Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: Mateusz Czarnecki

Wszystkie grzechy reprezentacji Polski na mundialu w Rosji. Dlaczego było aż tak słabo?

Autor: Mateusz Kasowski
2018-07-29 12:02:17

Minął już miesiąc od momentu, gdy z mundialem pożegnała się reprezentacja Polski, sam mundial również został zakończony dwa tygodnie temu. Nasi piłkarze wrócili do klubów po wakacjach, a emocje kibiców zdecydowanie opadły. Można więc z perspektywy czasu przeanalizować co poszło nie tak. Do kilku ciekawych wniosków udało nam się dojść.

Wydawało się, że sprawdzony schemat - najpierw wspólne wakacje z lekkim treningiem w Juracie, a następnie ostre przygotowania w stałej bazie w Arłamowie, podobnie jak przed mistrzostwami Europy 2016 zaprocentują na turnieju. Tym razem było jednak inaczej. A wszystko co złe zaczęło się już przeszło pół roku temu, zaraz po wywalczeniu awansu na czempionat.

***

USTAWIENIE

Polska reprezentacja od dłuższego czasu grała w tradycyjnym systemie 1-4-4-2 bądź 1-4-5-1, zwanym według Narodowego Modelu Gry 1-4-3-3, na papierze przedstawiającym się z kolei jako 1-4-2-3-1. To był stały element naszej kadry i ostatnio nikt nie próbował ingerować w to ustawienie. Podobnie przez cztery lata było z Adamem Nawałką.

Pod koniec zeszłego roku nasz selekcjoner postawił jednak poeksperymentować. Wiedzieliśmy, że czeka nas dość istotny mecz z Urugwajem (istotny dlatego, że pierwszy od dawna z rywalem spoza Europy) i dostaliśmy wówczas informację, że będziemy testować ustawienie z trójką obrońców. Od początku można było zakładać, że trudno będzie to zaadaptować na nasze reprezentacyjne warunki. W ustawieniu tym na co dzień grywał tylko Kamil Glik i to dawno temu w Torino.

Spotkanie z Urugwajem nie wyszło, i to trzeba przyznać jasno. Choć w obronie udało nam się zatrzymać osamotnionego Edinsona Cavaniego, to w ataku nie pokazaliśmy kompletnie nic. Pierwszy sprawdzian wyszedł więc generalnie na minus, choć nie powodował jednak, że z marszu odstrzelimy manewr z trójką stoperów.

Trener Nawałka chyba zbyt mocno wziął sobie do serca słowa selekcjonera reprezentacji Danii, Age Heraide, który stwierdził, że Polacy są łatwi do rozszyfrowania. Nasz szkoleniowiec stwierdził więc, że aby być mniej przewidywalnym, warto szachować ustawieniem na wszelkie strony. Chyba jednak nie do końca zrozumiał o co chodziło norweskiemu trenerowi, a z pewnością nie chodziło o wywracanie gry do góry nogami.

W marcu czekały nas kolejne mecze i po raz kolejny wychodzimy z trójką obrońców. Po co? Tego nie wie nikt. Selekcjoner zdecydował jednak, że skoro rozpoczął ten wariant, to za wszelką cenę go doszlifuje, mimo że nie trafialiśmy do siatki. Niemal każdy oczekiwał, że szkoleniowiec wróci w końcu do naszego podstawowego zestawienia i zacznie doskonalić to w dwóch ostatnich meczach.

W końcu na kilka dni przed mistrzostwami wychodzimy czwórką obrońców i mecz z rezerwami Chile wypadł przyzwoicie w aspekcie ofensywnym, a przecież głównie o to chodziło. W meczu z Litwą natomiast znów wróciliśmy do ustawienia 1-3-5-2.

Straciliśmy więc pięć z sześciu spotkań towarzyskich na to, żeby stosować ustawienie, do którego nie mieliśmy odpowiednich zawodników, predyspozycji i nawet przekonania, co było widać po zawodnikach. O ile można na siłę zrobić wahadłowych z Łukasza Piszczka, Macieja Rybusa, czy Bartosza Bereszyńskiego, tak czemu miał służyć obrońca Borussii na środku obrony? On sam chyba przyjął to jako nieporozumienie. I trudno się dziwić. Wydawałoby się, że to naturalny wahadłowy, ale przywiązany do nazwisk Adam Nawałka miał swoją inną wersję.

Do tego nasza reprezentacja nie posiada ofensywnych pomocników. Jedynym naturalnym jest Piotr Zieliński, ale ani Jakub Błaszczykowski, ani Kamil Grosicki, ani Dawid Kownacki, ani Arkadiusz Milik nie są stworzeni do gry na tej pozycji. Selekcjoner pozostał jednak nieugięty. Można było tę pozycję załatać, ale dziwnym trafem selekcjoner przez cały czas upierał się, że Adrian Mierzejewski nie pasuje mu do koncepcji. Innych zawodników kreatywnych, potrafiących zrobić przewagę na poziomie reprezentacyjnym nie widzimy, a właśnie piłkarzy o takiej specyfikacji wymaga ustawienie z dwoma ofensywnymi pomocnikami. Adam Nawałka nawet jednak na brylującego w australijskiej lidze Mierzejewskiego nie spojrzał.

W zasadzie zrezygnowaliśmy również ze skrzydłowych, czyli naszej głównej broni w dotychczasowych meczach. Rozsądne wytłumaczenie? Brak.

***

POWOŁANIA

W kwestii nazwisk trener Nawałka jest konserwatystą i listę 23 zawodników w większości można było łatwo trafić. Mundialowym zaskoczeniem był tylko brak Krzysztofa Mączyńskiego.

Oczywiście musiało znaleźć się też miejsce dla stałych bywalców, takich jak Thiago Cionek, czy Sławomir Peszko. O ile wybór Brazylijczyka jeszcze mógłby być w miarę wytłumaczalny, bowiem zaliczył niezły sezon w Serie A, a nasza obrona wyglądała marnie, tak powołanie zawodnika, który nie zachwycał nawet w naszej Ekstraklasie było po prostu przesadzone. Mówienie o nim jako o "zadaniowcu" powoduje tylko śmiech.

Nic dziwnego, że w mediach od razu pojawiły się głosy, że jest tylko i wyłącznie od robienia atmosfery i z racji domniemanej przyjaźni z Robertem Lewandowskim. Pojechał, bo nie mieliśmy skrzydłowych? Dwa lata temu jednym z odkryć naszej reprezentacji został Bartosz Kapustka. Aż prosiło się, by ponownie zabrać jakiegoś młodego zawodnika, a kandydatur było kilka, m.in. Sebastian Szymański. Pomocnik Legii waży 58 kg i to według niektórych główny problem. Jednak Kapustka dwa lata temu ważył dwa kilogramy więcej i nie miał problemów w walce z Irlandczykami z północy. A jego przebojowość i pomysł na grę mógłby dać dużo więcej niż rzekome „doświadczenie”, które było przewagą Peszki. Jak sam mundial jednak pokazał, zawodnik Lechii Gdańsk wszedł na kilkanaście minut w meczu z Japonią w niewiadomym celu. A cały turniej na ławce przesiedział za to Linetty.

***

POLSKA - SENEGAL

To prawdopodobnie najgorszy mecz reprezentacji Polski za kadencji Adama Nawałki. Nie liczymy 0:4 z Danią, gdyż wtedy było widać gołym okiem, że „Biało-czerwoni” trafili na słabszy dzień, a Duńczycy z kolei zagrali fantastycznie. Dlatego uważamy, że zdecydowanie gorzej wypadliśmy na otwarcie mistrzostw świata, gdy nasi zawodnicy nie zrobili kompletnie nic, żeby wygrać. Mało tego. Zrobili wiele, by przegrać.

Zacznijmy więc od ustawienia. Przez większość meczów towarzyskich testowaliśmy ustawienie z trójką obrońców. Tymczasem na Senegal wychodzimy czwórką. Po co więc było tracenie sparingów na granie systemem, który i tak nie był przydatny?

Do tego w przerwie zmiana Kuby Błaszczykowskiego, a za niego wchodzi Jan Bednarek. Za ofensywnie grającego skrzydłowego wchodzi stoper. Selekcjoner Nawałka zdecydował się na nagłą zmianę systemu, bo... nie zabrał rezerwowych skrzydłowych. Po przerwie graliśmy jednak dużo lepiej. W pierwszej połowie sytuacja była tragiczna. Nie istniał kompletnie nikt, jedynie Michał Pazdan robił swoją robotę w obronie. Akceptowalnie wyglądał Maciej Rybus.

A zawiedli właśnie ci, na których najmocniej liczyliśmy. Wojciech Szczęsny miał dać pewność, tymczasem popełnił wtopę, Grzegorz Krychowiak dał się kompletnie stłamsić, Piotr Zieliński nie wychylił głowy poza swoją pozycję, koszmarnie wyglądała prawa strona z Łukaszem Piszczkiem i Jakubem Błaszczykowskim. Tej pary w tak kiepskim stanie nie spodziewał się nikt. Kompletnie nic nie zrobił też Robert Lewandowski, a apogeum nieudolności osiągnął Arkadiusz Milik. Snajper Napoli nadawał się do zmiany już po dziesięciu minutach.


BRAMKI

0:1 – Zaczyna się od wręcz niewyobrażalnej sytuacji, w której w dość prostej walce o piłce Łukasz Piszczek po starciu z rywalem na środku boiska wywraca się i odkrywa całą flankę Mbaye'owi Niangowi. Senegalczyk chwilę później bardzo łatwym zwodem wybija z rytmu biegowego Grzegorza Krychowiaka, podaje do środka do Sadio Mane i sam ucieka na prostopadłą piłkę, ciągnąc za sobą gracza West Bromwich Albion. Najciekawsze dzieje się później. Piłka trafia na 25. metr do Idrissy Gueye. Gracz Evertonu jest kompletnie niepilnowany, a w odległości kilku metrów od niego znajduje się pięciu Polaków. Nie ruszył jednak z asekuracją ani Piotr Zieliński, ani Maciej Rybus, ani Thiago Cionek, ani wracający Łukasz Piszczek, a wyskoczył mający najdalej Michał Pazdan, który ofiarnym wślizgiem próbował ratować sytuację. Ostatecznie strzał okazał się słaby, ale z pomocą orzybył Thiago Cionek, który skierował ją do własnej bramki, kompletnie myląc Wojciecha Szczęsnego. Utarło się, że to był pechowy "samobój", ale dlaczego Cionek był skierowany w stronę bramki? To spory błąd w ustawieniu.


Kluczowy moment mistrzostw

0:2 – Senegalczycy wybijają w końcu piłkę do przodu. Dopada do niej Grzegorz Krychowiak i w niezrozumiały sposób wycofuje w stronę Wojciecha Szczęsnego. Jan Bednarek asekuruje piłkę, by ta dotarła do pierwotnego adresata, a w międzyczasie na boisko zza linii bocznej wbiega Mbaye Niang, który na pełnej szybkości ubiega Szczęsnego i spokojnie biegnie w stronę bramki. Wina rozkłada się na trzech zawodników, a sugerowanie kto popełnił większy błąd jest bez sensu. Gdyby bowiem którykolwiek z nich zachował się tak jak trzeba było, gola by nie było. Jeżeli Krychowiak przed próbą zrobienia czegokolwiek by pomyślał, jeżeli Bednarek zamiast czekać na Szczęsnego, wykopałby futbolówkę poza boisko, oraz jeżeli Szczęsny zostałby w bramce, choć tutaj akurat nie ma „pewniaka”, choć zdecydowanie zwiększyłoby szansę na skuteczną interwencję Bednarka. Tak więc, rozstrzyganie kto zawalił bardziej jest jak drukowanie białej kartki. Można, ale po co?

1:2 – Świetne dośrodkowanie Kamila Grosickiego z rzutu wolnego, a w polu karnym najpierw świetnie uniknął spalonego, a potem doskonale wyskoczył do piłki Grzegorz Krychowiak. Stojąc na pozycji spalonej, zrobił szybkie dwa kroki do tyłu, a następnie wyrwał w kierunku bramki, kompletnie gubiąc krycie Molli Wague. Na koniec pewnie przymierzył w długi róg.

Trzeba zaznaczyć, że Polska niemal w każdym aspekcie zagrała tragiczny mecz. Liczbowo oczywiście nie wygląda to tak źle. Mieliśmy 57% posiadania piłki, wykonaliśmy 552 podania, z czego 483 dokładne, przebiegliśmy 110 kilometrów przy 107 Senegalczyków. Dodatkowo Afrykanie aż 38 razy wybijali piłkę. Co jednak z tego, skoro większość podań wymieniali między sobą obrońcy.

Senegalczycy nie biegali dużo, bo nie musieli. Grali dość nisko ustawieni, a Polacy nawet musząc gonić wynik, zamiast rzucić się rywalom do gardeł, „klepali” sobie w obronie. Zabrakło też głębiej schodzącego Grzegorza Krychowiaka, który często długim podaniem rozpoczynał nasze akcje ofensywne. Zdecydowanie najwięcej kontaktów z piłką w naszym zespole zaliczył Michał Pazdan, drugi w zestawieniu był Thiago Cionek, co doskonale obrazuje, że Polacy zapomnieli przyjechać na ten mecz. Podawał bowiem do stopera Legii 18 razy, ten z kolei odwdzięczał się tym samym 14 razy. Jeszcze bardziej bolesna jest liczba podań urodzonego w Kurytybie obrońcy do bramkarza. Wynosi ona sześć passów. Dla porównania Michał Pazdan tylko raz cofał piłkę do golkipera Juventusu

Najwięcej w naszej drużynie przebiegł Piotr Zieliński. Zarówno z piłką, jak i bez niej. Ciekawe są dokładne statystyki biegowe. Przy prędkości 0-7 km/h, nie licząc Wojciecha Szczęsnego, najwięcej pokonanego dystansu zanotował Robert Lewandowski. Dla porównania, 6 km/h to prędkość zwykłego chodu. Nasz kapitan 70% czasu na boisku spędził spacerując. Z kolei najwyższe prędkości najczęściej rozwijał Bartosz Bereszyński. Zawodnik, który wszedł więc z ławki na ostatnie dziesięć minut. Najwięcej sprintów zanotowali za to Maciej Rybus i Kamil Grosicki, co pokazuje jak ogromna różnica była między naszą prawą, a lewą stroną, co dokładnie jest też obrazowane przez heatmapę.

I na koniec prawdziwy rodzynek - Arkadiusz Milik. 58% skuteczności podań. Na 26 wykonanych zaledwie 15 znalazło adresata. Dodatkowo zaledwie jeden pojedynek wygrany i osiem strat. Na to aż brakuje komentarza.

***

POLSKA - KOLUMBIA

To kolejny mecz walczący o miano najgorszego za kadencji Adama Nawałki. Mimo że wynik dużo gorszy niż w spotkaniu z Senegalem, zdarzały się chwilowe przebłyski, jednak fatalne błędy w obronie zadecydowały o tym, że wynik był jaki był.

Od razu selekcjoner stwierdził, że skoro reprezentacja Polski w meczu z Senegalem ciut mniej żałośnie wyglądała w drugiej odsłonie, w grze trójką obrońców, trzeba tak zacząć kolejny mecz. To zgubne myślenie szybko zostało zweryfikowane przez Juana Quintero i Jamesa Rodrigueza, którzy spokojnie mogli rozgrywać piłkę na obydwie strony, gdzie jak określił później Maciej Rybus: „Nie wiedzieliśmy co mamy robić”. Absolutnie nie mamy zamiaru krytykować obrońcy Lokomotiwu, bowiem na boisku również było widać, że to nie tylko puste słowa.

To, co nasi zawodnicy wyczyniali na boisku, wyglądało mniej więcej tak, jakby jedynym zwolennikiem grania trójką obrońców był tylko i wyłącznie selekcjoner. Wykorzystywała to cała ofensywna linia Kolumbii, wchodząc praktycznie jak w masło. Większość akcji i tak zatrzymywała się na strefie defensywnej, ale kompletnie nie istniała nasza środkowa formacja. Środek pomocy i wahadłowi byli niesamowicie zagubieni. Do teraz można się zastanawiać, czy jeszcze gdzieś na Kazań Arena nie został jeden z „Biało-czerwonych”.

Jacek Góralski wprowadził w środkową formację sporo walki, ale co z tego skoro będący obok niego Grzegorz Krychowiak myślami był na Wiejskiej w swoim sklepie. Ponownie kompletnie nie istniał Robert Lewandowski. Dawid Kownacki i Piotr Zieliński sprawiali wrażenie, jakby spóźnili się na odprawę albo kompletnie ich granie pominął Adam Nawałka. Kolumbia miała większe posiadanie piłki, więcej strzałów, więcej dryblingów, więcej podań.

Co jest bardzo ciekawe, gracze Jose Pekermana mieli o wiele większy procent dokładnych podań, a to było spowodowane ilością ruchu. Choć Kolumbijczycy łącznie przebiegli zaledwie kilometr więcej, biegali przede wszystkim do piłki, nie bali się wychodzić na boisko, brać piłki na siebie, zagrywać do nogi.

Z kolei Polacy biegali niewiele mniej, jednak głównie zachowywali się jak dzieci w monopolowym. Biegali troszeczkę bez celu. Doskonale obrazuje to statystyka podań. W reprezentacji Polski zdecydowanie najwięcej podań wymienili środkowi obrońcy. W ekipie Kolumbii Rodriguez, Quintero i Cuadrado.

Co z tego, że wyglądaliśmy nieźle w defensywie, gdzie stoczyliśmy więcej wygranych pojedynków, zaliczyliśmy więcej wybić i przejęć, skoro w grze ofensywnej nie istnieliśmy wcale.


BRAMKI

0:1 – Błąd Jana Bednarka, który kompletnie zagubił się w polu karnym, gdy za jego plecami na wysokość czwartego piętra wyskoczył Yerry Mina. Ten jednak został kompletnie odpuszczony przez Grzegorza Krychowiaka. Wszystko zaczęło się od krótkiego rozegrania rzutu rożnego, gdy James Rodriguez zagrał do Juana Cuadrado. Już w tym momencie nasi zawodnicy jakby zapomnieli o istnieniu gwiazdora Bayernu, co wykorzystał Juan Quintero, podając do nogi Jamesa, a ten mając kilka metrów wolnego miejsca, mięciutko wrzucił piłkę w pole karne.

Wrzutka na długi słupek, gdzie najwyżej wyskoczył Yerry Mina, a w trakcie lotu piłki Jan Bednarek przesuwał się do przodu, co było koszmarnym błędem. Nie miał również żadnych szans zdążyć do niej Wojciech Szczęsny, który siłą rzeczy (naturalne ustawienie bramkarza) był bliżej krótszego słupka. Znajdujący się na czwartym metrze niepilnowany Mina tylko dołożył głowę.

0:2 – Między dwóch naszych zawodników wszedł Cuadrado. Wtedy jeszcze byliśmy dobrze ustawieni, jednak w ciągu chwili pomieszało się dosłownie wszystko. Falcao przegrał piłkę do boku i od razu uciekł, oczekując podania „w uliczkę”. Dwa metry za nim biegł Grzegorz Krychowiak. Minimalny plus za to, że asekurował wychodzącego Michała Pazdana, jednak to co zrobił później było piłkarskim kryminałem.

Piłka znów znalazła się w środku pola, a przy bocznej strefie stało dwóch kluczowych w tej sytuacji zawodników: Michał Pazdan, który już dawno powinien włączyć radar w poszukiwaniu Falcao i Jacek Góralski, który powinien zaatakować Juana Quintero. Gracz River Plate zagrał po prostu prostopadłą piłkę do Falcao, a ten dopełnił formalności.

Ale postawa Grzegorza Krychowiaka była tragiczna. Pomocnik biegł od początku akcji za Falcao, jednak niespecjalnie się spieszył. W momencie, gdy snajper Monaco przyjmował już piłkę, wykonał ruch do przodu, jakby chciał złapać doświadczonego napastnika na spalonym, a potem nie chciało już mu się ruszyć, żeby wywrzeć na nim jakąkolwiek presję. 54 spotkania w narodowych barwach i brak podstawowej zasady, którą znają nawet żaki w najmniejszych regionalnych klubach, czyli jeżeli kryjemy, to od swojej bramki.

0:3 – Znowu kiepski pressing Krychowiaka, który naciskał przeciwnika, będąc trzy metry od niego. Dodatkowo był obok niego, ponownie więc pressował go w taki sposób, by ten miał otwartą drogę w kierunku bramki. James zagrał piękne podanie na wolne pole do Juana Cuadrado, któremu ścieżkę wskazał Maciej Rybus, kompletnie olewając zawodnika Juventusu. W momencie, gdy James wykonywał podanie, zawodnicy byli mniej więcej na równi. Gdy Cuadrado przyjmował futbolówkę, obu panów dzieliło około dziesięciu metrów różnicy. Dodatkowo półlewy środkowy obrońca, Michał Pazdan tak bardzo chciał skrócić pole gry, że znalazł się 30 metrów od linii bocznej z drugiej strony, zostawiając Cuadrado wiele wolnego miejsca. Wojciech Szczęsny mógł tylko czekać na pytanie swojego klubowego kolegi, z której części bramki chciałby wyciągać piłkę.

***

POLSKA - JAPONIA

Tego meczu nie ma kompletnie sensu analizować. Wszelkie dane statystyczne są bez znaczenia z uwagi na tempo rozgrywania tego meczu. Jednak nawet mimo tego, Japończycy na początku spotkania sprawdzili Łukasza Fabiańskiego. Doskonałym obrazkiem tych mistrzostw w wykonaniu „Biało-czerwonych”, jest reakcja Kamila Grosickiego po świetnej interwencji Kawashimy, po jego bardzo dobrym strzale głową.

Można powiedzieć, że obudził się Grosicki, który miał bardzo ważny udział niemal przy każdej dobrej akcji ofensywnej naszego zespołu. Jan Bednarek pokazał pewność i świetne operowanie nogą, tym razem bez żadnej wtopy. Świetnie spisywał się Łukasz Fabiański, przebłyski notował Piotr Zieliński, jednak on nie jechał na mistrzostwa, żeby pokazać kilka ładnych zagrań, tylko zostać reżyserem gry.

Tak naprawdę cały efekt zepsuło ostatnie dziesięć minut w wykonaniu Japonii, a także reprezentacji Polski. Niski pressing pozostanie praktycznie na zawsze w satyrycznym słowniku. Tak się po prostu nie gra. A rozkładanie rąk przez spacerującego Roberta Lewandowskiego wyglądało tak samo żałośnie, jak nakaz Nawałki, by Kamil Grosicki udawał kontuzję. Japończycy grali tak, jak im pasowało. To, że było kompletnie niezgodne z duchem gry stało się poboczną sprawą.

Narzekaliśmy na naszych, że we wcześniejszych spotkaniach byli słabo przygotowani fizycznie, mało biegali itd. W spotkaniu z Japonią przebiegli 80 kilometrów, podczas gdy w spotkaniu z Kolumbią przekroczyli 100. To wynik poniżej wszelkie krytyki. To nie był mecz piłkarski, tylko kabaretowy skecz. Na myśl przychodzi tylko jedno: Kabaret Młodych Panów podczas skeczu „Muzyczny Trójząb Neptuna” parodiując zespół muzyczny mówi o swoich dokonaniach: „Rozganialiśmy już publiczność po U2, po Madonnie, po McCartneyu”. Tak samo zrobiła to reprezentacja Polski we wspólnym wystąpieniu z Japończykami. Zaprezentowali taką piłkę, jakby chcieli wszystkich kibiców wygonić do piwnicy, żeby już nigdy nie przeszło im przez myśl oglądanie jakiegokolwiek sportowego spotkania.


BRAMKA

Piękne dośrodkowanie z rzutu wolnego Rafała Kurzawy idealnie na zewnętrzną część stopy Jana Bednarka. Ten tylko dopełnił formalności. To pokazało niesamowicie ułożoną lewą nogę byłego już piłkarza Górnika Zabrze. Tak dokładne dośrodkowanie z tego akurat miejsca, będącego jeszcze środkową strefą boiska jest do prawdy majstersztykiem. Tuż nad głową Roberta Lewandowskiego. Świetnie też przewidział tor lotu piłki gracz Southampton. Wielu zawodników czekałoby bowiem aż futbolówka minie Lewandowskiego, a młody stoper był przyszykowany na to, że snajper Bayernu nawet nie tknie piłki i przygotowywał ustawienie nogi.

***

ZAWODNICY

Wojciech Szczęsny – Nie ma szczęścia do dużych turniejów. Rozpoczął Euro 2012 w bramce, jednak zawalił mecz z Grecją, gdzie spowodował rzut karny i został ukarany czerwoną kartką. Dwa lata temu we Francji po dobrym spotkaniu z Irlandią Północną doznał kontuzji i w kolejnych meczach bronił Łukasz Fabiański. Wydawało się, że do trzech razy sztuka, ale boisko szybko to zweryfikowało. Choć trzeba przyznać jasno, że w pewnym sensie stał się kozłem ofiarnym. Nie notował spektakularnych interwencji w meczu z Senegalem, bo i nie miał ku temu okazji. Zaliczył jednak 33% udziału w bramce na 2:0 dla Afrykanów bezsensownie wybiegając na 40. metr do piłki, widząc, że nie ma szans do niej zdążyć. W gruncie rzeczy nie miał co robić. W dwóch meczach zanotował jedną skuteczną interwencję, a patrząc na resztę bramek straconych przez nasz zespół, przy żadnej nie miał nic do powiedzenia. Nie można na niego zrzucać odpowiedzialności za gola Yerry'ego Miny. Dobrze się ustawił, a że kompletnie zaspał Jan Bednarek, nie miał też żadnej asekuracji i wieżowiec z Barcelony mógł wbić piłkę do pustej siatki. Golkiper Juventusu nie miał prawa dosięgnąć tej świetnie zagranej piłki.

Łukasz Fabiański – Japończycy sprawdzili go trzykrotnie, później już jednak na wielkim luzie mógł polać sobie drinka z palemką i się odprężyć, gdy Azjaci nawet nie próbowali przekraczać własnej połowy. Był bardzo pewny, dobrymi interwencjami podniósł morale bloku defensywnego. Co miał zrobić, to zrobił. Udowodnił też swoją wartość.

Łukasz Piszczek – Do tej pory szokuje występ Łukasza Piszczka przeciwko Senegalowi. Tak słabego obrońcy Borussii Dortmund nie widzieliśmy jeszcze nigdy. Zawsze bazujący na swojej naturalnej wydolności, normalnie robiłby co chciał z Sadio Mane. Tymczasem Mane biegał po całym boisku, nie do końca przekonując swoją grą, a Piszczek nie potrafił się odnaleźć. Wyglądał jakby ktoś wyrwał go nagle z pięcioletniego siedzenia na tyłku w domu z piwem w ręku i kazał grać na mistrzostwach świata. Zaliczył trzy pojedynki w obronie i wszystkie przegrał. Miał ogromny udział przy pierwszym straconym golu. Nie zanotował żadnego faulu, żadnego wygranego pojedynku, pokonał w tym spotkaniu nieco ponad pięć kilometrów, wykonał również 41 sprintów, które nie zdały się na nic.

Bartosz Bereszyński – Wszedł w samej końcówce meczu z Senegalem i niewiele był w stanie jeszcze zrobić. W drugim meczu dostał szansę w pierwszym składzie, dużo biegał, walczył, jednak niewiele z tego wynikało. Spodziewaliśmy się po nim czegoś innego, ale też trudno było oczekiwać, że nagle stanie się wahadłowym z krwi i kości. W spotkaniu z Japonią również nie zapisał się złotymi zgłoskami. Zaskakują przede wszystkim jego statystyki biegowe. Mniej od niego w naszym zespole zaliczyli tylko Łukasz Fabiański, Kamil Glik i Jan Bednarek. Zaliczył jednak najwyższą prędkość w tym spotkaniu, wykonując sprint z prędkością ponad 33 km/h.

Jan Bednarek – Wszyscy mieli nadzieję, że godnie zastąpi Kamila Glika. Adam Nawałka musiał mieć jednak inne zdanie niż reszta narodu i na siłę wepchał do składu na pierwszy mecz Thiago Cionka. W końcu jednak Bednarek wskoczył do składu i miejsca nie oddał. Bednarek zaimponował bowiem swoim wyprowadzaniem piłki, opanowaniem. Stoper Southampton występując w roli środkowego obrońcy, często zachowywał głębie, by koledzy mogli mu podać. Jak się okazało w meczu z Japonią i tak by mu zagrali, byle tylko nie kopnąć piłki do przodu. Dlatego w ostatnim spotkaniu zaliczył zdecydowanie najwięcej podań w naszym zespole. Popełnił jednak dwa fatalne błędy w ustawieniu.

Thiago Cionek – Największe nieporozumienie. W spotkaniu z Senegalem był tak elektryczny, że mógłby zapewnić prąd dla całego województwa lubuskiego. Bał się zrobić coś więcej niż oddać piłkę Michałowi Pazdanowi. Już na samym początku w kompletnie bezsensowny sposób wybił futbolówkę na rzut rożny w niegroźnej sytuacji. Obok Piotra Zielińskiego przebiegł w naszym zespole najwięcej, ale prawdopodobnie uciekając od piłki. Usprawiedliwianie jego samobója nie ma najmniejszego sensu. Stoper nie może stać pięć metrów za linią spalonego, obrócony w niewiadomym kierunku i zamiast starać się całym ciałem zatrzymać piłkę, wykonać ruch niewiadomego pochodzenia. Zanotował w naszym zespole największy procent dokładnych podań. Trudno się dziwić, skoro adresatami prawie połowy byli najbliżsi Michał Pazdan i Grzegorz Krychowiak.

Kamil Glik – On sam nie wie, po co wchodził w meczu z Kolumbią. Chyba były już selekcjoner nie potrafi sobie wytłumaczyć tej decyzji. Prosta zasada - jeżeli był gotowy do gry, nie było możliwości, żeby nie wyszedł w pierwszym składzie. Grał w ostatnim spotkaniu i zaimponował spokojem, dużo pewniej u jego boku wyglądał też Jan Bednarek. Dobrze się ustawiał, notował pewne interwencje. Zagrał po prostu jak na niego przystało.

Michał Pazdan – Chyba najbardziej pozytywny akcent w naszej reprezentacji. Przed mundialem baliśmy się o jego formę, w Legii Warszawa bowiem nie powalał. Jednak ponownie pokazał, że gra w klubie, a gra w reprezentacji to dwie całkowicie inne kawałki chleba. Był dość pewny w swoich interwencjach, nie stał biernie przy rywalach, tylko cały czas starał się wychodzić do starć. Przeraża natomiast ilość jego kontaktów z piłką. Podczas, gdy nasz zespół powinien rzucić się na rywala, on zwyczajnie nie miał komu zagrywać. Rzadko zdarzały mu się jednak nieskuteczne interwencje, nie popełnił też żadnego rażącego błędu.

Maciej Rybus – Na mistrzostwach pokazał swoją szybkość, był bowiem najszybszym polskim piłkarzem, biegnąc w meczu z Kolumbią z prędkością 33,3 km/h. Zawalił kompletnie gola Cuadrado, gdzie praktycznie wskazał drogę skrzydłowemu Juventusu. Poza tym jednak był jednym z mniej słabych piłkarzy w naszym zespole. Starał się szarpać, podciągać akcje ofensywne, choć w ustawieniu z wahadłowymi ciężko było mu się odnaleźć, i to było widoczne.

Artur Jędrzejczyk – Zagrał w ostatnim meczu z Japonią znów na lewej obronie. I trzeba przyznać, że spisał się bardzo poprawnie. Nie wychylał się z akcjami ofensywnymi, skupiał się głównie na zadaniach defensywnych i wypełniał je dobrze. Wygrywał pojedynki główkowe, Gotoku Sakai nie zrobił mu większej krzywdy. Na mistrzostwach zdecydowanie nie stracił.

Jakub Błaszczykowski – Jedno z największych negatywnych zaskoczeń. Przykro przyznać, ale nawet gość o takim sercu jak Błaszczykowski nie był w stanie przygotować się do tych mistrzostw. W meczu z Senegalem zagrał 45 minut i nie zrobił kompletnie nic. Wykonał w tym czasie 15 sprintów. Środkowy obrońca Jan Bednarek, w drugiej połowie wykonał 14. Miał zaledwie 15 kontaktów z piłką. Tak tragicznego wyniku w jego wykonaniu jeszcze nie widzieliśmy. Kompletnie nie istniała jego współpraca z Łukaszem Piszczkiem. Dodatkowo ośmieszył go Adam Nawałka, każąc mu stać przy linii dziesięć minut w końcówce meczu z Japonią.

Jacek Góralski – Najaktywniejszy w defensywie gracz mistrzostw świata. Notował mnóstwo pojedynków w obronie i większość z nich wygrywał. Szybko zaczęły się narzekania, że do przodu nie gra kompletnie nic, ale taki gracz jak on jest bardzo przydatny w zespole. Nie trzeba go w ogóle motywować, na każdy mecz wychodzi, jakby walczył o życie. Nie odpuszcza żadnej piłki, naprawia błędy kolegów. Postać nieoceniona, bowiem ciężko dokładnie jego grę ocenić. W jego przypadku możemy powiedzieć o zawodniku zadaniowym. A to, co należało do jego obowiązków, zostało spełnione

Grzegorz Krychowiak – Fatalnie wyglądał na mistrzostwach. Jeszcze niedawno przekonywaliśmy, że w West Bromwich wcale nie wyglądał tak źle jak go malowano, ale wszystko zepsuł tymi mistrzostwami. Kluczowy udział przy dwóch bramkach dla rywali. Strzelił co prawda jednego gola, jednak średnio podniosło to jego ocenę. Brakowało go schodzącego między środkowych obrońców, często przez jego strefy przechodziły groźne akcje, schodził bowiem bliżej prawej strony. Jak zwykle znajdował się w czołówce, jeżeli chodzi o długie piłki, a także co ciekawe najwięcej truchtał. Podczas gdy większość zawodników po wykonaniu szybszego biegu przechodziła w chód, Krychowiak cały czas był w truchcie. Aktywny w ofensywie, jednak zabrakło tego Krychowiaka-cwaniaka sprzed dwóch lat.

Piotr Zieliński – Mimo ogólnej krytyki, według wszelkich statystyk był jednym z najlepszych zawodników w naszym zespole. Notował sporo podań, biegał najwięcej z Polaków, miał dobrą celność podań. Jednak zabrakło tego błysku. Tego, co by udowodniło, że Zieliński już nie jest małym Piotrusiem, tylko jednym z najlepszych pomocników na świecie. Tymczasem znów przygasł. Po dobrych eliminacjach, gdy nasz zespół wyglądał słabo, nie brał gry na siebie. Miał przebłyski w meczu z Japonią, gdy kilkoma podaniami przyspieszał akcję, ładnie rozrzucał, jednak przyspieszenie akcji w tak wolnym meczu nie powinno być dla zawodnika tej klasy żadnym wyczynem. Brakowało też jego dryblingów i tych zabójczych przyjęć kierunkowych. W meczu z Senegalem przebiegł zdecydowanie najwięcej w naszym zespole, na głowę bił innych w kwestii biegania bez piłki. Podobnie było w spotkaniu z Kolumbią. W dwóch ostatnich spotkaniach wykonał najwięcej sprintów w naszym zespole. Jego podania były urozmaicone, nie skupiał się tylko na jednej strefie. Notował najwięcej zagrań do graczy ofensywnych. Brakowało jednak współpracy z Robertem Lewandowskim. Mamy więc zawodnika o niebywałych umiejętnościach technicznych i z psychiką juniora. Statystycznie nie wyglądał źle, jednak nie zawsze liczby oddają dobrze to, co dzieje się na boisku.

Kamil Grosicki – Najbardziej produktywny piłkarz w naszym zespole. Absolutnie nie najlepszy, bowiem działo się to, czego się obawialiśmy, czyli długimi okresami Grosicki spał. Kiepskie przygotowanie fizyczne zaprocentowało, na dodatek ciężko oczekiwać było od niego, że będzie szarżował, skoro piłka przewijała się między naszymi środkowymi obrońcami, którzy bali się zagrywać do przodu. W spotkaniu z Japonią statystycznie wyglądał koszmarnie. Zaliczył niewyobrażalny wynik poniżej 50% dokładnych zadań. Wtedy jednak były przebłyski Grosika, którego chcielibyśmy oglądać. Sporo biegał przede wszystkim z piłką przy nodze, chcąc napędzać akcje ofensywne. O dziwo w kwestii biegowej absolutnie nie odstawał od kolegów, był wręcz wyróżniającą się postacią. A to, że chciał, dowodzi chyba wymowna reakcja na genialną interwencję Kawashimy, po jego pięknym strzale głową.

Rafał Kurzawa – Polskie odkrycie mistrzostw świata. Wiedzieliśmy o jego absolutnie największej broni, czyli niesamowicie ułożonej lewej nodze. I mieliśmy ku temu dowód, w postaci fantastycznej asysty przy golu Jana Bednarka. Zagrał bardzo dobre spotkanie. Nikt nie oczekiwał od niego rajdów, miał po prostu precyzyjnie dogrywać i to robił. Często schodził też do środka, pokazywał się do grania. Piłka przy nodze nie wywierała u niego presji. Stosunkowo mało i wolno biegał i to główny mankament. Jednak ciągle nie możemy pojąć, dlaczego Adam Nawałka tak długo trzymał go na ławce rezerwowych.

Robert Lewandowski – Koszmarny turniej napastnika Bayernu. Dobrym występem w Rosji miał przypieczętować swój transfer do Realu Madryt, ale zamiast tego całkowicie wybił z głowy Florentino Pereza pomysł na wydawanie na niego kilkudziesięciu milionów euro. Na boisku praktycznie go nie było. W pierwszym meczu do kieszeni schował go Salif Sane, w drugim Yerry Mina. Z graczy ofensywnych biegał najmniej. Po boisku chodził więcej niż środkowi obrońcy. W drugiej połowie meczu z Senegalem, gdy trzeba było gonić wynik, przez 74% czasu przestał lub przeszedł. Zaliczył zaledwie 27 sprintów, przy 47 Macieja Rybusa. W trzech meczach stracił aż 19 piłek. Swoją nieporadność pokazał, gdy piłkę wyłożył mu jak na tacy Kamil Grosicki. Trzeba więc sobie powiedzieć jasno: Lewandowski po raz kolejny potwierdził, że nie jest stworzony do dużych turniejów.

Dawid Kownacki – W meczu z Senegalem wszedł na kwadrans, zdążył cztery razy podać piłkę, oddał też jeden strzał. Generalnie niewiele miał do powiedzenia, choć i tak zrobił dużo więcej pożytecznego niż Arkadiusz Milik. Od pierwszej chwili walczył zażarcie. Dostał więcej szansy w spotkaniu z Kolumbią i według opinii wielu przepadł. Tak jednak było z każdym naszym zawodnikiem. Zagrał na sporej intensywności, jednak nie miał większych szans przebić się przez rozjuszonych Kolumbijczyków. Niczym nadzwyczajnym nie błysnął, ale też nie zamknął sobie drzwi do kadry. To właśnie na zawodnikach takich jak on trzeba budować naszą przyszłość.

Łukasz Teodorczyk, Sławomir Peszko, Arkadiusz Milik – Teodorczyk po prostu nie dostał szansy. Wejścia z Kolumbią przy kompletnie rozbitych Polakach i z Japonią, przy graniu „niskim pressingiem” ciężko nazwać prawdziwą szansą. Pobiegał, powalczył, ale też trudno oczekiwać było po nim, że nagle pociągnie za sobą cały zespół. To napastnik stworzony do gry w polu karnym, a we wspomnianych fragmentach z polem karnym rywali nie mieliśmy praktycznie nic wspólnego. Wpuszczenie Sławomira Peszki na kilkanaście minut w meczu z Japonią było jeszcze bardziej żałosne niż samo powołanie go. Arek Milik? To co zrobił w meczu z Senegalem chyba jednak lepiej przemilczeć. Najsłabszy indywidualny występ reprezentanta Polski w ostatnich latach. A do tego ciągłe pretensje.

 

 

 


KOMENTARZE