var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Wisła Płock TV

Łukasz Masłowski dla 2x45: Moja deklaracja? Nie unikam odpowiedzialności, ja też muszę być rozliczany za swoje działania

Autor: rozmawiał Mariusz Bielski
2018-10-10 14:34:46

Wisła Płock w ostatnim czasie może nie zatrzęsła się w posadach, aczkolwiek jej obecna sytuacja zdecydowanie nie ma wiele wspólnego z piłkarską idyllą. Dlatego właśnie kilka dni temu poleciała głowa Dariusza Dźwigały, który w żaden sposób nie nawiązał do zaskakująco udanej kadencji Jerzego Brzęczka, obecnego selekcjonera reprezentacji Polski. Przekręciliśmy zatem do Łukasza Masłowskiego, dyrektora sportowego Nafciarzy, aby u źródła zasięgnąć wiedzy na kilka tematów. Dlaczego zdecydowali się na zmianę szkoleniowca? Czy Dźwigała nie miał szansy wyciągnąć drużynę z kryzysu? Według jakich kryteriów zostanie wybrany jego następca? Co oznacza odważna deklaracja samego Masłowskiego? Czy jest zadowolony z letniego okienka transferowego w wykonaniu Wisły? Czy Przemysław Tytoń zagra w Wiśle Płock? Zapraszamy do lektury.

***

Mariusz Bielski (2x45.info): - Co właściwie było głównym powodem zwolnienia trenera Dźwigały? Wyniki, styl, perspektywy...
Łukasz Masłowski:
- Tak naprawdę wszystko po trochu. Jesteśmy po jedenastu kolejkach, mamy 10 punktów, czyli 23 stracone. Na podstawie tego oceniliśmy, że perspektywa nie jawiła się zbyt ciekawie. Do tego styl, który ostatnio prezentowaliśmy, był niezadowalający, a uważamy, że potencjał tego zespołu jest znacznie większy. Zarówno pod względem efektywności, jak i estetyki gry. Być może w pewnych aspektach nie do końca była to wina trenera, lecz sport jest brutalny i zawsze pierwszy konsekwencje ponosi właśnie trener.

- Nie widzieliście szans, by to pod wodzą Dariusza Dźwigały wyjść z kryzysu?
- Doszliśmy do wniosku, iż może być to trudne w najbliższej przyszłości. Uważamy, że ktoś inny powinien spróbować podjąć się tego zadania, skoro dotychczasowy plan zawodził.

- Prezes Kruszewski jakiś czas temu wspominał, że dla niego ważnym kryterium oceny jest chemia pomiędzy szkoleniowcem a drużyną. To się wypaliło?
- Nie sądzę, żeby coś takiego miało miejsce. Myślę, że pod tym względem obie strony utrzymywały jak najbardziej właściwe relacje, na dobrym poziomie. Po prostu nam chodziło o to, że koncepcja trenera i styl, który był jej efektem, nie zadowalał nas. W tej grupie zawodniczej te koncepcje zupełnie się nie sprawdziły.

- Ja oglądając Wisłę często odnosiłem wrażenie, że Dariusz Dźwigała nie potrafił wycisnąć maksa ze swoich podopiecznych, zwłaszcza tych występujących w drugiej linii. Stilić i Szwoch to flagowe przykłady. Generalnie potencjał macie większy niż pokazują wasze wyniki.
- Chyba nie ma co wskazywać poszczególnych graczy. Uważam, że dziś praktycznie wszyscy grają poniżej swojego normalnego poziomu. Nasuwa się więc pytanie: dlaczego tak jest? Jeśli miałbym wyróżnić jakiegokolwiek zawodnika za utrzymywanie równej, wysokiej formy...

- Szymański?
- Nawet on gra dużo gorzej niż w poprzednim sezonie, poniżej swoich możliwości. Trudno mi kogoś wysunąć przed szereg. Może Ricardinho, który miał bardzo dobry start, regularnie strzelał gole? Ale teraz i on się zablokował. Mnóstwo jest takich wątpliwych kwestii, jakie nam się nasunęły na myśl w ostatnim czasie i wiele czynników miało na to wpływ. Tak jak wspomniałem, niezależnie od tego nie satysfakcjonowały nas efekty. Ten zespół ma takie cechy i możliwości, że pozwalają mu grać zdecydowanie lepiej, że jego zdobycz punktowa powinna być znacznie większa.

- Czyja to właściwie była decyzja, żeby zwolnić trenera Dźwigałę?
- Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że nikt nie zamierza uciekać od odpowiedzialności. Za tego typu ruchy odpowiadają trzy osoby - prezes, wiceprezes oraz ja jako dyrektor sportowy. W trójkę rozmawialiśmy, była wymiana zdań, burza mózgów, dyskusja kiedy, jak, czy to jest dobra droga... Ostateczna konkluzja była taka, że jeśli zwolnienie trenera ma się wydarzyć, to właśnie teraz, tuż przed przerwą reprezentacyjną. To dobry moment.


- Jakiś czas temu prezes Kruszewski też o panu mówił, że bardzo dobrze się wam współpracuje, macie podobną wizję funkcjonowania klubu. Nic w tej materii się nie zmieniło?
- Cały czas jest dokładnie tak, jak mówi prezes.

- O to, kto podjął decyzję o konieczności zmiany trenera pytałem też ze względu na pana deklarację. "Jeśli z następnym szkoleniowcem nie zrobimy progresu, położę swoją głowę". Mocno się pan wystawił!
- Ja nie jestem przyspawany do stołka w Wiśle! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że za wynik sportowy nie odpowiadają tylko zawodnicy oraz szkoleniowiec, lecz również ja. Nie wiem kto jak odbiera moje słowa. Mnie chodziło o fakt, iż nie zamierzam unikać odpowiedzialności. Jeśli nasze rezultaty nie poprawią się względem tego, co mamy dzisiaj, to będzie znaczyło, że mój pomysł na funkcjonowanie drużyny nie był właściwy. Gdyby coś takiego miało miejsce, złożę rezygnację. Tak będzie fair, ja się tego zupełnie nie boję.

W szerszej perspektywie nie tylko trener Dźwigała sprawił, że sytuacja Wisły jest taka, a nie inna. Czasem trudno określić, dlaczego dany szkoleniowiec w jednym zespole odpala, a w drugim zupełnie nie. Niektórym potrzeba więcej czasu i nie jest to wyłącznie jego wina. Ale jak już wspomniałem, to jest futbol i najpierw z wyników rozlicza się trenera, potem piłkarzy oraz działaczy. Dążę do tego, że nie chcę jednak zwalać winy na kogoś, bo biorę odpowiedzialność za to co robię w Wiśle. Jeśli moje idee nie przyniosą zespołowi pożądanych skutków, ja sam nie będę przyspawany do stanowiska. Przecież to nie jest tak, że TYLKO zatrudniłem trenera Dźwigałę i TYLKO go zwolniłem. Absolutnie nie. Bo decyzje podejmowane są wspólnie, ale no właśnie, jestem częścią decyzyjnego organu, więc też muszę być rozliczany za różne działania. Nie boję się tego.

- Taka autokrytyka jest dość niespotykana wśród piłkarskich działaczy. Nie zaszkodzi panu takie nakładanie presji na siebie samego?
- Nie, dlaczego? Zawsze uważałem, że trzeba oceniać to jak ktoś wykonuje swoją pracę, a zrobiona dobrze się obroni. Ja staram się działać na sto procent, daję z siebie tyle, ile jest możliwe. Dzisiaj tak jest w Płocku, a w przyszłości może być gdzie indziej, niezależnie od tych moich deklaracji. One nie mają wpływu na skalę mojego zaangażowania.

- Ale sam pan sobie postawił ultimatum.
- Tak, ponieważ zdaję sobie sprawę, że to jak wykonuje obowiązki, również podlega ocenie. Nie chcę chować się przed odpowiedzialnością. Wręcz przeciwnie, pragnę być z niej rozliczany. Wszyscy powinni być świadomi, że nie tylko trenerzy powinni ponosić konsekwencje tego, co dzieje się na boisku.

- Inni działacze powinni brać z pana przykład?
- Nie wiem. Po prostu chcę być sobą. Nie zastanawiam się, czy jestem wzorem do naśladowania. Mam pewne wartości, które określają mój sposób na życie, moje podejście. Jedni mogą to odebrać tak jak pan, że to niekoniecznie było potrzebne, innym się to spodoba. Nieważne. Ale ja chcę po prostu być w porządku wobec ludzi, z którymi współpracuję.

- Z dzisiejszej perspektywy traktuje pan zatrudnienie Dariusza Dźwigały jako osobistą porażkę zawodową?
- Nie da się ukryć, że skoro podjęliśmy decyzję o zakończeniu współpracy, nie była ona pomysłem trafionym. Ale też zdaję sobie sprawę, iż trafił do naszego klubu w trudnym momencie. Wiemy przecież, w jakich okolicznościach się to odbywało. Jerzy Brzęczek objął reprezentację, zaś do startu ligi pozostawało niewiele czasu... Z drugiej strony i z takich sytuacji płynną lekcje dla mnie jako dyrektora sportowego. Nie odbieram więc tego wszystkiego jedynie w kategoriach porażki, lecz również jako bardzo cenne doświadczenie.

- Czego zatem nauczyła pana ta krótka kadencja trenera Dźwigały?
- Tak jak mówiłem, chodzi o doświadczenie, a jakichś rzeczy prosto z szatni przecież nie będę opowiadał na zewnątrz. Na pewno jednak ten przykład da mi do myślenia w przyszłości przy podejmowaniu podobnych decyzji.

- A czy to nie jest też tak, że Wisła w pewnym sensie stała się zakładniczką własnego sukcesu z poprzedniego sezonu, gdy była blisko kwalifikacji do europejskich pucharów? Wówczas wydawało mi się, że był to wynik nieco ponad stan.
- Wydaje mi się, że to nie jest wyłącznie pana opinia, tylko zaczerpnięta z wielu źródeł, wszak dużo ludzi powtarza właśnie taką tezę - iż jesteśmy niewolnikami odniesionego sukcesu. Okej, zdaję sobie sprawę, że naprawdę wysoko zawiesiliśmy poprzeczkę i być może jest coś w tej teorii, iż wykręciliśmy lepsze rezultaty niż wskazywałby na to potencjał zespołu. Broń boże jednak nikt w Wiśle nie twierdzi, że ma ona w bieżących rozgrywkach walczyć o europejskie puchary! Ale na pewno też Wisła nie powinna ocierać się o dno tabeli. Znamy swoją wartość, lecz też miejsce w szeregu, aczkolwiek nie popadajmy w skrajności. Nie może być tak, że w jednym sezonie bijemy się o puchary, a w następującym po nim o utrzymanie.

- Według jakich kryteriów będziecie zatem rekrutować następnego szkoleniowca?
- Praktycznie w takich samych jak to miało miejsce w przypadku Dariusza Dźwigały Przede wszystkim ma to być trener, który będzie promował młodych chłopaków, a bardziej doświadczonych wyciągnie na jeszcze wyższy poziom. Zależy nam na tym, aby był to menedżer, który potrafi dobrze dogadywać się z podopiecznymi oraz działaczami... W zasadzie kryteria są niezmienne. Bo taka też jest nasza wizja, by stawiać na młodzież, zwłaszcza na Polaków. Takich zawodników szukamy też na rynku transferowym.

- Styl gry też się liczy czy dla wyników jesteście gotowi poświęcić wszystko?
- Nie, wzorem pożądanego stylu jest ten, który Wisła prezentowała w ubiegłym sezonie. Ma to być futbol ciekawy dla oka, żeby przyjemnie się go oglądało.

- To kiedy biały dym nad stadionem im. Kazimierza Górskiego?
- Na dniach...

- Wracając do transferów - w letnim okienku mocno postawiliście na młodzież. Żynel, Miś, Grym, Wieliczko, Angielskiego też można podłączyć. I w zasadzie tylko Angielski dopiero ostatnimi czasy zaczął dawać konkrety. Nie powinniście byli oprócz nich zatrudnić jeszcze paru bardziej doświadczonych graczy, którzy jakość dadzą dziś, a nie dopiero jutro?
- Ale my takich już mamy w składzie. Ważne, jakie klub stawia przed sobą cele. My chcemy promować młodych chłopaków, lecz oni też muszą mieć od kogo się uczyć. Nie możemy faworyzować nikogo ze względu na jego pesel. Młodzi też potrzebują czasu, aby się na dany poziom wspiąć, więc to nie jest tak, że my bierzemy kogoś z III ligi czy z juniorów i od razu wymagamy, by stał się czołowym piłkarzem Ekstraklasy. Wszystko powinno mieć swoje miejsce i czas. Dążę do tego, że w tym względzie należy się jeszcze uzbroić w cierpliwość i wymienionych przez pana chłopaków będę rozliczał za rok lub dwa.

- Nie wydaliście na nich dużo pieniędzy. To też było ważne w waszym działaniu w letnim oknie, by w ten sposób także nieco zaoszczędzić?
- Nie ukrywam, że jesteśmy jednym z tych klubów, który każdą złotówkę dokładnie przelicza. Staramy się mierzyć siły na zamiary, więc tak też było i tym razem. Nigdy nie szastaliśmy pieniędzmi i nie zamierzamy tego robić. Staramy się działać racjonalnie, rozsądnie pod względem budżetowym oraz sportowym. No i przyszłościowym.

- Pan osobiście jest zadowolony z tego letniego okienka w wykonaniu Nafciarzy?
- Chyba jest jeszcze zbyt wcześnie, by o tym mówić jednoznacznie. Minęło dopiero 11 kolejek. Patrząc na to kogo udało nam się ściągnąć - tak, jestem usatysfakcjonowany. Czy ci piłkarze już dzisiaj się sprawdzają? Pod tym względem i na ten moment nie czuję zadowolenia, lecz czy dany transfer ostatecznie uznam za udany lub nie, będę mógł dopiero określić się za jakiś czas.

- Nie ukrywam, że dla mnie najbardziej newralgiczną pozycją w Wiśle jest pozycja bramkarza. Dahne to Dahne, według mnie nie emanuje pewnością. Zapytowski miał bolesne wejście. To nie jest pole do poprawy w najbliższym okienku?
- Uważam, że Bartłomiej Żynel jest bardzo dobrym zmiennikiem. W dwóch meczach, w których wystąpił - przeciwko Lechii Gdańsk (1:0) w Ekstraklasie i Siarce Tarnobrzeg (4:1) w Pucharze Polski - spisał się bardzo dobrze. Nie zgadzam się więc z panem, że jest to dla nas "niebezpieczna pozycja". Co do Dahne również mam inne zdanie. Bo oprócz początku, kiedy zdarzały mu się wpadki, nie uważam, aby teraz popełniał dużo błędów. Przypięta mu została łatka. Może przez to, że nie jest zbyt uważnie obserwowany w ostatnim czasie? Ma pan rację, wejście do ligi miał kiepskie, lecz teraz to jeden z naszych najlepszych piłkarzy. Cały czas robi progres. Postawię odważną tezę - dla mnie to jeden z najlepszych zawodników nie tylko w Wiśle, lecz w całej Ekstraklasie na swojej pozycji. Podobnie odbierają go również trenerzy, ponieważ dobre opinie zbierał u szkoleniowców, którzy u nas pracowali.

- Jak w tym świetle wygląda kwestia Przemysława Tytonia w Wiśle Płock na stałe?
- Przemek szuka klubu zagranicznego. Dla niego priorytetem jest powrót do Europy. Polska liga? Ostateczność. Póki co nie ma tematu jego gry w Wiśle.

- Ale to prawda, że jakiś czas temu, kiedy akurat kompletnie stracił zaufanie w Deportivo La Coruna, robiliście pod niego podchody?
- Nie doszło do żadnych konkretnych rozmów. Dużo w tym wszystkim było spekulacji. Aczkolwiek mogę to potwierdzić, że był w kręgu naszych zainteresowań. Rozmowy nigdy jednak nie były w zaawansowanej fazie, bo Przemek chce występować za granicą.



KOMENTARZE