var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

W bieżącym sezonie fortuna nosi koszulkę w biało-zielone pasy

Autor: Mariusz Bielski
2018-12-06 17:02:08

Jeśli ktoś niezbyt namiętnie śledzi Ekstraklasę i zobaczy dziś pozycję Lechii Gdańsk w tabeli może się nieźle zdziwić. Zwłaszcza, gdy choć trochę świta mu w głowie jakie rejony okupowała w poprzednim sezonie. Fakty są jednak takie, że drużyna prowadzona przez Piotra Stokowca na czubie stawki zadomowiła się zasłużenie. Nawet, jeśli ma przy tym sporo szczęścia, które ponoć sprzyja lepszym.

Nie zrozumcie nas źle – nie chodzi o to, by czegokolwiek ujmować ekipie z Trójmiasta. Zwłaszcza pod względem jej mocy ofensywnej. Nie da się przecież nie podziwiać tego co na skrzydle wyprawia Lukas Haraslin, uważany przez wielu za najlepszego piłkarza w Ekstraklasie. Tym bardziej nie sposób podważać wyczyny strzeleckie Flavio Paixao, zgłaszającego chęć zgarnięcia korony króla strzelców. Podobać może się także to jak solidny środek pola tworzą obecnie Jarosław Kubicki i Daniel Łukasik, wykonujący mnóstwo czarnej, taktycznej roboty. A przy okazji – ku uciesze kibiców – Piotr Stokowiec coraz bardziej ochoczo stawia na gdańską młodzież, co w żaden sposób nie zaburza rytmu jej funkcjonowania i osiągania dobrych wyników.

Zajmujący się Ekstraklasą eksperci często wskazują jeszcze jeden aspekt, według nich godny podziwu w grze Lechii, a mianowicie jej organizację w grze obronnej. No i to jest właśnie ten moment, kiedy przy głowie każdego z nas powinna zapalić się lampka. Chcąc zweryfikować tę tezę rzucimy okiem w tabelę i faktycznie dostrzeżemy, iż Biało-Zieloni stracili w trwającym sezonie najmniej bramek spośród wszystkich zespołów. W tym względzie nie bądźcie jednak jak gdańska defensywa – nie usypiajcie własnej czujności. Błażej Augustyn, Joao Nunes, Steven Vitoria, a nawet Michał Nalepa wcale nie są tacy święci, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.

Ich szczęście polega właśnie na tym, że przed sobą mają wszystkich tych wymienionych w drugim akapicie gości, którzy przykrywają sporo niedociągnięć kolegów pilnujących ich tyłów. Nie jest to oczywiście żaden zarzut wobec Haraslina, Paixao i innych, wszak każdy z nich wykonuje przydzieloną mu robotę. Chodzi raczej o zauważenie zasady sprawiającej, iż mamy o drużynie Stokowca zbyt wysokie mniemanie jak na jej solidność w tyłach.

Pewnych rzeczy się po prostu nie przeskoczy. I tak czapki z głów należy uchylić przed szkoleniowcem, ponieważ samym dobraniem odpowiedniej strategii do możliwości podopiecznych zniwelował wiele mankamentów, męczących tę ekipę w poprzednim sezonie. Jednocześnie nie da się przy tym stwierdzić, by któryś ze stoperów nagle przeszedł wielką wewnętrzną przemianę, stając się kozakiem nie do przejścia. Zupełnie nie. Nunes nadal jest tym samym gościem potrafiącym rozegrać doskonałe 89 minut, by spartaczyć ów dorobek w tej jednej, kluczowej. Nalepa podobnie. Steven Vitoria wciąż ma braki techniczne i zdarza mu się panikować, co pociąga za sobą jego kolejne błędy. W końcu Błażej Augustyn pozostaje tym samym Błażejem Augustynem kryjącym przeciwników na radar, mającym momenty fatalnej dekoncentracji.

Jeśli prześledzimy sobie wszystkie mecze Lechii z bieżącego sezonu dostrzeżemy, iż niemal w każdym spotkaniu któryś z wyżej wymienionych graczy popełniał tak zwanego wielbłąda. Większych ekscesów nie wywołali jedynie w starciu z Kolejorzem - ono powinno być stawiane za wzór choć z adnotacją dokonaną drobnym druczkiem, wszak i wówczas zdarzyło im się raz kompletnie zapomnieć o Jóźwiaku. Gdyby Kamil czysto trafił w piłkę… No właśnie, gdyby.

Dochodzimy do sedna sprawy – trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę najsilniejszym spoiwem trzymającym defensywę Biało-Zielonych w kupie jest po prostu szczęście. Jeśli potrzebujecie skrajnego wręcz przykładu, obejrzyjcie skrót spotkania ze Śląskiem Wrocław. Ono idealnie pasuje do scenariusza, według którego zawodnicy ofensywni nadrobili z nawiązką wszystkie błędy popełnione przez obrońców. Pojedynek ten zakończył się zwycięstwem gości 2:0, aczkolwiek bardziej miarodajny byłby wynik 2:5 na korzyść Wojskowych. Tego dnia bowiem najskuteczniejsze interwencje notowała poprzeczka w bramce Zlatana Alomerovicia, aż pięciokrotnie – po strzałach Cotry, Gąski, Golli, Piecha i Szczepana. Sam w sobie to absurd godny Monty Pythona, nie ma o czym dyskutować, aczkolwiek skoro do niego doszło, to akurat coś znaczy.

Wcześniej już został wspomniany fakt, iż praktycznie w każdym meczu defensorom Lechii przytrafiają się większe lub mniejsze wpadki. Cofając się zatem co kolejkę zobaczmy jak dokładnie mają się sprawy.

  • W 16. serii gier gdańszczanie mierzyli się z Jagiellonią. Dwa gole stracone już mówią wiele, ale znów to nie wszystko. Dogodną szansę miał jeszcze odpuszczony przez Nalepę Bezjak, a także pozostawiony bez krycia przy rożnym Runje. Vitoria natomiast był bliski ustrzelenia samobója.
  • W 15. kolejce ekipa z Trójmiasta grała z Cracovią. W teorii pokonanie jej powinno być proste jak drut, w praktyce trzeba było się nagimnastykować. Najpierw zrobił to Kuciak wyjmując karny, który sam sprokurował, choć Nalepa i Nunes wpuszczający Wdowiaka w szesnastkę też nie pomogli. Bliski pokonania Słowaka był również Damian Dąbrowski, lecz urwawszy się spod krycia uderzył prosto w golkipera. W końcówce zaś Vitorii uciekł Helik, czym prawie doprowadził do remisu.
  • 14. mecz gdańszczan w sezonie, ten z Lechem, został już wspomniany wcześniej i tu faktycznie nie ma za bardzo czego się czepić.
  • W 13. serii mieliśmy derby, a Arka nich przynajmniej dwie doskonałe sytuacje. Jednej na gola nie zamienił Kolew, którego sam na sam puścił Nunes. Później natomiast wysiadło połączenie między mózgiem a ciałem u Augustyna, ponieważ sprokurował rzut karny w osobliwy sposób – chciał główkować, nie trafił w piłkę, a ta spadła mu na rękę.
  • Jeszcze jeden mecz wcześniej, z Piastem, główną negatywną rolę znów odegrał były stoper Catanii czy Górnika Zabrze. Tym razem bezmyślnie sfaulował Joela Valencię we własnej szesnastce, wiadomo jak to się skończyło. A mogło być jeszcze gorzej, bo później cała obrona dopuściła gliwiczan do arcygroźnej kontry 2 na 1. Gdyby nie fatalne dogranie Ekwadorczyka do Papadopulosa, Lechia pewnie nawet by nie zremisowała.
  • W 11. kolejce ekipa Stokowca mierzyła się z Zagłębiem Sosnowiec i tu – nie licząc akcji bramkowej, gdy zignorowano Sanogo – można przyczepić się do bronienia się gdańszczan w zbyt rozproszonym szyku, dzięki czemu podopieczni Dariusza Dudka parę razy wpadli znienacka w biało-zielone pole karne.
  • W 10. spotkaniu w sezonie natomiast odbywał się mecz z Wisłą Płock, który również mógł skończyć się dla Lechii dużo gorzej. Stałoby się tak przede wszystkim, gdyby zgubiony przez Augustyna Furman lepiej nastawił celownik. Jeszcze większy kamień do ogródka gdańszczan można wrzucić za ustawienie przy straconym golu, gdy cała drużyna praktycznie zapomniała o istnieniu Angielskiego, co ten skrzętnie wykorzystał.
  • Natomiast 9. i 8. kolejka to praktycznie najczarniejsze momenty drużyny z Trójmiasta w tym sezonie. Z Wisłą oraz Zagłębiem Lubin podopieczni Piotra Stokowca stracili aż 8 goli, więc chyba nie trzeba tu nic więcej dodawać.

Na tej zasadzie moglibyśmy wymieniać kolejne znaczące wpadki z meczów aż cofnęlibyśmy się do samego początku sezonu, kiedy fortuna była dla Biało-Zielonych równie szczodra.

To wszystko ma zresztą odzwierciedlenie w dokładniejszych statystykach, które wcale nie stawiają Lechii w nadzwyczajnie dobrym świetle. I tak na przykład dostrzeżemy, że przeciwko niej rywale oddają średnio 13,63 strzału na mecz. Nie jest to jakaś wielka tragedia, ponieważ pięć ekip (Arka Gdynia, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Górnik Zabrze i Zagłębie Lubin) wygląda pod tym względem jeszcze gorzej. Ot, przeciętny wynik, który niczym nie imponuje. Zawężając ten aspekt do samych uderzeń celnych zobaczymy, iż ku bramce Dusana Kuciaka frunęło 5,2 strzału w przeliczeniu na jedno spotkanie. I znów – wcale nie jest to rezultat jakkolwiek odstający od normy. Dla porównania zerknijmy w liczby kilku innych regularnie stających w między słupkami bramkarzy.

To wybrane przykłady, lecz jeśli chcecie możecie na własną rękę przeliczyć tę kwestię dla wielu pozostałych i obraz nie zmieni się znacząco. Ba, z tych wyliczeń wynika nawet, iż Kuciak to jeden z najbardziej zapracowanych golkiperów Ekstraklasy. Co oczywiście w żaden sposób nie umniejsza jemu, ponieważ to nie on odpowiada za niedopuszczanie przeciwników do uderzeń, lecz jego kumple z obrony. Dużo lepiej wygląda to natomiast w przypadku Zlatana Alomerovicia (3,0) co w przypadku gdańszczan łącznie daje średnią 4,2. Czyli znów – co najwyżej wynik przeciętny. Podobnie do współczynnika expected goals przeciw Lechii (24,09 – piąty najgorszy), czy też wykorzystywania 42,86% stworzonych przez rywali szans (trzeci najgorszy rezultat).

Dodajmy do tego jeszcze to, że adwersarze Biało-Zielonych obili ich obramowanie 9 razy w tym sezonie (najwięcej w lidze), a oni sami stracili 11 bramek po stałych fragmentach, z czego 7 po rożnych (również najwięcej w lidze). Całościowo otrzymujemy zatem obraz defensywy bardzo przeciętnej, coby nie powiedzieć, że nawet kiepskiej, choć osiągającej ostateczne rezultaty znacznie ponad stan.

W celach dziękczynnych stoperzy powinni nosić na rękach swoich bramkarzy, ponieważ to właśnie oni wykonują najbardziej efektywną robotę w działaniach obronnych Lechii. Ma to odzwierciedlenie w notach, jakie wystawiamy piłkarzom po każdym meczu i aktualnie Kuciak znajduje się na samym szczycie listy z 3,00 w skali 1-6. Nie dziwota, skoro zanotował 78,8% skutecznych interwencji. Lepsze wyniki osiągało co prawda jeszcze czterech golkiperów, aczkolwiek trzeba wziąć poprawkę na fakt, że taki Żynel czy Buchalik rozegrali odpowiednio 1 i 2 mecze w bieżącym sezonie, co nie pozwala ich miarodajnie ocenić. Alomerovicia natomiast również cenimy, na poziomie 2,79, choć akurat jego 66,7% skutecznych interwencji nie sprawia, że napastnikom miękną nogi na jego widok.

Można zatem zaklinać rzeczywistość, można powoływać się na efekty estetyczne i usprawiedliwiać wiele spraw tabelą. Albo jak to mawia klasyk – mamę oszukasz, tatę oszukasz, ale życia nie oszukasz. My dorzucilibyśmy do tego jeszcze statystykę, która precyzyjnie obnaża niedoskonałości defensywy Biało-Zielonych. Jej obrońcom nadal sporo brakuje do miana solidnych, pewnych i regularnych na przestrzeni jednego spotkania. I póki jest to maskowane przez spektakularne rajdy Haraslina, gole Flavio czy harówkę pomocników, radość jest uzasadniona. Spokój natomiast już wydaje się tylko pozorny, bowiem łut szczęścia to surowiec, którego zasobów nie da się w żaden sposób oszacować, nie wiadomo kiedy się skończy i jest on zbyt nietrwały, aby budować na nim wielkie projekty. A nie oszukujmy się, po rundzie jesiennej z tak dobrymi wynikami Lechia po prostu musi mierzyć w mistrzostwo.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie