var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: archiwum własne

Artur Woroniecki dla 2x45: Zamiast mamić młodych chłopaków, trenerzy czasami muszą przerwać im karierę

Autor: rozmawiał Mateusz Sokołowski
2018-10-28 13:09:18

Młodzieżową piłkę na Podlasiu zna jak mało kto. W 2011 roku sięgnął z Jagiellonią Białystok po mistrzostwo Polski juniorów, wychowując zawodników takich jak Damian Kądzior, Kamil Zapolnik i innych, którzy zagrali na najwyższym krajowym poziomie. Dlaczego w Jagiellonii nie grają wychowankowie? Co stoi za sukcesem Kądziora i dlaczego ścieżka kariery, którą wskazał Zapolnikowi okazała się strzałem w dziesiątkę? Czemu trenerzy pracujący z młodzieżą powinni czasami przerywać kariery swoim podopiecznym? Porozmawialiśmy z trenerem Arturem Woronieckim.

Mateusz Sokołowski (2x45.info): - Niedawno w ekstraklasie zadebiutował kolejny pana wychowanek, Kamil Zapolnik. Dopisuje pan sobie jego ligowy debiut do listy trenerskich osiągnięć?
Artur Woronecki (trener):
- Ktoś tego Kamila musiał znaleźć i zainspirować do piłki. Przyszedł do nas dość późno, w pierwszej klasie liceum jako 16-letni chłopak, wcześniej prowadzony we Włókniarzu Białystok. Wkomponował się bardzo dobrze w zespół rocznika 1992 i w ciągu roku-półtora pokazał, że ma ogromny potencjał. Okazało się, że z tego rocznika wyszło paru chłopaków grających na poziomie ekstraklasy. Debiutu niestety nie widziałem, ale swoje życzenia otrzymał.

- Jeszcze cztery lata temu grał w trzeciej lidze, w klubie, który prowadzi pan teraz, Olimpii Zambrów (rozmawialiśmy na początku października, w sobotę trener odszedł z klubu - przyp. MS).
- Rozmawiamy z chłopakami z Zambrowa, że to dobre miejsce do wyjścia wyżej. Fabian Piasecki w Miedzi Legnica, Kamil Zapolnik na poziomie ekstraklasy. Jedni od razu rozpoczynają przygodę z górnego pułapu, inni muszą się przebijać. Następnym przykładem jest Damian Kądzior, który w tej chwili jest już na poziomie reprezentacji Polski.

- Obaj szansę na najwyższym poziomie dostali z dala od Podlasia. Można traktować to jako szpileczkę dla regionu?
- Jagiellonia ma swój pomysł na profesjonalną piłkę, który sprawdza się bardzo dobrze. W piłce profesjonalnej liczy się to, co jest na koniec danego sezonu. Mniejszą wagę przywiązuje się do tego, żeby w składzie grali wychowankowie. Ma być zrobiony wynik i ten wynik się zgadza. Ja to akceptuję, ale zawsze będę dążył do tego, żeby w klubie gros chłopaków było z danego miejsca zamieszkania. Jeśli trzech czy czterech chłopaków jest z rodzimego miasta czy województwa, lepiej odbierają to kibice i ludzie z zewnątrz. W Jagiellonii piłka na poziomie profesjonalnym wygląda bardzo dobrze. Na poziomie młodzieżowym też, bo co kilka lat pojawia się fajny rocznik. Kwestia tego, jak przełożyć tę piłkę juniorską na poziom futbolu seniorskiego.

Z rocznikiem 1992 to się udało, bo Tomek Porębski i Grzesiek Arłukowicz jeszcze jako juniorzy pojawili się w pierwszym zespole. Janek Pawłowski zadebiutował jeszcze wcześniej, a inni dostawali szansę później - i Damian Kądzior, i Karol Mackiewicz. To nie jest reguła, że muszą koniecznie zaistnieć właśnie u siebie. Czasami zawodnik, który wyjeżdża ze swojego regionu dostaje dodatkowy bodziec do pracy. Oni chcą wtedy udowodnić, że ktoś z ich regionu nie dostrzegł tego potencjału.

- Rzeczywiście ich potencjał nie został dostrzeżony, czy na tamten moment byli po prostu za słabi?
- To jest kwestia przeskoku z juniorów do seniorów.

- Odwieczny i często dyskutowany problem.
- Łatwiej wprowadzać zawodnika, kiedy nie ma walki o konkretne cele i kiedy w tabeli jest bezpiecznie niż w momencie, gdy trzeba walczyć z minus dziesięcioma punktami albo bić się o górną ósemkę w tabeli. Kolejna kwestia - czy nie wypożyczać ich do innych klubów. Model Legii Warszawa pokazał w pewnym momencie, za trenera Jacka Magiery, że to dobrze funkcjonuje. Puścić ich na poziom ekstraklasy czy pierwszej ligi, a potem niech wrócą. Odkąd zacząłem pracę w Olimpii Zambrów uważam, że zawodnicy, którzy wyróżniają się już teraz w drużynach U-18, muszą zdobywać swoje doświadczenie na bazie piłki co najmniej trzecioligowej. Wtedy po pół roku gry taki zawodnik będzie przygotowany, żeby podjąć walkę na poziomie profesjonalnym.

- W wywiadzie udzielonym w 2012 roku powiedział pan, że Białystok może być kopalnią złota jeśli chodzi o piłkarskie talenty. Po sześciu latach podtrzymuje pan swoje słowa?
- Tak. Następnym rocznikiem, z którym wiązano dużą nadzieję, był rocznik 1998. W Wigrach jest trzech czy czterech chłopaków z tego zespołu, Marcin Pigiel jest w Widzewie. Następne pokolenie to rocznik 2001 prowadzony przez Wojtka Kobeszko i Janka Pawłowskiego. Na Podlasiu utalentowanych chłopaków grających w piłkę jest bardzo dużo. Nie tylko Białystok, ale też Suwałki, Łomża, Siemiatycze. Kwestia tego, żeby w pewnym momencie skupić ich w jednym podmiocie. Brakuje zespołów na poziomie centralnym w piłce seniorskiej.

- Pustynia.
- Brakuje dwóch-trzech podmiotów. Ekstraklasa - Jagiellonia. Pierwsza liga - Wigry. Nie ma klubu w drugiej lidze i przynajmniej jeszcze dwóch-trzech zespołów w trzeciej lidze. Fajnie, gdyby w Białymstoku była drużyna w trzeciej lidze. Wtedy ta młodzież miałaby spokojny przeskok.

- Niektórzy pewnie rezygnują, kiedy okazuje się, że muszą dojeżdżać po kilkadziesiąt kilometrów w jedną stronę, żeby móc grać na jakimkolwiek sensownym poziomie w seniorach.
- MOSP i Hetman Białystok, czyli kluby wykonujące fajną pracę z młodzieżą, mają już drużyny seniorów w czwartej lidze. Jeżeli udałoby się reaktywować rezerwy Jagiellonii na poziomie trzeciej ligi lub awansować z nimi do trzeciej ligi, byłoby to minimum przyzwoitości. Ale zgodzę się z tym, że młodzi chłopcy często zaczynają traktować piłkę jako opcję dodatkowego zarobku albo typowego hobby. Takie są obecne realia.

- To prawda, że po sukcesie z juniorami Jagiellonii w 2011 roku otrzymał pan propozycję pracy w Legii?
- Cały czas byłem w kontakcie z Krzyśkiem Dębkiem i Radkiem Kucharskim, którzy prowadzili zespół tego samego rocznika w Legii. Były rozmowy. Najpierw o skautingu, potem o pracy trenerskiej w zespołach młodzieżowych Legii. Podjąłem decyzję, że zostaję tutaj. Miałem pracę, niekoniecznie chciałem się decydować na wyjazd z Białegostoku. Kończąc pracę z rocznikiem 1992 miałem propozycję pracy z grupą naborową rocznika 2003, ale stwierdziłem, że chcę spróbować trochę innej piłki - seniorskiej. Stwierdziłem, że jeśli nie ma propozycji z jakiegoś klubu, który chciałby się rozwijać i w którym ja byłbym osobą decydującą o wielu rzeczach dotyczących organizacji szkolenia, to sobie odpocznę. Sentymentem pałałem do Wasilkowa, bo tam też grałem w piłkę. I skontaktowali się ze mną ludzie stamtąd. Klasa okręgowa. Spędziłem tam dobre sześć i pół roku. Awanse do czwartej, trzeciej ligi, spadek, masa młodych chłopaków w składzie. W moim przypadku przejście z piłki młodzieżowej do dorosłej nie było bolesne, ale chciałem potwierdzić wiele rzeczy, o których teraz rozmawiamy. Handicap był taki, że miałem rozeznanie wśród młodych, utalentowanych chłopaków z Podlasia.

- Nie ma niedosytu, że nie udało się panu iść w Polskę, do większej piłki?
- To był świadomy wybór. Tak samo jak wtedy, kiedy kończyłem studia w Białej Podlaskiej i grając w piłkę miałem propozycję przejścia do pierwszoligowego Górnika Łęczna. Zdecydowałem, że piłkarsko nie jestem w stanie dać z siebie tyle, żeby zaistnieć w profesjonalnej piłce. Bardziej ciągnęła mnie praca trenerska.

- Zapuścił pan na Podlasiu korzenie, które są już nie do wyrwania?
- Do wyrwania są zawsze, ale najpierw muszą być spełnione określone warunki. Idąc do nowego klubu chcę wiedzieć, czego się ode mnie oczekuje, jaki jest kierunek rozwoju. Jeśli to są spójne koncepcje z moją wizją, wchodzę w taki projekt. Jeśli ktoś ma inny pomysł na tę piłkę, a mnie chce wykorzystać tylko do prowadzenia zajęć, to mi nie po drodze.


Z zawodnikami rocznika 1992, fot. jagiellonia.pl

- Wracając do tego, od czego zaczęliśmy. Jak znalazł pan Zapolnika?
- Za rocznik 1992 odpowiadał Darek Jurczak. Ja pełniłem funkcję trenera koordynatora w Podlaskim ZPN, gdzie organizowaliśmy konsultacje selekcyjne. Mieliśmy wytypowanych chłopaków, których - gdy taka szansa się w przyszłości nadarzy - będziemy chcieli złapać do jednego klubu. Kamil przeszedł to sito selekcyjne pod kątem reprezentacji województwa i dostał szansę. Następnym takim chłopakiem był Rafał Bujnowski spod Suwałk, grał w juniorach Wigier. Kolejnym - Paweł Grudziński, teraz grający na poziomie ekstraklasy na Islandii. Kamil był obserwowany, ale w wieku 14-15 lat nie miał parametrów piłkarskich, żeby w tym zespole funkcjonować. Fajny był okres 17-19 lat, gdzie dużą robotę położyliśmy na pracę indywidualną. To był okres, kiedy Michał Probierz miał zespół seniorów, Mariusz Rumak miał drużynę Młodej Ekstraklasy, a u nas w juniorach zostawali tacy zawodnicy, którzy nie byli uzwględniani pod kątem ani jednej, ani drugiej drużyny. Na treningach miałem po dwunastu czy czternastu chłopaków, dlatego robota mogła iść pod kątem treningu indywidualnego. Na ważniejsze mecze schodzili nam Grzesiek Arłukowicz, Janek Pawłowski, dzięki czemu zespół dostawał jeszcze więcej jakości. Czasami warto chłopakowi o mniejszych umiejętnościach i większym charakterze dać szansę bardziej niż temu, który jest już gdzieś wysoko, ale tego charakteru do piłki nie ma. Charakter często obroni się kosztem umiejętności.

- Potrafi pan podać przykłady takich zawodników?
- Kamil to idealny przykład. Obronił się podejściem do treningu. Chciał pracować, chciał dojść do chłopaków, którzy byli wyżej od niego. Kto wie, czy ten okres pobytu w drugiej i pierwszej lidze nie wyjdzie mu zaraz na dobre.

- Jan Pawłowski był od niego znacznie lepszy?
- Miał zdecydowanie większy potencjał piłkarski. Tworzyli bardzo dobry duet. Ale miał też dużo kontuzji. Janek w pewnym momencie musiał podjąć decyzję. Teraz wrócił do Wasilkowa, strzela gole, może zdecyduje się jeszcze na grę na wyższym poziomie, chociaż poszedł w trenerkę.

- Trenerzy pierwszego zespołu sami wychodzili z inicjatywą zapraszania ich do siebie, czy wy - jako opiekunowie grup młodzieżowych - musieliście swoje “wychodzić” i “wyprosić”?
- Michał Probierz, Tomek Hajto czy Czesiek Michniewicz widzieli, że w tych chłopakach jest potencjał. Nie trzeba było prosić, żeby grali w pierwszym zespole. Wystarczy wspomnieć mecz z Legią i debiut Tomka Porębskiego na środku obrony. Ljuboja sobie nie pograł.

- Pomagał pan szukać swoim wychowankom klubów?
- Wracając z Ostrowca Świętokrzyskiego po zdobyciu mistrzostwa wiedziałem, że szóstka ludzi ma propozycje. Pogoń Szczecin, Zagłębie Lubin, Wisła Kraków były zainteresowane. Zarówno Pawłowski, Arłukowicz, Zapolnik i Porębski mogli śmiało iść grać w Polskę. Ale oni mówili: trenerze, chcemy spróbować u siebie. Szanowałem ich zdanie, ale mówiłem, ilu chłopaków z regionu grało wtedy w pierwszym zespole. Sugerowałem, że może będzie lepiej jak odejdą i wrócą za jakiś czas. Życie pokazało, że ta droga Kądziora i Zapolnika wyszła na lepsze.

- A pan się tego spodziewał.
- Znałem sytuację i pomysł na to, jak ma funkcjonować drużyna seniorów. Wiedziałem, że młodzi będą mieli bardzo małe szanse, żeby tu i teraz wskoczyć.

- Nie ukrywajmy, Kądziorowi nie pomagały też warunki fizyczne.
- Dla mnie liczą się umiejętności i charakter. Nikt mi nie powie, że Damian nie był przygotowany do tego, żeby kreować i prowadzić grę. Tylko trzeba było mu znaleźć pozycję na boisku. Okazało się, że Marcin Brosz znalazł. Ja bym się w życiu nie spodziewał, że Damian będzie skrzydłowym. U mnie był ofensywnym środkowym pomocnikiem. Damiana piłka się słucha i gabaryty do tego nic nie mają.

- W Polsce jest inne przekonanie. A na pewno było wtedy, kilka lat temu.
- To podejście trenerów, którzy w piłce profesjonalnej są rozliczani tu i teraz. Jeśli ktoś ma czas na wdrożenie swojej filozofii, to bez względu na to, czy chłopak ma 168 czy 198 centymetrów wzrostu znajdzie mu się miejsce. Kwestia tego, żeby pozwolić trenerowi wpasować zawodnika do zespołu. Mam teraz Mateusza Ostaszewskiego w Zambrowie. Taki sam dzieciak, który potrafi swoją grą i umiejętnościami wykreować sytuację zawodnikom. Kwestia obudowania go, żeby inni mu pomagali i pozwalali tworzyć to, co wyjdzie z korzyścią dla zespołu.

- Ostaszewski ma coś wspólnego z Kądziorem?
- Jeżeli chodzi o pozycję na boisku to tak, ale Damian ma większe umiejętności piłkarskie. Wydaje mi się, że charakterologicznie to nie jest jeszcze to. Mateusz bardzo chce grać wyżej, ale nie wydaje mi się, że robi wszystko ku temu, by już teraz być na poziomie piłki profesjonalnej. Damian miał inne podejście. Przed Mateuszem jeszcze kawałek grania, kwestia jaką drogę wybierze. Był na testach wyżej, ktoś powiedział “nie”. Często jest tak, że po takim strzale w kolano zawodnik myśli: "nie dostałem się, więc zostaję tu, gdzie byłem. Skoro mnie nie chcieli, to jestem słaby".

Skoro cię nie chcieli, to pokaż jeszcze raz! Że masz umiejętności, charakter. Jeśli nie pierwsza liga, to może poszukaj drugiej. Młodym chłopakom często się wydaje, że wychodząc z dobrej akademii są panami, nas wszyscy powinni brać, my powinniśmy grać na poziomie profesjonalnym. Nie. Umiejętności to jedno, charakter drugie. Muszą być wyrzeczenia, musi być pasja. I iść małymi krokami. Jeśli tego, że poprzez pracę w akademii jesteś przygotowany nie przełożysz na poziom piłki seniorskiej, nikt cię nie będzie szanował. Samo wyszkolenie nie skutkuje niczym.

- Kądzior był wzorem, jeśli chodzi o nastawienie?
- U mnie nikt nie miał problemów z motywacją do treningów. Nie ma na świecie zawodnika, który w wieku 17-19 lat nie próbował takich a nie innych rzeczy. A jeśli ktoś powie, że są, to znaczy, że w tym nie siedzi. Każdy chce pójść z kolegami na dyskotekę czy napić się piwa. Kwestia wytłumaczenia tego, kiedy można, co można. Co można osiągnąć, a co stracić.

- Czytał pan artykuł o internacie w Białymstoku?
- Tak.

- Na ile był prawdziwy?
- Powiem tak. Bez względu na to, kto by nie pracował w internacie i tak pewne sprawy wymkną się spod kontroli, jeśli młodzi sportowcy nie będą mieli dostępu do rodziców. Rodzic to jest rodzic. Fajną rzecz wymyślono w Holandii czy Anglii, gdzie młodzi chłopcy są kwaterowani w rodzinach współpracujących z klubem. Często jest tak, że młodsze dziecko z rodziny trenuje w akademii, a drugi chłopak, który przychodzi, jest traktowany jak członek rodziny. Myślę, że w każdym internacie - czy to sportowym, czy nie - takie zdarzenia mają miejsce.

- Zdarzały się nieobecności na treningach, które wynikały właśnie z takich zdarzeń?
- Jeśli dochodziło do sytuacji stykowych, zawsze miałem argument w postaci meczu ligowego czy wyjazdu na turniej. Nie ma problemu. Nie będziecie chodzili do szkoły, nie jedziemy na turniej. Pojechaliśmy na turniej do Płocka w ostatnim roku przed mistrzostwami Polski, ale w każdym z czterech meczów zagraliśmy w nowym systemie. Dziwili się dlaczego. Chciałem zobaczyć jak funkcjonują. Czy my sobie w tym systemie poradzimy, czy nie. Mamy współpracę ze szkołą sportową z Wilna. Co roku tam jeździliśmy różnymi rocznikami. Zawsze graliśmy dwa mecze plus zwiedzanie stolicy Litwy, czas wolny. Zagraliśmy pierwszy sparing z zespołem litewskich drugoligowców. Wygraliśmy chyba 5:1. Na następny dzień wystawili nam pierwszoligowców. Mieliśmy grać drugi mecz z juniorami - pierwszy lepszy, drugi słabszy. Zremisowaliśmy 1:1. A jeżeli byście odwalili mi jakiś numer w szkole czy internacie, tracimy dwa takie kapitalne grania na poziomie litewskiej ekstraklasy czy drugiej ligi. Oglądali ich skauci, menedżerowie. Kto wie, czy jakby tutaj nie dostali szansy nie poszliby tam grać, na Litwę. To jest 300 kilometrów.

- Grzegorz Arłukowicz jako pierwszy wszedł do seniorów. Miał 16 lat, kiedy debiutował w meczach nieistniejącego już Pucharu Ekstraklasy.
- Już wtedy się wyróżniał umiejętnościami i charakterem. Bardzo szybko dojrzewał. Pamiętam, że był wystawiany na skrzydło i musiał zmagać się z kilometrami, a nie z operowaniem piłką. To środkowy pomocnik. Mądrość trenera polega na tym, żeby znaleźć chłopakowi pozycję na boisku odpowiadającą jego predyspozycjom i możliwościom.

- Znów jako przykład trzeba wskazać Kądziora i Górnika Zabrze.
- Dokładnie. Damian miał tę możliwość, że poprzez indywidualną pracę podniósł swoje parametry szybkościowe, zwinnościowe, moc i siłę, i on w momencie kiedy dobrze operował piłką, dostał trochę przestrzeni, i kreacja w jego wykonaniu była bardzo fajna. To chłopak, który szuka gry. Dla niego przywiązanie do jednej określonej pozycji to droga przez mękę. Miałem historię w juniorach, że miałem czterech fajnych pomocników. Mackiewicz i Grudziński na skrzydłach, Arłukowicz i Kądzior w środku. Każdy z nich potrafił się odnaleźć na każdej pozycji. Często dochodziło do sytuacji, że trzech miałem na jednej stronie, czwartego na środku, na drugiej stronie nikogo. Bo każdy chciał dostać piłkę. My jako trenerzy w piłce młodzieżowej musimy wyłapywać takie perełki. Jeśli widzę, że zawodnik bez reakcji trenera potrafi coś zrobić, to znaczy, że ma swój pomysł i wizję na grę. Mądrością trenera jest ukierunkowanie wizji tego dzieciaka na korzyść zespołu. My dajemy przygotowanie motoryczne, sprawnościowe, techniczne, taktyczne, mentalne, ale kreatywności dzieciaków nie nauczymy. A najważniejsza w piłce jest kreatywność. Jeżeli na treningu daję mu 3-4 możliwości rozwiązania danej sytuacji, niech on podejmuje decyzję, bo ja za niego na boisku nie będę w stanie tego zrobić. Nie krzyczeć, tylko patrzeć, jaki ma pomysł. Można tylko coś podpowiedzieć i się zamknąć. Rozwiązuj. Jesteśmy od tego, żeby zweryfikować ich poziom inteligencji piłkarskiej.

- Reforma Centralnej Ligi Juniorów była dobrym pomysłem?
- Jeśli chodzi o poziom juniora młodszego i podział na grupy, jestem jak najbardziej za. Ale nie wiem, czy dla chłopaków z juniora starszego ogólnopolska liga z szesnastoma drużynami to dobra forma organizacyjna. Przychyliłbym się, żeby było to dwie grupy po osiem. Powiem tak: mecz Jagiellonia - Zagłębie Lubin to są trzy dni wyjęte z życia. A młodzi chłopcy na poziomie drugiej klasy liceum powinni od czasu do czasu być w szkole. Pod względem sportowym jak najbardziej jestem za. To też szansa na pokazanie się dla mniejszych klubów, którzy mają fajny rocznik. I tam jest gra o wynik. Żaden trener nie powinien podchodzić do takiego aspektu, że wynik nie jest ważny. Wynik to odzwierciedlenie twojej roboty. Jeśli nauczysz ich grania w piłkę, pokażesz kreatywność, to wynik wyjdzie sam z siebie. Ale musisz uczyć tego chłopaka też porażek. Trzeba pokazać, że porażka to część elementu naszej pracy, część sportu. Spadki i awanse w CLJ to dobra rzecz.

15-latek musi sobie zdawać sprawę, że konsekwencją tego, że wybrał taki kierunek swojej pasji, są porażki i zwycięstwa. Albo jesteś w stanie podołać temu i będziesz sportowcem, albo będziesz greenkeeperem. W pewnym momencie my jako trenerzy musimy tym chłopakom przerwać karierę. Jeżeli nadal będziemy ich mamić, że będą piłkarzami, to taki chłopak w wieku 17 czy 18 lat nie będzie już nikim. A jeszcze ma wtedy czas, żeby nie grać na poziomie piątej czy czwartej ligi, tylko zająć się czymś innym. Czasami jako trenerzy powinniśmy powiedzieć: słuchaj, twój poziom ligowy, do którego na tę chwilę predysponujesz to czwarta liga.

- Obrazi się.
- Pewnie tak, ale powiem szczerze: jeżeli gra w czwartej lidze ci odpowiada - zostań. Nie będę miał z tym problemu. Ale jeżeli chcesz być piłkarzem - mówię “nie”, bo wiem, że pewnego pułapu nie przeskoczysz. Słuchaj, zostajesz przy zespole, a potem mój pomysł na twoją ścieżkę jest taki: bądź fizjoterapeutą, zrób kurs trenerski, będziesz mi pomagał przy następnym roczniku. Ja mam furę chłopaków od siebie, z zespołów dawniej prowadzonych, którzy pracują teraz jako trenerzy. Chcę, żebyś miał świadomość, że możesz być przy piłce w innej roli. Nie blokować chłopaka, nie czarować i nie mamić, że ty będziesz piłkarzem. Z każdej akademii wychodzą bardzo dobre materiały przygotowane do bycia zawodnikiem, a ilu z nich gra potem na poziomie piłki profesjonalnej?

- Pojedyncze osoby.
- I dlatego trzeba pokazać im drugą ścieżkę rozwoju.

- Plusem reformy jest też to, że nie zdarzają się już wyniki w stylu: kilkanaście do zera.
- Pojechaliśmy kiedyś jako Jagiellonia do Pomorzanki Sejny, wygraliśmy 21:0. Mackiewicz 9, a Zapolnik 8 goli w jednym meczu. Tylko się ścigali, który strzeli więcej. Pod względem sportowym jestem za, wyniki są teraz bardziej na styku - 1:1, 2:1, 2:2. To jest to, o co zapewne ludziom przygotowującym reformę chodziło. W większości województw próbujemy tworzyć ligi wojewódzkie. 8 czy 12 najlepszych zespołów gra w jednej lidze, awanse, spadki, żeby ci zawodnicy, którzy mają wysokie umiejętności grali ze sobą. Jeżeli ktoś się będzie wybijał - pójdzie ligę wyżej. Jeżeli nie - nie męcz się i nie przegrywaj 0:12. Mówi się: “fajnie, że zagramy z Jagiellonią” czy “fajnie, że zagramy z Wigrami”. Ale jak dostaniemy od tej Jagiellonii 0:15, to rodzic będzie miał pretensje nie do Jagiellonii, tylko do trenera, który prowadzi ich dzieci. “Trenerze, jak pan pracuje? 0:15 przegrać?”.

- Zniechęcające i dla trenera, i dla dzieci.
- I dla rodziców. Ciągle uświadamiamy trenerów na kursach czy szkoleniach: nie porywajcie się wybierając sobie turnieje czy ligę. Nie kierujcie się tym, że zagracie sobie z Legią czy Juventusem. Załóżmy, że na turniejach mamy poziom A, poziom B i poziom C. Nie porywajcie się na poziom A tylko po to, żeby zobaczyć tam duże marki i z nimi zagrać, bo potem to do was wróci w odwrotną stronę. Jeżeli uważacie, że zasługujecie na poziom B, spróbujcie na tym poziomie zagrać.

- Z drugiej strony: czy dla Mackiewicza mecz, w którym na luzie strzelił sobie dziewięć goli, miał jakąkolwiek wartość szkoleniową? Czy nauczył go czegoś nowego?
- Mieliśmy szansę poćwiczenia sytuacji jak na treningu, na spokoju. Potem w meczu na wyższym poziomie ma się półtorej okazji. Ostatnio mojemu napastnikowi z Olimpii Zambrów, Kamilowi Zalewskiemu wyliczyłem, ile miał sytuacji bramkowych w spotkaniu. Okazało się, że półtorej. Napastnik. Mówię mu: Kamil, my na treningu musimy być w stu procentach skoncentrowani. Bo potem w meczu dostaniesz jedną, może dwie. I z tych dwóch musisz strzelić gola.

- Strzelił coś?
- Nie. Jedną miał stuprocentową, drugą gdzieś po rykoszecie. Bramkarz może mieć 2-3 interwencje, a może cały czas bronić. Środkowy pomocnik ma cztery piłki do rozwiązania i nagle się okazuje, że trzy rozwiązuje źle. Czyli już jest kłopot.

- Reforma spowodowała też, że topowe kluby nie grając ze słabszymi unikają też meczów na kiepskiej jakości boiskach.
- Pamiętam, że kiedyś w Jagiellonii graliśmy mecz z Eurocentrem Suchowola, 40 kilometrów od Białegostoku. Jedna strona pod górkę, po skosie i graliśmy. Nigdy nie narzekaliśmy. Chłopaki mieli wytłumaczone: jeśli nie postawicie wszystkiego na jedną kartę, w przyszłości możecie grać tylko na takich boiskach.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie