var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";

Thursday, 7 July 2016, 7:10:14 pm


Autor zdjęcia: archiwum prywatne autora

Adam Matysek dla 2x45 (1/2): Odejście z Bayeru? Zbagatelizowałem moją kontuzję, trochę przegiąłem

Autor: rozmawiał Bartosz Adamski
2018-12-08 13:00:49

Z Adamem Matyskiem spędziliśmy sporo czasu. Naszą rozmowę postanowiliśmy podzielić na dwie części - karierę zawodniczą oraz to, co wydarzyło się po niej. W pierwszej odsłonie przeszliśmy przez najważniejsze wydarzenia z piłkarskiego życia 34-krotnego reprezentanta Polski. Jak wyglądały kulisy transferu między dwoma wałbrzyskimi klubami? Dlaczego Śląsk Wrocław spadł w sezonie 1992/93? W ilu znanych klubach mógł zagrać? Jak trafił do Bayeru Leverkusen? Kiedy zrozumiał, że trzeba sobie powiedzieć dość? Tematów było naprawdę wiele. Takiej rozmowy jeszcze nie było. Zapraszamy na podróż po bogatej karierze byłego świetnego golkipera.

Bartosz Adamski (2x45.info): - Biorąc pod uwagę historię pana rodziny, na piłkę teoretycznie był pan skazany. Ojciec jednak nie aprobował pomysłu, by został pan piłkarzem.
Adam Matysek:
- Pochodzę z rodziny, w której było dwóch zawodowych piłkarzy. Jak na czasy PRL-u to naprawdę sporo. Mój ojciec był bramkarzem m.in. w Szombierkach Bytom, grał też w reprezentacji młodzieżowej, a wujek Henryk Holewa był prawym obrońcą Górnika Zabrze. Od zawsze ciągnęło mnie do piłki, choć faktycznie tato nieszczególnie mnie zachęcał.

- A co mówili dziadek i wujek?
- Dziadek akurat bardzo się cieszył. Gdy zacząłem wyjeżdżać za granicę najpierw z reprezentacją młodzieżową, a potem pierwszą kadrą, zawsze musiałem mu wysłać kartkę. Dostawał je z Argentyny, Kolumbii, Urugwaju. Bardzo się cieszył, że o nim pamiętam. Zbierał wszystkie kartki. Wie pan, one były kolorowe, a to w czasach ponurej szarości PRL-u było czymś wyjątkowym.

- Pan syna się nie doczekał, ale rodzinne tradycje miał kontynuować Marcin, syn pana brata. Grę w piłkę zakończył jednak szybko, w wieku 23 lat.
- Tej historii do końca nie znam. Wiem, że był w szkółce Stadionu Śląskiego. Wiadomo jak to jest - wszyscy pchają się do sportu, ale po drodze mogą się po prostu zniechęcić albo stwierdzą, że mają za mało talentu. W latach młodzieńczych spotkałem naprawdę wiele osób, które miały predyspozycje, by grać na wysokim poziomie, ale głowa nie współpracowała z nogami. Sport po prostu weryfikuje ludzi.

- U pana też podobno było ryzyko szybkiego zakończenia kariery z powodu problemów z nogą.
- Medycyna jeszcze nie była wtedy tak rozwinięta jak dziś i dlatego pojawił się problem. Bardzo urosłem i miałem problem z kolanami. Nie wiem, jak to się nazywa językiem fachowym, ale "fuga" pod kolanem nie była zalana. Ja dopiero niedawno się dowiedziałem, o co wtedy chodziło. W tamtych latach na dobrą sprawę nikt nie potrafił mi doradzić. To był okres wzmożonych treningów, więc ból doskwierał mi za każdym razem. Proszę pamiętać, że jakość boisk była wtedy katastrofalna. Graliśmy na żużlu albo suchym piasku. Czułem potężny ból, kolano miałem opuchnięte. Wtedy normalną praktyką było w takich przypadkach wsadzanie nogi w gips od kostki po udo. Na szczęście przeszło mi jednak samo i tego uniknąłem.

- I szybko odkryto w panu talent. Górnik Wałbrzych zapłacił za pana milion starych złotych i oddał dwóch zawodników.
- Tak, to była dziwna historia! 4 grudnia, jak to na Barbórce, siedzieliśmy w domu i przyszło kilku znajomych. Pojawił się Jan Caliński, ówczesny dyrektor sportowy Górnika, i przyniósł papier, że jestem ich zawodnikiem od 1 stycznia. Załatwiono to między kopalniami. Zagłębie Wałbrzych było wtedy w ciężkiej sytuacji w tabeli w II lidze i Górnik oddał im dwóch zawodników. Wiedziałem o zamysłach, żebym trafił do drugiego wałbrzyskiego klubu, ale finalizacja została zrealizowana całkowicie poza mną.

- Ale pan się temu szczególnie nie sprzeciwiał.
- Górnik był wtedy pierwszoligową drużyną, a ja miałem 15 lat. To było dla mnie świetne rozwiązanie. Pościągali też innych zdolnych zawodników z Dolnego Śląska, przyszło chyba dziesięciu, którzy naprawdę się wyróżniali. Trafiłem do juniorów w sezonie, gdy Górnik spadł z ligi międzywojewódzkiej, czyli najwyższej klasy w tym wieku. Mieliśmy osiem punktów straty do lidera. Akurat tak się złożyło, że właśnie z prowadzącą w tabeli drużyną graliśmy wtedy pierwszy mecz tym nowym składem i wygraliśmy 8:0. To najlepiej świadczy o tym, kto się w Górniku pojawił. Awans zrobiliśmy jeszcze w tym samym sezonie, niedługo później wygraliśmy ligę międzywojewódzką. Z tego składu zostało później chyba tylko dwóch albo trzech zawodników. Reszta po prostu się rozeszła w Polskę i przepadła.

- W Wałbrzychu mógł pan na pierwszoligowych boiskach podpatrywać chociażby Józefa Młynarczyka czy Jacka Kazimierskiego.
- To był dla mnie świetny bodziec. Ale i dla całego Wałbrzycha takie mecze były wielką euforią. 40-tysięczny stadion był najczęściej zapełniony godzinę przed meczem. Ja przebijałem się jak najwcześniej na miejsca z najlepszą widocznością. Sporo z tego czasu wyniosłem.

- Śląsk Wrocław jest bliski pana sercu?
- Oczywiście. Nie ma co jednak ukrywać, że niekoniecznie musiałem trafić do Śląska. Miałem propozycję chociażby z Wisły Kraków. Za młodych lat starałem się jednak jeździć na mecze do Wrocławia, bo to była najlepsza drużyna na Dolnym Śląsku i tak mi już później ten sentyment do klubu pozostał.

- Ale początkowo sceptycznie podchodził pan do tematu przenosin do Śląska.
- Dlaczego?

- Bał się pan o swój rozwój, bo miał pan we Wrocławiu mniejsze szanse na grę.
- Zacznijmy od tego, że komitet wojewódzki uparł się, że muszę wrócić z Górnika do Zagłębia Wałbrzych. Przez to Zagłębie klubowi zza miedzy musiało oddać pieniądze, a ja byłem jeszcze przez rok zawieszony. Ostatecznie mi tę karencję nieco skrócili, ale i tak trochę czasu gry straciłem. Zainteresowanie Śląska pojawiło się, gdy miałem 18 lub 19 lat. Dostałem wtedy pierwsze powołanie do kadry młodzieżowej. Ostatecznie na zgrupowanie nie pojechałem z powodu kontuzji kolana, ale trenerzy Ryszard Urbanek i Aleksander Papiewski podali informację do Wrocławia, że jest chłopak, na którego należy zwrócić uwagę. Byłem obserwowany w III lidze i Śląsk w końcu postanowił mnie ściągnąć. W Wałbrzychu jednak miałem pewne granie i nie chciałem zbyt szybko tego zaprzepaścić, bo we wrocławskim klubie był wtedy Janusz Jedynak i Andrzej Kirsza. Musiałbym się bardzo namęczyć, żeby wskoczyć do składu. Dlatego wymiksowałem się z przejścia do Wrocławia, ale oni się uparli i dostałem bilet do wojska.

- I jak było w Żaganiu na czołgach?
- Mniej więcej wiedziałem co mnie czeka, ale nie spodziewałem się, że będę musiał przejść trzymiesięczny okres unitarny. A do czołgów... No, nie bardzo pasowałem. Średnia wzrostu była 165 cm, a ja miałem 191 cm.

- Głowa wystawała z czołgu.
- Śmieszna sytuacja. Ale na szczęście to nie trwało długo.

- Najmilszy moment związany ze Śląskiem?
- Sam debiut był wielkim wydarzeniem. Te cztery lata były naprawdę dobrym czasem, który mnie wywindował w mojej karierze. Ze Śląska przecież regularnie dostawałem się najpierw do młodzieżówki, a potem pierwszej kadry, gdzie zadebiutowałem u Andrzeja Strejlaua.

- A najgorszy moment?
- Było kilka urazów, ale najbardziej nieprzyjemną sytuacją był spadek. Wcale nie musiał on jednak nastąpić. Po tych zmianach politycznych w kraju wiele zasłużonych klubów zaczęło upadać. Działacze rozsprzedali drużynę po okresie, gdy walczyliśmy o europejskie puchary. Wtedy okazało się, że praktycznie nie ma kim grać.

- A w pana przypadku nie było możliwości odejścia przed sezonem 92/93? Chyba widać było co się święci.
- Pojawiły się propozycje chociażby z Legii Warszawa czy Lecha Poznań, ale ja nie miałem parcia na odejście. Zapowiedziałem od razu, że zostaję w Śląsku.

- A potem przeszedł pan do Fortuny Koeln, bo chciał pan uciec od tego szumu?
- Byłbym naiwny, gdybym nie wiedział co się dzieje. Miałem wiele propozycji - Legia Warszawa chociażby wysyłała po mnie samoloty i samochody. Ja chciałem jednak wyjechać, dlatego trafiłem do Kolonii. W dużej mierze przyczynił się do tego świętej pamięci Jacek Jarecki, były bramkarz. Przyjeżdżał na mecze do Wrocławia, obserwował mnie i polecił Niemcom moją osobę. Cel miał być jednak trochę inny.

- Borussia Moenchengladbach.
- Tak, ale to nie wyszło z powodu limitu obcokrajowców. Wówczas mogło na boisku występować tylko trzech zagranicznych zawodników.

- Szybko został pan okrzyknięty mianem jednego z najlepszych bramkarzy w 2. Bundeslidze. Znów jednak znać o sobie dały kolana.
- Fortuna nie była na tyle mocna, by bić się o wejście do 1. Bundesligi, ale ja grałem w pierwszym sezonie solidnie. Drugi zaś zaczęliśmy od czterech meczów bez straty gola, byliśmy wysoko w tabeli. Pojechaliśmy na mecz do Waldhof Mannheim, który wówczas przewodził w tabeli i miał wielkie aspiracje. Prowadziliśmy 2:0, poszła wrzutka w pole karne, ja straciłem orientację między ziemią a powietrzem. Nie byłem w stanie wyczuć, gdzie jest podłoże. Dodatkowo jeszcze byłem trochę potrącony w walce w górze i upadłem niefortunnie, zrywając więzadła krzyżowe. To była dopiero moja pierwsza naprawdę poważna kontuzja.

- Paradoksalnie nie wyszedł pan na tej kontuzji wcale źle. Trafił pan do szpitala i poznał tam Rainera Calmunda, który podobno już wtedy panu powiedział, że kiedyś sprowadzi do Bayeru Leverkusen.
- Tak się akurat złożyło, że leżeliśmy obok siebie. Naturalnie oni obserwowali rynek drugiej Bundesligi. Ode mnie z Fortuny trafił do nich wtedy chociażby Dirk Lottner. Pogawędki z Calmundem były naprawdę miłe, ale zanim trafiłem do Leverkusen, upłynęło jeszcze kilka lat.

- Do Gutersloh trafił pan właśnie na odbudowanie się po kontuzji?
- Wróciłem po kontuzji i Fortuna od razu chciała za mnie duże pieniądze. Wyobraża pan sobie, żeby ktoś miał zapłacić 500 tysięcy marek za zawodnika, który rok nie grał? Oni chcieli odzyskać pieniądze, za jakie mnie sprowadzili ze Śląska, a to nawet dla niemieckich klubów była spora kwota. Uparł się jednak Hannes Linssen - trener, który wziął mnie do Fortuny. Powiedział włodarzom, że musi mnie pozyskać, bo ogromnie klubowi pomogę. Ja byłem bardzo głodny gry, ale jednocześnie była we mnie niepewność, co się wydarzy po tak długiej kontuzji. W latach 90. zerwanie więzadeł krzyżowych było ogromnym ryzykiem i mimo że byłem operowany w Austrii, nie wiedziałem jaka będzie moja przyszłość. Ostatecznie jednak muszę przyznać, że dwa lata spędzone w Gutersloh były naprawdę dobrym czasem.

- Na tyle dobrym, że interesował się panem wielki AC Milan?
- Było faktycznie zapytanie, ale do konkretów nie doszło. Miałem za sobą bardzo dobry okres w Gutersloh, grałem regularnie, dobrze broniłem. Wiem, że mnie obserwowali, ale ostatecznie postanowili wziąć Jensa Lehmanna. On się tam jednak nie spisał zbyt udanie, szybko wrócił do Bundesligi, do Borussii Dortmund. Nawet, gdyby Milan chciał mnie wtedy pozyskać, to ja już byłem w Bayerze Leverkusen.

- Jak wyglądały kulisy transferu do Bayeru?
- Nie łączyłbym tego szczególnie z osobą Calmunda. Oni regularnie jeździli na 2. Bundesligę, obserwowali wielu graczy. Niewiele jednak brakowało, a do Bayeru bym nie trafił, bo zdecydowana na mnie była właśnie wspomniana Borussia Dortmund. Wydarzyło się tak z powodu tzw. "paragrafu jedenastego". Był to zapis pochodzący jeszcze z lat 70., który mówił o tym, że jak się zmienią międzynarodowe przepisy dotyczące transferów, to w Niemczech jeszcze przez rok będą obowiązywać obecne. Podpisały go wszystkie kluby 1. oraz 2. Bundesligi. Sprzeciwił się temu jednak Stefan Klos z Borussii, który chciał odejść z Dortmundu. Podał sprawę do sądu i BVB musiała szukać nowego bramkarza. Padło na mnie, ale okazało się, że Borussia wygrała trzecią rozprawę z Klosem i do mojego transferu ostatecznie nie doszło. A szkoda, bo Borussia dogadała się z Gutersloh odnośnie do sumy transferowej, ja już miałem ustalone warunki kontraktu. Byliśmy z żoną na spotkaniu u prezydenta klubu, rozmawiałem też z trenerami. Spędziliśmy naprawdę fajne dwie godziny, dogrywaliśmy już szczegóły. Nie miałem jednak żalu, bo wiedziałem, że może dojść do takiej sytuacji. Od razu przedstawili mi sprawę w ten sposób, że jeśli wygrają rozprawę z Klosem, to on zostanie.

Następnie zgłosiło się po mnie Schalke 04 Gelsenkirchen. Byłem na rozmowach, nawet zaczęliśmy dyskutować na temat kontraktu. Koniec końców wzięli jednak Olivera Recka.

Nie złościłem się, że musiałem zostać w Gutersloh, ale jednak było mi trochę żal, bo cały czas o grę w 1. Bundeslidze walczyłem. W końcu jednak trafiłem do Bayeru, bo skorzystałem na nieszczęśliwej kontuzji bramkarza. W sparingu z Arminią Bielefeld, gdy próbował go przeskakiwać napastnik, zahaczył go kolanem i golkiperowi pękła czaszka. Za dwa tygodnie ruszała liga, więc potrzebowali bramkarza gotowego do gry, a ja w Gutersloh już za kilka dni miałem zacząć grę w 2. Bundeslidze. Przez ten czas dogadywały się kluby, a ja po pierwszej kolejce na zaplecze pojechałem już do Leverkusen.

- Treningi u Christopha Dauma były szkołą życia?
- Trzeba przyznać, że on wyprzedzał epokę trenerską. Był z pewnością specyficzny w swoich metodach treningowych, czy nawet w rozmowach z zawodnikami. Trenował mnie potem chociażby Berti Vogts czy Rudi Voller, ale Dauma wspominam wyjątkowo miło. Otworzył mi oczy na nowe rzeczy i dzięki temu bardzo się rozwinąłem. Był zresztą potem namaszczony na trenera reprezentacji Niemiec, ale nie ma co ukrywać, że aferą kokainową bardzo popsuł sobie renomę.

- 118 występów w 2. Bundeslidze, 78 gier w pierwszej Bundeslidze i wygrana jedna walka bokserska. Całkiem dobry bilans z pobytu w Niemczech.
-  Ach (śmiech). Zostało dopisanych wiele ideologii do tej historii z Ulfem Kirstenem. Było faktycznie starcie, ale my potem się widzieliśmy kilka razy, jedliśmy razem obiad. Gdy skończyliśmy kariery, po prostu zostawiliśmy to za sobą.

- Ale faktycznie był uprzedzony do Polaków?
- Nie. Po prostu jego syn w drużynie młodzieżowej miał spięcie z jednym chłopakiem z Polski, potem siedziało w nim też to, że nie strzela goli i te wszystkie frustracje skumulowały się wtedy na treningu.

- Jak to było z tą propozycją pozostania w Bayerze Leverkusen latem 2001 roku? Kicker donosił, że dostał pan propozycję umowy na trzy lata i 1,5 mln marek za sezon, ale wiedział pan, że będzie tylko zmiennikiem Hansa-Joerga Butta.
- Kwoty nie potwierdzę, ale reszta faktów się zgadza. Miałem 33 lata, byłem po kontuzji barku. Trochę mnie ona zmyliła. Nie sądziłem, że to będzie aż tak poważna sprawa. Zbagatelizowałem trochę tę kwestię, bo zanim doszło do operacji, rozegrałem dwa albo trzy mecze ligowe. Zastanawiałem się potem, jak to w ogóle było możliwe. Zapytali się mnie po prostu "możesz grać?", to co miałem odpowiedzieć? Że nie mogę? Zawsze byłem gotowy na sto procent. Po fakcie jest człowiek mądrzejszy. No, trochę przegiąłem. Chyba na mózg mi padło.

Nie skorzystałem z propozycji od Bayeru i zaraz podpisałem kontrakt z VfL Wolfsburg. Tam nie zagrałem jednak ani razu, bo na badaniach okazało się, że bark nie jest do końca sprawny. Za szybko wznowiłem treningi. Czułem, że cały czas mnie boli. Zaczęły mi się wytwarzać stany zapalne. "Wilki" anulowały umowę, powołując się na zapis w kontrakcie i miały do tego pełne prawo.

- Roman Kołtoń w książce „Prawda o reprezentacji. Korea i nie tylko” napisał, że "reprezentacja promuje, a Matyskowi złamała karierę".
- Ja to widzę całkiem inaczej. To był po prostu zbieg okoliczności. Równie dobrze mogłem tę kontuzję złapać w klubie. Gdy nabawiłem się urazu, byłem zdecydowanie bliżej końca niż początku. Wciąż jednak w bardzo dobrej dyspozycji. Miałem wtedy 33 lata. Straciłem pół roku na rehabilitację, za szybko chciałem wrócić do zdrowia.

- Gdyby nie ta kontuzja, byłby pan pierwszym bramkarzem na mundialu w Korei i Japonii?
- Trudno mi powiedzieć...

- Ale czuł się pan lepszy od Jerzego Dudka i Radosława Majdana?
- Na pozycję bramkarza jest zazwyczaj dwóch zawodników i do trenera należy wybór tego jednego.

- Do meczu z Norwegią był pan jednym pierwszym wyborem trenera Jerzego Engela.
- Byłem w gazie. To był fajny okres, dobrze szło mi też w lidze.

- Z perspektywy czasu, dlaczego wypadliście na mundialu tak słabo?
- W podobnej sytuacji jest dzisiejsza reprezentacja. Po mundialu niektórych już nie ma. Albo czas ich zweryfikował, albo sami zrezygnowali z gry w kadrze. Ale najważniejszy jest fakt, że niektórzy nie grają. To właśnie było naszym problemem. Niewielu z nas grało w klubach. Ja byłem po kontuzji... Gdyby te mistrzostwa były rok wcześniej, byłoby stać nas na więcej.

- Jak wy reagowaliście na zapowiedzi trenera Engela, że jedziecie po złoto?
- Trener lubił wywierać presję. Oczywiście nie chcieliśmy jechać na mistrzostwa tylko po to, żeby sobie pojechać. Chcieliśmy osiągnąć sukces, ale już po pierwszym meczu z Koreą było widać, że będzie ciężko. Taka sytuacja była też na tegorocznym mundialu. Kibice widzieli, w jakiej jesteśmy sytuacji, ale my też zdawaliśmy sobie sprawę. Kadra trenera Nawałki  teraz też po spotkaniu z Senegalem widziała, co się może wydarzyć. Wiedzieli, że nic więcej nie zrobią. My w Korei zrozumieliśmy, że nie było nas stać na wiele.

- Po pierwszym meczu zdaliście sobie sprawę, że awans będzie niemożliwy?
- Każdy wiedział, co się wydarzyło. Zastanawialiśmy się, czy musieliśmy ten mecz przegrać. Gdybyśmy zagrali na 0:0, byłoby okej. Mecz z gospodarzami zawsze jest trudny, niezależnie od poziomu, jaki prezentują. Wyszło jak wyszło, a potem już nie było szans.

- 34 występy w reprezentacji to wynik satysfakcjonujący pana?
- Mało! Dzisiaj już tego nie odwrócę. No chyba że złożyłbym podanie do prezesa Zbyszka Bońka z prośbą o zorganizowanie dla mnie 26 meczów (śmiech). Szkoda mi z perspektywy czasu, bo straciłem trochę przez kontuzje czy z uwagi na wyjazd do Fortuny Koeln. Nie byłem wtedy widziany w reprezentacji. Szkoda, bo obok nosa przeszło mi dużo meczów.

- Przede wszystkim tych na mundialu.
- Nie mam do nikogo pretensji, że wtedy nie wystąpiłem. Jako zawodnik musisz dać trenerowi argumenty. Gdybym grał w klubie, to pewnie byłbym wkurzony. Dlatego nawet się nie złoszczę, że byłem jedynym zawodnikiem, który nie pojawił się na murawie na mundialu. Zrobił się szum, że tylko ja nie zagrałem, a ja przecież doskonale rozumiałem decyzję trenera.

- Po mistrzostwach świata wiedział pan, że będzie musiał kończyć karierę? Podobno zgłosił się wtedy po pana Eintracht Brunszwik.
- Miałem sporo propozycji. Mundial dał mi jednak obraz, co się dzieje z moim organizmem, przede wszystkim ze stawami. Pojawiałem się na rozmowach w kilku klubach, ale wszystko kończyło się, gdy dochodziło do badań lekarskich. Miałem problemy z kolanami, z barkiem. Kluby chcą mieć zdrowego bramkarza. Gdybym uniknął poważnych urazów, to zapewne grałbym do czterdziestki. W wieku 33 lat byłem w życiowej formie. Przyhamowała mnie jednak ta kontuzja. Mistrzostwa uświadomiły mi, że czas kończyć.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się