var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Klaudia Ogrodnik

Piotr Celeban dla 2x45: Przepis na długowieczność? Nie mam. Kiedy czuję potrzebę, to idę na cheeseburgera albo na pizzę

Autor: rozmawiał Piotr Potępa
2018-08-07 14:00:18

Zdobywał ze Śląskiem Wrocław mistrzostwo Polski, grał przeciwko Wayne'owi Rooney'owi. Najcięższy trening przeprowadził mu ojciec. Lubi czasem zjeść coś niezdrowego, ale nie lubi piwa. Ma ogromny szacunek do metod treningowych trenera Oresta Lenczyka i jest uzależniony od wysiłku. Piotr Celeban opowiedział nam o tym jak doszło do tego, że kibice Pogoni Szczecin go nie lubią, o relacjach z Adamem Matyskiem, o różnicach w komunikacji między Ryotą Morioką a Farshadem Ahmadzadehem, a także o tym jak bardzo ważne jest porządne przygotowanie fizyczne i jak świętował bramkę z Cracovią.

Piotr Potępa (2x45.info): - 88 pełnych meczów z rzędu w Ekstraklasie (rozmawialiśmy przed meczem z Lechem Poznań - przyp. red.). Czy Ty nie jesteś przypadkiem robotem? Jaki jest Twój przepis na to końskie zdrowie?
Piotr Celeban:
- Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że stawiają na mnie trenerzy. Wiadomo, forma w wielu spotkaniach nie była wysoka. Grałem słabo, szczególnie w poprzednim sezonie, ale mimo to trenerzy ufali mi i wstawiali mnie do składu. Po niektórych meczach zastanawiałem się czy będę grał, bo sam nie czułem się dobrze z tym wszystkim. Cały czas jednak mam apetyt na więcej, bo jestem nienasycony. Wykonuję najpiękniejszy zawód na świecie.

- To prawda. Nie da się z tym polemizować.
- Wiele osób nam zazdrości. Nikt się do tego nie przyzna, ale tak jest. Jakby nie patrzeć, w tym zawodzie do czterdziestego roku życia, kiedy pojawia się taka bariera nie do przejścia, jesteś po prostu dorosłym dzieckiem. Bawisz się w to co kochałeś i co od dzieciństwa robiłeś na dworze. Ja z tego czerpię ogromną radość i to mi daje motywację. Recepty na długowieczność nie ma. Po prostu nie ma.

- Nie masz czasem takich przemyśleń, że już nie dasz rady? Nie myślisz sobie, że kolejny mecz to już będzie za wiele?
- Nie. Jedyne o co się martwiłem, to forma, bo nie była za wysoka i robiłem wszystko, żeby wrócić do swojej najlepszej dyspozycji. Wiem, że jestem już blisko, ale i tak jeszcze sporo pracy przede mną, bo wysoką formę trzeba jeszcze utrzymać przez minimum pół roku, bo przez tyle się gra, a potem jest przerwa.

- W tej przerwie szlifuje się tę dobrą formę?
- Nie do końca. W przerwie jest regeneracja i potem ładuje się te akumulatory. No i tutaj jest najważniejsza kwestia jak ten akumulator zostanie naładowany. A z tym bywało różnie.

- Jesteś w stanie podać kilka podpowiedzi żywieniowych i regeneracyjnych, które pomagają zbudować taką kondycję?
- Żywieniowych żadnych nie mogę podać, bo ja normalnie się odżywiam. Nie mam żadnej diety cud ani żadnych bezglutenowych rygorów, bo po prostu w to nie wierzę. Jem to, co mi organizm podpowiada. Nie będę tutaj siał obłudy i mówił, że nie wpadnie czasem pizza po meczu.

- Pizza to chyba jest nawet czasem zalecana po sporym wysiłku.
- Dokładnie. Czasem ktoś powie, że to jest niezdrowe. To nieprawda, pod warunkiem, że wiesz kiedy możesz sobie na to pozwolić i masz w tym oczywiście umiar. Ja słucham swojego organizmu. Jeśli mam ochotę na coś niezdrowego, to czasem pójdę i zjem coś niezdrowego. Czasem człowiek tak ma, że potrzebuje czegoś takiego. Jeśli organizm mi podpowiada, że ma ochotę na cheeseburgera, to idę i jem cheeseburgera. Wiadomo, że nie robię tego codziennie, ale raz na dwa, trzy miesiące można sobie na to pozwolić.

U mnie od dzieciństwa wszystko polegało na ciężkiej pracy. Ojciec był judoką. Ja też trenowałem judo. Nigdy nie byłem na koloni. Można też powiedzieć, że nigdy nie miałem wakacji, bo moje wakacje polegały na trenowaniu.

- Słyszałem właśnie, że tata lubił zabrać ciebie i brata na przebieżki po lesie.
- Zgadza się. Mało tego - to był jedyny mój trener, u którego z wysiłku zwymiotowałem na treningu. Robiliśmy akurat podbiegi. Miałem na plecach brata, bo tato preferował tzw. starą szkołę i nie wytrzymałem.

- Takie treningi hartują.
- Zgadza się, ale przede wszystkim hartują sporty walki. Tutaj bardzo ważna jest dyscyplina i samokontrola. W piłce twoją niedyspozycję czy zarwaną noc mogą przykryć koledzy, bo jesteśmy drużyną i każdy walczy za każdego. W sportach indywidualnych natomiast wszystko zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Jeśli na dzień, dwa lub trzy przed walką się nie wyśpisz, to potem nie jesteś w takiej dyspozycji, w jakiej powinieneś być. Koncentracja jest zaburzona i to wszystko ma wpływ na twoje zachowania podczas walki.

Podsumowując, nie mam żadnych zaleceń. Musisz słuchać siebie i przede wszystkim słuchać własnego ciała i tego nauczyłem się przez wiele lat, spotykając na swojej drodze odpowiednie osoby. Doktor Ewa Bieć bardzo mi pomogła, bo już miałem iść na stół operacyjny. Niby lekarze wykryli przepuklinę pachwin, a ona się do dziś nie uaktywniła. Po prostu byłem przeciążony siłownią. Przyszedł taki moment, kiedy bardzo mocno przesadziłem. Wtedy zesztywniałem i ten mięsień był bardzo napięty. Uciskał tak, że każdy ruch to był okropny ból. Dzięki Ewie nauczyłem się słuchać swojego ciała i przede wszystkim odpoczywać. Musiałem się tego nauczyć, bo jestem uzależniony od wysiłku.

- Widzę właśnie, że opowiadasz o tym z ogromną pasją.
- No cóż, to jest moja miłość i tym się rajcuję.

- No to może myślałeś o tym, żeby po zakończeniu kariery zostać np. trenerem przygotowania fizycznego?
- Do tego jest jeszcze bardzo daleka droga, ale też nie posiadam takiej wiedzy. Przede wszystkim musiałbym skończyć studia. Zapoznać się dokładnie z całym tematem, np. z biomechaniką. To nie jest takie proste, bo żeby być odpowiedzialnym za przygotowanie fizyczne, to trzeba mieć naprawdę potężną wiedzę.

- Samo doświadczenie nie wystarczy?
- Nie, nie. Mając tylko doświadczenie można próbować na swoim organizmie, ale nigdy na cudzym. Każdy organizm jest inny i każdy organizm czego innego potrzebuje i to jest właśnie zaleta trenera przygotowania fizycznego. Michał Polczyk kontroluje nas pod każdym względem i wie co i jak robić, żebyśmy czuli się dobrze.

Póki co fajnie to wygląda, ale jak Michał powiedział, nie zatrzymujemy się i jedziemy dalej, bo w tej kwestii nie da się wytworzyć gotowego zawodnika. To jest też tak, jak mawiał trener Lenczyk, który w tej kwestii jest zdecydowanie guru: "forma jest jak sinusoida" i tutaj trzeba trafić w taki sposób, żeby ona na górze była w trakcie meczu, bo może zdarzyć się tak, że w tygodniu w trakcie treningów jesteś na topie, a w trakcie meczu masz zjazd.

- Wspominałeś trenera Lenczyka, więc chciałbym cię teraz o niego zapytać. Co trener Lenczyk zmienił w waszej grze, że po przejęciu drużyny od trenera Tarasiewicza zaczęliście wygrywać?
- Zmienił bodziec treningowy. Tak naprawdę to trener Tarasiewicz zbudował ten zespół, który zdobył mistrzostwo. To on sprowadził 90% tego składu. Jeśli chodzi o trenera Lenczyka to, jak to się mówi, był to efekt nowej miotły.

- Tak, z tym, że to był dość długi efekt nowej miotły.
- Zgadza się. W tym przypadku zaskoczyło to na bardzo długo, bo trener Lenczyk dodał taki nowy impuls do tego, jak wyglądało przygotowanie fizyczne. Można powiedzieć, że wprowadził to, co dziś wszyscy nazywają crossfitem. Według mnie trener Lenczyk i śp. doktor Wielkoszyński są pionierami dzisiejszego crossfitu. Różnica jest taka, że dziś stosujemy do tego ciężary, a wcześniej używało się nawet kolegi z drużyny.

- Można powiedzieć, że zmieniła się tylko technologia.
- Dokładnie!

- Teraz będzie nieco trudniejsze pytanie. Słyszałem opinie, że za czasów trenera Lenczyka, kiedy zaczęliście już grać dobrze i wygrywać, to w pewnym momencie odbiła wam sodówka. Ile w tym prawdy?
- Ja niczego takiego nie zaobserwowałem. Tworzyliśmy fajny zespół, wygrywaliśmy mecze. Pasowaliśmy do siebie pod względem charakterów. Żadnej sodówki nie było i myślę, że pokazaliśmy to na boisku. Byliśmy zespołem i to mistrzostwo wygraliśmy jako zespół.

- Wielu mówiło, że wygraliście mistrzostwo nie będąc najlepszym zespołem.
- Jeśli spojrzymy w statystyki, to przez dwa sezony, kiedy zrobiliśmy wicemistrzostwo i mistrzostwo zdobyliśmy najwięcej punktów i najwięcej bramek.

- No właśnie, czyli byliście najlepsi.
- Byliśmy, tylko patrząc jak np. Legia czy inne kluby inwestowały w zawodników, to można powiedzieć, że u nas tak nie było. We Wrocławiu trafiła się po prostu zgrana ekipa pod każdym względem.

- Była ekipa i była dobra atmosfera, a jak na to wszystko wpłynęła rozmowa trenera Lenczyka z prezydentem Dutkiewiczem, która wypłynęła do mediów? Wiem, że kilku się obraziło.
- Kilku się obraziło, i co z tego? Później zdobyli mistrzostwo i każdy dziękował. Przez te wszystkie lata nauczyłem się, że krytyka jest potrzebna, jeżeli jest uzasadniona i pada z ust osób, które się znają na piłce. Teraz niestety mamy do czynienia ze zjawiskiem, w którym wszyscy rajcują się kadrą i walą w nią jak bęben.

- Mamy 38 milionów ekspertów od piłki.
- Zgadza się, a przypomnij sobie jak było przed mundialem. Wszyscy się emocjonowali i uwielbiali kadrę, a teraz nie poszło i już jest „be”.

Wracając do trenera Lenczyka. Pogadaliśmy z nim później i wytłumaczyliśmy sobie wszystko. Ja trenerowi Lenczykowi bardzo wiele zawdzięczam, bo w marcu kiedy zremisowaliśmy z Widzewem 2:2…

- To właśnie po tym meczu była ta rozmowa Lenczyka z Dutkiewiczem.
- Tak? Nie wiedziałem. W każdym razie zaraz po tym meczu dowiedziałem się, że zmarł mój ojciec. Od razu poszedłem do trenera Lenczyka i powiedziałem mu o tym. Odpowiedział mi… W zasadzie to nic nie odpowiedział. Przytulił, ucałował i po chwili powiedział: "jedź, wróć kiedy chcesz". Po kilku dniach wróciłem. To było przed meczem z Koroną. Trener podszedł i zapytał jak się czuję. Odpowiedziałem, że w porządku. Chciał się dowiedzieć, czy jestem gotów, żeby grać. Powiedziałem, że jestem gotowy i zagrałem.

Drugi moment, za który trenerowi będę zawsze wdzięczny, to narodziny mojego pierwszego syna Fabiana. To był 24 kwietnia. Poszedłem do trenera i powiedziałem, że żona rodzi i chciałbym jechać do Szczecina. Odpowiedział mi, że to nie jest tak, że ja chcę. Ja muszę jechać do Szczecina. Narodziny dziecka to są chwile, które pamięta się do końca życia. Dzięki trenerowi mogłem przy tym być.

W sumie myślę, że ta rozmowa trenera z prezydentem dała nam jeszcze większą motywację.

- Czyli to, że trener Lenczyk w przerwie decydującego meczu z Wisłą nie wszedł do szatni, to nie było pokłosie tej rozmowy?
- Wszedł. Pod koniec przerwy wszedł.

- Ja z jednego z fimów zapamiętałem trenera Lenczyka siedzącego pod drzwiami szatni.
- Trener Lenczyk zawsze miał taką taktykę, że my wchodzimy do szatni, a on zostaje na kilka minut za drzwiami. W ten sposób dawał nam czas na dyskuję. Chciał, żebyśmy najpierw porozmawiali tylko ze sobą. Dzięki temu mieliśmy czas, żeby sobie od razu wyjaśnić wszelkie scysje czy problemy z boiska. Po chwili trener wchodzi i na spokojnie przekazuje nam swoje uwagi.

- Takie metody stosuje tylko trener Lenczyk?
- Bardzo wielu trenerów tak robi. Często trenerzy idą do swojego pokoju z resztą sztabu i tam ustalają strategię. Po 5 czy 7 minutach trener przychodzi do szatni i przekazuje swoje uwagi. Trener Pawłowski robi tak samo. W ogóle trener Pawłowski jest bardzo szanowany w zespole. To legenda Śląska, najlepszy strzelec i jego podejście do zespołu jest bardzo dobre. Mega pozytywny trener, który wie też kiedy trzeba wstrząsnąć i powiedzieć wprost co jest źle, a co dobrze.

- Jeszcze przez chwilę przy trenerze Lenczyku zostaniemy. Uważasz, że byłby w stanie osiągnać sukces z kadrą narodową? Potrafi doskonale przygotować piłkarzy.
- Tak, tylko w przypadku przygotowań u trenera Lenczyka mówimy o dłuższym okresie czasu. Na kadrę jedziesz i otrzymujesz gotowy produkt, bo piłkarze przygotowują się w swoich klubach. To też zależy, na jaką epokę zawodników by trafił. Myślę, że gdyby trafił wtedy, kiedy był trener Beenhakker, to mógłby osiągnąć sukces.

- Myślisz, że trener Lenczyk byłby w stanie przygotować fizycznie kadrę w tak krótkim czasie?
- Myślę, że tak, bo on bardzo często lubił stosować innowacyjne metody. Ostatecznie jednak uważam, że wszystko zależałoby od tego, na jakie pokolenie zawodników by trafił i przede wszystkim jakich by powołał. Każdy trener ma swoją wizję i swoich zawodników. Co by z tego wyszło? Nie wiem, ale na pewno byłoby ciekawie.

- Uważam, że za całokształt pracy zasłużył na taką szansę. Niestety teraz jest już chyba za późno.
- Jedno jest pewne - konferencje prasowe byłyby bardzo ciekawe (śmiech).

- Jesteśmy przy temacie kadry, więc muszę zapytać - czy ty myślisz jeszcze o kadrze?
- Na teraz na pewno nie, bo nie dałem żadnych podstaw do tego, żeby dostać powołanie. Cały poprzedni sezon nie był dobry w wykonaniu całego Śląska, a więc także i moim. Nie boję się tego mówić, grałem słabo, popełniałem proste błędy, a co za tym idzie nie dawałem kompletnie żadnych podstaw do tego, żeby dostać powołanie. Mamy teraz nowego selekcjonera, a czy on powoła kogoś ze Śląska?...

- To już zależy teraz chyba tylko od was.
- To zależy od danego zawodnika i przede wszystkim od wizji trenera. Jeśli chodzi o mnie, to myślę, że na dzień dzisiejszy nie ma kompletnie takiego tematu.

- O to czy byś chciał chyba nie muszę pytać?
- Gra w reprezentacji jest marzeniem każdego piłkarza, ale trzeba też spojrzeć na to, w jakim ja jestem wieku. Na tę chwilę skupiam się na Śląsku, bo to jest klub, któremu najwięcej zawdzięczam i tutaj mam jeszcze robotę do zrobienia.

- Zdobyłeś ze Śląskiem mistrzostwo Polski. Nie chciałeś zostać i powalczyć o Ligę Mistrzów?
- Chciałem, ale nie odbywały się praktycznie żadne rozmowy. Było wtedy sporo problemów na linii miasto-Solorz, więc po prostu skończył mi się kontrakt i odszedłem. Zresztą nie tylko, ja bo było nas wtedy 7 lub 8.

- Dlaczego akurat Rumunia? Przecież na pewno miałeś inne oferty.
- Było zainteresowanie, ale tylko Rumuni byli konkretni.

- To teraz trochę o twoich relacjach z kibicami. Urodziłeś się w Szczecinie, jesteś wychowankiem Pogoni, a mimo to kiedy tam wracasz, nie słyszysz braw, tylko bluzgi. Dlaczego?
- Zaczęło się od wypowiedzi jednego z działaczy Pogoni. To był chyba dyrektor sportowy albo wiceprezes, którego już nie ma. Chciał coś ugrać dla ciebie i na końcu wszystko obrócił przeciwko mnie. Kibice niestety przeczytali w gazetach i się zaczęło. Ale dla mnie to już historia. Jestem mega szczęśliwy tu, gdzie teraz jestem i nie wracam do przeszłości. Każdy kto mnie zna i osoby wokół Pogoni wiedzą, jaka jest prawda i to mi wystarczy. Nigdy nie powiem złego słowa na Pogoń, bo tam się wychowałem, tam strzeliłem pierwsza bramkę w ekstraklasie i w Szczecinie mam rodzinę, przyjaciół. W momencie trenowania z rezerwami Pogoni odezwał się Paweł Żelem, przyjechał do Szczecina i szybko ustaliliśmy warunki, na których będę mógł wrócić do Śląska. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Co do bluzgów - jeśli ktoś myśli, że wyzywanie mnie dekoncentruje, to jest w błędzie. Wtedy jest podwójna sprężarka i lepiej się gra.

 

 

 

- Za to z kibicami Śląska masz świetne relacje, warto wspomnieć choćby Bartka Jankowskiego, któremu z okazji wieczoru kawalerskiego po meczu z Cracovią wręczyłeś swoją koszulkę. Jak w ogóle do tego doszło?
- Napisał do mnie na Instagramie, że musimy wygrać, bo mecz będzie częścią jego wieczoru kawalerskiego. Poprosiłem go, żeby poczekał po meczu, to do niego podejdę. Podszedłem, wręczyłem koszulkę i życzyłem szczęścia i dobrej zabawy. Powiedziałem mu, że dziś musi iść jak w ogień i musi mieć K.O. (śmiech).

- Nie wiem czy miał K.O., ale z tego co widziałem na Twitterze, to chyba dobrze się bawili.
- No i dobrze. Ja się cieszę, bo dzięki temu buduję sobie fajne relacje z kibicami. Może też mam ich szacunek za to co robię i za to, że każdym meczu staram się dawać z siebie wszystko.

- Twoje nazwisko jest jednym z niewielu nazwisk skandowanych przez kibiców Śląska podczas meczów.
- Bardzo się z tego cieszę i również bardzo szanuję kibiców Śląska. Szacunek dla nich, że jeżdżą na wyjazdy mimo tych trzech ciężkich sezonów. Byli z nami, gdy było dobrze, jak zdobyliśmy mistrzostwo. Pokazali też mega charakter i klasę, gdy przez trzy sezony walczyliśmy o utrzymanie. To był trudny okres, ale razem z nimi daliśmy radę, więc to pokazuje ich miłość do klubu i wiarę w drużynę. Chciałbym być też doceniany za całokształt kariery, kiedy już ją zakończę. Jeszcze mam wiele roboty do wykonania, bo chcę zdobyć ze Śląskiem mistrzostwo i Puchar Polski.

- Chciałbyś zakończyć karierę we Wrocławiu?
- Mam jeszcze kontrakt 2+2, ale czy zostanie on przedłużony? Nie wiem, ale na pewno nie chcę kończyć kariery w wieku 37 lat. To mówię wprost. Jeżeli Śląsk zdecyduje się przedłużyć kontrakt, to chętnie zostanę, jeśli nie, to będę szukał szczęścia gdzie indziej. Chociaż nie ukrywam, że chciałbym tutaj zostać.

- Wróćmy teraz do poprzedniego sezonu. Wygraliście z Legią, wygraliście z Lechem, na stadion przychodziło po 20 tysięcy ludzi, w pewnym momencie byliście na piątym miejscu w tabeli i nagle coś zgasło. Jak to się stało?
- Niestety są pewne sprawy, których nie mogę poruszyć, ale na pewno spory wpływ na to miała plaga kontuzji. Jednak nie możemy się tym usprawiedliwiać i trzeba powiedzieć wprost, że tamten sezon był katastrofalny.

- No dobrze, ale z czego to wynikało? Źle się czuliście? Byliście źle przygotowani?
- O przygotowanie trzeba zapytać każdego zawodnika z osobna. Dla jednego piłkarza metody treningowe są dobre, a dla innego złe. W kadrze jest ponad dwudziestu zawodników i każdy potrzebuje czego innego. Ja mogę mówić o sobie i wiem, że nie prezentowałem się dobrze. Nie czułem się super.

- To teraz porozmawiamy o Adamie Matysku. Możemy?
- Możemy.

- Pytam, bo wiem, że między tobą a Matyskiem dochodziło do spięć.
- W zasadzie to nie dochodziło do spięć, bo prawie w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. Była jedna rozmowa, kiedy pojawił się w klubie, że chce porozmawiać ze mną o kontrakcie, który miałem już dogadany z poprzednim prezesem.

- Chciał ci zmienić jakieś warunki?
- Jestem z kimś dogadany, podaliśmy sobie ręke, a potem przychodzi ktoś nowy i chce to wszystko wywrócić do góry nogami i zacząć to nowa. Tak się nie robi, więc podziękowałem.

- Postawiłeś na swoim?
- Tak, podpisałem umowę, na którą byłem wcześniej dogadany. Nie można też powiedzieć, że to był konflikt. Powiedzmy, że było neutralnie.

- Dobra zostawiamy przeszłość i wracamy do tego, co jest teraz. Z nowymi piłkarzami już kilkanaście treningów odbyłeś. Któremu z młodych Polaków wróżysz największą karierę?
- Damian Gąska ma bardzo fajne inklinacje ofensywne, ale jak będzie, to się dopiero okaże. Są młodzi, przyszli z I ligi. Muszą się przestawić na metody treningowe Ekstraklasy, a to może trochę potrwać. To nie zmienia faktu, że każdy z nich jest utalentowany. Bardzo ważne jest to, że teraz w zespole jest spora rywalizacja, za co wielki szacunek należy się Darkowi Sztylce. Na każdą pozycję mamy dwóch zawodników.

- Po meczu z Cracovią mówiłeś, że Farshad to będzie kozak. Na treningach błyszczy jeszcze bardziej?
- Farshad na boisku bardzo dużo widzi. Ma mega otwarty umysł i myślę, że może nam bardzo wiele dać. Myślę, że po zimowym okresie przygotowawczym to będzie zawodnik jeszcze lepszy. Jest bardzo inteligentny, sporo rozmawiamy, bo jest komunikatywny. To zupełnie inna sytuacja niż z RyotąMorioką, który znał tylko japoński, a po angielsku nic a nic.

- To jak się dogadywaliście z Ryotą?
- Miał straszne trudności, ale powoli, powoli się uczył i łapaliśmy kontakt. Z Farshadem jest inaczej, bo z nim możemy się dogadać od razu. Jest sympatyczny, sporo się uśmiecha, jest otwarty do ludzi. Dla niego też to jest fajna przygoda. Mówił nam, że chciałby się dostać do kadry.

- Tak, wspominał mi w wywiadzie, że przed mundialem Quieroz kontaktował się z nim, ale ostatecznie zostawił go w Iranie.
- Myślę, że jeżeli będzie tutaj grał i pokazywał to, co do tej pory, to prędzej czy później zostanie powołany.

- Mówiłem, że błyszczy Farshad, teraz powiem, że błyszczy też twoja głowa. Trzy mecze, dwa gole głową. To jest jakaś zorganizowana akcja przy stałych fragmentach gry czy po prostu wiesz gdzie i kiedy się znaleźć?
- Przede wszystkim dostałem dobre dośrodkowania. Najpierw od Michała Chrapka, a teraz od Farshada. Dla mnie zawsze najważniejsze będzie dobro zespołu. Udało mi się strzelić, to bardzo fajnie, ale jest to zasługa całego zespołu.

Do sukcesów potrzeba wojska, a tym wojskiem jest cała drużyna. Jeżeli wszyscy będą myśleć w tym samym kierunku i będą bardzo dobrze przygotowani, to wtedy w meczu wszystko przychodzi łatwiej. Nasz obóz w Trzebnicy do najłatwiejszych nie należał, ale teraz czujemy się dobrze i to wszystko zasługa trenera Polczyka. On odpowiada za przygotowanie motoryczne, a trener Pawłowski za aspekty piłkarskie. Ogólnie cały sztab mówi jednym językiem i każdy pracuje na 100%, byśmy wyglądali jak najlepiej. Często mówię, że wyglądamy super jako zespół, a zespół to nie tylko zawodnicy, ale też cały sztab szkoleniowy.

- To teraz trochę ci wejdę strefę prywatną. Jak się maleństwo czuje? (Piotrowi niedawno urodził się drugi synek Milan - przyp.red.).
- Dobrze, wszystko jest w porządku. Przy okazji mogę ci opowiedzieć jak świętowałem bramkę z Cracovią.

- Pewnie poszedłeś do domu zmieniać pieluchy?
- Prawie trafiłeś. Musiałem iść najpierw do Rossmana je kupić (śmiech). Wszedłem do szatni po meczu. Biorę telefon do ręki, a tam lista zakupów i pytanie czy dam radę pojechać. To jest właśnie to. Tutaj grasz mecz przed kilkoma tysiącami ludzi. Strzelasz bramkę. Wygrywasz, jest radość i euforia. Wchodzisz do szatni, a tu na dzień dobry wiadomość: „kup pieluchy”.

Czasem jest tak, że wracamy z wyjazdu. Wchodzę do domu godzina 5 czy 6 rano, a starszy syn Fabian już stoi ubrany i mówi „tato fajna pogoda, chodźmy pograć w piłkę”. No i co zrobisz? Nie masz wyjścia.

- No cóż, taka trochę dogrywka.
- W takiej sytuacji wszystkie negatywne emocje po złym meczu mijają. Zabawa z Fabianem bardzo mi pomaga, bo ten stres i ta adrenalina musi gdzieś wyjść z człowieka.

- Opowiedz mi teraz o najlepszym zawodniku, z jakim grałeś.
- Lucian Sânmărtean z Vaslui był reprezentantem Rumunii w 2014 roku. Środkowy, prawy i lewy pomocnik. Niesamowity piłkarz. Dał mi wiele asyst. Po Vaslui odszedł do Steauy. Pytałem potem o niego Łukasza Szukałę. Był zafascynowany jego umiejętnościami i charyzmą. Poszedł tam i praktycznie z marszu został kapitanem. Zdecydowanie to był najlepszy zawodnik, z jakim grałem.

- Vaslui już nie ma.
- No tak, nic tam już nie zostało.

- W Rumunii co chwilę jakieś kluby upadają.
- No tak, bo tam najłatwiej jest ogłosić upadłość i wtedy zawodnicy nie dostają zaległych pieniędzy i tak to się kręci.

- No cóż… skoro mają takie prawo. A najlepszy zawodnik, przeciwko któremu grałeś?
- (Chwila zastanowienia) No przecież, Wayne Rooney! I to w dodatku na wypełnionym po brzegi Wembley. To było najpiękniejsze przeżycie.

- Z jednej strony tak, ale z drugiej użeranie się z Rooneyem chyba do najprzyjemniejszych rzeczy nie należy?
- Coś tam się łapaliśmy, ale gdy strzelił gola, to 80 tysięcy ludzi ryknęło: "Rooney, Rooney".

- Może się w głowie zakręcić, co?
- Dokładnie. Najlepsze było jednak później. Ten mecz graliśmy jakoś we wtorek, a potem w piątek występowałem z Vaslui na wyjeździe przeciwko FC Brasov (obecnie III liga - przyp. red.). Na Wembley było 86 tysięcy ludzi, a w Brasov 500 osób, stadion stary, murawa zniszczona.

- Czasem popada się ze skrajności w skrajność.
- No tak, ale mimo wszystko fajne uczucie i fajne wspomnienie.

- Czas na pytanie kluczowe od kibiców z Twittera. Czy lubisz pić piwerko?
- Na wszystko jest czas. Czasami trzeba się rozluźnić, kiedy jest chwila przerwy. Nie mogę powiedzieć, że jestem abstynentem, bo bym skłamał. Ale powiem ci, że akurat za piwkiem nie przepadam, wolę napić się winka. Piwo strasznie mnie zamula.

W Rumunii jest taka tradycja, że dzień przed meczem jak jesteś w hotelu, przychodzi właściciel albo trener i polewa ci lampkę wina. Tam jest taka tradycyjna potrawa Kashkaval -  to jest taki gruby kawał sera w panierce. Bomba kaloryczna niesamowita, ale dobra i właśnie to należy popić lampką wina. Jadłem to tylko w Rumunii. Są tutaj w Polsce jakieś mrożone, ale to nie jest to samo. Przed meczem w Rumunii mogliśmy sobie wypić lampkę wina. W Polsce to byłoby nie do przyjęcia. Wszystkie problemy drużyny zaraz zostałyby sprowadzone do tej jednej lampki wina.

- No tak, z jednej strony masz rację, ale z drugiej należy przypomnieć wesoły autobus za czasów trenera Lenczyka.
- Nie pamiętam (śmiech).

- Nie dziwię się (śmiech)! Ile tych piwek poszło wtedy? Z tego co wiem, miało być po jednym.
- Nie pamiętam.

- Ale piłeś?
- Nie, wtedy nie, ale zwróć uwagę na to, że po tym wydarzeniu, jeśli dobrze pamiętam, nie przegraliśmy nic do końca sezonu. Czasami coś takiego pomaga. Trener Lenczyk czasem dawał wolne starszym zawodnikom. Mówił im: „słuchaj, ja cię nie potrzebuję na treningu, ja ciebie potrzebuje na meczu, masz wyjść i wygrać mi mecz”. Jak trener Lenczyk się pojawił, to od razu zaznaczył, że on nas nie będzie uczył grania w piłkę. On nas może jedynie bardzo dobrze przygotować do sezonu.

- No i w sumie taka powinna być rola trenera.
- Trener ma nas przygotować i ustawić na boisku, a ostatecznie i tak to my na to boisko wychodzimy i na nim gramy. Za trenera Lenczyka byliśmy świetnie przygotowani i mogę powiedzieć, że do wielu takich ćwiczeń wracamy teraz z trenerem Polczykiem, który stosuje bardzo wiele metod trenera Lenczyka.

- Wasza gra teraz, a między listopadem i grudniem w zeszłym roku to jest zupełnie co innego.
- Jako punkt zaczepienia możemy tutaj podać mecz z Legią przy Łazienkowskiej.

- Tak, dokładnie. To już był totalny obraz nędzy i rozpaczy.
- No i właśnie wtedy uruchomiłem Instagrama oraz Facebooka.

- Oj, no to sobie poużywali na tobie kibice.
- No tak, wyżyli się. Można powiedzieć, że w złym momencie się otworzyłem, ale skoro już to zrobiłem, to nie chowałem się, tylko robiłem dalej swoje. Dzięki temu wiem, na kim mogę polegać, bo wtedy niektórzy bluzgali i obrażali, a dzisiaj piszą, że super i chcą sobie zdjęcia robić.

To wszystko sprowadza się do jednego. Jak chcesz dobrze grać i unikać takich sytuacji to musisz być dobrze przygotowany fizycznie. Szczególnie w Ekstraklasie, ale nie tylko. Chorwacja jak zdobyła wicemistrzostwo świata? Walką, ambicją, zaangażowaniem i doskonałym przygotowaniem fizycznym.

Ja wiem, na czym oparłem całą swoją karierę. Tylko i wyłącznie na dobrym przygotowaniu fizycznym. Wiem, że dzięki temu wszystko samo przyjdzie, a wiem też, że mam jeszcze spore rezerwy. Ktoś mi może powiedzieć, że mam już 33 lata tylko, że wyniki moich badań mówią zupełnie co innego.  Czuję się kilka lat młodszy między innymi też dzięki jodze, za którą byłem krytykowany.

- Jaka jest teraz relacja między Tobą a dyrektorem Sztylką? Graliście razem, był Twoim kapitanem. Z tego co wiem, to on wprowadzał cię w Śląsk i w życie we Wrocławiu.
- Można powiedzieć, że wziął mnie pod swoje skrzydła. Pokazał mi co i jak. Gościł mnie nawet w swoim domu. Teraz rozmawiamy ze sobą normalnie.

- Czyli nie jest to na takiej służbowo-oficjalnej zasadzie. Nie mówisz do niego per "panie dyrektorze"?
- Jest dyrektorem, więc mówię do niego dyrektorze. Cieszy mnie bardzo, że sprawdza się w nowej roli. Przeprowadził mądre transfery, nie zrobił wielkiej rewolucji, jak to ostatnio bywało. Zwróć uwagę na to, że w zasadzie pierwsza jedenastka z wyjątkiem Farshada i Wojtka Golli gra ze sobą już rok. Dobrze się poznaliśmy i zaczynamy łapać te automatyzmy na boisku. Mogę powiedzieć, że wiem, że po zimie będzie jeszcze lepiej. Będzie trudniej, ale na pewno lepiej.

- Często w Ekstraklasie jest tak, że na jesieni drużyna gra świetnie, a nagle po zimowych przygotowaniach gaśnie.
- Dlatego powiedziałem, że teraz będzie trudniej, bo rundę kończymy 20 grudnia, a kolejną zaczynamy 8 lutego. Dla trenerów to jest mega zagadka.

- Na koniec wrócę jeszcze do trenera Lenczyka. Z tego co wiem lubił żartować, ale robił  to w taki sposób, że ciężko było wyczuć czy on żartuje, czy mówi poważnie. Jak u was to wyglądało?
- Było kiedyś coś takiego, że jeden z chłopaków poszedł do niego i mówi, że ma jakąś tam sprawę i musi gdzieś pojechać, żeby to załatwić i chciałby się zwolnić z treningu. Trener przez chwilę siedział w milczeniu, po czym pyta się go: „powiedz mi, ile ty masz lat?”, ten mu odpowiada, a trener zadaje kolejne pytanie: „kiedy ostatnio nie trenowałeś?”, gość mu odpowiada, a Lenczyk „aha, no to do widzenia”. Gość wstaje i nadal nie wie czy ma wolne, czy nie. Przed wyjściem jeszcze pyta: „to mogę?”, a trener milczy. Wraca za chwilę do szatni i mówi do mnie: „ty, kurde, no nie wiem czy mogę jechać czy nie”.

- Uda się wam w końcu ten awans do pierwszej ósemki?
- Uwierz mi, że te ostatnie trzy sezony szczególnie dla mnie były bardzo trudne. Dlatego chodzę nabuzowany i to jest dla mnie motywacja, żeby tym razem było lepiej. Jednak wiesz, co było najgorsze? Po tym sezonie jako kapitan musiałem pojechać na Galę Ekstraklasy. Stać i patrzeć, jak inni odbierają medale. To jest najgorsze, co może być. Tym bardziej kiedy wiesz, że masz fajny zespół, a nie wyszło i teraz musisz wstać i klaskać innym. No ale teraz nie ma się co załamywać. Mamy równie fajny zespół, który tym razem przepracował ze sobą cały okres przygotowawczy i wierzę, że będzie dobrze.

 

 

 


KOMENTARZE