var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Youtube

Krystian Pieczara dla 2x45: Z Robertem Lewandowskim łączą mnie już dwie rzeczy

Autor: rozmawiał Mateusz Sokołowski
2018-10-01 13:00:22

Krystian Pieczara zadebiutował w ekstraklasie i grał w pierwszej lidze, ale w pewnym momencie zdecydował się zejść niżej. Trafił do III-ligowej Polonii Warszawa. Choć sam się za takiego nie uważa, jest idealnym przykładem lokalnego bohatera z niższych lig. W ciągu niespełna czterech lat strzelił 55 goli, stając się jednym z najlepszych strzelców w ponad stuletniej historii “Czarnych Koszul”. Porozmawialiśmy o sztuce zdobywania bramek, szczęściu trenera Mamrota, przychodzeniu na trening z krzesłem czy wygranym zakładzie z autorem wywiadu.

 

 

 

Mateusz Sokołowski (2x45.info): - Rok temu założyliśmy się o to, jak długo Ireneusz Mamrot popracuje w Jagiellonii Białystok. Ja zakładałem wariant bardzo pesymistyczny, ty byłeś optymistą. Nie życzyłem Mamrotowi źle, ale spodziewałem się, że nowemu trenerowi na karuzeli nie będzie łatwo obronić się w przypadku dwóch czy trzech potknięć.
Krystian Pieczara (napastnik Polonii Warszawa):
- Odchodząc z Głogowa - czyli miejsca, w którym jest bardzo ceniony - musiał mieć świadomość, że będzie pracował dłużej. Kiedy pomyślę o wszystkich trenerach, z którymi pracowałem, a trochę ich było, Mamrot miał jedną bardzo ważną cechę. Zawsze, kiedy był na ostrzu noża, wygrywał w nieprawdopodobnych okolicznościach. A kiedy podejmował trudne czy nieoczywiste decyzje - na przykład wystawiał do gry kogoś, kto w ośmiu ostatnich meczach siedział na ławce - ta osoba nagle rozgrywała super mecz. Miał nosa.

- Pamiętasz takie sytuacje?
- Sam taką miałem. W Chrobrym nie byłem pierwszym wyborem. Nie grałem tyle, ile chciałem. Był moment, kiedy złapałem fajną formę. Szykowaliśmy się akurat do meczu z Błękitnymi Stargard. Ktoś miał wtedy pauzować za kartki i wydawało mi się, że w końcu zagram. Zwłaszcza, że była presja ze strony góry. I dyrektor, i prezes widzieli mnie w pierwszym składzie. Pamiętam, że nawet na treningach wyglądało to tak, że ja wyjdę od początku. W dniu meczu trener wziął mnie na rozmowę i powiedział, że nie zagram, bo stawia na Łukasza Szczepaniaka. Wtedy tego nie zrozumiałem. Łukasz zagrał zamiast mnie, strzelił dwa gole, wygraliśmy 2:0. Decyzja się obroniła.

- Trener ma jeszcze zapisany twój numer telefonu?
- Mamy ze sobą kontakt. Mieliśmy dość trudne relacje i mogło mu się zrobić miło, że po dłuższym czasie wiele zrozumiałem. Jakiś czas temu zadzwoniłem do niego, żeby polecić do Jagiellonii dwóch młodych zawodników. Jeszcze nic z tego nie wyszło, ale może za rok, dwa czy trzy ich drogi się spotkają. Trener ma bardzo szeroki pogląd na wszystkie ligi w Polsce. Interesuje się każdymi rozgrywkami i na pewno potrafiłby powiedzieć, jakie były ostatnie wyniki w czwartej lidze dolnośląskiej.

- Czyli na pewno wie, ile bramek zdobywa Krystian Pieczara.
- Myślę, że wie. I w końcu nie śmieje się, że strzelam tylko z karnych. W Głogowie byłem ich etatowym wykonawcą i czasami mówił do mnie: - Dobra, strzeliłeś, no ale z karnego!

- Teraz dzwoniłeś ty, może niedługo zadzwoni on - z zaproszeniem na testy?
- Myślę, że to już nie ten etap. Z testami i transferami starszych zawodników jest ciężko. Mam 29 lat, więc nawet jak na polskie warunki nie jestem najmłodszy. Jeśli ktoś przeanalizuje sobie gdzie grałem i jak grałem może wyciągnąć pochopne wnioski. Byłem w ŁKS-ie, nie strzeliłem żadnego gola. Przyszedłem do trzeciej ligi, strzelam. Ktoś, kto nie zna kontekstu mojego pobytu w wyższych ligach może w ten sposób założyć, że druga liga to już dla mnie za wysoki poziom.

- A tak nie jest.
- Cieszę się, że tak uważasz. Ale po rozmowach z dyrektorami sportowymi, menedżerami i innymi tego typu osobami wiem, że ludzie myślą inaczej. Jestem już zaszufladkowany. Ale nie mam chorych ambicji. Doceniam to, co jest teraz.

- Rozmawiałem ostatnio z Kamilem Jackiewiczem, który ma 35 lat i przez pięć ostatnich sezonów strzelił w III lidze 110 goli. Jakiś czas temu na testy wzięła go Jagiellonia. Powiedział, że nikt nie traktował go tam poważnie, bo nie miał ani jednego występu w ekstraklasie.
- Dokładnie. Taki transfer byłby bardzo ryzykowny dla trenera, dyrektora, prezesa. Ja nie myślę już w kategoriach pójścia wyżej. Gdybym miał się zastanowić teraz, na szybko… Jeśli pojawiłaby się propozycja jakichś testów i byłbym bardzo zdeterminowany, pojechałbym. Ale tak jak powiedziałeś, byłoby trudno. Musiałbym pojechać na tydzień, w każdym treningu być najlepszy, a do tego strzelić gola w sparingu.

- O ile drugiego dnia po tobie nie przyjechałby Słowak z drugiej ligi jako gotowy zawodnik do gry.
- Mogłoby tak być. Polaka nie bierzemy, bo zagraniczny jest tańszy.

- Niestety w wielu przypadkach to prawda.
- Jak wezmą 27-letniego Słowaka to będzie tańszy od 29-letniego Polaka? W jaki sposób?

- Pewnie chodzi o kwotę transferu.
- Nie do końca to rozumiem. Pewnie koniec końców chodzi o to, że ktoś gdzieś kogoś ma i będzie miał coś z takiego transferu.

- Masz menedżera?
- Nie mam i jestem zadowolony. Grając w Chrobrym miałem, ale wbrew niemu odszedłem z klubu i rozwiązaliśmy umowę. Potem, już w Polonii, miałem przez chwilę zagranicznego menedżera. Delikatnie powiem, że nie byłem z niego zadowolony. Straciłem pieniądze, bo musiałem odpalać mu prowizję. Negocjując sam uzyskałbym podobne warunki, a nie musiałbym płacić prowizji. Posiadanie menedżera ma tylko jeden plus. Nie wiem jak o pieniądzach rozmawia się w normalnej pracy, ale środowisko piłkarskie jest bardzo specyficzne. Trzeba mieć wysokie poczucie własnej wartości. Rozmowy nie trwają godzinę, tylko parę dni, a przez te dni masz treningi, mecze. Czasami coś ci nie wyjdzie i słyszysz, że dają ci mniej, bo zrobiłeś cztery żonglerki mniej niż wczoraj. Menedżer może załatwić to za ciebie, wtedy jako zawodnik masz spokojną głowę.

- Transfer z Polonii do ŁKS-u to zasługa menedżera?
- Nie powiem na sto procent jak powstał ten temat. Sprawę pilotował Krzysztof Przytuła, dyrektor sportowy ŁKS-u. Najpierw dzwonił do moich byłych trenerów, którzy wypowiedzieli się o mnie pozytywnie. W tym gronie był między innymi Dariusz Dźwigała. Później przyjechał na Polonię obejrzeć mnie w dwóch czy trzech meczach.

- Polonia spadała z drugiej ligi, atmosfera wokół klubu była kiepska.
- Był otwarty konflikt między zarządem a kibicami. Na nas to się odbijało, ale jak nie ma wyników, to atmosfera zawsze jest słaba. Co byśmy nie robili - czy będziemy grillować, pić piwo czy chodzić na paintballa, najistotniejszy i tak będzie wynik.

- Bioenergoterapeuta też nie pomógł.
- Zarząd imał się wtedy różnych metod, żebyśmy w końcu zaczęli grać. Przed wyjazdowym meczem z Rozwojem Katowice mieliśmy spotkanie z bioenergoterapeutą, znanym zresztą na całym świecie. To było w hotelu. Zeszliśmy na dół, była tam sala podobna do takiej w kinie. Puścili relaksacyjną muzykę, dookoła jakieś egipskie malunki. Mieliśmy zamknąć oczy i się odprężyć. Ten człowiek chodził między nami i pytał każdego, co go boli. Jeśli ktoś powiedział, że kolano - dotykał go ciepłą ręką w kolano. Nie wiem, czy dzięki temu kogoś przestało boleć (śmiech). Najśmieszniejsze jest to, że zapytał nas, kto chce strzelić gola. Rękę podnieśliśmy ja i Przemek Szabat. “Szabi” strzelił, a ja byłem wyznaczony do rzutów karnych i akurat sędzia nie podyktował ewidentnego karnego. Jakby ten karny został podyktowany i bym go wykorzystał, prawdopodobnie nie ostatni raz byśmy się z nim spotkali.

- Rozmawiamy już pół godziny, czyli jakieś dziesięć razy dłużej niż potrwała twoja przygoda z ekstraklasą w GKS-ie Bełchatów.
- Koledzy ze studiów śmiali się, że ja nie zagrałem, tylko po prostu przez parę minut świetnie wychodziłem na pozycję. Była końcówka meczu z Jagiellonią. Wcześniej trener wpuścił na boisko Kuświka, a on strzelił efektowną bramkę przewrotką. Zaraz po tej bramce stwierdził, że mi też da szansę. Tym bardziej, że wtedy przez dłuższy czas dobrze prezentowałem się na treningach pierwszego zespołu. Wtedy myślałem, że wszystko stoi przede mną otworem. Przegraliśmy ten mecz, ale byłem wniebowzięty. Naprawdę. Jestem szczęśliwy, że mogłem wtedy choć przez parę chwil być w ekstraklasie.

- Przed debiutem strzelałeś dużo w Młodej Ekstraklasie.
- Ale Młodej Ekstraklasy nikt nie traktował poważnie. Mogliśmy tam robić co chcieliśmy, a nie miało to żadnego przełożenia na pierwszy zespół. Tym bardziej, że w pierwszej drużynie grali sami ligowcy, a ja byłem najmłodszym napastnikiem, raczej na końcu hierarchii. Przede mną był Grzesiek Kuświk. Obaj walczyliśmy o to, kto jest ostatni do wejścia.

- To prawie jak Marcin Komorowski, przed którym w hierarchii był - według Oresta Lenczyka - klubowy masażysta.
- Lenczyk miał taki styl bycia, że niektórzy się mogli załamać. Szczególnie, jeśli za kimś nie przepadał, a Marcin był w gronie tych zawodników. Kiedy dostajesz tekst, że jesteś za masażystą, musisz być mentalnym mocarzem, żeby to wytrzymać i dobrze wyglądać na treningach.

- Jak Lenczyk traktował ciebie?
- Wraz z dwoma czy trzema młodymi zawodnikami co jakiś czas trenowałem z pierwszym zespołem. Po jednym z takich treningów zapytaliśmy Lenczyka, czy mamy przyjść na następny. Trener mówi: "No tak, przyjdźcie, tylko ty (do Mariusza Zawodzińskiego - przyp. aut.) weź krzesełko, bo jesteś trochę niski, a potrzebujemy, żebyście postali w murze". Typowa kindersztuba. Fajnie było potrenować, ale nikt nie zaprzątał sobie nami głowy. Czasami tylko trener nas zgasił, że się nie nadajemy.

- W 2014 roku zrobiłeś krok w tył, przechodząc z Chrobrego (I liga) do Polonii (III liga). Powtórzyłbyś go, gdybyś znalazł się w tej sytuacji drugi raz?
- Tak. Byłem wtedy przekonany, że Polonia będzie szła do góry. Wyobrażałem sobie, że dziś będę już od dwóch lat grał w pierwszoligowej Polonii. Z perspektywy czasu wiem, że jak już zejdzie się niżej, to bardzo ciężko z powrotem wskoczyć na ten wyższy poziom. Awansować z takiej niby słabej trzeciej ligi jest trudniej niż z drugiej, czy chyba nawet pierwszej. Ale w tamtych okolicznościach nie było innej możliwości, to był jedyny słuszny krok.

- Na ile twoje dobre liczby to efekt umiejętności, a na ile taktyki dobranej przez Krzysztofa Chrobaka?
- Trudne pytanie. To wypadkowa gry całego zespołu, ale na pewno taktyka trenera jest bliższa temu, do czego jestem predysponowany. Pewnie mamy po prostu podobne spojrzenie na piłkę. Na to, co jest teraz ciężko pracowałem i pracuję. Gole nie spadają mi z nieba.

- W swojej pracy nie ograniczasz się do półtorej godziny treningu z drużyną. Dieta, dodatkowe treningi, siłownia.
- Dwa czy trzy razy w tygodniu jestem też na siłowni. Czasami więcej, zależy jaki mamy mikrocykl, ile grałem, czy jestem poobijany. Jeśli chodzi o treningi na boisku, staram się robić każde powtórzenie z takim samym zaangażowaniem, ale niestety nie mamy możliwości organizacyjnych, żeby po zajęciach zostawać na boisku tyle, ile chcemy.

- Boisko wynajęte, czas się kończy, do widzenia.
- Właśnie. Bolączka wielu klubów, nawet z wyższych lig. I obciach dla Warszawy, bo wielomilionowe miasto nie ma prawdziwej bazy. Z drugiej strony - to trzecia liga i wiedzieliśmy, na co się piszemy.

- Jesteś też trenerem.
- Od przygotowania motorycznego. W Polonii też pomagam trenerowi. Mamy treningi na siłowni i podpowiadam obciążenia, demonstruję ćwiczenia.

- Od kiedy dbasz o siebie powyżej minimum?
- Od paru lat, odkąd byłem w Chojnicach. Wcześniej robiłem to bez głowy. Nie było takiej wiedzy, która jest teraz. Człowiek trenował i odżywiał się trochę po omacku. Słyszało się o białku, to brało się białko do oporu. Kiedy przyszedłem do Polonii pojawiły się problemy z pieniędzmi i zacząłem pracować jako trener personalny. Ale żeby nie było wydźwięku, że nic nie robię, tylko siedzę i pakuję!

- I jeszcze strzelasz gole.
- Od jakiegoś czasu limituję te treningi. Lepiej trenować mądrze niż więcej. Czasami trzeba zachować umiar, bo to niestety może obrócić się przeciwko nam. Koniec końców piłka nożna to skill, najważniejsze są umiejętności i to, co jest na boisku. To, jaki pokazujesz charakter i jak czytasz grę. Ostatnio Mariusz Stępiński powiedział mądrą rzecz. W Polsce wszystko robimy od końca. Nie jemy glutenu, a zapominamy, że warto byłoby potrenować piłkę nożną.

- Lepiej być przeciętniakiem na wyższym poziomie czy lokalnym bohaterem w niższej lidze?
- Nie mam zdania. Zależy od osoby. Każdy musi sobie odpowiedzieć, czego chce w życiu. Niektórzy kierują się pieniędzmi - wtedy lepiej iść do pierwszej ligi. Niektórzy sentymentem, a niektórzy tym, że w jakimś miejscu po prostu dobrze się czują. Ja z perspektywy lat widzę, co jest najważniejsze dla mnie - to, żebym czuł się dobrze. Potem są efekty na boisku. Zupełnie nie czuję się lokalnym bohaterem. Teraz zrobiło się o mnie głośniej. Parę wywiadów, super zachowanie kibiców. A na pytanie nie odpowiem. Przestałem się nad takimi rzeczami zastanawiać. Bujanie w obłokach kończy się tak, że dostajesz gonga.

- Armata zajęła honorowe miejsce na półce pod telewizorem?
- Nie, bo pod telewizorem stoją świeczki. Ja w domu niczego nie dotykam, nie przestawiam, bo potem są awantury z moją Madzią (śmiech). A tak zupełnie serio, to jak się wchodzi do mieszkania, od razu ją widać. Śmiałem się ostatnio, że już dwie rzeczy łączą mnie z Robertem Lewandowskim. Mam armatę i grałem z Bartkiem Wiśniewskim.

- W Polsce jest mało skutecznych napastników? Popatrz na czołówkę klasyfikacji strzelców ekstraklasy: Ondrasek, Paixao, Angulo, Sanogo. Z Polaków tylko Tuszyński i Robak, i to wcale nie na samym początku.
- Rzeczywiście w Polsce mamy mało skutecznych zawodników. Ogólnie strzelanie goli jest bardzo trudne. Wszyscy zawodnicy mają presję na boisku, ale na tych ofensywnych ciąży jeszcze większa. Jak ktoś ma wpisane na 90minut.pl, że jest napastnikiem, to już trzeba go rozliczać z bramek. Nawet jeśli w pięciu meczach zagrasz przez 14 minut. Ktoś popatrzy: o, pięć meczów, zero goli. Słaby. Na całym świecie jest tak, że za tych, którzy najwięcej strzelają płaci się najwięcej. Strzelanie wynika z tego jak jesteśmy wyszkoleni, jaką mamy technikę. Może dlatego u nas w kraju jest o to tak ciężko.

- Grasz już od dłuższego czasu w trzeciej lidze, obserwujesz rywali, drużyny. Jest na tym poziomie sporo zawodników, którzy mogliby iść wyżej?
- Ja mam zdanie, które może być kontrowersyjne. Uważam, że między pierwszą a trzecią ligą nie ma ogromnych różnic. Widziałem sporo zawodników, którzy schodzili z ekstraklasy do drugiej ligi i nie robili roboty. A widziałem takich jak Adam Frączczak, który niby nie poradził sobie w pierwszej lidze, poszedł niżej do Kotwicy Kołobrzeg i nastrzelał goli, wzięli go do Pogoni i zbudował sobie pomnik. Rzeczywiście, znalazłoby się wielu takich zawodników. Nawet u nas w zespole są tacy, których poziom to spokojnie pierwsza liga.

- Ile razy chciałeś skończyć z graniem?
- Dużo. Największy kryzys miałem latem, po ŁKS-ie. Zacząłem kalkulować sobie zyski oraz straty i wyszło mi, że najmądrzej byłoby tak postąpić i zorganizować sobie inne zajęcie.

- Straty?
- Ja się teraz nie żalę, ale czy jesteś na poziomie ekstraklasy czy trzeciej ligi zobowiązania wobec klubu są podobne. Piłkarz to piękny zawód i na nic innego bym go nie zamienił. Ale gdyby zastanowić się na chłodno, bez emocji… Czasami to, co robimy jest bez sensu. Zwłaszcza jeśli zdarzy się sytuacja, że klub spóźnia się z wypłatą. Albo jak jeździłem dzień w dzień do Łodzi. Poczułem wtedy, że życie ucieka mi między palcami, a w zamian nie dostaję tyle, ile bym chciał w sensie sportowym i finansowym.

- A wcześniej?
- Byłem w Głogowie w pierwszej lidze i tego nie doceniałem. Przyszedłem do Polonii i zdałem sobie sprawę, że droga jest bardzo krótka. Przed chwilą byłem w ekstraklasie, teraz gram w trzeciej lidze. Do tego sprawy finansowe, zacząłem pracować, byłem w kiepskiej dyspozycji psychicznej. Na szczęście poukładałem sobie wiele spraw prywatnych i stwierdziłem, że jestem sobie jeszcze winien szansę. Chcę grać, dopóki będę miał zdrowie i pasję.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie