var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: archiwum prywatne autora

Reportaż 2x45: Spadła zasłona, która otworzyła oczy. Z wizytą na angielskich stadionach

Autor: Piotr Potępa
2018-11-14 19:08:41

Już jako dzieciak marzyłem o tym, żeby polecieć do Anglii i osobiście poznać wyspiarski futbol. Swoją podróż zacząłem w Burton, a następnie przez Derby, Stoke i Manchester zakończyłem w Liverpoolu. Chciałem sprawdzić, ile naszej piłce brakuje do angielskiego futbolu. Spodziewałem się, że na Wyspach będzie lepiej, ale nie podejrzewałem, że w Polsce jest aż tak beznadziejnie i nie mam tu na myśli wyłącznie poziomu sportowego. Gdybym miał to porównać, zestawiłbym obok siebie ekskluzywną galerię handlową i uliczny bazar z podróbkami.

Burton upon Trent

Jest to niewielkie miasteczko słynące głównie z produkcji piwa, wokół którego wybudowano fabryki takich firm jak Toyota, Nestle czy Pirelli. Piłkarskim reprezentantem tego miasta jest ekipa Burton Albion, która z wiadomych przyczyn nosi przydomek The Brewers. W zeszłym sezonie klub zaliczył spadek z Championship i w tej chwili zajmuje 14. miejsce w League One, czyli na trzecim poziomie rozgrywek. Niestety, w ten weekend nie trafiłem na ich mecz na własnym boisku. W związku z tym mogłem jedynie obejrzeć sobie ich kameralny stadion, mogący pomieścić niecałe 7 000 osób.

Co od razu rzuciło mi się w oczy? Sponsor tytularny. Nie bez powodu wspominałem o tym, że wokół Burton wybudowano fabryki znanych na całym świecie firm. Ludzie zarządzający stadionem potrafili to wykorzystać, dzięki czemu stadion nosi dumną nazwę Pirelli Stadium. Dlaczego o tym wspominam? Już wyjaśniam.

W Burton mieszka około 65 tysięcy ludzi. Stadion, jak już pisałem, pomieści niecałe 7 tysięcy. Przenieśmy się teraz do Wrocławia, który posiada około 700 tysięcy mieszkańców i stadion na 42 tysiące ludzi. Większy i przede wszystkim nowocześniejszy, bo arenę w Burton zbudowano w 2005 roku, a Stadion Wrocław otwarto sześć lat później. Przyjrzyjmy się teraz firmom, które mają swoje fabryki we Wrocławiu i jego okolicach - trzy pierwsze, które od razu przychodzą mi do głowy to 3M, Amazon oraz LG.

Zastanawiam się, czy ktokolwiek z ludzi zarządzających wrocławskim stadionem próbował chociaż sondować czy któraś z tych firm byłaby zainteresowana sponsoringiem tytularnym wrocławskiej areny. Mam podstawy, by szczerze w to wątpić. Efekt? Stadion trzecioligowca z Anglii jest sponsorowany przez Pirelli, a stadion ekstraklasowicza w Polsce od 6 lat nie potrafi znaleźć takiego sponsora, a zarabiać na siebie próbuje poprzez obwieszanie stadionu szpecącymi i tak już parszywą elewację płachtami reklamowymi. Z Burton wybrałem się do Derby, gdzie resztki mojej wiary w polską piłkę legły w gruzach.


Derby

Rzutem na taśmę udało mi się zdobyć bilety na mecz Derby County z Aston Villą. Jako fan Franka Lamparda cieszyłem się, że będę mógł zobaczyć jego ekipę na żywo. Oczywiście spodziewałem się, że nawet Championship, czyli drugi poziom rozgrywkowy w Anglii, pod względem sportowym przewyższy naszą rodzimą Ekstraklasę o kilka poziomów. Jednak to, co tam zobaczyłem w kwestiach organizacyjnych, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tego nie można w żaden sposób porównywać do meczów Ekstraklasy, bo byłaby to obraza dla Championship.

Dotarłem na mecz z całkiem sporym wyprzedzeniem, więc miałem okazję obejść stadion dookoła i przyjrzeć się, jak to wszystko jest zorganizowane. Przed stadionem masa food trucków. Hamburgery, frytki, grille, przekąski i dziesiątki innych, różnego rodzaju przysmaków i napojów ze złocistym trunkiem włącznie, ale z takim prawdziwym, pysznym piwem, a nie dwuprocentowym sikaczem bez smaku, jaki funduje się nam na polskich stadionach. Oczywiście nie mogłem wszystkiego spróbować, ale już po zapachach można było wywnioskować, że klubowi zależy na tym, żeby jego kibice przychodzili na mecz długo przed pierwszym gwizdkiem i zostawali długo po meczu. Kolejki do tych food trucków również sugerowały, że jakość podawanych produktów jest wysoka, a ceny przystępne. 3 funty za piwo i hamburgera? Dla mnie bomba.

Warto też dodać, że jeszcze po przekroczeniu stadionowych barierek mamy dostępnych kilkanaście stoisk wypełnionych po brzegi asortymentem od jedzenia i picia po pamiątki klubowe. Ceny oczywiście są już wyższe, ale to akurat jest zrozumiałe. 

Kolejna rzecz to atrakcje dla dzieci. W Polsce, np. we Wrocławiu takie atrakcje można spotkać tylko w sektorze rodzinnym już po wejściu na stadion. W Derby wyżej wspomniane food trucki przeplatały się z różnego rodzaju zabawami zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Do udziału wspólnych rozrywek zachęcają oczywiście klubowe maskotki – baranek Ramie i jego dziewczyna.

Rozmawiałem również z kilkoma fanami na temat relacji między klubem a kibicami. Okazuje się, że Derby organizuje cykliczne spotkania z przedstawicielami grup kibiców, na których z ramienia klubu pojawiają się najważniejsze szychy w klubie. Kibice mogą pytać dosłownie o wszystko. Nawet o to, dlaczego podczas meczu z Norwich nie było ciepłej wody w męskich toaletach. Przedstawiciele klubu cierpliwe odpowiadają na każde pytanie. Po spotkaniu na klubowej stronie publikowane są tak zwane „minutki” ze spotkania, gdzie można przeczytać o czym rozmawiano. Przykładowe „minutki” możecie znaleźć tutaj.

W Polsce takie spotkania odbywają się na zasadzie tak zwanych „rozmów wychowawczych” ultrasów z piłkarzami, z których zazwyczaj nic nie wynika, a nawet jeśli, to efekt jest bardzo krótkotrwały. W naszym kraju coś takiego jak w Derby odbywa się raz na jakiś czas lub w ogóle, a o raportach z takich spotkań na oficjalnej stronie klubu można zapomnieć.

O temacie frekwencji myślę, że nie ma sensu się rozpisywać, bo mimo że to drugi szczebel rozgrywkowy, to nasza Ekstraklasa nawet nie jest w stanie zbliżyć się do poziomu Championship. 30 500 ludzi na meczu Derby z Aston Villą. Wyobrażacie sobie taką frekwencję na meczu Rakowa Częstochowa ze Stalą Mielec albo Podbeskidzia takiego z Łęczną? Nie żartujmy.

Mecz zakończył się porażką gospodarzy 0:3. Rozgrywany był w takim tempie, że aby uzyskać je w Ekstraklasie, należałoby taśmę z meczem wrzucić do magnetowidu i nacisnąć klawisz 4xFF.

Mniej istotną, ale jednak ciekawostką jest to, że miejsca parkingowe oficjeli klubowych znajdują się przed stadionem. Obok miejsc, przy których parkują kibice. Miejsca są podpisane, więc można sobie zobaczyć jakim samochodem na mecz przyjechał np. trener Frank Lampard.

Wróćmy jednak do rzeczy ważnych, czyli do tego, co robić z czasem po meczu. Można oczywiście wyjść przed stadion i nadal pić piwo, przegryzając je pysznymi przekąskami, ale można też zajrzeć do tzw. Fan Shopu, który jest wbudowany w stadion. Tam pamiątki klubowe wysypują się z półek. Do wyboru do koloru. Koszulki, spodenki, getry, piłki, kubki, breloczki, pluszaki. Jest tam wszystko, na czym można umieścić klubowe logo. Co ciekawe, nigdzie na półkach nie widziałem klubowego energy drinka, którego produkcją tak bardzo szczycą się nasze kluby. Jak widać, na Wyspach dbają także o zdrowie swoich kibiców.

Prawy górny róg zdjęcia przypomniał mi jeszcze o Rams TV. Chyba każdy klub w Anglii ma swoją telewizję. Można tam zobaczyć wywiady z zawodnikami, skróty meczów nie tylko pierwszej drużyny, ale też rozgrywek juniorskich. Są materiały, które można obejrzeć za darmo, ale są też takie, za które trzeba zapłacić - np. retransmisje meczów. Wszystko oczywiście w pełni profesjonalnie prowadzone. Na sam koniec jeden minus. Okrutnie długo wyjeżdża się spod stadionu. Około godziny samego stania w korku. To chyba jedyna rzecz, w której Ekstraklasa ma przewagę. Problem w tym, że w Polsce szybszy wyjazd spowodowany jest po prostu niższą frekwencją.

Tyle na temat Derby i meczu. Czas ruszać dalej…


Manchester przez Stoke

Kolejnym celem mojej wycieczki był Manchester. Jednak zanim dojechałem do miasta Citizens i Czerwonych Diabłów, zatrzymałem się na chwilę w Stoke. Tylko po to, żeby zobaczyć bet365 Stadium. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to… czystość. Mimo, że stadion posiada sporo białych kolorów, to jest niesamowicie zadbany i czysty. Jak to się ma do wiecznie brudnej „samoczyszczącej” się membrany Stadionu Wrocław? Zresztą sami zobaczcie…

Od razu widać, że ktoś o ten stadion dba. Oczywiście nawet gdybym nie wiedział, gdzie jestem, to już sam front stadionu z każdej strony krzyczy do mnie: „witaj, tu jest dom Stoke City”. Oczywiście klubowy sklep na stadionie to obowiązkowa norma. Większy lub mniejszy – nieważne. Każdy klub MUSI mieć sklep klubowy na stadionie. Niestety w Polsce to nie jest nawet norma, a co dopiero obowiązek.

Jedźmy teraz do Manchesteru, bo tutaj wskoczymy już na najwyższy poziom.

Zanim jednak dotrzemy na Old Trafford, zajrzyjmy do Narodowego Muzeum Futbolu. Jest to czteropiętrowy wielki budynek, w którym znajdują się eksponaty od samego początku piłki nożnej aż do dziś.  Można tam zobaczyć koszulkę reprezentacji Anglii z pierwszego w historii futbolu meczu międzynarodowego przeciwko Szkocji, który miał miejsce w 1872 roku.

Można też dowiedzieć się o „rozejmie świątecznym” z 1914 roku, kiedy to działający na froncie zachodnim żołnierze niemieccy i brytyjscy rozegrali na ziemi niczyjej (pomiędzy okopami obu stron) kilka meczów piłkarskich.

Można też, oczywiście za odpowiednią cenę (około 6 funtów), wziąć w swoje ręce trofeum za mistrzostwo Anglii, a także Puchar Anglii. Dostępne do oglądania, a w kilku przypadkach nawet do przymierzenia, stroje z XIX wieku. Mnie udało się ubrać XIX-wieczny trykot ekipy Crewe Alexandra.

Zwiedzanie całego muzeum trwa od około 45 minut do godziny. Jest też ogrom atrakcji dla najmłodszych fanów futbolu takich jak np. trafianie piłką do celu czy wyławianie gadżetów - koszulek czy szalików klubów Premier League. Przy samym wyjściu oczywiście sporych rozmiarów sklep, gdzie można nabyć multum różnych pamiątek, w tym kolekcjonerskie koszulki z autografami, których ceny dochodziły do 2 000 funtów. Nie chcąc rujnować swojego budżetu ruszyłem dalej w stronę stadionu Manchesteru United myśląc o tym, że może za jakieś 150 lat moje prawnuki doczekają się takiego muzeum w Polsce.

Dookoła Old Trafford jest kilka parkingów, które są cały czas otwarte dla kibiców. Przy wjeździe stoją uprzejmi panowie w żółtych kamizelkach i wskazują miejsca, na których można zaparkować, a następnie pokazują kierunek zwiedzania. Przed głównym wejściem na stadion znajduje się duży kawał wolnej przestrzeni, którego „strzeże” The United Trinity, czyli George Best, Dennis Law i Bobby Charlton.

To jest kolejna rzecz, której brakuje mi w Polsce. Tutaj klubowych bohaterów czci się na wiele różnych sposobów. Pomniki stoją niemal przed każdą areną, u nas to niestety są wyjątki.

Idziemy jednak dalej. Niestety tego dnia nie było możliwości wejść do środka Old Trafford, więc skorzystałem z okazji i podążyłem do ich klubowego sklepu… Nie, przepraszam. To nie był sklep. To była galeria handlowa. Do momentu wejścia tam myślałem, że fan shop Derby był wielki. Nic z tych rzeczy. Na Old Trafford można kupić wszystko w barwach Man United.

Po wyjściu ze sklepu można było jeszcze wejść do wielkiego muzeum znajdującego się również na stadionie, niestety miałem pecha, bo tego dnia było z przyczyn losowych nieczynne. Nie pozostało mi więc nic innego, jak ruszyć w kierunku miasta Beatlesów.


Liverpool

W Liverpoolu skupiłem się głównie na zwiedzaniu tego pięknego portowego miasta. Na Anfield wybrałem się już na sam koniec dnia i wycieczki. Najbardziej zaciekawił mnie chodnik przy pomniku założyciela Liverpoolu Johna Houldinga. Zamiast zwykłej kostki brukowej są tam płytki z nazwiskami osób, które na przełomie lat przyczyniły się do budowy i rozbudowy Anfield. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce, gdzie praktycznie co druga budowa kończy się jakimś skandalem?

Jako że na Anfield spędziłem tylko chwilę, nie będę się rozpisywał na temat tego jak kapitalnie wygląda ten stadion. Dam wam tylko jedno proste porównanie.

Anfield:

Stadion Wrocław:

Nie muszę chyba pytać, czy widzicie różnicę, prawda? Jeden stadion krzyczy, że tu gra wielki Liverpool, który nigdy nie będzie szedł samotnie, a drugi, że odkrywa lato 2019, a kto na tym drugim stadionie gra? To już dla prezesów nie jest istotne.

Poza w miarę ogarniętą infrastrukturą, którą i tak nie potrafimy zarządzać i pięknym telewizyjnym opakowaniem nie mamy NIC. Weryfikacja sportowa przychodzi co roku w pucharach, kiedy dostajemy w czapę od drużyn z Luksemburga, Mołdawii czy innych Kazachstanów. Śmiem twierdzić, że takie Burton Albion biłoby się w Ekstraklasie o najwyższe cele, a Derby County zdobyłoby mistrzostwo kraju na kilka kolejek przed końcem sezonu.

Jeden z moich kolegów jako argument w pewnym sensie broniący polskich realiów przedstawił mi fakt, że w Anglii żyje się futbolem, a w Polsce już niekoniecznie. Ja się z tym jak najbardziej zgadzam. Mam jednak pewne "ale"… Anglicy przecież nie rodzą się z miłością do futbolu. Ktoś musiał zrobić coś, co sprawiło, że Wyspiarze zaczęli tym futbolem żyć. W Polsce natomiast ktoś cały czas robi coś, żeby Polacy tym futbolem żyć nie chcieli.

Zamiast obwiniać piłkarzy za to, że dużo zarabiają, warto najpierw skierować swój wzrok w stronę właścicieli, prezesów i innych dyrektorów, którzy robią wszystko, żeby kibic miał dość polskiej piłki nożnej. To oni proponują często słabej jakości piłkarzom wysokie kontrakty, zamiast część tych pieniędzy przeznaczyć na rzeczy, które sprawią, że kibic na stadionie poczuje się jak w przyjaznym mu domu, a nie jak w szarym, brudnym betonowym klocu, gdzie oprócz niskiej jakości widowiska piłkarskiego można dostać jeszcze niższej jakości produkty poboczne. O ile się akurat nie skończyły. 

Do tej pory myślałem, że polska piłka i cała jej otoczka idzie do przodu. Nie, nie idzie. Jest beznadziejna. Jest totalnym piłkarskim zadupiem, do którego już niedługo nawet pies z kulawą nogą nie zajrzy.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie