var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: archiwum własne autora

Adam Duda dla 2x45: Probierz chciał mnie zniszczyć, ale najgorszych trenerów miałem w Widzewie. Potrafili z nas nawet szydzić

Autor: rozmawiał Maciej Golec
2018-10-13 14:31:48

Adam Duda był kiedyś obiecującym napastnikiem Lechii Gdańsk. W Ekstraklasie wystąpił jednak tylko w 26 meczach, w których strzelił 5 goli. Obecnie odbudowuje się w trzecioligowym Bałtyku Gdynia. W szczerej rozmowie opowiada nam m.in. dlaczego w Ekstraklasie już nie zagrał, kto blokował jego debiut w Ekstraklasie, który trener upokorzył go przed całym zespołem, jak radził sobie, gdy nie płacili w Widzewie Łódź oraz czy wychowanek Lechii może spokojnie spacerować po Gdańsku.

Maciej Golec (2x45.info): - 27 meczów w Lechii i 5 bramek to dobry wynik?
Adam Duda:
- Patrząc z perspektywy czasu uważam, że dobry. Mało jest piłkarzy w Polsce, którzy osiągnęli taki wynik. Oczywiście jest też wielu innych, którzy te statystyki mają dużo lepsze, ale nie mam się czego wstydzić, choć faktem jest, że te liczby mogły być o wiele lepsze, bo od napastnika wymaga się głównie goli.

- Ale na tatę możesz patrzeć z góry.
- Oj tak, zdecydowanie. Już po moim debiucie w Ekstraklasie się śmialiśmy, że mały sukces osiągnąłem, bo tata nigdy gola na tym poziomie rozgrywkowym nie strzelił.

- Dzięki niemu masz Lechię w sercu?
- Myślę, że tak. Za mojego dzieciństwa nie było jeszcze komputerów, telefonów, więc cały czas spędzało się na dworze. Już jako trzylatek chodziłem z tatą i bratem kopać piłkę na podwórku, a w wieku siedmiu lat poszedłem na swój pierwszy trening. Od tamtej pory moje życie kręci się wokół piłki, w czym swój udział z pewnością ma również mój tata.

- Na trybuny też cię zabierał?
- Tak, choć na swoje pierwsze mecze chodziłem jako chłopiec od podawania piłek. Miałem może 7 lat. Natomiast na trybunach zadebiutowałem na meczu z Flotą Świnoujście, Lechia wygrała 2:0, a jedną z bramek strzelił Kuba Biskup, z którym gram teraz w Bałtyku Gdynia.

- Już jako junior się wyróżniałeś. Bogusław Kaczmarek i Józef Gładysz mówili, że powinieneś dostać szansę wcześniej.
- Zgadzam się. Tak na dobrą sprawę jeszcze nie zacząłem swojej kariery, a już mnie wyhamowano. Czułem się na siłach, by trenować z pierwszą drużyną, uważałem, że jestem gotowy. Niestety, w tym czasie trenerem Lechii był Tomasz Kafarski, który nie był zwolennikiem mojego talentu. Zaproszenie na treningi dostałem pierwszego dnia po jego zwolnieniu.

- Rozmawiałeś z trenerem na ten temat?
- Osobiście nigdy, jedynie przez trenera Młodej Ekstraklasy – Tomasza Borkowskiego. Mówił mi na bieżąco jaka jest sytuacja, ale kontaktu bezpośredniego nie miałem.

- I jaka była sytuacja?
- Trener Kafarski podkreślał, że są inni, którym chce dać szansę i dopóki on będzie szkoleniowcem, to ja tej szansy nie dostanę, bo nie widział we mnie potencjału.

- Chodził na mecze rezerw albo Młodej Ekstraklasy?
- Ciężko powiedzieć. Czasami dochodziły do nas sygnały, że tak. Jeśli nie był osobiście, to często wysyłał swojego asystenta, Jerzego Cyraka.

- Dla porównania – Piotr Stokowiec już w poprzednim sezonie jeździł na prawie każdy mecz CLJ-tki.
- On od początku deklarował, że chce stawiać na młodzież. Już gdy pracował w Polonii Warszawa czy w Jagiellonii było widać tego efekty i dla mnie był i jest bardzo dobrym szkoleniowcem. Taka jest między nimi różnica, Stokowiec podchodzi bardziej rzetelnie do swoich obowiązków, bo wie, że w przyszłości to zaprocentuje i chwała mu za to.

- A którego trenera ty wspominasz najlepiej?
- Ciężko powiedzieć, część z nich mi w jakiś sposób pomagała. Trener Janas miał do swojej dyspozycji bardzo silnie obsadzony sztab, który koordynował treningi, a on tylko ustalał wyjściowy skład. Dał mi szansę w pierwszym zespole, a do tego był dobrym człowiekiem, nie robił mi pod górkę i wszystkich traktował sprawiedliwie.

Najwięcej grałem u trenera Kaczmarka. W tamtym czasie człowiek może tego aż tak nie doceniał, ale naprawdę poświęcał mi wiele indywidualnych jednostek treningowych, dał mi sporo szans do pokazania się i myślę, że mu się odpłaciłem. Większość moich występów była naprawdę dobra, strzelałem bramki. Przy nim osiągnąłem najwięcej.

- Mimo waszego sporu.
- Nie doceniałem tego, co mam, choć utrzymuję, że racja była po mojej stronie. Trener nie zabrał mnie na obóz, a ja czułem się na siłach, by po  przerwie zimowej w Ekstraklasie zagrać. Poprosiłem, by odejść z klubu i dalej się rozwijać, ale media zrobiły z tej sytuacji aferę – napisały, że zażądałem odejścia i rozwiązania kontraktu. Nic takiego nie miało miejsca. Zgody nie dostałem, trener uznał, że jestem potrzebny, a na wypożyczenie odszedł wówczas Piotrek Grzelczak.

- Który twój mecz w Lechii był najlepszy i dlaczego to mecz z Ruchem?
- (śmiech) No rzeczywiście, całe spotkanie przeszło do historii, bo nie codziennie remisujesz mecz, przegrywając go w 90. minucie 2:4. Ta bramka na pewno dodała mi pewności siebie, poczucie własnej wartości skoczyło i dzięki temu w kolejnych meczach szło mi całkiem nieźle.

Był jeszcze jeden mecz, dla mnie bardzo wyjątkowy. Za trenera Kaczmarka graliśmy z Koroną Kielce. Gdy wszedłem na boisko przy stanie 1:2 Marcin Pietrowski strzelił piękną bramkę, a potem mój gol dał nam zwycięstwo, mimo że goście złapali kontakt. Marzenie się spełniło, serce mocniej zabiło, ale szkoda, że licznik tych bramek tak szybko się zatrzymał.

- Miał w tym swój udział Michał Probierz, z którym nie masz najlepszych wspomnień.
- Ludzie są różni. W każdym zawodzie znajdzie się osoba, na którą pracownicy narzekają, przychodząc do pracy. Wiele osób w dzisiejszych czasach jest fałszywych, myślących tylko o swoich interesach. Nie ma co ukrywać, że najwięcej problemów przysporzył mi trener Probierz. Od  początku miał do mnie problem, nie podobało mu się, że lubili mnie kibice, dziennikarze i ludzie z klubu. Przez pierwsze pół roku starałem się nie reagować na jego złośliwości, ale on za wszelką cenę chciał pokazać, że się nie nadaję. Sprawił mi wiele przykrości, na treningach przy całej drużynie bezpodstawnie mnie krytykował, co było bardzo dołujące i demotywujące. Ale chyba o to mu właśnie chodziło. Chciał mnie zniszczyć.

Była raz taka sytuacja, gdy w rezerwach prezentowałem bardzo dobrą formę i strzelałem sporo bramek. Pojechałem na mecz z Zagłębiem do Lubina. Byłem pewny, że dostanę szansę, ponieważ udowodniłem, że jestem w dobrej dyspozycji. Tymczasem przed samym meczem trener Probierz powiedział, że jestem numer „19” i nie ma mnie w kadrze meczowej. Przejechałem całą Polskę, by nawet nie móc usiąść na trybunach. Upokorzył mnie przed całym zespołem, to było straszne uczucie. Żałuję, że na niego trafiłem. Co więcej, przez jego nastawienie zostałem namówiony do odejścia do Chojnic, gdzie moja kariera wyhamowała prawie do zera.

- Przed odejściem do Chojnic miałeś okazję pójść na wypożyczenie do Ekstraklasy, ale cię nie puścił. Dlaczego?
- To była dziwna sytuacja. Twierdził, że do Ekstraklasy mnie nie puści, bo nie będę tam grał. Ja mu odpowiedziałem, że to klub, do którego pójdę oceni, czy się nadaję, czy nie. Potem wypowiedział się w mediach, że nie chce wzmacniać konkurencji, więc tak naprawdę sam sobie zaprzeczył. Skoro byłem dobry, to czemu chciał mnie oddać? Zrobił mi to celowo, a ja chciałem grać, więc stąd była decyzja o odejściu do Chojnic.

- Gdzie wcale lepiej nie było.
- Przyszedłem tam w marcu, więc miałem mało czasu na to, by się zgrać z drużyną, a liga startowała lada chwila. Dzień przed pierwszym meczem, w którym miałem zagrać, naderwałem mięsień czworogłowy. Uparłem się, zagrałem, ale nie był to najlepszy pomysł. Uraz tylko się pogłębił i musiałem pauzować przez trzy tygodnie. Potem, jeśli grałem, to głównie na skrzydle, bo trener Pawlak zmienił system i nie miałem okazji pokazać swojego potencjału.

- Miałem na myśli bardziej atmosferę.
- Odbiór zawodników, którzy już tam grali był taki, że przychodzi młody piłkarz z Lechii, więc pewnie za darmo dostanie plac i lepsze pieniądze. Długo trwało zanim znalazłem z nimi wspólny język, ale myślę, że z biegiem czasu się przekonali, że jestem normalnym chłopakiem. Kilku z nich, gdy odchodziłem, przyznało, że się myliło co do mojej osoby.

- Trener Pawlak nie próbował łagodzić konfliktu?
- Myślę, że nie był do końca świadomy. Zresztą ja nie jestem typem człowieka, który donosi i się skarży, wolałem rozwiązać całą sprawę na własną rękę, przecież miałem 23 lata. Z mojej strony zazwyczaj żadnych złośliwości nie było, skupiałem się na piłce, ale gdy na treningu ktoś mnie specjalnie ostrzej atakował, to robiłem to samo. Lekko nie było, ale nie dawałem sobie w kaszę dmuchać.

- Po powrocie z wypożyczenia rozmawiałeś z Quimem Machado albo z prezesem?
- W tamtym czasie w Lechii był ogromny bałagan. Gdy wróciłem, to do końca nie wiedzieli co ze mną zrobić. Ostatecznie znalazłem się w grupie do odstrzału, ale kontrakt miałem ważny jeszcze przez dwa lata, więc pewnego dnia pojechałem na PGE Arenę (obecnie Stadion Energa – przyp. red) i spotkałem się z Adamem Mandziarą. Umówiliśmy się, że zagram w sparingu z Viktorią Koeln. Wyszło słabo, przegraliśmy 1:3, a ja stałem się zbędny. W międzyczasie Lechia dopinała transfer Bartka Pawłowskiego z Widzewa. Złożyło się tak, że o mnie najmocniej zabiegał właśnie Widzew, więc chciałem się z nimi dogadać indywidualnie. Lechia się o tym dowiedziała i podpięła to pod wymianę za Pawłowskiego, dopłacając im jakąś sumę pieniędzy. Podpisałem w Łodzi trzyletni kontrakt i zaczął się dramat.

- Przejdźmy więc do tego dramatu. W wywiadzie dla Gol24.pl powiedziałeś, że warunki w Widzewie nie sprzyjały grze w piłkę. Co to znaczy?
- Widzew spadł z Ekstraklasy, więc kibice byli bardzo rozgoryczeni. Presja z ich strony ciągle rosła, a ich przekonanie o wielkości klubu, który wówczas jako ostatni reprezentował kraj w Lidze Mistrzów, jego tradycjach i historii dolewało oliwy do ognia. Po każdej straconej bramce leciało multum wulgaryzmów w naszą stronę, nabijali się po każdym nieudanym zagraniu. Zero wsparcia.

Jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, to relacje między kibicami a klubem były, łagodnie mówiąc, złe. Ci pierwsi przestali chodzić na mecze, a ci drudzy po pół roku nie płacili pensji. Od lutego do czerwca nie dostałem nawet złotówki, przez co kłopoty finansowe ciągną się za mną do dziś. Pomału z tego wychodzę, ale pójście do Widzewa było jednym z największych moich błędów.

- Skoro przez tyle czasu nie płacili to jak sobie radziłeś?
- W życiu trzeba otaczać się prawdziwymi ludźmi. Bardzo mocno pomagała nam rodzina. Angela, moja obecna żona, a wtedy narzeczona, poszła do pracy i to z jej pensji żyliśmy. Jest mi bardzo wstyd za tę sytuację, bo to mężczyzna powinien utrzymywać rodzinę i być odpowiedzialny, a ja byłem bezsilny. W międzyczasie kupiliśmy w Gdańsku mieszkanie, a kredyt hipoteczny spłacamy do dzisiaj.

- Jeszcze wracając do Widzewa. Dlaczego korzystałeś z usług psychologa?
- Nie byłem anonimowym transferem, więc pokładano we mnie ogromne nadzieje. Kibice liczyli, że zdobędę koronę króla strzelców i sprawię, że Widzew wróci do Ekstraklasy, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Średnia wieku naszego zespołu oscylowała w granicach 21-22 lat i to się odbiło na wynikach. Po porażkach nie unikałem mediów, wychodziłem, rozmawiałem z dziennikarzami, przez co kibice zarzucali mi, że uważam się za gwiazdę. Wszystkie nieprzyjemności odbijały się na mnie, leciały obraźliwe słowa, a nawet groźby. Uwierz mi, nic przyjemnego.

Potem przyszedł nowy sztab szkoleniowy z Rafałem Pawlakiem, Piotrem Szarpakiem i Andrzejem Woźniakiem. I tutaj z czystym sercem mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o warsztat i sposób pracy z drużyną, to było trzech najgorszych trenerów, jakich w życiu spotkałem. Trener Probierz był profesjonalistą, potrafił zespół optymalnie przygotować, ale nie był dobrym człowiekiem. Ta trójka natomiast nie potrafiła prowadzić zajęć, a gdy coś zrobiliśmy nie tak, jak chcieli, zwyczajnie się z nas nabijali. Zamiast nakierunkować, pomóc, to otwarcie szydzili.

- Trenerzy?!
- Tak.

- Czyli nie mieliście też wsparcia, gdy kibice was atakowali.
- Dokładnie. Przegrywając bodajże ósmy mecz z rzędu trener Pawlak przyszedł w poniedziałek i powiedział: „Spokojnie, nikt nie umarł”. Strasznie niepoważne, zwłaszcza w naszej dramatycznej sytuacji. Co więcej, zostałem nagle odstawiony od zespołu i załamałem się tak stromym zjazdem. Przecież jeszcze rok wcześniej strzelałem bramki w Ekstraklasie, a wtedy nie łapałem się do składu ostatniego zespołu I ligi. Bolało. W tamtym czasie Angelika zasugerowała mi, by pójść i porozmawiać z trenerem mentalnym, który, koniec końców, bardzo mi w życiu pomógł. Ponownie wzbudził we mnie chęć i radość z gry w piłkę, za co mu serdecznie dziękuję.

- Potem w Pogoni Siedlce każdy myślał, że wracasz na właściwe tory.
- Ja też tak myślałem, bo były podstawy. W rundzie jesiennej zdobyłem 7 bramek i dołożyłem dwie asysty, ale zimą przyszło trzech nowych chłopaków. Prezes naciskał, by na nich stawiać, bo po co w takim razie ich kupił? Na ławkę? Doszło więc do tego, że trener Sasal zastąpił mnie Gołębiewskim, a ja, mimo dobrej formy, zostałem odsunięty.

- Na dłużej miejsca nie zagrzałeś też w Katowicach.
- Znowu był ten sam problem, zbyt późno dołączyłem do zespołu. Po kilku meczach, w których nie strzeliłem bramki, prezes uznał, że skoro nie wypaliło, to zastąpią mnie wychowankami i postawią na Pro Junior System. Czułem się źle. Gdyby ktoś wcześniej mi powiedział, że priorytetem będzie PJS, to bym w życiu tam nie poszedł. Trener Smyła na koniec przeprosił mnie za całą akcję, ale pół roku miałem kompletnie zmarnowane.

- Gdy kilka miesięcy zostawałeś bez klubu pojawiały się myśli zrezygnowania?
- Myśli były, ale po raz kolejny pomógł mi Paweł Dróżek. Moja sytuacja rodzinna też się zmieniła – Angelika zaszła w ciążę i przyjechaliśmy do Gdańska, by zaznać trochę komfortu psychicznego. Stwierdziłem, że klubu w Polsce nie znajdę, a utrzymanie całej rodziny z gry za granicą też nie było możliwe. Stąd pomysł przejścia do Concordii Elbląg – chciałem mieć bliżej do domu i jednocześnie grać w piłkę.

- Coś cię zaskoczyło po przejściu do III ligi?
- Raczej nie, bo trochę czasu tam spędziłem, grając w rezerwach Lechii. Najbardziej męczące były dojazdy. Codziennie spędzałem 2,5 godziny w samochodzie, na dodatek znowu złapały mnie kontuzje i rozstałem się z Concordią w dobrych relacjach. Szkoda tylko, że spadli do IV ligi.

- A jak wygląda sytuacja finansowa w niższych ligach? Zazwyczaj praca i gra w piłkę idzie tam ze sobą w parze.
- Racja, ale jeśli chodzi o mnie, to jeszcze nie ten etap. Moja żona codziennie pracuje, a ja do południa zajmuję się dzieckiem. Często na placu zabaw śmieję się razem z mamuśkami, że poniekąd sam się nią stałem. Od 7:00 do 15:30 opiekuję się córką, potem przyjeżdża żona, a ja jadę na trening. Jakoś udaje się wszystko sensownie połączyć.

- W Bałtyku Gdynia jest sporo piłkarzy związanych z Lechią. Zdarza się wspominać dawne czasy?
- Zdarza się, a zwłaszcza, gdy wracamy autokarem po wygranym meczu. Śmiejemy się z tego, co było kiedyś, ale też trzeba powiedzieć, że każdy z nas narzeka na sposób traktowania czy to podczas odejścia, z klubu czy w trakcie pobytu w Lechii. Nawet jeśli ktoś zasługiwał na szansę, to jej nie dostawał i było to krzywdzące. Ale nie ma co się obrażać, każdy z nas walczy o to, by na ten najwyższy poziom wrócić.

- Rozmawiamy w Gdańsku. Czy wychowanek Lechii może spokojnie spacerować po Gdyni?
- (śmiech) Trochę już czasu minęło od mojego pobytu w Ekstraklasie. III liga nie jest transmitowana, a plakatów czy bilbordów na mieście już nie ma. Gdybym był cały czas na tapecie, to pewnie ktoś by zwrócił mi uwagę. Do Gdyni dojeżdżam tylko na mecze oraz treningi i nigdy nic mi się nie stało. Wychowałem się w Gdańsku, znaczną część swojego życia tu spędziłem i właśnie tutaj czuję się najlepiej.

- Gdy widzisz wychowanków grających w pierwszej drużynie to łezka się w oku kręci?
- Na pewno jest to bardzo ważne i cieszę się, że Lechia podąża tą drogą. Są to zawodnicy, którzy utożsamiają się z klubem i w przyszłości będą stanowić o jego sile, a dzięki takiej polityce kibice z pewnością będą liczniej przychodzić na stadion, wiedząc, że zobaczą tam „swoich ludzi”, emocjonalnie związanych i walczących o każdą piłkę. Za każdym razem, gdy młodzież wchodzi do pierwszej drużyny, wracają te momenty, kiedy to ja zaczynałem. Miałem ogromne wsparcie, kibice za mną stali i tym bardziej odczuwam żal, że już mnie tam nie ma.

- Za dwa tygodnie (rozmawialiśmy 5 października - przyp. MG) minie 5 lat od twojej ostatniej bramki w Ekstraklasie. Będziemy świadkami kolejnej?
- Bardzo bym sobie tego życzył. Mogę zapewnić, że nie są to puste słowa, robię wszystko co w mojej mocy, by wrócić na ten poziom. Od tego lata zacząłem treningi personalne z moim byłym kolegą z Młodej Ekstraklasy – Bartkiem Barczakiem. Ćwiczymy na siłowni i na boisku – szczególnie pod kątem mojej pozycji, a wydolność mam na naprawdę dobrym poziomie. Jeśli to tylko możliwe, staram się zostawać po treningach i udoskonalać elementy techniczne. Ponadto w dalszym ciągu współpracuję z trenerem mentalnym, który stale mnie wspiera i motywuje, by w każdej chwili być gotowym do działania. Niestety, piłka nożna jest sportem drużynowym.

- Niestety?
- Tak, niestety. Na napastnika pracuje cały zespół i jeśli drużyna nie będzie atakować, a ja nie będę otrzymywał podań, dośrodkowań, to statystyki będą słabe. Jestem w takim położeniu, że nie muszę nikomu udowadniać, iż potrafię grać w piłkę, bo po prostu to potrafię. Dla klubów z wyższych lig najważniejsze są liczby i statystyki, więc im więcej bramek będzie strzelonych i im wyżej w tabeli zespół będzie, tym większa szansa na znalezienie klubu w wyższej lidze. Na pewno ciężko by było przeskoczyć od razu z III ligi do Ekstraklasy, ale z roku na rok, krok po kroku wszystko jest możliwe. Tak jak mówiłem już wielokrotnie, na swojej drodze do sukcesu trzeba trafiać na dobrych ludzi, którzy cię nakierują, czegoś nauczą. Mam nadzieję, że swój limit pecha wyczerpałem i będzie już tylko lepiej.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie