Autor zdjęcia: zebrra.tv

Mateusz Borek dla 2x45: W Legii stworzona została za bliska relacja. Ludzie z jednego rozdania nie powinni się nawzajem oceniać

Autor: rozmawiał Łukasz Kościelniak
2018-08-22 13:30:10

Mateusz Borek jest komentatorem sportowym znanym z tego, że zawsze rzeczowo ocenia sytuację. Przy okazji jego wizyty kilka dni temu w Radomiu porozmawialiśmy o występach polskich drużyn w europejskich pucharach i szukaliśmy przyczyn, dlaczego odpadliśmy tak szybko. Czy Górnika Zabrze było stać na coś więcej? Czy Jagiellonia Białystok nie przyniosła nam wstydu? I wreszcie - w którym momencie pogubił się Dariusz Mioduski?

Łukasz Kościelniak (2x45.info): - Czy czwartek 16 sierpnia można określić mianem najczarniejszego dnia w historii polskiej piłki klubowej?
Mateusz Borek:
- Na pewno nie można określić go mianem najweselszego dnia. To już kolejny sezon, w którym nie przyszła kalendarzowa jesień, a nasze drużyny już zakończyły grę w europejskich pucharach. Trochę to przykre, bo ja miałem taką nadzieję – ba, nawet wydawało mi się – że skoro w 2016 roku nasza kadra awansowała do ćwierćfinału mistrzostw Europy, a Legia Warszawa zagrała w fazie grupowej Ligi Mistrzów, to mogę liczyć na powtarzalność. Nie oczekiwałem, że co roku będziemy grać w Lidze Mistrzów, ale spodziewałem się, że normalnością będą występy przynajmniej mistrza naszego kraju w Lidze Europy. Okazało się, że 2018 rok jest dla nas trudny, bo jeszcze w maju czy na początku czerwca była w kraju wielka euforia, oczekiwania, że możemy zawojować turniej rangi mistrzostw świata, a skończyło się bardzo słabym występem naszej kadry. Polskie kluby dopełniły tylko tej naszej goryczy i kibicowskiej rozpaczy.

- Jak pan ocenia występy naszych klubów w europejskich pucharach? Chyba najbardziej możemy być zadowoleni z postawy Jagiellonii Białystok, która nie przyniosła wstydu i przy odrobinie szczęścia, oraz lepszej skuteczności, mogła wyeliminować KAA Gent, i awansować do kolejnej rundy kwalifikacji.
- Zgadzam się, że określenie „nie przyniosła wstydu” jest najlepszym sformułowaniem. Nie mówmy jednak o dumie, bo zespół przegrał dwa mecze z Gentem. Wydaje mi się, że Jagiellonia nie wykorzystała pierwszego spotkania u siebie. Bardzo słabo w ofensywie wyglądał Sheridan, więc Frankowski grał praktycznie bez żadnego wsparcia z przodu. Gdyby szkocki napastnik miał „dzień konia”, gdyby Jagiellonii udało się wcisnąć jednego gola albo przynajmniej nie stracić bramki to pewnie liczylibyśmy w Belgii na to 1:1, które dałoby awans do IV rundy kwalifikacyjnej. Pamiętajmy jednak, że tam czekało francuskie Girondins Bordeaux, więc i tak awans do fazy grupowej byłby bardzo trudnym zadaniem. Biorąc pod uwagę budżet, czyli 44 miliony euro Gentu i 6 milionów euro Jagiellonii, to na pewno nie było kompromitacji ze strony białostockiego zespołu. Solidna postawa, wybieganie, był pomysł na te spotkania.

- Lech Poznań mierzył się z innym belgijskim zespołem - KRC Genk. Jak oceniłby pan postawę „Kolejorza” w tym dwumeczu?
- Tu było zdecydowanie gorzej, ale warto pamiętać, że już w poprzednich rundach Lech nie prezentował się zbyt przekonująco. Oglądając dwa spotkania z Genkiem łatwo można było zauważyć, że w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła – czy to fizycznym, technicznym czy taktycznym – Belgowie byli drużyną zdecydowanie lepszą i myślę, że nieprzypadkowo wygrali obydwa spotkania.

- A Górnik Zabrze? Przypomnijmy, że śląski klub odpadł najwcześniej, bo już w II rundzie po dwumeczu ze słowackim Trenczynem.
- Moim zdaniem Górnik pod wodzą młodego szkoleniowca zaliczył wynik ponad stan. Pamiętajmy, że Górnikowi przed przystąpieniem do eliminacji wypadły cztery podstawowe ogniwa, dwóch obrońców i dwóch pomocników. Dodatkowo zespół oparty jest na graczach młodych i tanich. Nadzieje kibica zakochanego w tym klubie i czekającego na europejskie puchary kilkadziesiąt lat moim zdaniem nie zostały spełnione, ale nie z winy trenera, tylko z konsekwencji stanu konta. Górnika nie stać na dzień dzisiejszy na lepszych piłkarzy i może lepiej było zająć piąte miejsce, i skupić się na budowie zespołu na europejskie puchary, bo na tę chwilę ta wielka, legendarna firma na mapie polskiego futbolu na występy w Europie nie jest gotowa.

- Prawdziwą klęskę poniosła jednak Legia Warszawa, która najpierw odpadła z Ligi Mistrzów, a potem nie była w stanie wyeliminować luksemburskiego F91 Dudelange.
- Nie ma wątpliwości, że Legia się skompromitowała. Przy tym budżecie, przy swoich możliwościach, przy tych piłkarzach i dodatkowo zawodnikach, którzy są reprezentantami swojego kraju, to takiemu klubowi przegrywać z Dudelange po prostu nie wypada. To była jednak chyba pochodna i wypadkowa tego wszystkiego co dzieje się w klubie z Warszawy od dłuższego czasu. Dariusz Mioduski miał już kilka wizji funkcjonowania klubu. Najpierw Jacek Magiera był trenerem na lata, potem prezes Mioduski chciał budować drugie Dinamo Zagrzeb w oparciu o Romeo Jozaka, ale po czasie okazało się, że gość, który zna się na tworzeniu akademii zapragnął nauczyć się trenowania zespołu seniorskiego na żywym organizmie, a do pomocy miał faceta, który zwykle trenuje kobiety. Odszedł Jozak, został Klafurić, który uspokoił szatnię, ale za chwilę mamy kolejnego trenera. Prezes Mioduski liczy na taką jego „plastyczność”, żywiołowość, ekstrawertyczność. Liczył na to, że to wszystko przełoży się na inną, przede wszystkim lepszą postawę zespołu w tym rewanżowym meczu w Luksemburgu i że uda się uratować puchary.

To nie wypaliło i na pewno przychodzi teraz trudniejszy okres dla Legii Warszawa. Czas liczenia, czas oszczędności, czas zaciskania pasa, bo wiemy, że wysoki budżet Legii był oparty o wpływy, która miała gwarantować Liga Europy, czyli pieniądze za awans, punkty, dzień meczowy, marketing, sprzedaż gadżetów.

Nie wiem czy pan Mioduski otoczył się właściwymi doradcami, bo jak popatrzymy na każdy wielki klub, to jest tam taki szef, „mózg operacji”, który wyznacza właściwą strategię rozwoju sportowego i do niego właściciel ma stuprocentowe zaufanie. Ja nigdy nie rozumiałem takiej relacji, że przychodzi Kepcija i Jozak, oni są z jednego rozdania i co, Kepcija ma oceniać Jozaka? Albo Jozak chodzić do właściciela, że dyrektor ściągnął mu nie takiego zawodnika, jakiego on oczekiwał? Tam była moim zdaniem za bliska relacja i to powinno wyglądać zupełnie inaczej.

To prywatny biznes pana Mioduskiego, dostał teraz bardzo bolesną i przede wszystkim kosztowną lekcję piłki. Odnoszę wrażenie, że wiele się przez te kilka ostatnich miesięcy nauczył. Wszystkie moje słowa brzmią tak jakbym się pastwił, ale mi jest smutno, bo każdemu polskiemu klubowi życzyłem, żeby grał, wygrywał, zarabiał, bo to będzie napędzać polską piłkę.

- Mówił pan o bliskiej relacji Kepciji i Jozaka. Zastanawiam się jak oceniłby pan obecność w sztabie szkoleniowym Aleksandara Vukovicia? To człowiek, który po raz kolejny współpracuje z nowym szkoleniowcem i w sieci nie brakuje komentarzy, że swoją obecnością Vuković też może – mówiąc kolokwialnie – mieszać w tym zespole.
- Mieszać może nie. Znam go z boiska, znam go prywatnie, ale uważam, że zawsze rozsądniejszym i jakby zdrowszym schematem funkcjonowania sztabów jest to, że jak razem przychodzimy, to potem wspólnie odchodzimy. Wtedy nie ma drugiego dna, nie ma jakichś podejrzeń, nie ma zastanawiania się jak to wszystko funkcjonuje i dlaczego on nie podpowiadał tamtemu trenerowi skoro teraz sądzi, że może być lepiej z innym szkoleniowcem. Jeśli ja będę kiedyś prowadził klub, to będę miał prostą zasadę: sztab przychodzi i odchodzi. Dzisiaj to nie jest mój zespół i mogę się tylko temu przyglądać.

- W niedzielnym programie Liga+ Extra Kazimierz Węgrzyn oceniając postawę polskich zespołów powiedział, że „puchary zakłamują rzeczywistość, a liga się rozwija”. Jak odniósłby się pan do tej opinii?
- Skomentuję to krótko: niekoniecznie poziom przekazu telewizyjnego i produkcji meczów polskiej ligi odpowiada poziomowi tych rozgrywek.


KOMENTARZE