var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Youtube

Kamil Jackiewicz dla 2x45: Trener powtarzał, że ze mnie i Michała Masłowskiego zrobi gwiazdy

Autor: rozmawiał Mateusz Sokołowski
2018-09-23 14:00:15

Był czas, kiedy biło się o niego (dosłownie) pół ekstraklasy. Skończyło się mniej okazale, bo tylko na 15 występach na jej zapleczu. Historia Kamila Jackiewicza to zbiór wydarzeń, które spotykają wielu polskich piłkarzy. Transfer do wyższej ligi zablokowany przez pieniądze. Kontuzja, która nie pozwoliła zaistnieć na najwyższym poziomie. Po kontuzji - komplikacje. Prezes nie wypłacający premii. Testy, z których nic nie wynikało. I gole strzelane na potęgę. Ale nie w ekstraklasie, tak jak się zapowiadało, a na niższych szczeblach.

Jackiewicz w listopadzie skończy 35 lat. Wychował się na Podlasiu, skąd jako 22-latek przeniósł się do Kotwicy Kołobrzeg. Później miał już kontrakt z Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski, był w Zagłębiu Lubin, pytały o niego Jagiellonia, Korona, Lech, Legia czy Piast (kolejność przypadkowa). Z dobrej kariery (jak na krajowy poziom) nic nie wyszło, pozostała tylko rola local hero. Bilans ostatnich pięciu sezonów? 166 meczów w trzeciej lidze. 110 goli.

Mateusz Sokołowski (2x45.info): - Śruba w nodze jest cały czas?

Kamil Jackiewicz (napastnik Olimpii Zambrów) - Tak, została jedna w piątej kości śródstopia. Żeby nie skłamać, siedzi tam już z pięć lat. Doktor powiedział, żeby trzymać ją do końca swojej przygody z piłką, żeby nie wyjmować. Raz, żeby psychicznie czuć się pewniej, dwa, żeby nie mieć kolejnych urazów. Nikomu nie życzę problemów z piątą kością śródstopia. Miałem trzy razy to samo w ciągu dwóch lat. Niejeden by się załamał. 

- Pamiątka po krótkiej przygodzie z ekstraklasą.

- W każdej przygodzie z piłką jest moment, że jesteś w strasznym gazie, wszystko ci wychodzi. U mnie tak było, kiedy pojechałem na testy do Grodziska Wielkopolskiego. Pamiętam to jak dziś, pojechaliśmy do Łodzi.

- Puchar Ekstraklasy z ŁKS-em.

- To był listopad, spadł pierwszy śnieg. Dobrze, że boisko było w miarę przygotowane. Przed meczem trener Jacek Zieliński powiedział mi: - Kamil, spokojnie, nie denerwuj się. To nie twój pierwszy ani nie ostatni mecz. Udało mi się strzelić dwa gole i trzeciego, którego nie uznali, bo rzekomo był spalony. Krył mnie Tomek Kłos. Wygraliśmy 3:2. Następny mecz graliśmy z Ruchem Chorzów, tam zaliczyłem asystę. To był zdecydowanie kulminacyjny punkt w mojej przygodzie z piłką, ale niestety mój klub - Kotwica Kołobrzeg - nie dogadała się z Grodziskiem. Chcieli za dużo pieniędzy.

- Ile?

- Kotwica chciała 200 tysięcy złotych, Grodzisk dawał 70. Pomyślałem nawet w pewnej  chwili, żeby w Grodzisku odejmowali mi co miesiąc jakąś kwotę od pensji, byle tylko Kotwicy dać więcej. A wtedy biło się o mnie sporo klubów. I Jagiellonia, i Lech.

- Podobno też Legia?

- Może i tak. Ze mną nikt się nie kontaktował, pewnie szło to bardziej przez menedżera albo klub.

- Zostałeś w Kołobrzegu.

- Podpisałem kontrakt z Grodziskiem, ale miał obowiązywać dopiero od nowego sezonu. Wtedy odszedłbym z Kotwicy za darmo. Jak się w Kołobrzegu o tym dowiedzieli, zaczęli mnie kasować.

- Jak?

- Wysłali mnie na obóz z juniorami. Chłopaki po piętnaście, szesnaście lat i ja. Normalnie trenowałem. Pamiętam, że obóz był gdzieś niedaleko Kołobrzegu i wracałem z niego sam, PKS-em. Potem wróciłem do drużyny.

- Jednak?

Był sparing z Pogonią Szczecin, strzeliłem gola i trener przekonał prezesa, że jednak jestem potrzebny. Pomogłem wtedy Kotwicy awansować do nowej drugiej ligi i zdobyłem króla strzelców.

- Z Dyskobolii znów nic nie wyszło.

Bo przejęła ich Polonia Warszawa. Wtedy Radek Osuch załatwił mi Zagłębie Lubin. Lepsze pieniądze, fajne perspektywy.

- W Zagłębiu nie doczekałeś nawet rozpoczęcia sezonu.

- Dostałem na treningu od Rui Miguela. Myślałem, że to pewnie jakieś skręcenie, bo nigdy wcześniej nie miałem żadnej poważnej kontuzji. Później zaczęło strasznie boleć, nie mogłem nawet stanąć. Okazało się, że to była piąta kość śródstopia. Mało tego - zaczęła boleć mnie druga noga, bo naturalnie zacząłem ją bardziej obciążać, przenosząc ciężar ciała. A wtedy lekarze jeszcze nie wstawiali śrub przy takich kontuzjach. Teraz robi się to od razu i to w obu nogach, dla bezpieczeństwa. Ostatnio Damian Kądzior miał coś podobnego, od razu śrubowali mu obie nogi.

- Jak długo nie trenowałeś?

- Pół roku. Wróciłem, pierwszy trening, właściwie już końcówka. Wystartowałem do piłki, ale zrezygnowałem, bo widziałem, że kolega będzie szybszy. Usłyszałem trachnięcie i wiedziałem, że to znów to samo. Klubowy lekarz wkręcił mi śrubę ale zrobił to tak, że za kolejne pół roku pękło mi wszystko - razem ze śrubą. Pojechałem do doktora Ficka, on zrobił mi operację i w końcu poczułem się lepiej. Odpukać, bo od tamtej pory nic się z moim śródstopiem nie działo.

- Ekstraklasa znów przeszła koło nosa.

- Myślałem, że szybko wrócę do gry. Zacząłem w Młodej Ekstraklasie, strzeliłem nawet 5 goli, ale przyszedł trener Smuda i od razu skasował wszystkich tych, których nie znał. Nie dał mi nawet szansy pokazania się na treningach. Od razu do Młodej Ekstraklasy, bez dyskusji i bez podania przyczyny. W takiej sytuacji byłem ja, Damian Piotrowski i paru zagranicznych chłopaków.

- Miałeś jakąś rozmowę ze Smudą?

- Nic z tych rzeczy.

- Kilku trenerów się tam przewinęło.

- Smuda, Ulatowski, Fornalak, Lesiak. Był jeszcze Robert Jończyk, ale o nim lepiej nie gadać.

- Dlaczego?

- Przyszedł i oczarował ten klub. Sport testery, komputery, wszystko podłączone. Chłopaki wygrali pierwszy mecz, a potem nic z tego nie było. Kiedy byłem kontuzjowany, w szatni przy wszystkich powiedział do mnie z pogardą: - Kamil, co ty będziesz dalej robił w życiu? Masz jakiś zawód? Myślał, że do piłki już nie wrócę.

***

- Gdybym nie wyjechał z Podlasia, nigdy nie poznałbym Radka Osucha. Zapoznał nas Tomasz Arteniuk. To otworzyło mi furtkę. Wydaje mi się, że teraz jest podobnie. Młodemu ciężko jest się samemu przebić, chociaż teraz bardziej stawia się na młodych. A jak ja byłem młody, stawiało się na starych. Trenowało się na żużlu albo na boisku przy Dobrej w Białymstoku, gdzie spod piachu wystawały dywany. W okresie dojrzewania przez rok w ogóle nie grałem, bo miałem chorobę chrząstki. Podczas wysiłku nie bolało, ale jak kończyłem trening robiło się nie do wytrzymania. Nic nie mówiłem, dopiero moja mama zauważyła, że coś jest nie tak. Była pielęgniarką, więc nie było zlituj. Wsadzili mi nogę w gips od pachwiny w dół. I nawet z tym gipsem wychodziłem grać w piłkę. Chłopaki nawet nie wiedzieli, bo zakładałem długie dresy.

- Skąd pomysł, żeby z Białegostoku przenieść się właśnie do Kotwicy Kołobrzeg?

Przez znajomych. Widzieli we mnie potencjał, a trenerem Kotwicy był Grzegorz Lewandowski, który wcześniej prowadził w naszym rejonie Ruch Wysokie Mazowieckie. Pierwsza moja myśl: kurde, tak daleko od domu, chyba nie pojadę. Pojechałem na testy, dostałem się, trener mnie przekonał, żebym został. Teraz zarabia się po 3-4 tysiące, wtedy była połowa tego. Patrzyłem pod takim kątem, że chcę się wybić.

- Zainteresowanie klubów z wyższego poziomu nakręcił Radek Osuch?

- I tak, i nie. Jeżeli jesteś w formie i potwierdzasz to przez dwa sezony, kluby same się interesują.

- Najeździłeś się na testy.

- Czasami przyjeżdżało się na jeden dzień i koniec. Absurd był w Arce Gdynia. Testowanych było kilku i z boku patrzył na nas asystent trenera. Oceniał nasze przerzuty, przyjęcia piłki. A potem do widzenia. Jeszcze lepsza była historia z Motorem Lublin.

- Opowiedz.

- Na treningu wypadłem w miarę fajnie i trener powiedział: - Dobra, Kamil, ty już możesz zejść. Co oznaczało, że się spodobałem i zostanę w klubie. Nawet na 90minut.pl napisali, że podpisałem już kontrakt z Motorem. Następnego dnia dzwoni do mnie kierownik drużyny: - Kamil, jednak wzięli kogoś innego. Trener nawet nie zadzwonił.

- Może mu było głupio.

- Dla mnie to słabe. Powinien zadzwonić i powiedzieć. A okazało się, że do ataku dogadany był Mateusz Broź.

- Jako chłopak z regionu próbowałeś też w Jagiellonii.

- Jeszcze w starej drugiej lidze, w okolicach 2007 roku przeszedłem nawet testy. To było przed tematem Dyskobolii i Zagłębia. Przyjechało około dwudziestu chłopaków z Białegostoku i okolic, podstawili nam autobus MPK i pojechaliśmy na stadion na Słonecznej. Trener Szatałow wybrał tylko mnie. Wtedy też Kotwica nie dogadała się z Jagiellonią jeśli chodzi o finanse.

- Zniechęcające.

- Powiem szczerze - tak. Rodzinne miasto, wyższy poziom.

- Była jeszcze druga próba. W 2014 roku, u Michała Probierza.

- Trener powiedział, że się do mnie odezwie po obozie. Nie odezwał się. Wydaje mi się, że na treningach wyglądałem dobrze, piłka mi “siedziała”. Myślę, że zabrakło mi po prostu występów w ekstraklasie, bo na to też trenerzy patrzą. Jakbym miał ich kilka, łatwiej byłoby mi znaleźć dobry klub.

- Wtedy do Jagiellonii przyszedł Patryk Tuszyński, który też czołowym polskim napastnikiem nie był, ale trochę występów w Lechii już miał.

- O to chodzi. Jak już wpadniesz na tę karuzelę i pojawisz się w ekstraklasie, to zawsze przez parę lat się utrzymasz.

- Jak doszło do tego, że Jagiellonia cię wtedy zaprosiła? Miałeś 31 lat, grałeś w trzeciej lidze.

- Obecny prezes podlaskiego ZPN-u, Sławomir Topczewski rozmawiał na mój temat z Agnieszką Syczewską. Dostałem telefon, że mam pojawić się na treningu. Byłem trochę zaskoczony, ale podświadomie się spodziewałem, bo Jagiellonia szukała wtedy ludzi z regionu. Cały czas uważam, że Jagiellonia za mało stawia na wychowanków. Kończy się wiek juniora i chłopcy nie mają gdzie pójść. Podlaskie jest biedne jeśli chodzi o piłkę. Brakuje klubów w trzeciej lidze, druga też by się przydała. Młodemu łatwiej byłoby się wybić w Polskę, bo Jagiellonia wcale nie gwarantuje, że zagrasz w ekstraklasie.

- W obecnej Jagiellonii spośród tych grających z Białegostoku jest tylko Sandomierski.

- Tak to wygląda i chyba się nie zmieni. Cierpią na tym podlaskie talenty, bo uważam, że są tutaj dobrzy zawodnicy. Ale przychodzi moment, że kończy się wiek juniora. Można iść do seniorów, ale za pieniądze, za które ciężko się utrzymać. Sporo ludzi wtedy rezygnuje.

- Miałeś tak samo.

- Grałem w Grajewie, 80 kilometrów w jedną stronę. Dojeżdżaliśmy we czterech. Miesięcznie zarabiałem 500 złotych, ale nie chodziło mi o pieniądze. Chciałem zaistnieć w polskiej piłce.

- Wracając do testów, równolegle do Jagiellonii w 2014 roku zaprosiły cię Wigry Suwałki, które właśnie awansowały do I ligi.

- Trener powiedział, że napastnika o takich walorach jak ja już ma. Tomek Tuttas. Przynajmniej był szczery.

- Wtedy zdałeś sobie sprawę, że wyżej już nie wyskoczysz?

- Tak. Jeszcze odchodząc z Zagłębia do Olimpii Elbląg miałem nadzieję, że w tej Olimpii zostanę. Zrobiliśmy awans do pierwszej ligi, miałem najwięcej bramek w drużynie. Radek Osuch zadzwonił wtedy i powiedział, że chyba zostanie właścicielem Zawiszy i żebym przyszedł do niego. Trwało to długo, padły inne kwoty niż na początku były proponowane. Po kilku meczach zacząłem grać w pierwszym składzie, ale przytrafiła się kontuzja kości strzałkowej. Wstawili mi pięć śrub. Później ciężko było wrócić do formy.

- Skończyło się na 15 występach i jednym golu w pierwszej lidze.

- Pamiętam, że trener Kubot powtarzał, że ze mnie i z Michała Masłowskiego zrobi gwiazdy. Później jedna z tych pięciu śrub, które miałem w nodze zaczęła się wykręcać i czułem ją przez skórę. Bałem się nawet zrobić wślizgu, żeby nie przebiła się na zewnątrz. Potem poszedłem jeszcze do Pelikana Łowicz, gdzie przez cały rok strzeliłem jednego gola. Piłka już nie chciała wpadać, brakowało szczęścia, człowiek podupadł psychicznie.

- I wróciłeś bliżej rodzinnych stron, do trzeciej ligi.

- Z żoną zaczęliśmy wtedy remont domu, a ona zaszła w ciążę. Miałem jeszcze propozycję, by wrócić do Kołobrzegu, ale podróż na drugi koniec Polski z kobietą w ciąży nie byłaby najlepszym pomysłem. Później Kotwica chciała mnie jeszcze raz, ale z fajną i konkretną propozycją wyszła Drwęca. Chcieli zapłacić mi za pół roku z góry.

- Kuszące.

- I bliżej do domu. Musiałem się liczyć ze zdaniem żony. Nie było tak, że wsiadam, jadę i “na razie”. Rodzina była dla mnie ważniejsza niż przygoda z piłką. W Drwęcy wyszło dobrze, zrobiliśmy awans do drugiej ligi, w której w końcu nie zagraliśmy. Za wygrane mecze nie dostałem nawet premii.

- Dlaczego?

- Bo nie zgodziłem się, żeby zostać w klubie na kolejny sezon na gorszych warunkach. Prezes powiedział, że wypłaci premie tylko tym, którzy zostaną. Fakt, że nie mieliśmy tego na papierze.

- O prezesie, panu Zygmuncie, krążyło sporo historii.

- Bawił się życiem. Jak był, robił wyniki. A człowiekiem był jakim był. Nie szanował ludzi. Myślał, że ma parę złotych, więc może wszystko.

- Przekonałeś się o tym?

- Nawet tą propozycją o pozostaniu w klubie. Zrobiliśmy awans, ja byłem drugim strzelcem, on sam wybrał mnie kapitanem na drugą rundę…

- Prezes wybierał kapitana?

- Z trenerem. Biorąc tę opaskę powiedziałem do kolegów: - Oj, chyba będę odpalony. Wcześniej Michał Pietroń był kapitanem i też go odpalili. I tak się stało. Na zmniejszenie pensji się nie zgodziłem, bo po awansie powinna być podwyżka, a nie obniżka. Podjęliśmy z żoną decyzję, że wracamy do Białegostoku. Od razu odezwała się Olimpia Zambrów. Przychodził trener Dymek, znaliśmy się z Ełku.

- Grając w Ełku dojeżdżałeś na treningi 100 kilometrów w jedną stronę.

- Jeździliśmy w kilka osób. Dostaliśmy z klubu busa. Najpierw lepszego, ale zajechaliśmy w nim klocki hamulcowe i dali nam starszy model. Busa prowadził często trener Dymek, który jeździł z Białegostoku razem z nami. Pewnego razu chyba się zagapił albo zagadał, nie zdążył wyhamować i uderzyliśmy w tył osobowego jaguara. Pamiętam do dziś jego minę kiedy wiedział już, że nie ma szans i czekał, aż się stukniemy. Nikomu nic się nie stało, po prostu lekka stłuczka. Później wziąłem od syna z Kinder Niespodzianki jakąś naklejkę z jaguarem i przykleiliśmy mu na deskę rozdzielczą.

- Na koniec przygody z Drwęcą zagrałeś w słynnym meczu na Widzewie.

- Cały stadion Widzewa dopingował Drwęcę. Żebyśmy awansowali my, a nie ŁKS. Pamiętam, że kiedy schodziliśmy do szatni jeden kibiców krzyknął: - Nie spierdolcie tego!

- Była feta z prezesem po wygraniu ligi?

- Z nim to nie. Zaprosił nas do swojej kręgielni, ale nie wstał, nie podziękował. Każdy posiedział godzinę, wypił szklankę piwa i pojechał w swoją stronę.

- Przez pięć ostatnich sezonów strzeliłeś w trzeciej lidze 110 goli.

- Jest nieźle, ale mogło być lepiej. Plusem jest to, że będąc o rok starszy zdołałem strzelić więcej goli niż sezon wcześniej w Drwęcy. To mnie buduje i pozytywnie nastraja do dalszej gry. Patrzę na Remka Sobocińskiego, który ma 44 lata i trzyma się świetnie. Chciałbym pograć tyle co on.

- O ile nie przerzucisz się na futsal.

- MOKS Białystok awansował niedawno do ekstraklasy. Trenerem jest mój dobry znajomy, Adrian Citko. Byłem na paru meczach i zapytał mnie, czy nie chciałbym pograć. Pomyślałem sobie, że pomogę w przerwie zimowej i rzeczywiście tak się stało. Nie jest powiedziane, że już do tego nie wrócę.

- Zagrałeś w lidze?

- Cztery mecze.

- Jakby nie patrzeć - w końcu się z tą ekstraklasą udało!

- W jakiś sposób spełniłem marzenia. Może nie trawiasta, ale też ekstraklasa.


KOMENTARZE