Autor zdjęcia: Własne

Janczyk: Tak przechlałem swoją karierę. Sa Pinto o sytuacji kadrowej Legii. Paweł Zieliński: Dobrze czuję się w cieniu

Autor: zebrał Marcin Łopienski
2018-09-14 12:00:57

Piątkowa prasa prezentuje się najlepiej w tym tygodniu i naprawdę jest co poczytać. Liczba dobra artykułów naturalnie zbiegła się ze wznowieniem Ekstraklasy oraz ligowym hitem pomiędzy Legią Warszawa a Lechem Poznań. Zachęcamy do przeczytania wielu ciekawych wywiadów m.in. z Pawłem Zielińskim, Dawidem Janczykiem czy Ricardo Sa Pinto. Wybraliśmy 27 materiałów z pięciu źródeł.

"PRZEGLĄD SPORTOWY”

„Paweł Zieliński: Dobrze czuję się w cieniu”

„IZA KOPROWIAK: Lubi pan żyć w tłumie? Bo od 2002 roku tłum był pana naturalnym środowiskiem, wtedy wasz dom w Ząbkowicach Śląskich przemienił się w rodzinny dom dziecka.

PAWEŁ ZIELIŃSKI: Początkowo rodzice prowadzili pogotowie zastępcze, dzieci mieszkały z nami do dziesięciu miesięcy. Żyliśmy w maksymalnie dziewięć osób, bo mama z tatą mogli wziąć czwórkę. Przede wszystkim było to niesamowite wyzwanie dla rodziców, te dzieci pochodziły z głębokiej patologii, ciągle płakały, krzyczały. Trzeba mieć niezwykle mocny charakter, by się nimi zająć. Ja bym nie dał rady. Ale mama nie ma z tym problemu, wszyscy czują do niej respekt.

Jak pan się odnajdował w tej sytuacji?

Miałem już 12 lat, dużo rozumiałem, zresztą niedługo później wyjechałem do gimnazjum w Zielonej Górze. Najtrudniej było Piotrkowi. Był z nas najmłodszy, nie mógł zaakceptować, że ktoś obcy wprowadza się do naszego domu. Na drzwiach swojego pokoju wywieszał karteczkę, że to jego teren, nikt nie mógł tam wchodzić. Obklejał szafy, swoje rzeczy, by nikt ich nie dotykał. Bał się, było to widać. Ale z każdym kolejnym dzieckiem się przyzwyczajał. A kiedy już do tego przywykł, musiał wyjechać. Dla mnie też było to dziwne, ale rozumiałem, że to mamy praca. Z niektórymi z tych dzieci bardzo się zżyłem. Było takie rodzeństwo, które urodziło się dwa lata po sobie, ale tego samego dnia. Adek i Ala, nigdy ich nie zapomnę. W końcu adoptowali ich ludzie ze Świdnicy, choć przez chwilę moi rodzice sami chcieli to zrobić. Bali się, że gdy się porozjeżdżamy, ten ogromny dom zostanie pusty.

Przed chwilą rozmawiałam o panu z trenerem Miedzi Dominikiem Nowakiem...

Nie jest na mnie zły za wtorek? Mieliśmy iść do kriokomory, ale ja się spieszyłem na mecz reprezentacji we Wrocławiu, więc poszedłem szybciutko i uciekłem...

O tym nie mówił, za to przyznał, że na początku jedna rzecz go denerwowała: twierdzi, że był pan aż za spokojny. Podobno to minęło.

Kiedy nie grałem, siedziałem cicho. Po awansie do ekstraklasy trochę się zmieniło, pewność siebie wzrosła. Chociaż nie, jej mi nie brakuje, przynajmniej wszyscy tak mówią.

O ile spokojny charakter łączy pana z bratem Piotrem, o tyle pewność siebie już niekoniecznie.

Piotrek jest spięty, zawsze mu zależy, żeby wypaść w dobrym świetle. Natomiast do mnie rodzice mają pretensje, że do wszystkiego podchodzę za luźno. Mistrzem pod tym względem jest najstarszy z nas: Tomek. Cała rodzina razem wzięta nie dorasta mu do pięt. Dlatego nie osiągnął w piłce tyle, co mógł, choć w młodości występował w kadrach juniorskich z Grześkiem Bartczakiem. Dziś jest grającym trenerem w czwartoligowej Unii Bardo.

Czyli: było was trzech, w każdym z was inna krew.

Tomek jest szalony, ale bardzo inteligentny. Mama codziennie odwoziła go pod drzwi szkoły. Patrzyła, jak przez nie wchodził. Potem okazało się, że powystawiał sobie tyle zwolnień, że wyszły dwa miesiące nieobecności. Wchodził jednym wejściem, wychodził drugim. Wiedział, że jest tak mądry, że wszystko nadrobi. Kiedyś na zgrupowaniu kadry nie przypasowała mu kolacja, więc zamówił pizzę. I znów wpadł w tarapaty. We mnie też jest trochę szaleństwa, ale nie tyle, co w Tomku. Z nim łączy mnie otwartość, ale spokojny jestem jak Piotrek”.

Więcej TUTAJ

***

„Janczyk: Tak przechlałem swoją karierę”

„Robert Błoński: Przeczytałeś już książkę „Moja spowiedź”?

Dawid Janczyk: Nie. I nie wiem, czy kiedykolwiek to zrobię. Zostały w niej opisane najmroczniejsze, najtragiczniejsze, najbardziej wstydliwe momenty mojego życia. Nie chcę do nich wracać, wszystko wróciłoby ze zdwojoną siłą. Nie wiem, czy byłbym w stanie to znieść. To nie jest pozycja dla wrażliwych ludzi, ale zachęcam do lektury. Ja mam to wszystko w głowie i za bardzo mnie boli.

(Która godzina? Chyba noc...– tłumaczę sobie, dopóki nie załapię, że może tylko żaluzje są zasłonięte. I zaczyna się moja Golgota. W ustach brak śliny, kapeć straszny. Boli mnie brzuch, a tam brzuch! Całe ciało… Nawet opuszki palców.! I tylko jedna myśl: - Napić się! Jak wejdzie w krew, od razu będzie lepiej. Nie mam siły zwlec się z łóżka. Wyciągam rękę i szukam po omacku. Miałem zwyczaj, że kiedy byłem już tak słaby, że nie miałem nawet siły, by iść do toalety, wcześniej w stanie upojenia, kiedy ból na chwilę mijał, ustawiałem sobie kilka butelek przy łóżku. Jak była kasa, to łychę, jak nie, to tanią wódę – w wywiad wplecione są fragmenty książki Dawida Janczyka i Piotra Dobrowolskiego).

Jak się dziś czujesz?

W porządku. Prowadzę w miarę spokojne życie. Ale nim z Piotrem Dobrowolskim nie napisałem tej książki, bywało bardzo źle. Piłem, miałem problemy finansowe i rodzinne. Teraz staram się odzyskać pion i ustabilizować się. Nie chcę powiedzieć, że jest cudownie, ale powoli zaczyna się układać. Na razie daję radę, chcę wrócić do treningów, zostawić przeszłość za sobą.

Książka ma być rozgrzeszeniem?

Nie, rozgrzeszenia nigdy nie dostanę. Napisanie jej kosztowało mnie wiele wysiłku psychicznego. Nie jest łatwo opowiadać o totalnym upadku, chlaniu i jego konsekwencjach. Mało kto by się odważył. Książka będzie miała premierę 19 września, cztery dni przed moimi 31. urodzinami. Liczę na pozytywny odbiór.

(Wymiotowałem dalej niż widziałem. Drgawki, delirka, pot i majaki. Te były najgorsze. Wyobraźcie sobie faceta, który na boisku był silny jak tur i  przed nikim nie pękał, a teraz leży na łóżku trzęsąc się ze strachu, bo w kącie pokoju widzi jakąś postać, która do niego coś gada. Bałeś się i patrzeć, i zamknąć oczy. Całe ciało było jednym wielkim bólem. Raz byłem tak zatruty gorzałą, że lekarz musiał dwa razy przyjeżdżać – rano i wieczorem, żeby podłączyć mnie do kroplówki i odtruć).

Sądzę, że wiele osób ma podobne problemy – słyszałem opowieści, których doświadczyłem. Alkoholizm to okropna choroba, chciałbym od niej uciec, wyspowiadać się i zakończyć temat, żeby ludzie przestali wytykać mnie palcami. Mam żonę i dwie córki w wieku 8 i 3 lat, coraz więcej rozumieją. Piotr długo mnie namawiał do napisania tej książki, przekonywał że ma na nią pomysł. Wiele osób może odebrać ją negatywnie, ale mnie było już wszystko jedno. Musiałem wszystko z siebie wywalić.

Jak rodzina?

(byłemu piłkarzowi ciekną łzy po policzkach). Ciężko mi mówić, mamy kontakt”.

Więcej TUTAJ

***

„Sa Pinto: O wzmocnieniach pomyślimy zimą”

„Robert Błoński: Kiedy pana Legia będzie skończonym produktem?

Ricardo Sa Pinto: Proszę o cierpliwość i czas. Pracujemy od miesiąca i będzie coraz lepiej, ale mamy sporo rzeczy do zrobienia, by zespół wyglądał dokładnie tak, jak tego chcę. Pewien postęp widziałem już w Krakowie, ale tam niemal 80 minut graliśmy w osłabieniu. Mimo to organizacja była lepsza, mentalnie zespół też wyglądał lepiej. Ale proces musi potrwać – miesiąc, dwa, może trzy. Wyniki przyjdą.

Jak ma grać Legia według pana pomysłu?

Na wysokiej intensywności i tempie. W defensywie spróbujemy nie pozwolić przeciwnikowi nawet uwierzyć, że będzie nam w stanie zagrozić. Chcemy być szybsi, wyprzedzać rywali, być zespołem zbilansowanym, walczącym o każdą piłkę, odpowiednio reagować po stracie, szybko przechodzić do ataku. Uczulam piłkarzy na ograniczanie ryzyka, wybieranie bezpiecznych rozwiązań. W ataku musimy kreować więcej okazji do zdobycia bramki i poprawić skuteczność. Ale na pierwszym miejscu są zwycięstwa – bez liczenia na szczęście albo cud w doliczonym czasie. Legia ma dominować.

Trudno było panu zdecydować się na pracę w Legii? Sezon się zaczął, zespół odpadł z eliminacji Champions League, był na krawędzi Ligi Europy, nie wygrywał w ekstraklasie, czasu na trenowanie brakowało.

To było ryzykowne i niebezpieczne przedsięwzięcie, ale wiedziałem co robię. Kiedy rok temu przychodziłem do Standardu Liege, drużyna trzy lata z rzędu nie kwalifikowała się do play off ligi belgijskiej. Życie trenera polega na odważnych decyzjach. Wierzyłem w swój warsztat i pracowników, łatwo się nie poddaję. Jestem przekonany, że pomogę Legii, by znowu wygrywała i, w dalszej perspektywie, wróciła do fazy grupowej pucharów. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Dziś przeżywamy trudne chwile, ale na koniec roku, najpóźniej sezonu – przyjdą momenty radości. Teraz mamy wahania formy, brakuje regularności, powtarzalności zwycięstw, ale jedynym lekarstwem na tę dolegliwość jest cierpliwość i praca.

Jaką pierwszą diagnozę postawił w Legii „doktor Sa Pinto”?

Chciałem poznać piłkarzy, z którymi będę pracował, zobaczyć ich na treningu, porozmawiać, powiedzieć o zasadach. Wiedziałem, że nie ma większych szans na uzupełnienie składu, na niektórych pozycjach potrzebujemy konkurencji, ale o tym pomyślimy zimą”.

Więcej TUTAJ

***

„Kort: Albo wykorzystam szansę, albo przepadnę”

„Mateusz Janiak: Odważnie zaczął pan karierę w Wiśle.

Dawid Kort: Dlaczego?

Zamieszkał pan w lokum Tomasza Frankowskiego, jednego z najskuteczniejszych piłkarzy w historii klubu.

Dawid Kort: Zupełnie przypadkowo tak wyszło, przez znajomego trafiliśmy na siebie. Spotkaliśmy się, chwilę porozmawialiśmy o Wiśle. Ale presji z tego powodu nie czułem. Do dzisiaj... (śmiech)

Kto pierwszy zadzwonił – pan do Macieja Stolarczyka czy trener do pana?

Dawid Kort: Ja pierwszy. Napisałem trenerowi wiadomość z życzeniem powodzenia, ale nie było tak, że wepchnąłem się do klubu. Już wcześniej, mniej więcej rok temu, było zainteresowanie ze strony Wisły, jednak bez konkretów. Teraz się pojawiły. Na pewno osoba trenera, którego przecież znałem z Pogoni, pomogła.

Często rozmawialiście?

Dawid Kort: Codziennie... A tak poważnie, to początkowo rzadko. Dopiero im bliżej było finalizacji transferu, tym częściej”.

Więcej TUTAJ

***

„Gol: Dziwiłem się, że sztab kadry o mnie zapomniał”

„MICHAŁ TRELA: Grając w Rosji, miał pan poczucie, że w Polsce o panu zapomniano?

JANUSZ GOL: Znajomi przekazywali mi, że tak było. Nigdy za bardzo nie udzielałem się w mediach społecznościowych, więc wiele osób pewnie faktycznie o mnie nie pamiętało. Jakoś szczególnie mi to jednak nie przeszkadzało.

Gorzej, że zapomniał o panu także sztab szkoleniowy reprezentacji Polski.

To prawda. Po meczu z Estonią, pierwszym pod wodzą trenera Waldemara Fornalika, już nie byłem powoływany do reprezentacji. Grałem wtedy jeszcze w Legii. Sprokurowałem w Tallinie rzut wolny, po którym Konstantin Vassiljev strzelił zwycięskiego gola i to był mój koniec przygody z kadrą. Za trenera Adama Nawałki nie było nigdy żadnych przesłanek, bym miał dostać powołanie. Z samym selekcjonerem nie rozmawiałem ani razu. Do Rosji na obserwacje jeździł trener Jarosław Tkocz, ale w Amkarze Perm był wtedy także Kuba Wawrzyniak, więc myślę, że to raczej on był oglądany.

Dziwiło to pana? Grał pan regularnie w znacznie silniejszej lidze niż polska.

Trochę dziwiło. Zwłaszcza, że z Premier Ligi jeździli na zgrupowania praktycznie wszyscy Polacy, którzy w niej wtedy grali. Nie ma co jednak narzekać. To był dla mnie dobry okres. W topowych klubach rosyjskich jest mnóstwo dobrych graczy. Przyjemnie było przeciw nim grać i się rozwijać. Szczególne wrażenie zrobili na mnie Hulk oraz Quincy Promes ze Spartaka Moskwa. Żałuję tylko, że nie udało się nigdy przejść do mocniejszego rosyjskiego klubu. W ciągu pięciu lat, które tam spędziłem, nabrałem dużo doświadczenia, byłem z klubem w trudnych sytuacjach i mam nadzieję, że to się przyda teraz w Cracovii.

W czerwcu Amkar Perm zbankrutował. Zwykle ligę rosyjską kojarzy się jako finansowe eldorado. Jak mogło do tego dojść?

Problemy zdarzały się już wcześniej. Był moment, w którym nie płacili nawet pół roku. Głównym inwestorem było miasto. Bywało, że w klubie po prostu nie było pieniędzy i trzeba było czekać na transzę z miasta. Później wszystko zostało wyrównane, ale był to ciężki okres. W tamtym czasie Kuba Wawrzyniak rozwiązał kontrakt z winy klubu i wrócił do Polski. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, wtedy nie było jednak wcale tak źle, bo ostatecznie dostaliśmy wszystkie pieniądze, tylko trzeba było na nie długo poczekać. Teraz klub po prostu zamknięto. Chłopaki z drużyny już się sądzą. Ja też muszę to zrobić. Dla świętego spokoju. Jeśli uda się coś odzyskać, to dobrze, a jeśli nie, to już trudno”.

Więcej TUTAJ

***

„Borja Fernandez: Miałem wybić Xaviemu z głowy grę w piłkę”

„DOMINIK PIECHOTA: Cztery lata spędził pan w pierwszym zespole Celty Vigo. Zagrał pan dziesięć meczów w LaLiga. Jak to się stało, że trafił pan do beniaminka polskiej ekstraklasy?. 

BORJA FERNANDEZ: Chciałem trafić do klubu, w którym będę mógł grać regularnie i się rozwijać. Do tego szefowie Miedzi byli bardzo zdeterminowani, by podpisać ze mną kontrakt. To też było dla mnie ważne.

Ale poziom naszej ligi jest o wiele niższy niż w Hiszpanii.

Wasza ekstraklasa jest niezwykle wyrównana i każdy może wygrać z każdym. To dobrze, bo nie ma miejsca na odpuszczanie. Potraktowałem to jako szansę na poprawę kilku elementów, w których widzę u siebie braki.  

Pierwszą ofertę z Miedzi jednak pan odrzucił.  

To nie była łatwa decyzja, by pierwszy raz zdecydować się na grę poza Hiszpanią. Początkowo miałem inny plan, nie chciałem wyjeżdżać. Nawet menadżeorowi powiedziałem, żeby nie brał pod uwagę zagranicznych ofert. Miałem propozycje z kraju, z drugiej ligi, ale nikt nie był tak zdeterminowany, by mnie sprowadzić jak szefowie Miedzi, którzy robili wszystko, bym tu grał i to mnie przekonało. Dziś nie żałuję decyzji o transferze do Polski”. 

Więcej TUTAJ

***

„Tomasz Frankowski: Mamrot robi dobrą robotę”

„PIOTR WOŁOSIK: Kolejka pełna hitów, na czele z meczem Legia – Lech. Poza tym, wicelider Wisła Kraków kontra lider – Lechia. Czy słowo hit pasuje do naszej ligi? Często ostrzymy sobie zęby, a później nimi zgrzytamy, oglądając to, co się dzieje na boisku.

TOMASZ FRANKOWSKI: Słowo hit dzisiaj nie pasuje. W przeszłości i wcale nie jest to prehistoria, hitami były mecze Wisły z Legią lub Lecha, także przeciwko Legii. To były spotkania stojące na wysokim poziomie, zazwyczaj dochodziło do rywalizacji pierwszego z drugim w tabeli, ewentualnie trzecim. Do wymienionych dodałbym jeszcze Widzew Łódź. Trudno uznać za hitową formę, prezentowaną przez dzisiejszą Legię, czy Lecha. Raczej kitowa, a nie hitowa... W ostatnim czasie, gdy tylko coś zapowiadane jest jako wydarzenie kolejki, z dużej chmury spada mżawka. Dlatego nie oczekuję zbyt wiele. Niech będą gole, choćby szczypta dramaturgii i mnie, jako postronnego kibica to zadowoli.

Jagiellonia prowadzona przez Ireneusza Mamrota spotka się w Białymstoku z Cracovią, dowodzoną przez Michała Probierza.

Skoro do Białegostoku zawita trener Probierz, emocje będą, niezależnie od tego, ile miejsc dzieli oba zespoły. Dziś są na różnych biegunach. Ale z kim nie przyjechałby do Białegostoku Michał Probierz, emocji nie zabraknie. Jeśli nie sportowych, to przynajmniej okołopiłkarskich. Gdybym na upartego musiał wskazać hit, wybieram mecz Wisły z Lechią. Lechia wylizała się z ran poniesionych w poprzednim sezonie, gdy uniknęła spadku i dobrze weszła w obecny sezon. Wisłę, przejętą przez Macieja Stolarczyka w trudnym momencie, borykającą się z kłopotami finansowymi, Maciek składa jak najlepiej potrafi.

Spodziewał się pan, że Stolarczyk tak dobrze rozpocznie karierę trenera?

 Nie sądziłem, że uda mu się, biorąc pod uwagę możliwości Wisły, w krótkim czasie, złożyć jedenastkę, grającą doprawdy sensownie. Przypuszczałem, że jego rękę szybciej będzie widać wiosną, pod warunkiem, że do wiosny, dotrwałby w Wiśle.

Między innymi z nim tworzyliście wielką Wisłę Kraków. Cokolwiek wskazywało, że Maciej zainteresowany jest szkoleniem?

W przeciwieństwie do większości kolegów w Wiśle zdradzał podejście, nazwę to – analityczne. Chciał poznać słabe punkty rywala jako drużyny i tego przeciwnika, z którym bezpośrednio przyjdzie mu się mierzyć. Bazował na dobrym przygotowaniu fizycznym, sile. I agresywności”.

Więcej TUTAJ

***

„Mecz Legii z Lechem nie tylko o prestiż”

„W niedzielę poza prestiżem piłkarze Legii i Lecha będą mieli rachunki do wyrównania. Najboleśniejsze obrażenia, jakich stołeczna drużyna doznała w poprzednim sezonie, pochodziły ze strony Kolejorza, który przed rokiem upokorzył ją, wygrywając w Poznaniu 3:0. W maju legioniści pięknie się zemścili: na boisku rywala zdobyli mistrzostwo Polski. Nic więc dziwnego, że kiedy Dimitris Goutas przyleciał do Poznania na testy medyczne i podpisanie kontraktu, pracownicy klubu bardzo szybko go poinformowali, by szykował formę, bo za nieco ponad dwa tygodnie jest najważniejsze starcie. – Już doskonale wiem, jak ważne są spotkania z Legią – uśmiecha się Grek. Joao Amaral chodzi po klubie i opowiada, że uwielbia grać w spotkaniach, które są traktowane jak derby, a Christian Gytkjaer wspomina prestiżową rywalizację pomiędzy Rosenborgiem a Molde. 

Każdy, nawet nowy zagraniczny piłkarz doskonale zdaje sobie sprawę z wagi bitew poznańsko-warszawskich. Niedzielne starcie będzie jak papierek lakmusowy: od tego, jak się zabarwi, zależeć będzie, kto „kupi” sobie spokój na następne tygodnie, a u kogo zrobi się jeszcze bardziej nerwowo.

Dla obu zespołów zbawienna miała być przerwa reprezentacyjna. W ostatnich tygodniach trener Legii Ricardo Sa Pinto pracował nad przygotowaniem fizycznym drużyny. Najpierw zafundował zawodnikom bardzo ostry wycisk, ale potem schodził z obciążeń. Efekt ma być widoczny już w niedzielę, choć przed meczem z Lechem Portugalczykowi nie brakuje zmartwień. Dotyczą przede wszystkim defensywy, która od startu sezonu jest największą bolączką legionistów. Mistrzowie Polski stracili aż 10 bramek w lidze (najwięcej ze wszystkich zespołów w pierwszej ósemce), a we wszystkich rozgrywkach aż 15 w 8 meczach, które odbyły się przy Łazienkowskiej”.

Więcej TUTAJ

***

„Barman najdroższym nabytkiem Lecha”

„Ponad dwa lata temu byłem tylko amatorem. Miałem już 25 lat, ale nad rezygnacją z piłki nigdy nie myślałem, bo nic nie sprawiało mi podobnej przyjemności. Często nie mogłem z niej w ogóle wyżyć. Latami dorabiałem w różnych miejscach, na przykład fabryce z etykietami do win albo barze nocnym. Po południu podawałem piłki na treningu, a potem serwowałem drinki. Na szczęście jestem przykładem, że warto walczyć o marzenia. Nigdy nie jest za późno, by dostać szansę – opowiada nam Joao Amaral, który kosztował Lecha 1,5 mln euro. Tym samym stał się najdroższym nabytkiem w historii Kolejorza.

Vila Nova de Gaia leżące w aglomeracji Porto, skąd pochodzi portugalski napastnik, słynie z produkcji wina. W mieście winnic zapach lokalnych specjałów unosi się w powietrzu. Nic dziwnego, że nawet niepełnoletni Joao bez większego doświadczenia dostał pracę w przemyśle związanym z winami. Jego obowiązki nie dotyczyły jednak bezpośrednio alkoholu”.

Więcej TUTAJ

***

„Djurdjevicia twarde boje z Legią”

„Przed wyprawą do stolicy piłkarze Kolejorza powinni sobie wbić do głowy jedno zdanie wypowiedziane niegdyś przez Ivana Djurdjevicia po meczu, który został rozegrany w kwietniu 2011 roku. Wówczas poznaniacy pokonali Legię 1:0 po golu Artjomsa Rudnevsa, choć zdecydowaną przewagę na stadionie przy Bułgarskiej mieli goście. – W spotkaniach z Legią dla kibiców liczy się zawsze tylko wynik, a nie sama gra – powiedział wtedy Djurdjević.

Obecny szkoleniowiec Lecha nigdy nie odpuszczał – właśnie w starciach z legionistami nieustępliwość była przydatną cechą. Także tamtego sobotniego popołudnia, kiedy szło jego drużynie jak po grudzie. – Wielkie momenty rodzą się w trudnych chwilach – mówił wówczas piłkarz, który wdał się w serbsko-chorwacką bitwę z Ivicą Vrdoljakiem.

– Muszę Ivicę pochwalić, bo walczy twardo i czasami ostro, ale nie pada na murawę z byle powodu, nie płacze, nie udaje. Miroslav Radović tak robi, a tego bardzo nie lubię. Odstawia teatr i choć jest moim rodakiem, to z przykrością muszę powiedzieć, że w wielu sytuacjach przesadza – opowiadał”. 

Więcej TUTAJ

***

„Lewandowski i Pawłowski zagrożonym gatunkiem trenera”

„Ogień i woda. Nie może być inaczej, bo najmłodszy obecnie trener w ekstraklasie Mariusz Lewandowski i najstarszy Tadeusz Pawłowski prowadzą drużyny z Dolnego Śląska, które zawsze twardo ze sobą rywalizują. Kibice mogą zapomnieć o niejednej porażce, ale derbowe przegrane siedzą im głęboko w sercach i są pamiętane przez wiele lat. Podobnie traktują je obaj szkoleniowcy, bo oni też bez wahania mogliby pocałować klubowy herb. I nie byłoby w tym cienia obłudy.

Derby KGHM Zagłębie – Śląsk będą starciem trenerów, którzy wyrośli ze swoich obecnych klubów, od zawsze ściskali za nie kciuki, wychowali się w pobliżu swoich stadionów.

Tacy szkoleniowcy w polskiej ekstraklasie to zagrożony gatunek. Najbliżej do nich ma Marcin Brosz z Górnika Zabrze, bo pochodzi z Knurowa i jest wychowankiem knurowskiego Górnika, który szczególnie w tamtych czasach uchodził za klub satelicki zabrzańskiego olbrzyma, ale przecież zanim Brosz jako piłkarz trafił na Roosevelta, dwa sezony spędził w Bytomiu. Od biedy można tu wskazać jeszcze tylko trenera Macieja Stolarczyka, trzykrotnego piłkarskiego mistrza Polski z Wisłą Kraków, lecz on do tego klubu trafił dopiero w wieku 30 lat, a pochodzi i kawał życia spędził na drugim krańcu Polski – w Słupsku, a potem w Szczecinie”.

Więcej TUTAJ

***

„Z Bundesligi do Sosnowca”

„Niewielu piłkarzy w ekstraklasie może o sobie powiedzieć, że grało przeciwko Bayernowi Monachium. Michael Heinloth z Zagłębia Sosnowiec jest jedynym, który może o sobie powiedzieć, że grał na Allianz Arenie jako lider Bundesligi. Prawy obrońca grał wtedy w barwach SC Paderborn. Ówczesny beniaminek najwyższej ligi niemieckiej po czterech kolejkach był sensacyjnym liderem. Klub zaczął sprzedawać w swoim sklepiku z gadżetami tapety ścienne z tabelą Bundesligi.

- Jechaliśmy na Bayern próbując się postawić, ale nie było szans - wspomina piłkarz Zagłębia. To był arcysilny zespół prowadzony przez Pepa Guardiolę. Heinloth grał w obu spotkaniach z Bawarczykami, w których jego drużyna straciła łącznie dziesięć goli. - Mimo wszystko, super było to przeżyć. W meczu rewanżowym grałem na Francka Ribery'ego. Myślałem, że gość jest z innego świata. Był niezwykle szybki, silny. Czapki z głów - zachwyca się. W Bundeslidze pograł w tamtym sezonie całkiem sporo, bo na boisku przebywał aż dwadzieścia jeden razy. - Wielkie wrażenie zrobił na mnie Henrich Mchitarian, który wtedy grał w Borussii Dortmund. Jego wizja gry była niesamowita. Takiej jakości jeszcze nigdy nie widziałem. Patrząc na niego, zrozumiałem, że na ten poziom nigdy nie wejdę – przyznaje”.

Więcej TUTAJ

***

„Odrzucony przez Sa Pinto i niszczony w klubie”

„– Fabio, znowu popełniasz ten sam błąd – mówił szkoleniowiec.

– Nie jestem Fabio, tylko Filip. Filip Mladenović – odpowiadał zawodnik.

Do takiej rozmowy dochodziło wiele razy na treningach Crvenej Zvezdy Belgrad, odkąd zespół w 2013 roku objął Ricardo Sa Pinto. Portugalczyk wymyślił ten pseudonim, bo już na pierwszych zajęciach stwierdził, że boczny obrońca bardzo przypomina mu jego rodaka Fabio Coentrao. Chodziło o to, że Mladenović bardzo często podłączał się do akcji ofensywnych, ale jednocześnie brakowało mu determinacji w obronie.

W Belgradzie pracowali razem przez kilka miesięcy, ale ich losy zetknęły się jeszcze raz, w Belgii. Mladenovicia do Standardu Liege ściągnął trener Aleksandar Janković – człowiek, który sześć lat wcześniej podpowiedział Robertowi Prosinečkiemu, by ten pozyskał do Crvenej Zvezdy zdolnego 18-latka z miejscowości Čačak. Janković był fanem jego talentu, ale kilka miesięcy później stracił pracę i belgijscy działacze zdecydowali się na Sa Pinto. Mladenović usłyszał wtedy od prezesa, że nie ma dla niego miejsca w składzie. Z portugalskim szkoleniowcem pewnego dnia spotkał się na siłowni. Sa Pinto udał, że go nie widzi, odwrócił się i poszedł w zupełnie innym kierunku”.

Więcej TUTAJ

***

„Żyro zadebiutuje w Pogoni”

„To już pewne – w niedzielę w Pogoni zadebiutuje siódmy piłkarz w trwającym sezonie. Będzie nim Michał Żyro, który podpisał z władzami Portowców kontrakt przed starciem z Górnikiem (1:1).

– Zagra od początku – przyznał trener granatowo-bordowych Kosta Runjaic.

Trzykrotny mistrz Polski ćwiczy z zespołem od kilkunastu dni, ale zdążył wywrzeć pozytywne wrażenie na szkoleniowcu.

– Dobrze się zaaklimatyzował. Wie, w jaki sposób poruszać się po boisku. Na pewno czas będzie działał na jego korzyść, jednak nie musi uczyć się futbolu na nowo. Podoba mi się jego mentalność. Chętnie podejmuje ryzyko – chwalił 25-latka Niemiec”.

Więcej TUTAJ

***

„Kilkuletnia przyjaźń Dariusza Dudka i Marcin Brosza”

„Poznali się w latach 90. – Gdy mój brat Jurek grał w Concordii Knurów, przychodziłem na jego mecze i przy okazji podziwiałem grę Marcina – mówi Dudek, który później występował razem z Broszem w zespole z Knurowa. On był defensywnym pomocnikiem a szkoleniowiec Górnika rozgrywającym. – Chciałbym mieć w Zagłębiu takiego piłkarza jakim był Marcin. Świetny w pojedynkach jeden na jeden, dobrze wyszkolony technicznie. Mógł zrobić wielką karierę, ale przeszkodziły mu kontuzje – twierdzi Dudek.

Kiedy blisko dziesięć lat temu Brosz został trenerem Odry Wodzisław, nie zapomniał o przyjacielu, i mianował go asystentem. Obydwaj współpracowali również w Piaście Gliwice – doprowadzili klub do awansu do ekstraklasy oraz europejskich rozgrywek. Świetnie się uzupełniali. Dudek, preferujący amerykański styl bycia, i introwertyczny Brosz, który w tamtym okresie unikał mediów”.

Więcej TUTAJ

***

„Bugajski: Jest wrzesień, mogą zwalniać”

„Ubiegłoroczny wrzesień pod tym względem był niesamowity. Po meczach kadry wróciła liga i zaczęło się wielkie zwalnianie. Niezadowoleni z wyników prezesi przerwę potraktowali jako ostatnią szansę dla zagrożonych trenerów. Dostali dwa tygodnie na korektę, ale potem już nie było zmiłuj się. Do końca września zwolniono aż czterech szkoleniowców!

Najpierw pracę stracił Jacek Magiera. Legia po siedmiu wakacyjnych kolejkach była trzecia z 13 punktami, ale to było mało jak na mistrza, na dodatek nie udało się awansować do grupowych rozgrywek w europejskich pucharach. No i po tej reprezentacyjnej przerwie przytrafiła się porażka ze Śląskiem (1:2). Szef Dariusz Mioduski w drodze powrotnej do stolicy wpadł na pomysł, że Magierę trzeba natychmiast zwolnić, choć wcześniej opowiadał, że ma do niego zaufanie. Tak zapewniał, tak deklarował, że z tych żarliwych deklaracji wyszedł pękaty balonik. Wystarczyła mała szpileczka, by pękł z hukiem. Następca Magiery - kreowany przez pracodawcę na wielkiego fachowca Romeo Jozak - nie dotrwał do końca sezonu. Taka była to zmiana”.

Więcej TUTAJ

 

"SPORT”

„Uczeń przerośnie mistrza?”

„Najważniejsze dla obu drużyn, które po raz 73. spotkają się w rozgrywkach ligowych, jest przede wszystkim zwycięstwo. Ale są jeszcze wątki poboczne, jak chociażby rywalizacja ucznia ze swoim mistrzem Chodzi oczywiście o pojedynek na ławce trenerskiej, czyli starcie trenera Dudka z Marcinem Broszem, opiekunem Górnika.

– To kolejny ładunek emocji. Dla mnie i Marcina. Przyjaźnimy się. Znamy się od zawsze – zaznaczył na konferencji Dariusz Dudek. – To przy Marcinie w Odrze Wodzisław stawiałem swoje pierwsze trenerskie kroki. Potem pracowaliśmy razem w Gliwicach. Awansowaliśmy razem, a potem prowadziliśmy Piasta w meczach w europejskich pucharach. Sporo się od niego nauczyłem. Zjechaliśmy razem kawał świata. Także na wspólnych stażach w Liverpoolu, czy Madrycie. Dziękuję mu za naukę, a w poniedziałek przekonamy się, ile była warta -uśmiechał się szkoleniowiec Zagłębia”.

Więcej TUTAJ

***

„Górnicy potrzebowali przerwy na kadrę”

„W Zabrzu pieczołowicie przygotowują się do poniedziałkowego starcia. Piłkarze i szkoleniowcy podkreślają, że potrzebowali przerwy na reprezentację po to, żeby podogrywać wiele rzeczy. – Potrzebowaliśmy tych treningów. Mieliśmy czas na wytłumaczenie pewnych rzeczy na spokojnie i na pokazanie wszystkiego na boisku. Kluczem jest kontynuowanie tego, co przyniosło efekty w poprzednim sezonie. Krok po kroku dążymy do tego, żeby tak było i żeby wszystko odbudować – tłumaczy trener Brosz.

Wczoraj do zespołu dołączył kontyngent zawodników, którzy w ostatnich dniach przebywali na zgrupowaniach młodzieżowych reprezentacji Polski. Ostatni dołączyli piłkarze, którzy z kadrą do lat 21 przebywali w Finlandii czyli Tomasz Loska, Paweł Bochniewicz oraz Wiktor Biedrzycki. Dziś wreszcie sztab szkoleniowy „górników” będzie miał do dyspozycji wszystkich zawodników”.

Więcej TUTAJ

***

„Zejdler: Los nie zawsze jest łaskawy”

„Zbigniew CIEŃCIAŁA: W poprzednim sezonie reprezentował pan barwy klubu z Katowic, z którym zmierzycie się w najbliższej kolejce. Ba, w swoim debiucie w GieKSie strzelił pan bramkę Chrobremu, klubowi, w którym pan teraz występuje. Piątkowe spotkanie będzie więc dla pana szczególnie ważne?

Łukasz ZEJDLER: – Nie. Podchodzę do niego, jak do każdego innego, aczkolwiek GieKSa z tym potencjałem ludzkim, jaki ma, będzie faworytem meczu. Ale my się nie poddamy. My potrzebujemy punktów, katowiczanie potrzebują, wręcz muszą z nami wygrać po trzech porażkach. Zapowiada się zatem bardzo ciekawe widowisko, tzw. mecz na noże.

Na Bukowej miał pan dobry okres, a jednak klub nie przedłużył z panem kontraktu. Był pan ofiarą – jak np. Grzegorz Goncerz, Wojciech Kędziora – czystki w klubie po przegranych derbach z Ruchem na Cichej, które tak naprawdę zamknęły GKS-owi wrota do ekstraklasy?

Łukasz ZEJDLER: – Źle pan myśli. Tak nie było. Działacze z Katowic chcieli żebym został, wyrazili taką chęć. Negocjowaliśmy przedłużenie kontraktu, ale szereg różnych okoliczności sprawił, że nie dogadaliśmy się. Rozmowy nie wypaliły.

Był pan za drogi?

Łukasz ZEJDLER: – Nic z tych rzeczy. Miałem też inne propozycje, które nie wypaliły. W Katowicach sprawy potoczyły się, jak się potoczyły, nie byłem z tego powodu zadowolony, ale nie płaczę nad tym”.

Więcej TUTAJ

***

„Pat w chrzanowskiej A klasie”

„MKS Libiąż to nowy klub, powstał w grudniu zeszłego roku, ale zamiast od B klasy rozpoczął rozgrywki o szczebel wyżej. Małopolski Związek Piłki Nożnej przychylił się do wniosku klubu, by wystartowali od A klasy, bo uznano, że klub z Libiąża bardziej tam pasuje.

– Rada Trenerów postanowiła przyjąć propozycję klubu. Szkoda byłoby ich mitręgi, bo to klub o dużym potencjale infrastrukturalnym, ma akademię młodzieżową i pełne poparcie władz samorządowych. Do głowy by nam nie przyszło, że koledzy z klubów chrzanowskich będą chcieli zasięgnąć po protest w postaci bojkotu spotkań z Libiążem – mówi prezes MZPN Ryszard Niemiec”.

Więcej TUTAJ

 

"GAZETA WYBORCZA”

„Fornalik: Koncentrujemy się na zadaniu”

„Paweł Czado: Oglądałem ostatni wyjazdowy mecz pańskiego zespołu – z Lechem – i naszła mnie myśl, że w tym sezonie udało się osiągnąć coś, co wcześniej nie zawsze było oczywiste. Dziś, już przed meczem, wiadomo, że ligowe spotkanie Piasta będzie interesujące. Zawsze się dużo dzieje, to jest dobra piłka. Jak się udało to osiągnąć? Przypadek?

Waldemar Fornalik: Myślę, że nie przypadek. Pańskie słowa są miłe, ale to wszystko jest efektem pracy. Ciężkiej codziennej pracy na treningach. I odpowiedniej selekcji. Myślę, że mamy zawodników, którzy rywalizują na konkretnych pozycjach, mamy zawodników świadomych, którzy, gdybyśmy chcieli zrobić dziennie trzy treningi, to trenowaliby z wielkim zapałem, z dużym zaangażowaniem.

Odbyło się dopiero siedem kolejek. W tych meczach zaprezentowaliśmy się z dobrej strony, ale chcemy iść za ciosem, nie chcemy spuszczać z tonu. Dalej pracujemy – zarówno nad elementami w ofensywie, jak i defensywie. Chcielibyśmy, żeby taka dyspozycja utrzymywała się jak najdłużej i żeby nie było słabszych meczów w naszym wykonaniu.

W meczu z Lechem był pan bardziej niezadowolony po pierwszej połowie [Piast przegrywał 0:1 – przyp. aut.] czy bardziej zadowolony po drugiej [ostatecznie zremisował 1:1 – przyp. aut.]?

– Wie pan co? Wbrew pozorom ta pierwsza połowa nie była w naszym wykonaniu zła. Wiadomo, Lech mógł podwyższyć.

Po stracie bramki mieliśmy taki moment, kiedy straciliśmy kontrolę nad tym meczem. Ale w tej połowie my też mieliśmy przynajmniej dwie-trzy sytuacje. Gdyby ostatnie podanie było lepiej dograne... Byliśmy w stanie zdobyć bramkę. Choćby ta sytuacja z Valencią, gdzie nie było spalonego. On „wyjeżdżał” sam na sam, sędzia odgwizdał spalonego i nie dopuścił do zakończenia tej akcji. Proszę sobie sprawdzić: VAR powinien zadziałać po zakończonej akcji.

Patrząc na rywali, z którymi graliście jesienią, możemy stwierdzić, że najgorsze za wami [Piast grał już m.in. z Legią, Jagiellonią, Lechem, Zagłębiem L. – przyp. aut.].

– To tylko teoria. Życie pokazuje, że nie ma podziału na to, co trudniejsze i łatwiejsze. Możemy mieć niedosyt po meczach z Legią i Jagiellonią, ale przed nami spotkania z drużynami, które tanio skóry nie sprzedają”.

Więcej TUTAJ

***

„Piłkarskie derby rozczarowanych”

„Piłkarze Śląska po siedmiu ligowych kolejkach zajmują dopiero 13. miejsce. Pomóc wyjść z dołka wrocławianom miała reprezentacyjna przerwa. Śląsk intensywnie w tym czasie trenował, aby poprawić przede wszystkim wydolność i skuteczność. W ostatnich tygodniach wrocławianie pod względem fizycznym prezentowali się przeciętnie. Mieli też ogromne problemy z celnością pod bramką rywali.

Śląsk poza tym, że pracował nad formą i taktyką, był też zmuszony karnie odesłać jednego z ważniejszych graczy do zespołu rezerw.

Napastnik Arkadiusz Piech miał kwestionować intensywność treningów Tadeusza Pawłowskiego. W efekcie szkoleniowiec wrocławian wspólnie z dyrektorem sportowym Dariuszem Sztylką bezterminowo oddelegowali doświadczonego napastnika do czwartoligowej drużyny rezerw.

Klub ograniczył się w tej sprawie do lakonicznego oświadczenia, w którym m.in. napisano: „Powodem jest niedopuszczalne zachowanie zawodnika w trakcie treningu”.

Więcej TUTAJ

***

„Pojedynek słowackich gwiazd na szczycie Ekstraklasy”

„Historia Koštala jest niezwykle ciekawa. Piłkarz ten w ubiegłym roku rozstał się ze Spartakiem Trnawa. Rękę wyciągnęła do niego Wisła, do której trafił na testy. Zaprezentował się korzystnie, ale kierownictwo klubu nie było do niego przekonane w takim stopniu jak kibice. Fani nalegali, aż wreszcie ówczesny prezes Wisły Damian Dukat postawił sprawę jasno. Jeśli kibice pokażą mu zdjęcia stu zakupionych karnetów na sezon 17/18, Koštal podpisze umowę z Wisłą. Na efekty nie trzeba długo czekać i transakcja została sfinalizowana. Wtedy jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy, że lada moment Słowak będzie gwiazdą całej ligi.

Wejście w sezon miał niemrawe, grywał po kilkanaście minut w pierwszych kolejkach. Lecz gdy wreszcie otrzymał szansę od pierwszej minuty, zachwycił wszystkich. Mowa tu o meczu w Poznaniu, w którym Kosztal strzelił bramkę, a przy dwóch asystował. Tak naprawdę wtedy piłkarska Polska usłyszała o nim po raz pierwszy. Dobrą dyspozycję potwierdził tydzień później w starciu z Górnikiem Zabrze, ale ostatnio nie było już tak kolorowo i we Wrocławiu nie pokazał zbyt wiele”.

Więcej TUTAJ

 

"RZECZPOSPOLITA”

„Starcie drużyn po przejściach”

„Ostatnie spotkanie tych zespołów zakończyło się wielkim skandalem. Legia prowadziła w Poznaniu 2:0 i szykowała się do świętowania trzeciego tytułu z rzędu, gdy kwadrans przed końcem na murawę z sektorów gospodarzy poleciały świece dymne. Chwilę później chuligani wyłamali płot za jedną z bramek i wbiegli na murawę. Piłkarze ratowali się ucieczką do szatni, na boisko już nie wrócili, gościom przyznano walkower.

Wydawało się, że wraz z budową nowych stadionów takie obrazki znikną z telewizyjnych ekranów. To było bardzo naiwne myślenie. Ekstraklasa, wiedząc co się kroi, odwołała mistrzowską fetę. Wojewoda wielkopolski zamknął stadion Lecha, Komisja Ligi nałożyła na klub 120 tys. zł grzywny i zakaz udziału kibiców w meczach wyjazdowych do końca roku”.

Więcej TUTAJ

 

"SUPER EXPRESS”

„Reca: Chcę być jak Piszczek!”

„Super Express”: - Większość zawodników, których spotkałeś na zgrupowaniu kadry, wcześniej mogłeś oglądać tylko w telewizji. Był stres?

Arkadiusz Reca: - Na pewno przed przyjazdem na kadrę było trochę stresu. Ale miło mi było, bo starsi koledzy nas nowych bardzo dobrze przyjęli. W ogóle nie czuję, jakbym był tutaj pierwszy raz. Nie spodziewałem się tego, że od razu dwa razy wyjdę w pierwszym składzie.

- I zebrałeś wiele pochwał. Od dawna nie mamy w kadrze lewego obrońcy z prawdziwego zdarzenia. Myślisz, że ty nim będziesz?

- Cieszę się, że są kibice, którzy tak uważają. Obiecuję, że będę ciężko pracował. Nie gram długo na tej pozycji, ale wiem, że Łukasz Piszczek też kiedyś występował wyżej i po przejściu na prawą obronę trzymał bardzo wysoki poziom. Mam nadzieję, że pójdę taką samą drogą. Można powiedzieć, że Piszczek to mój wzór.

- Mecze z Włochami i Irlandią jakoś się dla ciebie różniły?

- Przed pierwszym było sporo stresu. Ale pracowałem dużo z psychologiem, zresztą wielu zawodników z kadry to robi. Uczył mnie, jak podchodzić do takiego spotkania, jak tę energię pozytywnie wykorzystać. Grunt to podejść z chłodną głową. W spotkaniu z Irlandią było już inaczej, mniej stresu”.

Więcej TUTAJ

***

„Sa Pinto: Radović również dostanie szanse” 

„Super Express”: - Jak ma grać pańska Legia? Co ma charakteryzować ten zespół?

Ricardo Sa Pinto: - Mamy grać z dużą intensywnością, w defensywie chcę drużyny, która stosując pressing, nie pozwoli grać przeciwnikowi. Nasza gra ma być kompaktowa, mamy być mocni w walce o pierwszą i drugą piłkę. W ofensywie również chcę więcej jakości, okazji, chcę strzelać więcej. Oczywiście najważniejsze jest wygrywanie, ale nie interesuje mnie fartowne zwyciężanie w ostatniej minucie. Wygrana ma być wypracowana, zasłużona.

- Kiedy będziecie gotowi do takiej gry?

- Nie będę kłamał. Na idealną Legię będzie trzeba trochę poczekać. Ile? Nie da się określić ile, czy to dwa, czy trzy miesiące. Teraz jest czas na pracę, na udoskonalanie. Oczywiście wyniki muszą przyjść, musimy je mieć… Ale dążenie do ideału musi trochę potrwać.

- Przejął pan klub w ciężkim momencie z punktu widzenia trenera. Kto inny odpowiadał za przygotowania do sezonu, jest wrzesień, a pan ma co naprawiać.

- Można powiedzieć, że podejmuję ryzyko. Ale przecież gdy obejmowałem Standard Liege, był to klub, który długo nie mógł zakwalifikować się do fazy play-off, a jednak podjąłem wyzwanie i zostaliśmy wicemistrzem Belgii. Życie trenera to właśnie podejmowanie ryzyka. Mam zaufanie do swojej pracy, do swojego sztabu. Jestem bardzo pozytywną osobą, wiem, że sprawy nie wyglądają zawsze tak jakbym chciał, ale mam świadomość wielkości Legii i chcę tę wielkość znów poczuć, mieć dobre rezultaty. Teraz chcemy obronić tytuł i wejść do europejskich pucharów, żeby Legia znów była rozpoznawalna w Europie. To mój cel na przyszłość, dlatego podpisałem umowę na trzy lata. Wiem, że początek nie jest łatwy, ale wiem, że finał będzie świetny. Teraz może wygląda to trochę jak jazda kolejką górską, ale musimy mieć regularność. Tylko że do tego potrzebujemy cierpliwości. Moim zdaniem ciężka praca to dziewięćdziesiąt pięć procent sukcesu w piłce, reszta to inspiracja, motywacja, talent. Czy Messi i Ronaldo, gdyby nie pracowali ciężko, byliby w stanie błyszczeć? Moim zdaniem nie! Nie mieliby siły dryblować, strzelać, pokazywać sztuczek. Ja nie wierzę w szczęście. Wierzę w wielki wysiłek. I tak ma funkcjonować moja Legia.

- Gdzie jest najwięcej do nadrobienia? W sferze mentalnej czy fizycznej?

- Nie chcę mówić o innych, o przeszłości. Jeśli chodzi o sposób w jaki chcę pracować, musimy się poprawić, być lepsi pod każdym względem, taktycznie, technicznie, mentalnie, fizycznie. To są integralne części procesu. Na pewno taktyka w pierwszej kolejności. Drużyna musi wiedzieć jak chcę grać, na czym to polega, a potem może dostosowywać inne elementy, bieganie, walka i tak dalej. Możesz grać świetnie głową, ale jeśli nie rozumiesz co masz robić, to wszystko na nic”.

Więcej TUTAJ

***

„Carlitos: Z Legią zagramy jak wojownicy”

„Super Express”: - Kiedyś opowiadałeś mi, że w restauracji twoich rodziców w Alicante na hasło „Wisła Kraków” klient dostaje zniżkę. Rozumiem, że teraz obowiązujące tam hasło to „Legia Warszawa”?

Carlitos Lopez: - Zniżka zadziała i na hasło „Wisła” i na słowo „Legia”. Generalnie rzecz ujmując, po prostu Polacy są u nas mile widziani i każdy gość z Polski będzie bardzo ciepło przyjęty. Zresztą, przez restaurację rodziców przewinęło się już trochę Polaków. Kto będzie w okolicy, serdecznie zapraszam!

- A propos jedzenia. Lubisz zjeść pizzę i popić ją piwem?

- Wiem do czego zmierzasz, może to dobra okazja, żeby sprawę wyjaśnić. Chodzi o zdjęcie, które zrobiono mi jakiś czas temu w Warszawie. No cóż, zapewniam, że tamtej nocy spałem doskonale. Ktoś mi wspomniał o tym zdjęciu, a myślenie o tej sytuacji zajęło mi niecałą minutę. Pochodzę z kraju, gdzie pije się piwo. Ale zwykle jedno, nie od razu dziesięć. I ja też, jeśli napiję się piwa, a robię to bardzo rzadko, to piję jedno, a nie dziesięć. Wiem na co mogę sobie pozwolić i nie przekraczam granicy. Pizza czy makarony? Na serio ktoś myśli, że jeden kawałek może piłkarzowi zaszkodzić? Bądźmy poważni, wiem jak powinni odżywiać się piłkarze. Piłkarze to też ludzie, nie jesteśmy z innej planety. Też się śmiejemy, płaczemy, cieszymy, wkurzamy, mamy swoje życie prywatne, swoje problemy. Ba, nawet chodzimy o toalety!

- W niedzielę mecz z Lechem. Podobno miałeś latem propozycję z tego klubu. To prawda?

- Prawda, Lech składał kilka razy propozycję. Podobnie jak wiele innych zespołów, z różnych krajów. Choćby z Hiszpanii.

- Z pierwszej czy drugiej ligi?

- No z jakiej drugiej?! Z pierwszej!

- Ale ciężko uwierzyć, że Hiszpan odrzuca ofertę z Primera Division na rzecz polskiego klubu…

- Wiem, że wielu innych nie postąpiłoby jak ja, wybrałoby lepszą ligę, większe pieniądze gdzie indziej. Ale ja nie muszę być i nie jestem jak inni. Spójrz na moją karierę: ile mi dała Hiszpania? Praktycznie nic. Ile mi dała Polska? Praktycznie wszystko! To tu mocno poszedłem do góry, to tu świetnie się czuję. Polacy to super nacja, ten kraj niezwykle mi przypadł do gustu. I ofertę składa największy klub w Polsce, co roku walczący o tytuły, mający niesamowitych kibiców. Nie miałem wątpliwości, choć powtarzam: ofert było wiele”.

Więcej TUTAJ


KOMENTARZE