Autor zdjęcia: archiwum własne autora

Tomasz Byszko dla 2x45: Przepis o młodzieżowcu? Nie wierzę, że w każdym klubie nie ma choć jednego wychowanka z potencjałem

Autor: rozmawiał Maciej Golec
2018-08-26 12:03:05

Ma zaledwie 25 lat, a już był na stażach w najlepszych piłkarskich akademiach świata. Jak poznał Ivana Kepciję? Co mu zaimponowało w trenerze Piotrze Stokowcu? Jakie ma zdanie na temat młodzieżowców w Ekstraklasie? To jednak nie tylko rozmowa o Tomaszu Byszko, trenerze zespołu U-14 Lechii Gdańsk, ale ogólnie o piłce młodzieżowej. Wielu trafnych spostrzeżeń i ciekawych opinii nie brakuje.

Maciej Golec (2x45.info): - Jest pan autorem projektu „Dzielę Się Wiedzą”. Na czym on polega?
Tomasz Byszko:
- Projekt został stworzony z myślą o osobach, które nie mają możliwości np. wyjechać na staż, czy dowiedzieć się różnych rzeczy na temat szkolenia. Są tam zamieszczane informacje odnośnie do konferencji, na których byłem, czy właśnie staży. Wychodzę z założenia, że jeśli mogę się czymś dzielić, to to robię – przecież do grobu tego nie zabiorę. Często proszę trenerów z Pomorza i z całej Polski, żeby się wypowiedzieli na ten temat – można to przeczytać na mojej stronie internetowej. Projekt tworzę sam, w oparciu o pomoc trenerów, z którymi współpracuję. Co prawda jestem jeszcze młody i nie wiem wszystkiego, jednak bardzo mnie cieszy, że spora grupa osób z tego korzysta i czerpie wiedzę.

- Z bardziej znanymi trenerami też miał pan kontakt?
- Tak, zarówno z Ekstraklasy, jak i spoza kraju. Said Ouaali był moim „mentorem” podczas stażu w Ajaksie Amsterdam – on zajmował się wszystkimi sprawami organizacyjnymi. Poznałem także Tomka Króla, dzięki któremu dostałem się na staż do Crystal Palace. Teraz jest trenerem bramkarzy w akademii Zagłębia Lubin, ciągle mamy dobry kontakt.

Z kolei wyjazd do Zagrzebia załatwiłem sobie sam – staż organizował Ivan Kepcija, pracujący obecnie w Legii. Na początku myślałem, że skoro to taki wielki klub, to będą nas traktować z góry, pobieżnie, jednak Ivan okazał się bardzo otwartym, pozytywnym człowiekiem. Dzwonił, spotkał się z nami osobiście, wszystko dokładnie wytłumaczył – co możemy, a czego nie – także zrobił naprawdę dobre wrażenie.

- Co jest pociągającego w trenowaniu młodzieży?
- Dla mnie to jest pasja i gdy widzę jaką mają radochę, jak ciężko trenują i jak podchodzą do swoich obowiązków – cieszę się i spełniam razem z nimi. Nie ma nic piękniejszego.

- Pan jest trenerem grupy U-14. Nad czym powinny się skupić dzieci w tym wieku?
- Przede wszystkim nad rozwojem swoich umiejętności piłkarskich. Elementy taktyki również są, ale ona była już od najmłodszych lat wprowadzana – najpierw indywidualnie, potem grupowo, teraz już zespołowo. My chcemy połączyć wszystkie cztery fundamenty w jednym treningu – podejście mentalne, motoryczne, taktyczne i techniczne.

- Jakie błędy trenerzy w akademiach popełniają najczęściej?
- Nie nazwałbym tego błędami. W Polsce jakość szkolenia idzie do przodu. Może być to odbierane przez pryzmat reprezentacji, ale naprawdę widać postęp w grupach juniorskich. Ludzie mówią, że te lepsze akademie ze świata się z nami nie liczą, a tak nie jest. Niejednokrotnie da się zauważyć na międzynarodowych turniejach, że polskie zespoły dobrze sobie radzą, jednak problem zaczyna się w fazie przejściowej między juniorami a seniorami. Dzięki Centralnej Lidze Juniorów ci chłopcy mogą ze sobą rywalizować. To jest dobra droga, tak trenują m.in. w Anglii, tylko że u nich liga zaczyna się dopiero od U-18, potem jest U-23, czyli Premier League 2. Przejście jest bardziej płynne niż u nas, ale my też do tego dążymy i myślę, że za kilka lat będziemy zbierać owoce pracy u podstaw.

- Trener Marek Wanik w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego stwierdził, że podpowiadanie zawodnikom podczas meczu to najgorsze co można robić.
- Miałem przyjemność poznać trenera Wanika na kursie w Grodzisku Wielkopolskim, gdzie byłem kursantem UEFA B. Rzeczywiście, uczono nas, żeby nie „sterować” zawodnikami podczas meczu. Dziecko ma dzięki temu dużą swobodę podejmowania decyzji na boisku, rozwija swoją kreatywność, co jest bardzo ważne. Podczas meczu musi mieć otwarty umysł.

- Pracował pan już w kilku klubach. Na czym polegała różnica?
- Na pewno trzeba odpowiednio dostosować jednostki treningowe do danej grupy. W mniejszych klubach sporo osób odstaje poziomem od chłopaków z Lechii, więc siłą rzeczy te treningi wyglądają inaczej, są dopasowywane do poziomu. Nie znaczy to jednak, że w tych słabszych klubach nie ma chłopaków, którzy się wyróżniają. Oni są, więc trzeba ich w miarę możliwości wypychać do przodu, a tych słabszych ciągnąć za sobą i motywować do jeszcze cięższej pracy. W ten sposób każda strona korzysta.

- A jak to wygląda pod względem mentalnym? Łatwiej pracować ze starszymi czy młodszymi?
- Ze starszymi ze względu na to, że są bardziej świadomymi zawodnikami. Oczywiście, musi ktoś im w tym pomóc – tutaj jest ważna rola rodziców i trenerów, którzy powinni razem tworzyć zespół. Rozmowy, zwłaszcza w takim wieku, są nieodzownym punktem każdego sportu. Jeśli chodzi o młodszych, to oni nie mają jeszcze na tyle koncentracji i świadomości, aby wiedzieć, co sami muszą robić, ale to przyjdzie z czasem.


Makieta centrum treningowego Benfiki Lizbona

- Jak to jest za granicą?
- Benfica Lizbona była dla mnie pierwszym takim zaskoczeniem, bo pewnego dnia poszliśmy na trening 3-, 4- i 5-latków. Wyobraź sobie, że mieli normalny trening. W takim wieku! Nie w formie zabawy, wszystko na poważnie – gra 1 na 1, powroty do obrony, drybling połączony z koordynacją, a nawet zagrania z pierwszej piłki. Natomiast w Dinamie Zagrzeb piłkarze z grupy U-7 na początku treningu przez dziesięć minut stali naprzeciw siebie i grali na dwa kontakty, przyjmij – podaj – przyjmij – podaj.

- Kosmos.
- Właśnie, dlatego uważam, że powinniśmy wybrać jedną drogę i nią iść. Większość trenerów przychodzi na trening takich dzieciaków i mówi: „A oni znowu podają”. No tak, ale za parę lat wyjdzie, że przez długi czas na każdym treningu poświęcali dziesięć minut na ten element. Dojdzie w końcu do tego, że w meczu będą potrafili to wykorzystać, a ktoś, kto teraz się naśmiewa, będzie wtedy daleko z tyłu.

- Po obserwacji treningu mam wrażenie, że pracujecie głównie nad tym, czego nie potrafią piłkarze z Ekstraklasy. Wysoki pressing, krótkie wyprowadzenie piłki, gra na jeden kontakt.
- Dopiero idzie fala tych młodych zawodników, którzy podążają tą drogą szkoleniową pod model PZPN-u. Bardzo mi się podoba, że specjalnie dla trenerów powstają materiały pomocnicze. W mniejszych klubach trenerzy nie mają możliwości się doszkalać, a właśnie dzięki nim otwierają sobie nową furtkę. Potem, gdy przychodzą do nas dzieci z mniejszych miejscowości, wiedzą co trzeba robić na danej pozycji, jak wprowadzać piłkę, jak zagrać. Wiadomo, sporo też zależy od grup. Ja mam rocznik 2005, ale w innym klubie u dzieci w tym samym wieku mogą zwracać uwagę na inne aspekty, ponieważ po prostu mają inne możliwości. Ale w większości przypadków widać postęp.

- Ma pan 25 lat, wykształcenie wyższe, staże w wielkich klubach. Taki wiek ułatwia kontakt?
- Jeśli chodzi o mnie, to z reguły jestem bardzo kontaktową osobą, wynika to bardziej z charakteru niż z wieku. Staram się, by na treningach było więcej uśmiechu, bo dziecko nie może pracować non-stop. Oczywiście, praca jest ważna, ale trzeba wiedzieć, kiedy zahamować, by tych chłopaków nie zrazić.

- Czyli trener, oprócz bycia szkoleniowcem, musi być też kolegą?
- Może nie kolegą, bo dystans między zawodnikiem i trenerem musi być. Nazwałbym go osobą przyjacielską, która w trudnych momentach pomoże, a kiedy trzeba – przyciśnie.

- Co zatem sprawia, że na tle europejskich akademii wypadamy tak blado?
- Trochę się z tym nie zgadzam. Różnica jest widoczna dopiero od poziomu U-16 i to z tego względu, że od 16. roku życia można robić transfery zagraniczne. Nasze akademie nie dysponują takim budżetem, jak przykładowo Liverpool. Tam transfery sięgają, żeby nie skłamać, rzędu 5 milionów funtów, co może być budżetem czterech akademii w Polsce razem wziętych. Kolosalna różnica. I jeśli oni rywalizują ze sobą w wieku od 18 do 23 lat, to wtedy płynniej przechodzą do seniorów i nie mają dużych braków. My też rywalizujemy między sobą, ale poziom jest jaki jest. Potem ci najlepsi są wybierani przez trenera seniorów i okazuje się, że odbijają się od Ekstraklasy, bo nie są przygotowani. Według mnie trzeba im poświęcić więcej czasu. Tutaj przywołam przykład Karola Fili, z którym miałem okazję współpracować. Grał w zespole U-19, został wypożyczony do Chojniczanki, gdzie ogrywał się na poziomie seniorskim,  aż w końcu dostał prawdziwą szansę w meczu z Górnikiem i ją wykorzystał. Zagrał bardzo dobry mecz.

- Z Mateuszem Sopoćko też pan pracował?
- Tak.

- Już wtedy było widać, że się wyróżniają?
- Pod względem piłkarskim na pewno. Jeśli chodzi o Karola, to nie był w pierwszej czwórce naszej hierarchii. Zresztą podobnie Mateusz, który odbiegał fizycznie od reszty kolegów, a teraz radzi sobie bardzo dobrze. Jest to idealny przykład dla chłopaków z akademii, pokazujący, że nie wzrost i siła pomaga grać, tylko inteligencja piłkarska, szybkość operowania piłką i, co najważniejsze, ciężka praca.

Tak swoją drogą, bardzo mi się podobała jedna rzecz u trenera Stokowca. Jeszcze w poprzednim sezonie jeździł prawie na każdy mecz Centralnej Ligi Juniorów U-19 i bardzo skrupulatnie obserwował chłopaków. Traktował to mega poważnie i na pewno nieprzypadkowo włączył Mateusza i Karola do pierwszej drużyny – pokazali się z dobrej strony, zyskali uznanie w oczach trenera i teraz mają swoją nagrodę.

- Infrastruktura pozostawia wiele do życzenia?
- Jeśli mam być szczery, to my, jako Lechia, nie mamy na co narzekać. Trenujemy w dwóch miejscach. Pierwsze to MRKS, czyli trawiaste, świetnie przygotowane boisko ze stadionem  Energa Gdańsk w tle, który co trening przypomina chłopakom, do czego chcą dojść. Widać, że ich to pozytywnie nakręca. A oprócz tego oczywiście nasz dom – Traugutta 29, gdzie możemy trenować, grać mecze. Chłopcy dzięki temu co jakiś czas spotykają piłkarzy pierwszego zespołu, mogą przybić piątkę, chwilę porozmawiać, wziąć autograf. Jest to kolejny element, który ich motywuje. Widzą, że bycie piłkarzem to nie science fiction, ale realna przyszłość.

Biorąc pod uwagę całą Polskę to wiadomo, że każdy klub chciałby mieć miejsce, gdzie przyjdzie rano, posiedzi, zaparzy kawę i zrobi trening. Ale jeśli tego nie ma to znaczy, że mamy się załamać? Trzeba robić swoje i brać to, co jest.

- A liczba trenerów nie jest kłopotem?
- U nas nie jest to problemem, w każdej grupie mamy minimum dwóch trenerów. Oprócz tego jest trener bramkarzy, więc myślę, żewygląda to dobrze. W wakacje trenujemy we dwóch, a gdy się zaczyna rok szkolny dołączają treningi bramkarskie i sztab jest kompletny. Do tego dojdzie moja inicjatywa, na którą dostałem zgodę – będą do nas przychodzić stażyści i w ramach zajęć np. na gdańskim AWF-ie będą pełnić rolę III trenera.

- Tomasz Hajto w Cafe Futbol stwierdził, że w prawie żadnej akademii nie ma więcej niż 1-2 trenerów na grupę.
- Cóż, trudno się z tym nie zgodzić. Gdy przyjeżdża młodzież z europejskich akademii to widać jak bardzo sztaby są rozbudowane. Jest trener bramkarzy, fizjoterapeuta, dwóch trenerów, a do tego psycholog, pomagający zwłaszcza na turniejach. Często jest tak, że w ostatnich sekundach traci się bramkę i odpada np. z fazy grupowej. Pojawia się szok, płacz, histeria i zadaniem psychologa jest ugasić ten „pożar”.

- Pan miał u siebie taki „pożar”?
- Zdarzało się nieraz, gdy przegrywaliśmy „ważne” mecze. Dla przykładu, podczas turnieju Profbud Cup zabrakło nam jednego punktu, by awansować do grupy złotej. Mecz z Karpatami Lwów przegrywaliśmy już 0:2, udało się wyciągnąć do 3:3, a w ostatniej akcji meczu mieliśmy nawet piłkę meczową, ale niestety. Zresztą drugi mecz był taki sam – z West Ham United. Z 0:2 na 2:2 i znowu – dwustuprocentowa sytuacja tuż przed końcowym gwizdkiem – ponownie zmarnowana. Cóż, takie sytuacje się zdarzają. Mieliśmy potem rozmowę z chłopcami, trzeba było podnieść ich na duchu, by tak mocno się tym nie przejmowali.

- Zgaduję, że takie mecze to bardzo dobry sprawdzian.
- Zgadza się, ale powiedzmy sobie szczerze - Zagłębie Lubin i Lech Poznań to wiodące akademie, jeśli chodzi aspekty finansowe. Mają one możliwości, by cyklicznie wyjeżdżać za granicę na turnieje i mecze towarzyskie. My taką opcję mamy rzadziej. Oprócz zawodów, o których już wspomniałem, byliśmy też organizatorem turnieju Gdańskie Lwy. Graliśmy m.in. z Leicester City.

- I wygraliście.
- Tak, ale dla nas wynik jest mało ważny. Cieszymy się, że pokazaliśmy bardzo dobrą grę, bo to jest najważniejsze.

- Wracając do pana stażu w Lizbonie. Coś jeszcze pana zaskoczyło?
- Baza treningowa. Można się śmiać, ale jak się tam wjeżdża, to kopara opada. 9 boisk, 62 sypialnie, 20 szatni, genialna maszyna Benfica 360 LAB, na której miałem okazję trenować - po prostu kosmos jak na nasze warunki. Mają na to fundusze, sprzedają co chwilę zawodników za grube miliony euro, więc koło się kręci. Ich bazy są w całej Portugalii, a nawet w tak odległych zakątkach świata jak Gwinea, Chiny czy Mozambik.

Liczba skautów też jest dość wymowna i świetnie pokazuje podejście tamtejszej „góry”. W grupach młodzieżowych jest ich ok. 60, a razem z pierwszym zespołem ponad 100. Do tego dochodzi też 100 wolontariuszy. Niewyobrażalne.

- Jakieś ćwiczenia szczególnie zwróciły pana uwagę?
- Tak, głownie te psychologiczne. Pierwsze z nich polegało na tym, że zawodnicy ustawiali się w jednej linii. Gdy trener mówił „jeden” lub „dwa” - taka liczba musiała na znak wybiec z szeregu nie używając żadnych słów, opierając się jedynie na wzajemnej obserwacji i koncentracji. Gdy wystartuje więcej jest błąd i wszystko od nowa.

Drugie było jeszcze ciekawsze, przetestowano je na nas – trenerach. W 9 osób stworzyliśmy koło i dostaliśmy pięć piłek tenisowych. Mieliśmy rzucać je do siebie tak, by żadna nie spadła na ziemię z tym zastrzeżeniem, że zabronione było podawanie do sąsiada. Minęło może 7 sekund i było po zabawie. Potem trener koordynator wytłumaczył, że ćwiczenie polegało głównie na koncentracji i współpracy.

- Jak długo jesteście w stanie utrzymać tę piłkę? – spytał.
- 1,5 minuty – odpowiedzieliśmy.

Tym razem wszyscy się zmobilizowali, w pełni skupili na celu, który jest do osiągnięcia. Czas płynął, a my graliśmy i graliśmy, była jakość, pełna koncentracja, aż w końcu pierwsza piłka spadła. I gdy trener nam powiedział, że minęło ponad 2,5 minuty, to pierwsza reakcja była: „Niemożliwe, pokaż stoper!”.

- Głowa pracuje.
- Pracuje, ale zupełnie inaczej. Bardzo łatwo jest to przenieść na zadania podczas zwykłego treningu. Gdy widziałem, że moim chłopakom notorycznie wypadała piłka podczas schematu podań na jeden kontakt bez przeciwnika – zebrałem wszystkich i zadałem to samo pytanie. Na początku wytrzymywali 30 sekund, potem minutę. A gdy powiedzieli, że się zepną, nawet nie zdali sobie sprawy, że przez ten „czarodziejski myk” kopali dłużej niż 7 minut.


 


Z Tomaszem Królem, trenerem bramkarzy Crystal Palace

- Na co jest kładziony nacisk w tych akademiach, w których pan był?
- Kieruje nimi slogan: „My nie szkolimy drużyn, my szkolimy zawodników”. I to rzeczywiście widać. Dla przykładu, wczoraj (rozmowa przeprowadzona 21 sierpnia - przyp. MG) w Crystal Palace fenomenalnie zagrał Wilfried Zaha, Bernardo Silva z Benfiki występuje w Manchesterze City, a Dinamo Zagrzeb wyszkoliło m.in. Lukę Modricia, Mateo Kovacicia, czy Dejana Lovrena, czyli zawodników Realu Madryt i Liverpoolu.

- Czy intensywność treningów nie jest tam zbyt duża?
- W żadnym wypadku. Aż miło popatrzeć, gdy ziemia pod nogami tych chłopaków się pali. Do każdej piłki idą jak do pożaru, bo mają świadomość, że najmniejszy błąd i może ich zaraz tam nie być. Presja jest ogromna. Jeden wypada i pojawia się kolejnych tysiąc chętnych, by wskoczyć na jego miejsce.

- Obserwował pan Przemka Macierzyńskiego, będąc w Lizbonie?
- Trudno było tego nie robić, bo był to jedyny Polak, a na dodatek związany z Lechią. Z Przemkiem współpracowałem jeszcze w Gdańsku jako drugi trener U-19 i cieszę się, że dostał szansę wyjazdu. Zobaczymy, co mu to dało, mam nadzieję, że przebije się do pierwszego zespołu i pokaże szerszemu gronu kibiców w Gdańsku, co potrafi.

- Widać było, że odstawał na treningach?
- Nie dostrzegłem dużych różnic, jeśli chodzi o aspekty piłkarskie. Jednak byłem tam tylko tydzień, więc nie mogę pochopnie oceniać, ale jeśli jakieś różnice faktycznie były, to podejrzewam, że wynikały z podejścia niektórych zawodników, ich zachowania na boisku, jak i poza nim.

- W jednym z wywiadów powiedział pan, że największym problemem w Polsce jest mentalność i podejście do treningów.
- Udzieliłem go trzy lata temu i mam wrażenie, że z roku na rok jest coraz lepiej. Na bazie swojej grupy mogę powiedzieć, że są dużo bardziej świadomi. Kiedyś, gdy trener dał jakieś zadanie i na chwilę się odwrócił, zawodnicy przestawali trenować. „Nie patrzy, to dobra, mamy czas”. Teraz i warsztat trenerów jest dużo bardziej zaawansowany, i chłopaki wiedzą do czego dążą. Każdy ma ten sam cel – doskonalenie swoich umiejętności.

- Mówimy cały czas o tym genialnym szkoleniu. Jak to się zatem przekłada na seniorów?
- Gdy się spojrzy na statystyki, to widać efekty. W sezonie 2017/18 udział wychowanków w pierwszej drużynie Benfiki sięgnął 32%, a w Dinamie było to aż 48%.

- U nas się cieszymy, gdy jeden się przebije.
- Musimy się cieszyć, bo tylko krok po kroku możemy wejść na wyższy poziom. Generalnie to my uwielbiamy narzekać, że tu gra mało, tam się nie przebił, a jeśli nie będziemy ciężko pracować, to naprawdę zostanie nam tylko takie gadanie, a tego nie chcemy, prawda? Uważam, że jesteśmy bardzo pracowitym narodem i jeśli nie zejdziemy z tej drogi, to za parę lat będziemy zbierać owoce tego poświęcenia na treningach.

- Napisał pan, że w Dinamie treningi niespecjalnie różnią się od tych w Polsce.
- Bo to prawda. Różni ich jakość zawodników, bo metody treningowe i podejście nie odbiegały znacząco od polskich standardów. U nich skauting zaczyna się już od grup U-14 i działa na terenie całego kraju. Ci najzdolniejsi są sprowadzani do Zagrzebia, gdzie występuje podział szkolny i indywidualizacja zajęć. Rano, gdy jedna grupa danej drużyny idzie do szkoły, ta druga trenuje, a potem zmiana. W konsekwencji jest tak, że na ośmiu chłopaków przypada dwóch trenerów, więc – chcąc nie chcąc – jakość idzie z tym w parze. My obserwowaliśmy treningi U-17 przez tydzień. Zespół spotkał się w komplecie tylko raz.


Tomasz Byszko z Arkadiuszem Milikiem w Amsterdamie

- O psychologach już wcześniej wspomnieliśmy. Mógłby pan to rozwinąć?
- W tych europejskich potęgach współpraca z psychologiem zaczyna być normą. W Dinamie jeździ on z zawodnikami na mecze. Zabiera ze sobą specjalny arkusz. Razem ze sztabem ocenia jak dany zawodnik odbiera sygnały z trybun, jak reaguje na uwagi trenera, jak się zachowuje po stracie piłki. Po wszystkim siadają oddzielnie z każdym piłkarzem, analizują co trzeba poprawić i to robią. Każdy detal ma znaczenie.

Oprócz tego, wszędzie nagrywają każdy trening i każdy mecz. My nagrywamy tylko mecze, następnego dnia spotykamy się z chłopcami i bardzo dokładnie je analizujemy. I nie uwierzę, że brak rzutnika czy wielkiej sali stanowi jakikolwiek problem. Jak się chce, to się to zrobi. Można wynająć salkę, zebrać po kilka złotych od zawodników i problemu nie ma. Powtórzę jeszcze raz – trzeba chcieć.

- Jak u nas wygląda sytuacja z nadgorliwymi rodzicami?
- Jeśli trener jest świadomy, to poświęci trochę czasu, zwoła zebranie i wytłumaczy rodzicom po co i jak te treningi są tworzone oraz na co zwracamy uwagę. Teraz tego problemu nie ma. Rodzice przyjeżdżają i wiedzą jakie są zasady, więc oglądają mecz w spokoju.

- A jak było w Olivii Gdańsk?
- To były specyficzne czasy, szkolenie nie stało jeszcze na takim poziomie jak teraz, ale pamiętam jedną sytuacje, o której opowiedział mi kolega. Jeden z rodziców podczas meczu mocno krzyczał, podpowiadał swojemu dziecku, więc trener na kolejne spotkanie zabrał ze sobą pada od PlayStation. Wręczył go tacie tego dziecka i powiedział: „Jeśli będzie chciał pan krzyknąć do syna, żeby podał, to proszę wcisnąć „x”, a jeśli ma zagrać prostopadłą, to „trójkąt”. Sytuacja odbiła się dość szerokim echem, bo momentalnie zgasiła dumnego ojca.

Znam jeszcze inny przykład. Zawodnik, którego tata krzyczał bardzo mocno, został ściągnięty z boiska. Trener kazał mu pobiec do ojca i przekazać, że jak będzie dalej się wydzierał, to już więcej syna na boisku nie zobaczy. Zadziałało.

- Wróćmy jeszcze na chwilę do pana zagranicznych staży. Ośrodek Crystal Palace zrobił na panu duże wrażenie.
- Tak, infrastrukturę mają na bardzo wysokim poziomie. Zespoły U-16 i U-18 trenują niedaleko seniorów – dosłownie po drugiej stronie ulicy w Goals Sports Centre. Natomiast ci najmłodsi adepci, od U-7 do U-14, swoje centrum treningowe mają w Crystal Palace Park. Do ich dyspozycji jest m.in. boisko pod balonem wyłożone sztuczną trawą.

Co mnie najbardziej zaskoczyło? Bardzo mocno zwracają uwagę na detale. Trener nigdy nie pójdzie dalej z ćwiczeniami, jeżeli coś jest źle wykonywane. Będzie to katował przez cały trening, a w razie potrzeby nawet go przedłuży dopóki wszyscy się nie naucząi nie będą świadomi wagi danego ćwiczenia.

- Ostatnie miejsce to Amsterdam.
- Tam mają swój własny model szkolenia, wszystko jest genialnie poukładane. Obiekt, jak wszędzie, robi ogromne wrażenie, ale teraz budują kolejną bazę o wartości ponad 40 milionów euro. Akademia przeniesie się właśnie tam, a stary De Toekomst będzie do dyspozycji pierwszego zespołu.

My tam byliśmy dość dawno, bo ponad trzy lata temu, więc powiem jak było wtedy. Przedstawiono nam program „BOVENBOUW 2014/15” skierowany do juniorów A1, A2 (młodsi) i B1 (starsi). I tu po raz kolejny wracamy do sloganu: „My nie szkolimy drużyn, my szkolimy zawodników”. Każdy trener miał przypisanych piłkarzy, których musi rozwijać. Mijał okres sześciu tygodni i trenerzy się zmieniali. W ten sposób zawodnicy stawali się bardziej elastyczni, bo nie byli uzależnieni od tylko jednego szkoleniowca.

- Przed sezonem dyskutowano na temat zasady obowiązku wystawiania przynajmniej jednego młodzieżowca w składzie. Co pan o niej sądzi?
- Jestem za. A jeszcze lepiej by było, gdyby ją zawęzić do wychowanka. Młodzieżowca można kupić i zespoły, które są bogatsze, będą mogły to zrobić, a bardziej nam zależy na promocji chłopaków, którzy są związani z danym klubem. Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że w każdym klubie nie ma przynajmniej jednej takiej osoby, która mogłaby grać na poziomie Ekstraklasy.

- Wiele osób twierdzi, że powinny decydować umiejętności, a nie PESEL.
- Arsene Wenger powiedział kiedyś bardzo ważne zdanie: „Nieważne ile masz lat, ważne jak grasz w piłkę”. On grał młodym zespołem przez długi okres czasu i sądzę, że właśnie takich zawodników trzeba wprowadzać, a nie stawiać na starszych tylko dlatego, że są doświadczeni.

- Tylko pytanie, czy oni potrafią grać w piłkę.
- My mamy przykład Mateusza Sopoćko, Karola Fili, Adama Chrzanowskiego i jeszcze kilku innych, którzy w Ekstraklasie już zagrali. Powtórzę to jeszcze raz. Nie wierzę, że na cały klub w drużynie U-18 lub U-19 nie ma nikogo, kto mógłby zagrać w seniorskiej piłce. Nie wyobrażam sobie tego. Trzeba ich wprowadzać, my się boimy, że zagra słabo, popełni błąd, ale gdzie ma się tego uczyć, jak nie w seniorach? Trening i mecz o stawkę to dwie zupełnie inne rzeczy. Dochodzą trybuny, jest presja i znacznie wyższy poziom. Bez oswojenia się z tym potem takiej osobie będzie bardzo ciężko.

- Jest pan w trakcie kursu UEFA A. Praca dyplomowa napisana?
- Praca napisana, temat to: „Charakterystyka zespołu Lechii Gdańsk U-14 na najbliższe dwa lata”. Egzamin pisemny zaliczony, więc została tylko praktyka i obrona pracy dyplomowej.

- Zatem kiedy UEFA Pro?
- Jeśli przebrnę przez egzaminy to skupię się na licencji UEFA Elite Youth, a potem zamierzam dojść do piłki seniorskiej, bo nie ukrywam, że prowadzenie zespołu seniorów jest moim głównym celem, który będę starał się spełnić.

 

 

 


KOMENTARZE