var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: archiwum własne autora

Cały(m) zdaniem: O tym, jak to pięknie bywało, gdy kadra w XXI w. grała 11 października

Autor: Andrzej Cała
2018-10-11 13:06:29

Są przynajmniej trzy powody, by do meczu z Portugalią podchodzić ze spokojem. Trzy wspomnienia, dwa związane ze Stadionem Śląskim, a jeden nawet z dzisiejszym rywalem. Spoiwem zaś jest data - 11 października.

11.10.2006, Stadion Śląski (Chorzów), Polska - Portugalia 2:1

My zbici na niemieckim mundialu, z nowym trenerem - Leo Beenhakkerem. Z fatalnym początkiem eliminacji Euro 2008, kilka dni po beznadziejnym meczu w Kazachstanie, wygranym ledwo 1:0, ale przypłaconym zamieszaniem z udziałem Mariusza Lewandowskiego, które to wydarzenie zdaniem wielu fachowców mógł rozwalić drużynę od środka.

Portugalia w glorii świetnego występu na niemieckim mundialu, gdzie niewiele zabrakło im do medalu. Z kilkoma gwiazdami światowego futbolu. Z Ronaldo, Deco czy Sabrosą. Z opinią drużyny, która już jest świetna, ale prawdziwą wielkość ma dopiero przed sobą.

Pamiętam jak dziś nastroje panujące przed tym meczem - w zwycięstwo wierzyli tylko ci najbardziej niepoprawni optymiści; zastanawiano się raczej, czy w plecy będzie tak z 0:3, czy może jakieś honorowe 1:2, po ambitnej walce. I czy na zdrowy, chłopski rozum można się tym nastrojom było dziwić? Wystarczy rzut oka na skład, jakim nasi wybiegli na murawę w Chorzowie:

Kowalewski - Golański, Radomski, Bąk, Bronowicki - Błaszczykowski (66’ Krzynówek), Lewandowski, Sobolewski, Smolarek - Rasiak (74’ Matusiak), Żurawski

Wszystkich klubów, w jakich występowali wówczas reprezentanci Polski, przypominał nie będę, ale… Ich szczytem marzeń i osiągnięć były wówczas Celtic (Żurawski) czy dość przeciętna Borussia Dortmund, w której nieźle radził sobie Smolarek. No dobrze, można jeszcze dodać tutaj wschodni kierunek, reprezentowany przez Lewandowskiego i Kowalewskiego. My naprawdę nie mieliśmy kimś straszyć i na kim opierać nadziei na spektakularny sukces.

Tymczasem 11 października 2006 roku Polacy zagrali mecz pod wieloma względami wzorowy, dla wielu z występujących wówczas w Chorzowie najważniejszy i po prostu najlepszy w całej karierze. Końcowy wynik absolutnie nie oddawał tego, co działo się na boisku - bardziej sprawiedliwym byłby bowiem 4:1! Jako człowiek wówczas 23-letni, pamiętający całą gamę porażek z potęgami pokroju Gruzji albo Łotwy, kojarzącym aż za doskonale przegrywane już w szatni batalie z Anglikami, Włochami czy Szwedami, po prostu nie wierzyłem w to, co działo się na murawie. Bo to nie było tak, że Portugalia zagrała wtedy wybitnie żenująco - nie, to w naszych wstąpiły jakieś nadprzyrodzone siły, które pozwoliły Bronowickiemu i Golańskiemu schować do kieszeni Cristiano Ronaldo oraz Simão Sabrosę, Smolarkowi zawsze być o krok bliżej bramki niż kryjącemu go rywalowi, czy też Mariuszowi Lewandowskiemu zagrać niemal bezbłędnie, raptem kilkadziesiąt godzin po tym, gdy Leo zmienił go w pierwszej połowie meczu w Ałmatach.

Wiele osób pamiętających jeszcze sukcesy polskiego futbolu w latach 70. i 80. stawia mecz z Portugalią rozegrany 12 lat temu w Chorzowie na równi z potyczkami, które Biało-Czerwoni rozegrali tam kilka dekad wcześniej z Anglią, Holandią czy ZSRR. Spektakl kadry Beenhakkera stał się kolejnym wyczynem zapisanym w historii chorowskiego kotła czarownic. A dla setek tysięcy ludzi w moim wieku czy młodszych był to - jakże ważny, jakże potrzebny, jakże piękny - dowód na to, że i my możemy przeżyć wieczór piłkarskiego cudu. I to takiego, którego nie da się w żaden sposób zdeprecjonować - bo nie było “obrony Częstochowy”, bo sędzia gwizdał uczciwie, bo rywal nie był zdziesiątkowany przez kontuzje czy kartki. Nie - po prostu tego wieczora faceci mający na sobie koszulki z Orzełkiem byli tuzami futbolu, wznieśli się na swoje wyżyny.


11.10.2008, Stadion Śląski (Chorzów), Polska - Czechy 2:1

Ostatni jak dotąd historyczny mecz na Śląskim. Jeszcze jeden pod wodzą Leo Beenhakkera, jeszcze jeden wlewający w serce nadzieję, że nasz futbol może nie jest taki najgorszy. A nie  było o to wcale tak łatwo, bo wciąż żywe były wspomnienia beznadziejnego Euro 2008, gdzie tylko heroiczna postawa Artura Boruca uchroniła nas przed totalną katastrofą. Jakby tego było mało, początek eliminacji do Mundialu w RPA też nie był za specjalny, bo remis u siebie ze Słowenią 1:1 i wymęczone 2:0 w San Marino (Fabiański na początku meczu obronił rzut karny!) nastrojów w narodzie wielce nie poprawiły.

Odnosząc do sytuacji sprzed dwóch lat - kadrowo nie prezentowaliśmy się o wiele lepiej. To był okres, gdy radości i emocji dostarczały nam co najwyżej przebłyski kadrowiczów w Bundeslidze (Błaszczykowski), Lecha Poznań w ostatniej edycji Pucharu UEFA (ze wchodzącym wtedy do dużej piłki, niezwykle utalentowanym… Robertem Lewandowskim). To wtedy wciąż nie brakowało głosów, że lada moment musi w pełni rozbłysnąć na zachodzie talent Pawła Brożka. Jesienią 2008 r., na fali zachwytów tym, jak w kadrze zaaklimatyzował się Roger rozpoczęło się szukanie “komu tutaj można dać paszport i wrzucić do kadry?” - słowem: bryndza z nędzą.

A jednak z Czechami, którzy z Euro 2008 odpadli w fazie grupowej mocno pechowo, by nie rzec… frajersko (ostatni w grupie mecz z Turcją, w którym prowadzili do 75. minuty 2:0, przerżnęli 2:3), Polacy zagrali wspaniale. Klasą dla siebie był Jakub Błaszczykowski, pięknego gola strzelił Brożek, a “Gazeta Wyborcza” tak pisała o meczu:

"Takiego meczu w wykonaniu polskich piłkarzy nie widzieliśmy dawno. Od pierwszej minuty Polacy zaatakowali i zepchnęli Czechów do obrony. Kilka akcji było przedniej urody - ładnie piłki rozdzielał Roger, na prawym skrzydle dryblował Błaszczykowski."

11 października 2008 r. Stadion Śląski raz jeszcze okazał się dla Polaków miejscem magicznym. Miejscem, w którym 50 tysięcy widzów stworzyło niesamowitą atmosferę, a piłkarze zrewanżowali się za to świetnym występem. Patrząc na chłodno, z perspektywy lat, można nie docenić w pełni wagi tego sukcesu, tymczasem dekadę temu po raz pierwszy grając o udział w mundialu pokonaliśmy reprezentację tak wysoko notowaną w rankingu FIFA (8. miejsce).

Nie wypada zatem w tym miejscu nie przypomnieć nazwisk bohaterów tego spotkania, a było ich czternastu:

Boruc - Wasilewski, Dudka, Żewłakow, Wawrzyniak (43’ Krzynówek) - Błaszczykowski, M. Lewandowski, Murawski (90’ Jodłowiec), Roger - Smolarek, Brożek (69’ R. Lewandowski)


11.10.2014, Stadion Narodowy (Warszawa), Polska - Niemcy 2:0

Wspomnienie najświeższe i chyba najpiękniejsze. Chociaż odnosi się do meczu, który od strony czysto piłkarskiej przy wcześniej wspomnianych absolutnie nie stał. Tylko jakie to ma znaczenie, gdy po raz pierwszy (i jak dotąd jedyny) pokonaliśmy Niemców?! Niemców, którzy raptem trzy miesiące wcześniej zdobyli złote medale na brazylijskim Mundialu, gdzie m.in. pokonali gospodarzy 7:1! Jakie znaczenie miało to, że chyba trochę nas zlekceważyli, że Neuer pomylił się wychodząc do dośrodkowania Piszczka, a Podolski tak huknął w poprzeczkę, iż do dziś bramka, której chronił Szczęsny, buja się rytmicznie?! Żadne. Zerowe. Null.

Podejrzewam, że osób, które tak jak niezapomniany Paweł Zarzeczny tego sobotniego wieczora po prostu się rozpłakały i… popłynęły, było w Polsce kilka milionów. Kilkadziesiąt?! Sam również płakałem, na zmianę ze skakaniem, opróżnianiem kolejnych kufli z piwem i rozmawianiem przez telefon a to z rodzicami, a to z kolejnymi znajomymi, z którymi chcieliśmy się po prostu upewnić, że to nie był sen, że to wydarzyło się naprawdę. Wygrana z Niemcami w meczu o punkty od zawsze jawiła się bowiem jak trafienie szóstki w totka. Niby jest możliwe, niby komuś się udało, ale jakoś dziwnym trafem nigdy nam albo osobie z naszego otoczenia.

Czy coś wskazywało, że cztery lata temu będziemy świadkami tego historycznego wydarzenia? No cóż - tak niespecjalnie. Kadra pod wodzą Adama Nawałki budowała bowiem swoją historię dość siermiężnie i przed spotkaniem z Niemcami nie było w zasadzie momentu, w którym zapaliłaby się lampka o nazwie “nowe, lepsze czasy”. Glika utożsamiano w kadrze z występami, którym bliżej do miana elektrycznych niż euforycznych, biegający po lewej stronie defensywy Wawrzyniak w przypadku meczu z Niemcami kojarzył nam się jednoznacznie z wpadką w Gdańsku trzy lata wcześniej. Mógłbym tak zresztą wymieniać dłużej, aczkolwiek z jednym zastrzeżeniem - kadrowo na pewno prezentowaliśmy się pod każdym względem lepiej niż w 2006 czy 2008 r. Tyle że nie graliśmy z Portugalią bądź Czechami, ale z Niemcami - mistrzami świata! Graliśmy na Stadionie Narodowym, który do tego spotkania wcale nie stanowił dla polskiej reprezentacji miejsca szczęśliwego.

A to wszystko, co wydarzyło się od 20:45 11 października 2014 r., to już historia. Piękna, niezapomniana, wciąż wzruszająca historia. Kto ją zapisał?

Szczęsny - Piszczek, Glik, Szukała, Wawrzyniak (84' Jędrzejczyk) - Grosicki (71' Sobota), Krychowiak, Jodłowiec, Rybus - Milik (77' Mila), Lewandowski.


11.10.2018, Stadion Śląski (Chorzów), Polska - Portugalia

Co wpiszemy w to miejsce za kilka lat? Czy dzisiaj przebudowany Stadion Śląski znów będzie świadkiem wielkiej piłkarskiej historii? Czy tak jak dla kadry Nawałki swoistym kamieniem węgielnym był mecz z Niemcami, tak dla Jerzego Brzęczka 11 października stanie się chwilą prawdziwych narodzin jako szefa kadry?

Cholernie trudno jest dywagować o tym wszystkim na kilkadziesiąt godzin przed meczem, mając w pamięci tak nasze wrześniowe mecze, jak i potyczki w wykonaniu Portugalii. Goście przyjechali do Polski bez Cristiano Ronaldo i Guedesa, co zasadniczo powinno nas mocno ucieszyć. Ale gdzieś z tyłu głowy czai się wspomnienie, żę tak naprawdę Portugalia najkonkretniej gra wcale nie wtedy, gdy największe gwiazdy dokonują cudów, lecz gdy konsekwentnie całą drużyną pracują na jakieś skromne 1:0. Dziwna obecnie ta Portugalia, naprawdę. Bo jeśli kojarzyło się tę ekipę z kimś na miarę europejskiego odpowiednika Brazylii, to raczej miało się na myśli polot, sztuczki techniczne, bajeczne akcje, boiskową magię. Tymczasem… to w kontekście ostatnich lat bardzo błędne wyobrażenie.

Nas obchodzą jednak nasi i… kiedy znów rzucić na kolana kibiców reprezentacji, jak nie 11 października? Z kim, jak nie z Portugalią, która mimo braku kilku gwiazd jest wciąż reprezentacją z absolutnego światowego topu, ale taką raczej “do ugryzienia”? Gdzie, jak nie w Chorzowie? No i w końcu - kim, jak nie Krzysztofem Piątkiem?


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie