var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: własne

W przerwie: Piotr Jagielski - "Legia Mistrzów", czyli potencjał nie w pełni wykorzystany

Autor: Andrzej Cała
2018-11-11 10:05:49

Dożyliśmy czasów, gdy piłka nie tylko jest obecna praktycznie 24 godziny na dobę w telewizji i internecie, ale możemy też czytać świetne pozycje o jej historii. Można pomiędzy meczami, można w drodze do pracy, można tam, gdzie królowie chadzają piechotą. Możliwości jest multum. W każdy weekend będziecie mieli okazję przeczytać nasze polecenia. Pewnie częściej będziemy chwalić niż ganić, bo na słabe książki szkoda nam czasu, więc potraktujcie to jako przewodnik po wartościowej lekturze na czas przerwy. Piotr Jagielski podjął się próby opowiedzenia o czasach, gdy mogliśmy mieć nadzieję, że polski futbol klubowy od wielkiego świata nie dzieli aż tak dużo.

Piotr Jagielski - Legia Mistrzów (Prószyński i S-ka)

Trudno o ciekawszy i wdzięczniejszy temat do publikacji niż Legia lat 90. Klub pełen paradoksów, niesamowitych wprost zwrotów sytuacji, wielkich sukcesów, ale i trudnych do wytłumaczenia porażek. Półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1990/91, odebrane mistrzostwo Polski w 1993 r., mecz z Górnikiem Zabrze i wykluczenie trzech rywali, marsz w imponującym stylu po tytuł rok później, awans z grupy w Lidze Mistrzów, rozsypanie się drużyny po utracie mistrzostwa, niezwykły dwumecz z Panathinaikosem jesienią 1996 roku, porażka 2:3 z Widzewem kilka miesięcy później, mariaż z Daewoo, gdy piłkarze mieli pensje płacone na czas, coraz lepsze warunki do pracy, ale jakoś nie potrafili nic wygrać.

Uff - sporo tego, a przecież wspomniałem tak naprawdę tylko o tych punktach kulminacyjnych, do których zawsze prowadzą dziesiątki pomniejszych wydarzeń. Pewien wycinek tego postanowił opisać Piotr Jagielski, syn jednego z najznakomitszych współczesnych polskich reportażystów, a na co dzień dziennikarz muzyczny.


Za dużo wszystkiego, za często po łebkach

Jagielski, rocznik 1986, podszedł do sprawy ambitnie. Chciał w jednej książce połączyć niejako trzy pomysły - przedstawienie kibicowania w perspektywie pierwszoosobowej, bez silenia się na specjalny obiektywizm, mocno osobiście. Skojarzenia z kultową pozycją Nicka Hornby’ego “Futbolowa gorączka” są jak najbardziej na miejscu.

Z drugiej strony od początku lektury rzucają nam się w oczy licznie odniesienia społeczno-polityczne i próba zarysowania krajobrazu Polski okresu przemian, ale nie tylko - autor próbuje też przedstawić środowisko rodzimego futbolu lat komuny, mechanizmy nim rządzące, uwarunkowania sprawiające, że Legia nie była lubiana w zasadzie nigdzie poza Warszawą. Jagielski tłumaczy też źródła ówczesnych sukcesów klubów ze Śląska, dotyka również tematu triumfów reprezentacji Górskiego i powodów podziałów w kadrze w latach 80., gdy selekcjonerem był Piechniczek.

No i mamy jeszcze oczywiście tytułową Legię połowy lat 90., czyli tą z Ligi Mistrzów. To niejako punkt wyjścia książki i wątek, który przewija się przez większość stron.

Założenie było więc naprawdę ciekawe, ale niestety od początku się rozmywa, ponieważ za dużo wątków jest podejmowanych na dobrą sprawę po łebkach. Coś, co mogłoby się sprawdzić w przypadku obszernego reportażu prasowego, nie broni się, gdy mamy do czynienia z książką.


Ciekawe wspomnienia piłkarzy

Pracując nad “Legią Mistrzów” Jagielski przepytał kilku piłkarzy grających wówczas w barwach “Wojskowych” oraz trenera Janasa. Ten punkt programu zdecydowanie możemy pochwalić. Wspomnienia Macieja Szczęsnego, Marcina Jałochy, Jacka Bednarza czy Marka Jóźwiaka są wartością dodaną i zgrabnie rysują obraz tamtej drużyny. Smaczków nie brakuje, nie brakuje autorefleksji, próby wytłumaczenia porażek.

Autor ma dar wyciągania z rozmówców słów na tyle szczerych i czasem bolesnych, że czytając rozmowę z Marcinem Jałochą widzimy przed oczami człowieka, w którym wciąż siedzi zadra, który z jednej strony próbuje się usprawiedliwić za czerwoną kartkę w meczu rewanżowym z Panathinaikosem w marcu 1996 r., ale robi to tak, iż czujemy ból, jaki ciągle odczuwa.

Szczęsny nigdy nie miał problemów z wywiadami i tym, by nie cackać się nawet z kolegami z drużyny, stąd też jego wypowiedzi każdorazowo podnoszą temperaturę opowieści Jagielskiego. Wątek Jarosława Baki, cieszącego się z gola dla ŁKS-u, gdy sam był rezerwowym bramkarzem… Legii - wyśmienity! Podobnie jak opis okoliczności rywalizacji Szczęsnego z Robakiewiczem o bramkarską bluzę nr 1 w Legii.

No i rzecz jasna Jóźwiak, który uzupełnił braki w przednim uzębieniu i wojskowy mundur na elegancki garnitur, ale siłą rzeczy nigdy już nie ucieknie od od wspomnień z czasów, gdy był szatnianym wesołkiem, zaś na boisku nie bał się nikogo. Czasem czegoś nie dopowie, od czegoś się odetnie, ale puszczając przy tym do nas oczko.


Potencjał niewyczerpany

Największym problemem “Wielkiej Legii” jest to, że potencjał tej pozycji był znacznie, znacznie większy, a za dużo opisanych przez autora wątków było już wszystkim kibicom nie tylko Legii, ale i w ogóle polskiego futbolu, doskonale znanych. Może warto byłoby się skupić tylko na samym sezonie 1994/95, może w pełni oddać narracji fanowskiej? A może po prostu poświęcić na pisanie kilkaset dodatkowych godzin?

To nie jest, co koniecznie chcę podkreślić, książka zła, bo autor ma zgrabny język, umie dobrze podejść swoich rozmówców, a i sam temat pozwala każdemu kto miał okazję oglądać rodzimy futbol ponad dwadzieścia lat temu odtworzyć pewne przykurzone klatki w głowie. Tylko… chciałoby się więcej, dokładniej, no i też z jeszcze większą precyzją co do faktów. Bo Sampdoria grając wiosną 1991 r. z Legią nie była mistrzem Włoch, tylko kandydatem do tego tytułu i liderem Serie A, bo polska reprezentacja w 1974 r. nie zdobyła brązowego medalu na niemieckim mundialu, bo sporo wspomnień autora z początku lat 90. lekko rozmywa się z rzeczywistością (co nie stanowiłoby problemu, gdyby cała książka była utrzymana w formie à la Hornby, a tak nie jest).

Podsumowując - bywa nieźle, ale za rzadko. Kibice Legii nie doczekali na razie pozycji książkowej, która tak zgrabnie opisałaby jeden z najciekawszych okresów w jej dziejach, jak miało to miejsce w przypadku pozycji Marka Wawrzynkowskiego o Widzewie czy Pawła Czado o Górniku.

Nasza ocena (1-6): 3


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się