var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: własne

Przepis o młodzieżowcu zamiast rozwijać juniorów, będzie ich psuł

Autor: Bartosz Adamski
2018-12-05 21:31:51

Przegląd Sportowy poinformował dziś, że PZPN przegłosuje wreszcie zniesienie limitu obcokrajowców. W zamian jednak kluby będą musiały wystawiać jednego młodzieżowca. I o ile o pierwszej decyzji trzeba powiedzieć "wreszcie!", o tyle nad drugą kwestią trzeba się szerzej pochylić. Jej plusy jest bowiem bardzo trudno dostrzec.

Pierwszego pomysłu nawet nie trzeba kwestionować. Absurdem było w ogóle wprowadzenie tego limitu, bo napływu szrotu i tak nie skontrolujemy. Ograniczenia non-UE zupełnie nie przekładały się również na liczbę Polaków w wyjściowych jedenastkach. Jeśli ktoś chciał grać krajowymi zawodnikami, to grał. Jeśli nie chciał, to nie grał. Ograniczenia nie zmieniły kompletnie nic.

Traktuję to po prostu jako przyznanie się do błędu i cieszy mnie, że wreszcie Związek poszedł po rozum do głowy. Do Ekstraklasy znów powinno zacząć trafiać wielu błyskotliwych i utalentowanych zawodników z Ameryki Południowej i Afryki. Przykład AS Trenczyn, który zbił Górnika Zabrze w eliminacjach do Ligi Europy latem, chyba najlepiej obrazuje, że jest na tym rynku sporo młodych, ciekawych zawodników, którzy wcale nie chcą dużo zarabiać, a gwarantują określony poziom.

Nietrafione decyzje transferowe zawsze będą się zdarzały, to ryzyko wkalkulowane w ten biznes. Chodzi o to, by jak najbardziej ograniczyć napływ przypadkowych zawodników. A z uwagi na "otwarte granice" będzie teraz łatwiej o dobrą decyzję. Znacznie większy wybór spowoduje redukcję ryzyka popełnienia błędu. Kluby znów będą mogły przebierać w graczach i wybrać sobie tego, który im się najbardziej spodoba, a nie tego, którego narzuci im PZPN.

Ale przecież nawet nie muszę tłumaczyć tej sytuacji.

Znacznie ważniejszy obecnie staje się przepis o obowiązku gry młodzieżowca, czyli zawodnika poniżej 21. roku życia. Próbowałem przestawić sobie dźwignie w głowie i wejść w umysł zwolennika tego rozwiązania. Ale... po prostu nie potrafię. Cały czas gdzieś z tyłu mam myśl, że młody zawodnik dostanie coś po prostu za darmo.

Teoretycznie piłkarz U-21 to potencjalny przyszły zysk dla klubu z tytułu transferu. Weźmy pod uwagę, jak niewiele trzeba, by młodym graczem zainteresowały się zagraniczne kluby. Przecież płaci się dziś za potencjał, nie za umiejętności. W zachodnich ligach panuje przekonanie na zasadzie "dajcie nam tworzywo, my z niego coś uszyjemy". Problem jednak w tym, że zawodnik, który tutaj będzie miał pewne miejsce w składzie, bo zapewniają mu je przepisy, pojedzie na Zachód i nastąpi wielki szok.

- Misiu kolorowy, dzisiaj ława, mamy lepszych.
- Ale jak to? Przecież mnie się należy!

Zamiast być lepszy dzięki regularnej grze, będzie słabszy. Psychicznie. Nieprzygotowany do walki.

Nie zdziwi mnie, jeśli dojdzie do sytuacji, gdy zawodnicy U-21 będą chcieli więcej zarabiać, ponieważ uważają, że klub nie może bez nich grać. I prezes takiemu 19- czy 20-latkowi będzie musi zapłacić więcej niż na przykład lepszemu 22-letniemu zawodnikowi, bo tamten musi być na boisku.

Pomysł z obowiązkiem gry młodzieżowca jest dla mnie nietrafiony z prostego powodu - kluby i tak mają swoje akademie, szkolą juniorów. Po co nakładać niepotrzebną presję i kazać im wstawiać do składu nieprzygotowanego zawodnika? Przecież gdyby był gotowy, to był grał. Żaden klub nie strzelałby sobie w kolano i nie odstawiał potencjalnych przynajmniej kilkuset tysięcy euro, jeśli zawodnik byłby niegotowy do występów w Ekstraklasie. Po to jest w I czy II lidze przepis o obowiązku gry młodzieżowca, żeby tam tych juniorów wypożyczać, aby się ogrywali. Do Ekstraklasy przychodzi wtedy zawodnik zaznajomiony z piłką seniorską i może od razu powalczyć o miejsce w składzie. To jest właściwa droga.

Mam wrażenie, że wymóg gry młodzieżowca to jedynie działanie pozorowane PZPN-u, który za wszelką cenę chce pokazać, że nieustannie pracuje nad rozwojem systemu szkolenia. A przez obecne rozwiązanie, zamiast rozwijać juniorów, będzie ich psuł. Nie będą walczyć o swoje, tylko będą grać, bo tak przepis każe.

Zrozumiałbym ten nakaz, gdyby jeszcze Związek na początku kadencji Zbigniewa Bońka przeprowadził jakąś reformę szkolenia i teraz chciałby zaprezentować jej efekty w Ekstraklasie. Ale nic takiego nie miało miejsca.

Przepis o młodzieżowcu to działanie, które może wyrządzić szkodę juniorom. Negatywnych kwestii jest tak wiele, że przysłaniają pozytywy. Zapewne za jakiś czas PZPN znów będzie musiał uderzyć się w pierś, jak z limitem obcokrajowców i zlikwidować ten obowiązek. Pytanie tylko, co wtedy wymyśli, bo do działania "coś za coś" za kadencji prezesa Bońka jesteśmy już przyzwyczajeni.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie