się sprężyć, bo wiemy jak trudne zadanie stoi przed nami. Po raz ostatni Zagłębie grało w Ekstraklasie dziesięć lat temu i dobrze wiemy, że ten awans nie był wygrany na boisku. Teraz pokazaliśmy, że potrafimy grać w piłkę i cieszyć się nią.

Stadion Ludowy to też kawał historii. Miasto ma w planach budowę nowej areny, a mamy już tutaj naprawdę dobre zaplecze. Ma być też hala i lodowisko. Nasza Akademia bardzo się rozwija i moglibyśmy trenować wówczas na głównej płycie obecnego stadionu, a resztę boisk odstąpić dzieciakom. Mam nadzieję, że oni w ciągu pięciu-siedmiu lat już hurtowo będą dostarczani do pierwszego zespołu. Na tę chwilę jesteśmy jednak w reorganizacji i efekty wymagają czasu. Obecnie byłoby świetnie, gdyby co rok jeden-dwóch juniorów dołączało do nas na stałe.

- Czuł pan, że propozycja z Zagłębia nadeszła w odpowiednim momencie? Był pan optymalnie przygotowany do roli pierwszego trenera?
- Tak. Już pod koniec współpracy z Mariuszem Rumakiem czułem, że nadszedł odpowiedni moment, by spróbować swoich sił. Wiedziałem, że mam kwalifikacje, by zostać trenerem nawet w Ekstraklasie. Skończyłem pięcioletnie studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach, miałem licencję UEFA PRO. Byłem też na sporej liczbie staży, w najlepszych klubach na świecie, dzięki Jurkowi. Przyglądałem się najlepszym trenerom - Benitez, Mourinho, Pellegrini. Istotną kwestią jest również, że miałem za sobą blisko 200 meczów w Ekstraklasie. Mnie takiej adrenaliny związanej z prowadzeniem zespołu brakowało. Wcześniej byłem dyrektorem akademii, w której mieliśmy 700 dzieciaków i bez presji mogłem dbać o ich rozwój.

- W pierwszym wywiadzie po podpisaniu kontraktu w Sosnowcu mówił pan, że pewnie pojawią się malkontenci, którzy będą mówić, że trenerem powinna być osoba z nazwiskiem, a nie pan. Sprawdziłem forum kibiców Zagłębia, takich opinii było sporo.
- Mnóstwo. Mówili, że jestem kumplem do grilla. Zarzucali, że nigdzie nie pracowałem, nie odbyłem okresu przygotowawczego, nic nie osiągnąłem.

- Szybko zobaczył pan, jak odpornym trzeba być na świeczniku.
- Musiałem się z tym hejtem zmierzyć. Byłem jednak na niego przygotowanym. Wiedziałem, że do jakiego klubu nie trafię, będą tak o mnie mówić. Trzeba było udowodnić, że się mylą i ja to uczyniłem, robiąc awans do Ekstraklasy. Ale nie było też tak, że pojawiały się wyłącznie opinie hejterów.

- Wiem, że regularnie czyta pan fora i strony kibicowskie.
- (śmiech) Lubię czasem zapoznać się z tym, co kibice sądzą o mnie lub naszej grze.

- Jakieś wnioski da się wyciągnąć?
- Najlepsze opinie były, jak wygrywaliśmy i wracałem do wcześniejszych komentarzy (śmiech). Całkiem serio jednak, chcę poznać zdanie kibiców na temat klubu i prowadzenia zespołu przeze mnie. Jeśli czułem, że krytyka jest uzasadniona, to brałem te opinie pod uwagę. Lubię rozmawiać z ludźmi i dyskutować.

- Sam pan też się udziela, wchodzi w polemikę?
- Nie, aż tak to nie. Nie mam na to po prostu czasu, bo siedzę od rana do wieczora w klubie. Staram się jednak czytać regularnie, choć raz zdarzyło mi się, że miałem krótką przerwę.

- Liczy się pan ze zdaniem kibiców.
- Tak, to dla mnie bardzo ważne. Pamiętam historię po meczu w Suwałkach, gdy przegraliśmy 0:1 na kiepskim boisku, gdzie nawet nie było za dużo trawy. Nie byliśmy w stanie wymienić nawet trzech podań. Było mi bardzo przykro, bo kibice musieli stracić cały dzień, by tam dojechać, a my nie wyglądaliśmy do końca poważnie na boisku, choć to nie była wina piłkarzy. Zapewniam, że nie pozwoliłbym sobie na to, by moi zawodnicy zlekceważyli jakiegokolwiek przeciwnika. Wtedy może zawiodłem ja - mogłem dobrać taktykę według hasła "bij a leć". Podszedłem po meczu do płotu do naszych kibiców i tłumaczyłem, z czego ta nasza słaba dyspozycja wynikała.

- Takie rozmowy nigdy nie są przyjemne. Padały hasła w stylu "Dudek odejdź" czy kibice mieli już wówczas zaufanie do pana?
- Bardziej kierowali pretensje w kierunku piłkarzy. Ja mam teraz spory kredyt zaufania i wydaje mi się, że kibice mnie lubią. Wiedzą, że zawsze możemy dyskutować i jeśli rozmawiamy konstruktywnie, to biorę wszystko pod uwagę. Koniec końców ja jestem odpowiedzialny za wyniki i za to, w jakim kierunku podąża klub. Mam satysfakcję, że daliśmy im możliwość jeżdżenia na mecze z najlepszymi klubami w Polsce.

- Szczerze - nie pojawiały się momenty zwątpienia, kiedy trafiliście do strefy spadkowej? Podczas prezentacji mówił pan, że chce grać z Zagłębiem w Ekstraklasie, a początek był dość brutalny.
- Ja nie miałem momentów zwątpienia, mówię to w stu procentach szczerze. Zawsze patrzę pozytywnie, z optymizmem i trudno jest mnie wybić z równowagi. Debiut był bardzo udany, bo wygraliśmy z Puszczą Niepołomice, ale zaraz potem przegraliśmy trzy mecze z rzędu, m.in. w Opolu z Odrą po najlepszym meczu, jaki mogliśmy zagrać. To był bardzo trudny moment, który mi uświadomił, jak wiele pracy nas czeka. Pojawiały się wówczas głosy, że jestem za młody, że nie potrafię przygotować zespołu.

- Najistotniejszym momentem w waszej walce o awans było przedłużenie kontraktu, gdy byliście w środku tabeli?
- Tabela była niesamowicie spłaszczona. Mieliśmy pięć punktów do przedostatniego miejsca i cztery do awansu. Prezes z przedłużeniem kontraktu trafił w dziesiątkę - w następnych pięciu meczach mieliśmy cztery zwycięstwa. To chyba wszystkim pokazało, że prezes postawił na mnie nieprzypadkowo i chwała dla niego, że mi zaufał.

- W ciągu ostatnich 15 lat średni czas pracy trenera Zagłębia to sześć miesięcy. Pan już tę barierę przekroczył.
- Zaufanie prezesa jest dla mnie niezwykle ważne, zresztą mamy bardzo dobre relacje. To również jego zasługa, że w ciągu ostatnich pięciu lat klub zanotował dwa awanse. Dziś Zagłębie to klub stabilny, poukładany. Prezes zna się na piłce, co powoduje, że z łatwością znajdujemy porozumienie. Była to bardzo trudna decyzja z jego strony, aby mnie zatrudnić, a chyba jeszcze trudniejsza, żeby przedłużyć ze mną umowę.

- Zdaniem kibiców przedłużenie kontraktu przez pana było jasnym komunikatem ze strony zarządu: "nawet nie próbujcie zwalniać trenera".
- Fajnie, że pan to wyłapał, bo to najlepiej pokazuje, że kibice mnie lubią. Trzeba wsłuchać się w to, co mówią fani, bo często są to mądre spostrzeżenia. Ja pewnie popełniłem wiele błędów, bo nie jestem osobą nieomylną. Podpowiadają mi prezes z dyrektorem Stankiem, słucham też kibiców, bo oni dużo rozumieją. Do bycia pierwszym trenerem trzeba mieć dużą pokorę, cierpliwość, wyrozumiałość, ale i ogromną odporność na stres. Trzeba nieustannie zachowywać chłodną głowę.

- Wróćmy do współpracy z Mariuszem Rumakiem. Jak to jest być asystentem trenera młodszego od siebie?
- Nie miałem z tym żadnego problemu. Czy to we współpracy z Marcinem Broszem, czy Mariuszem Rumakiem, patrzyłem wyłącznie przez pryzmat tego, jakimi są dobrymi szkoleniowcami. Zresztą często wydawało mi się, że Mariusz jest starszy ode mnie, biorąc pod uwagę doświadczenie. Był trenerem w potężnym klubie i wiedziałem, że z jego wiedzy mogę czerpać. To ogromny plus w moim CV.

- Ale zapewne myśli "ja bym to zrobił inaczej" pojawiały się.
- Ja, cytując klasyka, byłem wiecznie drugi. Przyzwyczaiłem się. Nie byłem jednak tradycyjnym drugim trenerem, potrafiłem inspirować i Marcina, i Mariusza. Wyrażałem jasno swoje opinie, a oni podejmowali ostateczne decyzje. Zawsze byłem lojalny. Na pewno nie zastąpiłbym ani jednego, ani drugiego w tym samym klubie.

- Czyli gdyby pozostał pan w Niecieczy, to odszedłby pan razem z Mariuszem Rumakiem, kiedy został zwolniony?
- Zdecydowanie. Taką sytuację przeżywałem już w Gliwicach, gdzie dostałem propozycję, ale sumienie nie pozwoliło mi, by ją przyjąć. To ma podłoże już w wychowaniu i godności, którą wpoili mi moi rodzice. Pracowałem w swojej karierze trenerskiej z bardzo inteligentnymi ludźmi i mogę się tylko cieszyć, że nasze drogi się skrzyżowały. Nigdy bym ich nie zawiódł. Podkreślałem nawet w prywatnych rozmowach z nimi, że zdecydowałbym się na samodzielną pracę tylko wtedy, kiedy dostałbym propozycję z innego klubu.

- Wpisałem w Google hasło "Dariusz Dudek".
- I co tam jest?!

- Przede wszystkim "brat Jerzego Dudka". Drażni?
- A gdzie tam, przyzwyczaiłem się. Dobrze, że tylko takie rzeczy wyskakują (śmiech).

- Były też inne, ale umówiliśmy się, że prywaty nie poruszamy (śmiech).
- (śmiech) A co do Jurka - jestem odporny. W każdym wywiadzie pierwsze pytanie pada o brata, później ewentualnie przechodzimy do mnie. Wiem, że już zawsze będą mnie do niego porównywać. Chociaż ostatnio dostaję coraz więcej sygnałów, że wychodzę z cienia brata. On już nie jest piłkarzem, ja jestem trenerem, awansowaliśmy do Ekstraklasy...

- To może niedługo tendencja się odwróci i to jego będą nazywać bratem Dariusza Dudka?
- Może (śmiech). Ja zawsze po prostu byłem dumny z Jurka, tak nas wychowali rodzice. Jeśli chodzi o jego doświadczenie, to nie mogłaby z nim konkurować zdecydowana większość polskich piłkarzy czy trenerów, o ile ktokolwiek dałby radę. Jako jeden z trzech Polaków wygrał Ligę Mistrzów. Z tego, nawet jako obywatela kraju, rozpiera mnie duma. Nie miałem problemu - i tu znowu wracamy do początku - że byłem wiecznie drugi (śmiech).


fot. zaglebie.eu

- Jest pan zadowolony z transferów Zagłębia Sosnowiec w letnim okienku? CV nowych zawodników na kolana nie rzuca.
- Jestem zadowolony. Musimy brać pod uwagę nasze realia. Jeśli byłoby nas stać na lepszych zawodników, to byśmy takich wzięli. Każdy chciałby, żeby ściągnąć polskich graczy, najlepiej młodych. Też za tym jestem, ale w tej chwili rynek działa tak, że nawet nie jesteśmy w stanie zapłacić prowizji za takich piłkarzy. Może za kilka lat, przy odpowiednim zastrzyku pieniędzy z praw telewizyjnych albo Ekstraklasy, będziemy mogli pozwolić sobie na lepszych zawodników.

- Czyli po prostu nie chcecie żyć na kredyt.
- Nie jest sztuką kupić piłkarzy doświadczonych i ich przepłacić. Po co mi jest zawodnik najedzony? Dostanie ogromne apanaże, w piłce osiągnął już praktycznie wszystko i nie chce mu się trenować. Czy ktoś taki będzie zabijał się o Zagłębie Sosnowiec? Mam duże wątpliwości. Lepiej wyciągnąć perełkę z niższych lig. Osobę, której się chce. Wolę poświęcić więcej czasu młodemu zawodnikowi i nauczyć go pewnych zachowań niż wyplenić nawyki tych bardziej doświadczonych. Jestem zadowolony z kadry, którą dysponujemy. Zresztą mówiłem zawodnikom, że jak awansują, to zostaną w klubie. Założyliśmy sobie, że wzmocnimy się trzema-czterema zawodnikami.

- To cztery transfery już przeprowadziliście (rozmawialiśmy przed pozyskaniem Michaela Heinlotha - przyp. B.A.). Koniec ruchów?
- Na teraz tak. Chcieliśmy wzmocnić rywalizację i to nam się udało. Zdajemy sobie sprawę, że patrząc na składy naszych rywali, ktoś może mieć wątpliwości, czy się utrzymamy. Ja powiem przekornie - mamy bardzo dobrych zawodników i wierzę, że każdy z nich będzie traktował Ekstraklasę na tyle poważnie, że odda swoje serce dla klubu. Czasem to znaczy więcej niż CV. Mamy dobrą atmosferę w drużynie, uważam, że jesteśmy optymalnie przygotowani do rozgrywek. W zeszłym sezonie słyszałem co chwilę głosy, że nie potrafię przygotować drużyny, a motoryką pod koniec rozgrywek odjeżdżaliśmy wszystkim i nie było po nas widać zmęczenia. No, oprócz meczu z Tychami, bo przed tym spotkaniem więcej świętowaliśmy niż się przygotowywaliśmy (śmiech).

To, jak ważny jest zespół, najlepiej było widać na minionych mistrzostwach świata. Najdalej zaszły te zespoły, które tworzyły kolektyw. Wiemy dobrze, jak skończyły Argentyna i Portugalia. Wolę mieć grupę ludzi o mniejszych umiejętnościach, ale zgraną i z charakterem, która tworzy monolit i jest dobrze poukładana taktycznie.

- Idziemy po kolei - Junior Torunarigha. Trafił do Sosnowca z czwartej ligi niemieckiej. Na co go stać? To jest zawodnik do pierwszego składu?
- Bardzo silny, dobrze zbudowany zawodnik...

- Miałem nawet okazję przekonać się o tym przed chwilą na parkingu. Do ułomków nie należę, ale Torunarigha robił wrażenie posturą.
- W pierwszym momencie można pomyśleć, że jest koszykarzem. Sądzę, że to jest dobry zawodnik, mimo że grał ostatnio na czwartym poziomie w Niemczech. Chcemy wyłapywać takich obiecujących, nawet anonimowych zawodników, i pozwalać im  się rozwijać, żeby w końcu mogli pokazać klasę. Może w przyszłości będziemy mogli na nich zarobić.

- Torunarigha ma już 28 lat, więc może być ciężko cokolwiek za niego dostać.
- Był jedną z perełek, które można wyciągnąć za niewielkie pieniądze. Akurat o jego osobę się nie obawiam. Jestem przekonany, że prędzej czy później wywalczy sobie miejsce w podstawowej jedenastce. Mam już jakiś zarys pierwszego składu, ale mamy mocną rywalizację.

- Dejan Vokić - 14 meczów w lidze słoweńskiej w minionym sezonie. Bez gola, bez asysty. Wcześniej też niewiele grał.
- Zacznę od tego, że chcieliśmy młodych Polaków, ale nie byliśmy w stanie dać im kontraktów, jakich oczekują.

- Nie byliście w stanie wyjąć wyróżniających się zawodników z I ligi?
- Nie. Pięciu najlepszych, czyli tych, których chcieliśmy pozyskać, było poza naszym zasięgiem. Nie chodzi o sam kontrakt dla zawodnika, ale i o prowizje menedżerskie. Wytypowaliśmy sobie grupę pierwszoligowców, których chcielibyśmy pozyskać, ale szybko nas rynek zweryfikował.

Co do Dejana - uważam, że jesteśmy w stanie wytransferować go za jakiś czas za dużo większe pieniądze niż te, za które go pozyskiwaliśmy. To jest młodzieżowy reprezentant kraju.

- To w czym zatem tkwił jego problem, że tak niewiele grał?
- Może nie miał dobrego trenera? W kwestii Vokicia mogę podać nawet przykład Calluma Rzoncy. Wzięliśmy go z szóstej ligi angielskiej, a grał w podstawowym składzie u nas w I lidze. Był niejako naszym talizmanem - gry pojawiał się na boisku, to praktycznie zawsze wygrywaliśmy. To pokazuje, że nie myliliśmy się, podpisując z nim kontrakt. A dużo pisało się przecież o tym, że bierzemy odpady z rozgrywek amatorskich w Anglii.

- Pojawiają się głosy, że jesteście kadrowo najsłabsi w lidze.
- Niech sobie wszyscy mówią, co chcą. Mówi się tak o nas dlatego, że nie mamy zawodników "najedzonych".

- Bartłomiej Babiarz, Tomasz Nowak, Piotr Polczak. Widzę trzech doświadczonych.
- Oni rzeczywiście w Ekstraklasie sporo pograli, ale biorąc pod uwagę całą kadrę, to większość w Ekstraklasie nie wystąpiła. Zobaczymy, jakie będą o nas głosy za rok. O mnie też mówiono, że nie nadaję się na trenera, a dziś jesteśmy w Ekstraklasie. Tylko boisko jest w stanie nas zweryfikować.

- Zazdrości pan Marcinowi Broszowi poprzedniego sezonu?
- Nie, bo nie mam czego. Pracowałem z nim cztery lata, po cichu liczyłem, że będzie nowym selekcjonerem reprezentacji. To bardzo dobry człowiek, ale przede wszystkim fachowiec. Nie dziwię się, że z Górnikiem osiągnął taki wynik. Podobnie zresztą było w Gliwicach.

- Zagłębie może mieć w ogóle na ten sezon inny cel niż utrzymanie?
- Utrzymanie to dla nas priorytet, choć zarząd czy prezydent Sosnowca żadnych celów nam nie stawiali. Ja jestem ambitnym trenerem i to, że mogę zadebiutować w Ekstraklasie jest spełnieniem jednego z moich marzeń. Dlaczego mamy nie marzyć dalej? Nie lubię porównań z Górnikiem Zabrze, ale dlaczego mamy nie pójść ich drogą? Jesteśmy ambitni i chcielibyśmy mieć spokojne ostatnie siedem kolejek. Zresztą nie zapominajmy, że im wyżej będziemy w tabeli, tym więcej zarobi klub, a co za tym idzie - zawodnicy.

- To tak na koniec - rozmawiamy w dniu ogłoszenia Jerzego Brzęczka jako nowego selekcjonera. Dariusz Dudek podąży tą samą drogą?
- Dla mnie to znak, że trzeba po prostu solidnie pracować. Ja zostawiłbym na stanowisku trenera Nawałkę. Wolałbym, że odbyło się to na takiej zasadzie jak w Niemczech - zmieniamy piłkarzy, ale zostawiamy selekcjonera. Wywodzę się ze szkoły trenerów PZPN, jestem przedstawicielem polskiej myśli szkoleniowej, z czego często ludzie się śmieją. Przykład Jurka Brzęczka pokazuje, że nie wiadomo, co może nas w życiu spotkać. Ja jednak twardo stąpam po ziemi. Teraz jestem trenerem, a po pięciu kolejkach mogę być na bruku. Jak będę dobrze pracował, to praca się sama obroni.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie