var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: wikimedia.org

This is Anfield! TOP 10 najbardziej pamiętnych domowych meczów Liverpoolu w Lidze Mistrzów

Autor: Maciej Kanczak
2018-12-11 16:04:46

W zgodniej opinii kibiców i ekspertów, w zwycięstwie Liverpoolu nad Napoli w ostatniej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów pomóc mają nie wielkie indywidualności w zespole „The Reds” czy też zaskakująca taktyka wymyślona przez Jurgena Kloppa, a niepowtarzalna i magiczna atmosfera na Anfield Road, która ma ponieść gospodarzy, a kompletnie sparaliżować gości. O tym, że magia obiektu Liverpool FC to nie są tylko puste słowa, niech zaświadczy nasz ranking, najbardziej pamiętnych meczów LFC w Lidze Mistrzów na Anfield Road.

10. Liverpool FC – AS Roma 2:0, 6. kolejka drugiej rundy fazy grupowej, sezon 2001/2002

W sezonie 2001/2002 Liverpool FC w końcu zadebiutował w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Pierwszą rundę fazy grupowej przeszedł suchą stopą – wygrał grupę B, nie ponosząc przy tym żadnej porażki (trzy zwycięstwa i trzy remisy), a w pokonanym polu zostawił takie zespoły jak Boavista Porto, Borussia Dortmund i Dynamo Kijów. Schody zaczęły się w drugiej rundzie fazy grupowej – w grupie B z AS Roma, FC Barcelona i Galatasaray Stambuł piłkarze Gerarda Houlliera nie wygrali żadnego z pierwszych pięć spotkań (porażka z Barcą i cztery remisy), a mimo to... na kolejkę przed zakończeniem zmagań mieli jeszcze szanse na awans do 1/4 finału! Musieli tylko pokonać u siebie dwoma golami Romę, a w tym samym czasie „Aslan” nie mogli wygrać z „Dumą Katalonii”. „Blaugrana” nie zawiodła i wygrała w Turcji skromnie 1:0 po bramce Luisa Enrique. Liverpool również wzniósł się na wyżyny swoich możliwości i pokonał „Giallorossich” 2:0.

Portal thesefootballtimes.co tak opisywał atmosferę towarzyszącą tamtemu pojedynkowi: „Żarliwe wyczekiwanie i energia, które opanowały Anfield były namacalne. Gdy przed meczem Houllier  pojawił się w tunelu, otrzymał gorącą owację ze strony trybuny The Kop. Fani mieli nadzieję, że będzie to dodatkowy bodziec do uzyskania tego ważnego zwycięstwa”.

Gospodarze zaczęli nerwowo, ale wkrótce panika wdarła się i w szeregi gości. W 7. minucie Damiano Tommasi sfaulował Danny Murphy`ego, a jedenastkę na bramkę zamienił Jari Litmanen. Po stracie gola rzymianie rzucili się do szaleńczych ataków, ale Jerzy Dudek nie dał się zaskoczyć. W 64. minucie wynik meczu na 2:0 podwyższył Emile Heskey. Po tym trafieniu Roma już się nie podniosła i w końcowym rozrachunku odpadła z rozgrywek LM. LFC, mimo zaledwie jednej wygranej w drugiej rundzie fazy grupowej, awansował do 1/4 finału.

***

9. Liverpool FC – Real Madryt 4:0, rewanżowy mecz 1/8 finału, sezon 2008/2009

Real Madryt z lat 2005-2010 upatrzył sobie 1/8 finału jako fazę idealną do pożegnań z Ligą Mistrzów. Nim w Madrycie nastały rządy Jose Mourinho, „Królewscy” sześć razy z rzędu odpadali z Champions League u progu wiosny. W sezonie 2008/2009 zespół, który w czasie trwania rozgrywek objął Juande Ramos był rozbity wewnętrznymi konfliktami, roiło się w nim również od graczy przeciętnych, którzy w normalnych okolicznościach nigdy nie zakładaliby białej koszulki Realu. W dodatku w Madrycie z niepokojem obserwowano, co w Barcelonie tworzy Pep Guardiola. Niemniej wydawało się, że rywalizacja „Los Merengues” z Liverpool FC będzie zażarta i zacięta. Nic bardziej mylnego.

Na Santiago Bernabeu, po trafieniu Youssiego Benayouna, Anglicy wygrali 1:0. U siebie nie zamierzali jednak bronić jednobramkowej zaliczki. Gdy tylko zorientowali się, w jak słabej dyspozycji na Anfield Road zameldował się Real, krzyknęli niczym Uszat do Killera: "to ma być Real? To jakaś popierdółka, a  nie Real!". I zabrali się za strzelanie. Przed przerwą Ikera Casillasa pokonywali Fernando Torres i Steven Gerrard. W drugiej odsłonie, zaraz na samym początku, ponownie na listę strzelców wpisał się Gerrard, a słaniających się cały mecz na nogach rywali dobił w końcówce Andrea Dossena.

Gdy przed tegorocznym finałem Champions League „Liverpool Echo” wspominał starcie sprzed dziewięciu lat, w tytule napisał: „Dzień, w którym Liverpool pokazał Realowi co dokładnie znaczy Anfield”.

***

8. Liverpool FC – Arsenal 4:2, rewanżowy mecz 1/4 finału, sezon 2007/2008

Początek kwietnia stał pod znakiem aż trzech spotkań Liverpoolu z Arsenalem. Najpierw oba zespoły spotkały się w pierwszym meczu 1/4 finału Champions League na Emirates Stadium, gdzie padł remis 1:1. Takim samym wynikiem zakończyło się ligowe starcie obu ekip, ponownie rozegrane w stolicy Zjednoczonego Królestwa Brytyjskiego. Rewanż w ćwierćfinale LM na Anfield Road musiał już wyłonić zwycięzcę i tak też się stało. Nim jednak po Liverpoolu rozniosła się fraza „the winner is”, kibice zobaczyli jedno z najbardziej porywających widowisk tamtej edycji Pucharu Mistrzów.

„Obie drużyny spotkały się ze sobą już po raz trzeci w ciągu tygodnia. To, co najlepsze, zostawiły na szczęście na koniec” - pisało BBC o fenomenalnej postawie jednych i drugich. Gracze Arsenalu od początku spotkania zachowywali się niczym wściekłe i wygłodniałe psy, spuszczone właśnie z łańcucha. Piłkarze Liverpoolu z kolei jak przestraszeni przechodnie, którzy nagle zdali sobie sprawę z intencji psa.

Już w 13. minucie gości na prowadzenie wyprowadził Abou Diaby. Gospodarze dali się wyszaleć przyjezdnym, ci również po intensywnym początku opadli nieco z sił, czego efektem było wyrównujące trafienie Samiego Hyppi w 30. minucie. Po przerwie na murawie rządzili już tylko podopieczni Rafy Beniteza i dało to efekt w postaci trafienia Fernando Torresa w 69. minucie. „Kanonierów” stać był jeszcze na niesamowity zryw i w 84. minucie wyrównał Emmanuel Adebayor. Taki wynik dawał awans do 1/2 finału podopiecznym Arsene Wengera, ale ci nie potrafili jednak utrzymać nerwów na wodzy do końca. Już dwie minuty po bramce „Ade” Kolo Toure powalił w polu karnym Ryana Babela, zaś z jedenastu metrów nie pomylił się Steven Gerrard. W doliczonym czasie gry załamanych piłkarzy Arsenalu dobił jeszcze Babel i Liverpool znów zameldował się w czołowej czwórce Ligi Mistrzów.

„Szkoda piłkarzy z Londynu, bo dali dziś z siebie wszystko. To była jednak noc Liverpoolu” - podsumowało wydarzenia na Anfield Road, BBC.

***

7. Liverpool FC – Chelsea 1:0, k. 4:1, rewanżowy mecz 1/2 finału, sezon 2006/2007

Po raz trzeci z rzędu los skojarzył te dwa zespoły w Champions League. Oczywiście nikt w obu ekipach nie zamierzał rwać szat z tego powodu. Jose Mourinho był wdzięczny opatrzności, że ta zsyła mu kolejną okazję do rewanżu za niesłusznie przegrany półfinał w 2005 r. (więcej o tym spotkaniu przy pozycji nr 3). „The Reds” z kolei ponownie chcieli zagrać na nosie faworytowi ze stolicy Anglii.

W Londynie „The Blues” tym razem udało się wygrać 1:0 po bramce Joe Cole`a, ale to było zbyt mało, by ustępujący mistrzowie Anglii mogli jechać do miasta Beatlesów pewni swego. W Liverpoolu gospodarze również zwyciężyli 1:0 (gol Daniela Aggera), co oznaczało konieczność rozgrywania dogrywki. W niej żaden z zespołów nie potrafił przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść, więc o losach awansu do finału w Atenach miały zadecydować rzuty karne.

I tu już zaczął się prawdziwy dramat Mourinho. Z jego podopiecznych do siatki trafił tylko Frank Lampard, zaś strzały Arjena Robbena i Geremiego w wielkim stylu obronił Pepe Reina. Z kolei wszyscy gracze delegowani do jedenastek przez Rafę Beniteza wykorzystali swoje szanse (Boudewijn Zenden, Xabi Alonso, Steven Gerrard i Dirk Kuyt).

„Nerwy piłkarzy Chelsea znów uległy wrogości Anfield Road” - skonstatował przebieg meczu „The Guardian”.

***

6. Liverpool FC – Manchester City 3:0, pierwszy mecz 1/4 finału, sezon 2017/2018

Gdy oba zespoły wpadły na siebie już w 1/4 finału poprzedniego sezonu LM, media na całym świecie bez wahania nazwały ten pojedynek przedwczesnym finałem. Team Jurgena Kloppa jako pierwszy w poprzedniej kampanii znalazł sposób na pokonanie „The Citizens” (4:3) w Premier League, przerywając imponującą serię 22 meczów bez porażki drużyny Pepa Guardioli. Mimo styczniowej przegranej na Anfield Road, za faworyta tamtego dwumeczu i tak uchodzili jednak Sergio Aguero i spółka.

Wszelkie  analizy bukmacherów i przewidywania fachowców wzięły jednak w łeb, gdy „Obywatele” wyszli na murawę. Na niej już „ponownie cierpieli w obliczu presji, agresji i silnego ataku LFC” - jak napisało w pomeczowej relacji BBC. Heavymetalowy band Kloppa, niczym Metallica w 1989 r. w Seattle (zdaniem portalu whatculture.com właśnie w stanie Waszyngton ten amerykański zespół w swojej historii najbardziej dał czadu), zagrał taki koncert, że nawet piłkarze Guardioli w pewnym momencie przestali grać, a zaczęli przyglądać się jak „The Reds” pięknie wymieniają futbolówkę. Po 31. minutach gospodarze prowadzili już 3:0 po trafieniach Mohameda Salaha, Sadio Mane i Jamesa Milnera.

I nic to, że przyszli mistrzowie Anglii częściej byli przy piłce (66%) i oddali więcej strzałów na bramkę gospodarzy (11), skoro ani jeden nie był celny. Podczas gdy w zespole Kloppa jego członkowie na gitarze prezentowali wpadające w ucho riffy,  w bandzie Guardioli było to zwykłe pobrzękiwanie, bez ładu i składu, którego absolutnie nie dało się słuchać.

***

5. Liverpool FC – Bayer Leverkusen 3:1, pierwszy mecz 1/8 finału, sezon 2004/2005

Jesienią 2004 r. nikt nie grał w Lidze Mistrzów piękniej niż Bayer. Efektowne zwycięstwa z Realem Madryt (3:0) i AS Roma (3:1) sprawiły, że „Aptekarze” w wielkim stylu wygrali grupę B. Stali bywalcy BayArena oczami wyobraźni widzieli już podopiecznych Klausa Augenthalera w finale Champions League. Polskich kibiców radował z kolei fakt, że jedną z czołowych postaci tamtego zespołu był Jacek Krzynówek. „Krzynio” i spółka nie dotarli jednak do decydującego starcia w Stambule, bo wyłożyli się już na pierwszej przeszkodzie w fazie pucharowej.

O grze Liverpoolu w fazie grupowej nic dobrego nie można było powiedzieć, ale piłkarze Rafy Baniteza zabójcze oblicze pokazali wiosną. Z aptekarską dokładnością wymierzyli Bayerowi trzy mocne ciosy. Po kwadransie prowadzili 1:0 (Luis Garcia), po dwóch 2:0 (John Arne Riise), z kolei gdy wybił szósty kwadrans trzeciego gola strzelił Dietmar Hamann. „Wynik i gra Liverpoolu jest tym bardziej imponującą, że przecież ten musiał sobie radzić bez swojego lidera, Stevena Gerrarda” - nie krył podziwu w relacji internetowy serwis BBC.

Czystego konta Anglikom nie udało się jednak utrzymać. W doliczonym czasie gry strzał rozpaczy z dystansu oddał Dymitar Berbatow. Piłka leciała w środek bramki, a mimo to Jerzy Dudek wypuścił ją przed siebie. Do futbolówki błyskawicznie dopadł Franca i honorowym trafieniem zaaplikował swoim kolegom lek na nadzieję w rewanżu. Kamery telewizyjne długo pokazywały zasępionego Polaka, który nie cieszył się razem z kolegami ze znakomitego występu. „To dobry rezultat, ale nie ma co ukrywać, mógł być jeszcze lepszy” - napisał „The Guardian”. Błąd „Dudiego” na szczęście nie kosztował LFC awansu, bo na BayArena jego koledzy znów okazali się lepsi, wygrywając 3:1.

***

4. Liverpool FC – Juventus 2:1, pierwszy mecz, sezon 2004/2005

Tamtego dnia trudno było skupić się w 100% na futbolu. Świat pogrążony był w żałobie po śmierci Jana Pawła II, zatem to frapująco zapowiadające się starcie, będące rewanżem za finał Pucharu Mistrzów z 1985 r., pozbawione było otoczki wielkiego święta. Na boisku jednak wojna rozpoczęła się już od pierwszego gwizdka. Wydawało się, że Liverpool, mimo że gra na własnych śmieciach, skupi się na defensywie i będzie wyczekiwał okazji do kontr. W jakim więc szoku musieli być Włosi, widząc tak agresywnie grających rywali, którzy już po 25. minutach prowadzili 2:0.

Najpierw uderzeniem z woleja popisał się Sami Hyppia. Chwilę potem z kolei cudownym strzałem z powietrza Luis Garcia przelobował Gianluigiego Buffona. „Piłkarze z Turynu kompletnie nie wiedzieli co się dzieje na murawie, a ich lider – Pavel Nedved miał ruchy, jakby był zardzewiały” – relacjonowało BBC. Gdyby podopieczni Rafy Beniteza utrzymali tempo z pierwszych 30 minut, mecz mógłby się skończyć pogromem „Starej Damy”. Ta jednak po początkowym szoku, wstała, otrzepała się i w drugiej połowie prezentowała się już godnie.

Ze względu na kontuzję uda, w starciu tym nie mógł wystąpić Jerzy Dudek. Dla zastępującego Polaka Scotta Carsona był to dopiero trzeci występ w czerwonych barwach. Młody Anglik nie popisał się przy niezbyt mocnym strzale głową Fabio Cannavaro i dał się filigranowemu Włochowi zaskoczyć uderzeniem w krótki róg. W rewanżu w Turynie wystąpił już reprezentant Polski i nie dał się pokonać żadnemu z podopiecznych Fabio Capello.

***

3. Liverpool FC – Chelsea 1:0, rewanżowy mecz 1/2 finału, sezon 2004/2005

Kopciuszek na balu mistrzów bawił się wybornie, o czym świadczyły niespodziewane triumfy z Bayerem Leverkusen i Juventusem. Lada moment miała jednak wybić północ i piłkarze Liverpoolu znów mieli zamienić się w tych elitarnych rozgrywkach w zwykłych służących. Czasem można żałować, że życie to nie bajka, ale w przypadku podopiecznych Rafy Beniteza nikt z tego powodu nie rozpaczał. Nie było dobrej wróżki ani zegara wskazującego, że czas już kończyć przednią zabawę. Liverpoolski kopciuszek sam doskonale wiedział, że o północy to impreza dopiero się zaczyna.

Chelsea pod wodzą Jose Mourinho w sezonie 2004/05 to była prawdziwa maszyna. W rozgrywkach Premier League „The Blues” wygrali 29 z 38 spotkań (LFC „tylko” 17). Między obiema drużynami w tabeli było aż 37 punktów różnicy. W dwóch starciach w PL górą byli piłkarze ze Stamford Brigde (dwie wygrane po 1:0), lepsi okazali się również w finale Curling Cup (3:2). Były jak trzy siostry, które na każdym kroku naigrywały się i prześladowały kopciuszka. Na balu w kulminacyjnym momencie, znalazły się jednak w jego cieniu.

W Londynie w pierwszym starciu padł bezbramkowy remis. Wszystko zatem miało rozstrzygnąć się na Anfield Road. Gospodarze już trzy minuty po rozpoczęciu spotkania wyszli na prowadzenie. Sędzia główny tego meczu, Lubos Michel, odnotował, że Luis Garcia wpisał się na listę strzelców, ale trafienie Hiszpana to jeden z tych goli, których powtórki można oglądać w nieskończoność, a i tak nie ma się 100% pewności, że piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową. „The Special One” do dziś nie wybaczył Słowakowi tamtej decyzji, uznając, że ten okradł jego zespół ("To był gol z księżyca", powiedział po meczu). Arbiter tłumaczył, że odgwizdując gola dla LFC wybrał mniejsze zło – wszak przed strzałem hiszpańskiego pomocnika Petr Cech poturbował Milana Barosa i wówczas podyktowana zostałaby jedenastka dla Liverpoolu, a czeski bramkarz wyleciałby z boiska.

Podopieczni JM uniknęli więc straty zawodnika i mieli aż 87 minut na odpowiedź. Gol wyrównujący dałby im awans do finału w Stambule. Z siedmiu strzałów, jakie oddali wówczas na bramkę Jerzego Dudka, tylko jeden był celny. Najlepszą okazję do wyrównania w doliczonym czasie gry miał Eidur Gudjohnsen, ale będąc praktycznie sam przed Dudkiem fatalnie spudłował. „No i kto jest teraz specjalny Jose? Liverpool wygrał, bo był znakomicie ustawiony w defensywie i na wygraną zdecydowanie zasłużył” – naigrywał się po meczu z Mourinho „The Guardian”.

***

2. Liverpool FC – Besiktas JK 8:0, 4. kolejka fazy grupowej, sezon 2007/2008

Grupa, do której „The Reds” trafili w sezonie 2007/2008 delikatnie rzecz ujmując, nie powalała na kolana (Besiktas Stambuł, FC Porto i Olympique Marsylia). Anglicy mieli wygrać ją w cuglach, reszta ekip skupić się miała na walce o drugie miejsce. Ciężko jednak o promocję, gdy w pierwszych trzech meczach zdobywa się… zaledwie punkt (remis z Porto, porażki z Besiktasem i OM). Benitezowi coraz mocniej zaciskała się wówczas pętla na szyi. Brytyjskie media donosiły o tajnych rozmowach właścicieli LFC, George`a Gilletta i Toma Hicksa z Jurgenem Klinsmannem. Gdy dziennikarze dopytywali Hiszpana o te doniesienia, ten wściekły odparował, że interesuje go tylko i wyłącznie jego zespół i nic więcej. Negocjacje z Niemcem trzeba było jednak przerwać, bo Liverpool wrócił w Lidze Mistrzów na zwycięską ścieżkę. I był to powrót przez duże P.

Biedny Besiktas po sensacyjnej wygranej na BJK Inonu Stadium, na Anfield Road przyjechał przynajmniej po remis, a tymczasem wrócił do Turcji z bagażem aż ośmiu goli. Nikt wcześniej ani później wyżej w LM nie wygrywał (w sezonie 2015/2016 to osiągnięcie wyrównał Real Madryt, który 8-0 wygrał z Malmoe FF, wcześniej najwyższe zwycięstwa osiągali Juventus z Olympiakosem 7-0 w sezonie 2003/2004 oraz Arsenal ze Slavią Praga również w rozgrywkach 2007/2008).

Do przerwy nic nie zapowiadało tej kanonady. Po trafieniach Petera Croucha (16. minuta) i Yossiego Benayouna (32), gospodarze prowadzili tylko 2:0. Prawdziwa demolka zaczęła się po przerwie. Reprezentant Izreala w drugiej połowie dołożył kolejne dwa trafienia, kompletując tym samym hat-tricka, a dwa razy na listę strzelców wpisał się również rezerwowy, Ryan Babel. Przyjemności zdobycia bramki nie mógł odmówić sobie Steven Gerrard, zaś w samej końcówce będących na deskach rywali znokautował ponownie Crouch i rekordowa wygrana stała się faktem.

„Liverpool znów wśród żywych” – skomentowało efektowną wygraną Liverpoolu BBC. To był moment zwrotny dla piłkarzy Beniteza, którzy nie tylko nie przerwali zwycięskiego marszu, ale dalej strzelali jak szaleni. Trzy tygodnie później, również u siebie, rozbili FC Porto 4:1, zaś na zakończenie grupowych zmagań zwyciężyli na Stade Valodrome z miejscowymi aż 4:0. Do 1/8 finału LM oczywiście awansowali.

Co ciekawe, tamto spotkanie z Beskitasem dość szybko znalazło się pod lupą UEFA. Według „Sueddeutsche Zeitung” tuż przed meczem odnotowano podejrzanie wysoką ilość zakładów na wysokie zwycięstwo Anglików.

***

1. Liverpool FC – Olympiakos 3:1, 6. kolejka fazy grupowej, sezon 2004/2005

Nie byłoby wspomnianej tu już wcześniej triumfalnej ścieżki do finału Ligi Mistrzów oraz magicznej nocy w Stambule, gdyby nie grudniowy wieczór w 2004 r. na Anfield Road. Wieczór, który najlepiej oddaje magię tego obiektu i niepowtarzalnej atmosfery na nim. Magię, która sprawia, że nawet jeśli „The Reds” idzie jak po grudzie, mimo przeciwności losu są w stanie pokonać każdego przeciwnika.

Podopieczni Rafy Beniteza w tamtym sezonie Champions League spisywali się przeciętnie. Niemniej, po czterech kolejkach mieli na koncie siedem punktów i raczej nikt nie przewidywał kłopotów z awansem do fazy pucharowej. Tymczasem w 5. serii spotkań Jerzy Dudek i spółka przegrali z AS Monaco 0:1. W tym samym czasie Olympiakos w takim samym stosunku wygrał z Deportivo La Coruna i nagle 5-krotni triumfatorzy Pucharu Mistrzów znaleźli się tuż nad przepaścią. Żeby awansować, w ostatniej kolejce musieli pokonać wicemistrzów Grecji, najlepiej nie tracąc przy tym gola (w Pireusie lepsi byli gospodarze wygrywając 1:0). Tymczasem na Anfield Road przybysze z Hellady już po 26. minutach prowadzili 1:0 po uderzeniu Rivaldo. I co gorsze dla miejscowych, wcale nie zamierzali jedynie bronić korzystnego wyniku. Liverpool do awansu do 1/8 finału potrzebował już wówczas aż trzech bramek.

Gospodarze za odrabianie strat wzięli się od początku drugiej połowy. Najpierw swoje cegiełki dołożyła młodzież – w 47. minucie do wyrównania doprowadził 21-letni Florent Sinama-Pongolle, a 34 minuty później na 2:1 dla LFC podwyższył 23-letni Neil Mellor. Nosa miał wówczas Benitez, wprowadzając obu graczy w drugiej odsłonie spotkania. 2:1 to wciąż jednak był rezultat, który awansem premiował „Thrilos”. Sprawy w swoje ręce wziął więc lider i kapitan zespołu, Steven Gerrard. Otrzymawszy na 20. metrze podanie głową od Mellora huknął jak z armaty z woleja, a strzegący greckiej bramki Antonis Nikopolidis, mimo że wygiął się w tej sytuacji jak struna, nie mógł nic zrobić.

„Być może to nie umiejętności, a zwykły fart zadecydował o awansie Liverpoolu. Ale na ten fart też trzeba było sobie zasłużyć” – podsumowało dramatyczny pościg piłkarzy z miasta Beatlesów, BBC.


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie