var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: archiwum prywatne Łukasza i Uli Glanowskich

Reportaż 2x45: Mąż trenerem, żona… prezesem klubu. "Awantury w domu raczej przed meczami niż po"

Autor: Mateusz Sokołowski
2018-08-25 14:00:52

Sportowe małżeństwa to nic nadzwyczajnego. Często zdarza się, że oboje są sportowcami, czasami uprawiają nawet tę samą dyscyplinę. Przypadek Łukasza Glanowskiego (30 l.) i jego żony Uli Pacygi-Glanowskiej (27 l.) jest jednak wyjątkowy. On jest grającym trenerem A-klasowej Tęczy Stanisławów, ona… prezesem klubu. Poznajcie ich historię osadzoną w realiach, w których na co dzień funkcjonują trenerzy, zawodnicy i działacze klubów z najniższych szczebli polskich rozgrywek.

Stanisławów to wieś położona około 40 kilometrów na wschód od Warszawy. Lokalna drużyna, Tęcza, została założona w 1992 roku. W sezonie 2016/17 spadła z ligi okręgowej, od tamtej pory występuje w rozgrywkach A-klasy (grupa: Siedlce).

Dla niecierpliwych: najpierw zawodnikiem Tęczy został Łukasz. Później przejął też obowiązki trenera, a dopiero na samym końcu tej historii - w 2017 roku - posadę prezesa przejęła jego małżonka. A szczegóły? Przeczytajcie sami!

***

Jak się poznaliście?
Ula:
Byłam na studiach w Warszawie i dorabiałam sobie w szatni. Wtedy się poznaliśmy. Później urodził nam się syn Franek i postanowiliśmy się przeprowadzić z Warszawy do Pustelnika, skąd jestem ja (około 35 kilometrów od Warszawy, 5 kilometrów przed Stanisławowem - przyp. aut.) ze względu na większy dom.

Łukasz: Grałem wtedy w Gwardii Warszawa. Spadliśmy z okręgówki do A-klasy. Chciałem dalej grać, ale po przeprowadzce musiałbym dojeżdżać dość daleko.

U: Cały czas mówił, że chciałby gdzieś grać. Ja będąc w gimnazjum przez dwa czy trzy lata grałam w Tęczy Stanisławów. Była wtedy drużyna futsalu dla dziewczynek. Mówię do Łukasza: "chodź, ja tutaj wszystkich znam". Poszedłeś na pierwszy trening, sparing. Chociaż tak naprawdę tutaj się nigdy nie trenowało. Priorytet był taki, żeby spotkać się na meczu w sobotę albo niedzielę. Najlepiej w sobotę, bo w niedzielę większość jest po imprezie.

Ł: Po pół roku okazało się, że komuś skończyła się licencja trenerska.

U: Nie, to było po roku. Awansowaliśmy do okręgówki. Złoty czas Tęczy. Chodziłam na mecze, więc znałam już wszystkich. Potem zostałam kierownikiem drużyny, zajmowałam się dokumentami, kartkami i takimi sprawami. Po tym awansie okazało się, że nikt nie ma papierów na to, żeby zostać trenerem.

Ł: Ja zrobiłem akurat licencję UEFA C. Zapisałem od się od razu na kurs UEFA B i otrzymałem warunkową licencję.

U: Wcześniej wyglądało to tak, że chłopaki przychodzili do szatni i wspólnie decydowali, kto i gdzie będzie dziś grał. Teoretycznie ktoś był wpisywany do protokołu jako trener, ale żadnego trenera nie było. W sprawach spornych decydował ówczesny prezes. Łukasz zawsze mówił, że będzie normalnym trenerem i nikt mu się nie będzie wtrącał. Na początku było ciężko, ale to był dobry czas na rewolucję. Na początku 2017 roku zostałam prezesem. To był moment, kiedy po rundzie jesiennej mieliśmy 2 punkty, a z ligi spadały cztery drużyny. Żadnych szans na utrzymanie. Zaczęliśmy wprowadzać i ogrywać juniorów. Brak wyników i wprowadzenie nowych zasad oraz treningów wiązał się z odejściem części zawodników. Ty był naprawdę trudny czas, który wymagał nowych rozwiązań. Teraz gramy w połowie juniorami, średnia wieku drużyny to 21-23 lata.

Ł: W rundzie rewanżowej zrobiliśmy 150% normy, bo zdobyliśmy 3 punkty. Niesamowity progres, co?

Jak zostałaś prezesem?
U:
Od dawna przychodziłam z chłopakami na mecze, później byłam kierownikiem, a jestem taka, że zawsze jak coś robię, to na sto procent. Jeszcze jako kierownik stworzyłam trzy dodatkowe drużyny dla dzieciaków w sekcji piłki nożnej oraz sekcję tenisa i siatkówki dla dziewczyn. Były prezes akurat zrezygnował. Też młody chłopak, powiedział, że już nie daje rady i ma inne plany osobiste.

Ł: Było zebranie zarządu, głosowanie.

U: I tylko jedna kandydatura. Wygrałam jednogłośnie. To było w styczniu 2017 roku, uzupełnienie poprzedniej kadencji na półtora roku. Teraz w maju znów były wybory, zostałam prezesem na kolejne cztery lata. Chyba, że nie wytrzymam psychicznie.

Był kontrkandydat?
U:
Nie. Myślę, że nikt by tego nie wytrzymał. Nikt sobie nie wyobraża jak dużo jest pracy i jak ogromne obciążenie psychiczne. Zwłaszcza, że to praca społeczna, bo jako prezes nie otrzymuję żadnego wynagrodzenia, a niejednokrotnie jeszcze trzeba dołożyć z własnej kieszeni. Ze wszystkimi obowiązkami jestem sama. Mam trenerów, ale u mnie trenerzy zajmują się tylko trenowaniem dzieci. Ja ustalam sparingi, kupuję ciuchy dzieciakom, rejestruję je, ustalam terminy meczów, a nawet dostarczam trenerom dokumenty na mecze. Z terminami jest niezła gimnastyka, bo na naszym boisku gra jeszcze zespół Nojszewianki Dobre (Dobre to wieś położona około 10 kilometrów od Stanisławowa, tamtejsza drużyna gra obecnie w B-klasie - przyp. aut.). Łukasz prowadzi trzy zespoły, a inny trener kolejne dwa i gra jeszcze w Płomieniu Dębe Wielkie (klub z ligi okręgowej z sąsiedniej gminy - przyp. aut.). Jak zbliża się liga, rozkładam sobie wszystkie terminarze, żeby widzieć, kto kiedy ma mecze i zaczyna mnie boleć głowa, jak to dopasować. Jest presja, ja ją odczuwam.

Z czyjej strony?
U:
Ogólnie. Bo jestem kobietą. Tyle razy słyszałam, że mi się nie uda. Patrzą mi na ręce dwa razy bardziej niż facetowi.

Ile czasu dziennie zajmuje ci klub?
U:
Dużo. Czasami cały dzień, od rana do wieczora. Mamy z Łukaszem ten plus, że razem spędzamy weekendy. Koledzy mówią, że ich żony się skarżą: “Znowu mecz”. A dla nas to naturalne. Ja najchętniej spędzałabym całe weekendy oglądając mecze, Łukasz nie bardzo.

Ł: Chociaż jeden dzień w tygodniu byśmy spędzili razem. Ale często jest tak, że wstajemy rano, a ona mówi, że może pojechalibyśmy na A-klasę, bo akurat Świt Barcząca gra.

U: Uwielbiam niższe ligi, naprawdę. Ostatnio Pogoń Siedlce grała sparing z rezerwami Legii. Piłkarsko mecz świetny, ale nie było takich emocji. Pojechaliśmy do Skórca na czwartą ligę i zaraz coś się zaczęło dziać, bo ktoś na przykład się pokłócił z sędzią. To jest inny poziom emocji. W wyższych ligach gra się za pieniądze, tutaj grają ludzie, ich emocje. Mogłabym oglądać te mecze od rana do wieczora, ale Łukasz mówi: “nie, może byśmy w domu posiedzieli”. Wtedy biorę go pod włos: “ale my gramy z nimi za tydzień!”.

Czyli analiza rywala.
Ł:
Ciężko to później komuś przekazać jak na trening przyjdzie ośmiu. Taktycznie ciężko to wygląda.

U: I tak jest lepiej. Na początku nikt tu nie trenował.

Ł: Często jest tak, że na początku sezonu przychodzi po dwadzieścia osób, a później się wykrusza. Teraz od początku mamy słabą frekwencję.

U: Kiedyś codziennie pytałam go po treningu, ile było osób. Zauważyłeś, że ostatnio ani razu nie zapytałam? Nie chcę się denerwować. Mamy grupę na Facebooku. Jak dowiem się, że prawie nikt nie przyszedł na trening, piszę motywującego posta, jakieś psychologiczne gadki i na następny trening przychodzi dwudziestu. Oni się Łukasza boją, większość pisze do mnie. To jest hit.

Ł: Ja nie dostaję informacji, że kogoś nie będzie, że nie może, że kontuzja, urodziny, wesele, komunia. Ula mi mówi, że nie będzie tego i tego.

U: Wszyscy piszą do mnie.

Dlaczego?
Ł:
Nie mam pojęcia.

U: Ja rozwiązuję wszystkie problemy tego świata. Łukasza to denerwuje, ale tak jest.

Ł: To jest akurat nasz wspólny problem, ale ja wychodzę z założenia, że jak jest mecz, każdy ma obowiązek zadeklarować się czy będzie, czy nie. Nie lubię sytuacji, kiedy trzydzieści osób wyświetli posta, pięć napisze, że przyjdzie, a od reszty nie ma żadnej informacji.

Czym zajmujesz się poza trenowaniem?
Ł:
Jestem planistą w firmie transportowej we Wiązownej. 20 kilometrów w jedną stroną, jadę 20-25 minut. Wcześniej pracowałem w Warszawie, to 50 kilometrów w jedną stronę. W piątki potrafiłem wracać 2,5 godziny.

Ciężko to pogodzić?
Ł:
Ciężko jest w te dni, kiedy mamy treningi. We wtorki, środy i piątki wracam do domu o 22.

U: Łukasz prowadzi trzy roczniki. Najstarszym juniorom i seniorom robimy łączone treningi.

Ł: Bo juniorów przyjdzie sześciu, a seniorów pięciu. W jedenastu zrobisz więcej niż dwa razy po pięciu. Poza tym za takie pieniądze nikt by się nie podjął, umówmy się.

U: Na początku Łukasz trenował za darmo, bo tu nigdy nie ma pieniędzy. Klub finansuje gmina. W tym roku mamy mniejszy budżet mimo że wykonałam 150% planu, który zadeklarowałam. Wcześniej mieliśmy 50 tysięcy rocznego budżetu, z czego 7-8 tys. szło na karate, a około 43 na sekcję piłki nożnej. Później dostałam 20 tysięcy więcej, ale z powrotem zostało to zmniejszone o 10 tysięcy. Uważam, że w większości współpraca z gminą układa się poprawnie. Dużo osób docenia to, co się dzieje. Budżety w innych klubach są na poziomie od 15 do 100 tysięcy, więc jesteśmy gdzieś pośrodku. Plusem jest również to, że ze wszystkich obiektów korzystamy bezpłatnie. Najdroższe są przejazdy. Seniorzy jeżdżą samochodami, zwracamy im za paliwo. Ale dzieciom zawsze wynajmujemy busa. Wcześniej też jeździli samochodami, po kilkoro z jednym rodzicem, ale powiedziałam, że dalej na to nie pozwolę. Bo jeśli coś się stanie, to ja jestem za nich odpowiedzialna.

Sponsorzy?
U:
Mamy jednego lokalnego, grał kiedyś w Tęczy. Są też tacy anonimowi. Raz zadzwonił rodzic jednego z dzieciaków i powiedział: “Pani Ulu, ja dam pani półtora tysiąca na sprzęt, ale pani nie mówi, że dostała ode mnie”. Takie momenty wzruszają i dają ogromną wiarę w ludzi. A wracając do pieniędzy Łukasza… Dość długo trenował za darmo, później na zebraniu zarządu zapadła decyzja, że dostanie 800 złotych za dwie drużyny.

Ł: Przez 10 miesięcy, bo odpadają grudzień i styczeń. W Warszawie mając dwie drużyny można wyciągnąć 4 tysiące. W Mińsku Mazowieckim średnia to jakieś 800 złotych za jedną drużynę.

U: Zaznaczając, że to trzy treningi w tygodniu. Plus przygotowanie się do nich. Łukasz akurat się przygotowuje. Mieszkam z nim, to wiem.

Ł: Trzeba być przygotowanym na wiele wariantów. Muszę wiedzieć, co robić jak przyjdzie siedmiu, dziesięciu, albo dwudziestu. To w sumie trudniejsze niż gdy wiesz, że na sto procent będziesz miał piętnastu ludzi.

U: Teraz w lidze rocznika 2006 mamy 7 zespołów, 14 kolejek. Jak to zobaczyłam, to się przeraziłam. Trener mówi: “fajnie, dużo pograją”. A dla mnie to są wyjazdy, a każdy wyjazd to 400 złotych. Siedzę i kalkuluję, skąd wezmę te pieniądze. Ja o nie walczę, chodzę, proszę. Czasami to boli, bo to nie pieniądze dla mnie.

Ł: Ludzie o tym nie wiedzą.

U: Czasami słyszę “bo zawodnicy piją po meczach”. Kurczę, w każdej drużynie piją. Ale przecież nie robią tego za klubowe pieniądze.

Ł: W ekstraklasie też piją.

U: Jak się napiją piwa po meczu, to się lepiej zintegrują. Tak to działa w tych ligach.

Łukasz, jak prezes przyjmuje porażki?
Ł:
Zależy jaki dzień. Mówimy o seniorach, tak?

U: Dzieciaki to inna kategoria.

Ł: W niższych kategoriach wiekowych wynik nie jest do końca ważny. Nie jestem zwolennikiem czegoś takiego, że najlepsi nie trenują, ale i tak grają. Seniorzy to inna bajka. Od początku mówiłem, że frekwencja na treningach będzie decydująca, ale jakbyśmy mieli brać pod uwagę tylko ją, to… Mecz byśmy rozpoczęli, bo w ośmiu można.

U: Są takie dni, że jest mi ciężko.

Ł: Mieliśmy okres półtora roku bez wygranej.

U: Jak w końcu wygraliśmy, to się popłakałam. Podchodzę do tego bardzo emocjonalnie. Jak jest mecz, to od szóstej rano nie śpię i strasznie się denerwuję. Im więcej znajomych mam w drużynie przeciwnej, tym bardziej zależy mi, żeby wygrać. Derbowe spotkania są też bardzo ważne. Ostatnio się popłakałam jak wygraliśmy z Nojszewianką, dzięki czemu zapewniliśmy sobie utrzymanie.

Ł: Byliśmy wtedy gośćmi, a graliśmy na swoim stadionie.

Emocje tylko na boisku czy w domu też?
U:
W domu awantury są raczej przed meczami niż po.

Ł: O, tak…

U: Zwalniam go co tydzień. Tydzień temu też go zwolniłam.

Ł: Ja też się zwalniam.

O co poszło tydzień temu?
U:
Jeżeli namawiam kogoś, żeby przyjechał na mecz, wiem, że jedzie z daleka, a Łukasz mi mówi, że wpuści go na 15 minut…

Ł: Dla mnie nie ma znaczenia, skąd jedzie. Jeśli nie trenował przez cały tydzień…

U: Ja znam ich wszystkich lepiej niż Łukasz. Jak był sparing i widziałam, że jeden nie podał drugiemu, tylko czekałam po meczu na wiadomość. Ten temu nie poda, inny nie strzeli na pustą, chociaż mógł podawać… Po meczu awantura gotowa.

Ł: I tak było.

U: Napisał, że chyba w ogóle nie będzie już u nas grał. I od nowa: pisanie, rozmowa, że daj spokój. Takimi sytuacjami się stresuję. Zależy mi, żeby wszyscy grali, żeby te wyniki były jak najlepsze. A jeśli chodzi o wyniki - mam kolegę, który ciągle pytał, kiedy zatrudnię go jako trenera.

Ł: Jak mieliśmy 25 meczów bez zwycięstwa, pisał do Uli po każdym przegranym meczu.

U: Wiedziałam, że to żarty i że ten kolega mi dobrze życzy, ale to emocje. Raz nie wytrzymałam i się mocno zdenerwowałam. Łukasz jest jednym z lepszych trenerów jakich znam. I nie mówię tak dlatego, że jest moim mężem. Znam wielu trenerów. Łukasz jest bardzo obowiązkowy, zawsze się przygotowuje.

A jak żyjecie z sędziami?
U:
Ja żyję dobrze ze wszystkimi. Przez tyle lat z sędzią pokłóciłam się ze dwa razy. Raz jak źle zapisał numery i myślał, że daje naszemu zawodnikowi drugą żółtą kartkę i wyrzucił go z boiska. A on nie miał wcześniej kartki. Czasami sędziowie pytają po meczu: “Co ja mam zrobić z pani mężem?”.

Ł: Jestem bardzo ekspresyjny, zaangażowany.

U: On krzyczy i krzyczy. Co ja mam zrobić? Mówię: “Panie sędzio, emocje!”. Zawsze jest śmiech. Nigdy cię jeszcze nie opisali, wszystko przed tobą. Łukasz jest bardzo spokojny, dopóki nie zacznie się mecz. Często robimy na ławce zakłady o to, po ilu minutach kogoś opierdoli. Raz miało być do pięciu minut, a minęło 30 sekund i już.

Zapomniałbym zapytać o jeszcze jedno twoje zajęcie. Jesteś radną gminy.
U:
Ale nie tej! Mieszkam na pograniczu gmin Stanisławów i Dębe Wielkie, ale to już Dębe Wielkie. Tam jestem radną. Pracuję też w Gminnym Ośrodku Kultury w Stanisławowie. To wyszło w sumie przez przypadek, bo mieliśmy rocznicę klubu i przyszłam do ówczesnego dyrektora zapytać, czy może byśmy coś razem zorganizowali. “A może chce pani tu pracować?”. Przyszłam i za pół roku sama zostałam dyrektorem. A jak poszłam do pracy pierwszego dnia, to mówiłam Łukaszowi, że kiedyś będę tu dyrektorem.

Ł: Przeraża mnie to, bo ona mówi, że za cztery lata będzie wójtem.

U: Łukasz powiedział, że jakbym została wójtem, musielibyśmy się rozwieść.

Ł: Tak.

U: Uwielbiam to co robię i nie ciągnie mnie do wyższej władzy. To tylko żarty. Chociaż i tak mnie ciągle nie ma...

Ł: Ale by cię nie było jeszcze więcej. Rozwód murowany.

Do kiedy trwa kadencja prezesa?
U:
Do maja 2022 roku. Czasami zdarzają się kryzysy i mówię, że już nie dam rady. Ale są chwile, których nie da się kupić za pieniądze. Jak pojadę z dzieciakami na mecz, który wygrają. Jak dostałam statuetkę z OZPN. Czy jak wygraliśmy pierwszy mecz w A-klasie. Jest adrenalina, bo nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Czy skończymy w dziewięciu, czy wygramy 5:0 z liderem.

Ł: Trzeba jeszcze dodać, że Ula jest psychologiem, jeśli chodzi o moją drużynę juniorów.

U: Jestem młodsza od ich rodziców, ale na tyle starsza, żeby mogli się mnie o coś zapytać jak mają jakiś problem.

Ł: Kogoś rzuci dziewczyna albo coś takiego. Często uderzają do Uli.

Jaki cel na nowy sezon?
Ł:
Piąte miejsce i do góry.

U: Na awans do okręgówki nie zasługujemy, bo nie jesteśmy gotowi. Nie jestem zwolennikiem robienia sztucznego tłumu z najemników, bo to się źle kończy. Ludzie z zewnątrz są jak jest fajnie, jak jest atmosfera. Kiedy robi się źle, zostaje mało osób i nie masz na kogo liczyć. Stąd wprowadzanie juniorów. Nie ma co pchać się na siłę do okręgówki, żeby spaść zaraz z hukiem. Za dwa lata będziemy gotowi.

 

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie