var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Youtube / Łączy Nas Piłka

Waldemar Matysik dla 2x45: Za to co robiłem, Boniek powinien odstrzelić mi coś z transferu do Juventusu

Autor: rozmawiał Jan Mazurek
2018-12-14 14:32:56

Waldemar Matysik jest legendą. Brązowym medalistą mistrzostw świata z 1982 roku. Był mrówką, tytanem i entuzjastą pracy. Jego kolosalny wysiłek w środku pola doceniali wszyscy - Zbigniew Boniek, Janusz Kupcewicz, Antoni Piechniczek i rzesza kibiców, zakochanych w tamtej reprezentacji. W rozmowie z 2x45 55-krotny reprezentant Polski opowiada o jednym z największych sukcesów w historii polskiego futbolu w sposób zakulisowy i anegdotyczny. Zapraszamy!

Jan Mazurek (2x45.info): - Zawsze ochraniał pan gwiazdy.
Waldemar Matysik:
- (Dłuższa chwila zastanowienia i głośny śmiech) Ochraniał gwiazdy. Toż to kapitalne określenie! Dokładnie, zawsze pracowałem na innych, byłem mrówką, gościem od czarnej roboty, którego głównym zadaniem było zabezpieczanie pleców największych gwiazd, żeby mogli strzelać bramki, nie musząc martwić się o obronę. Za to ja nigdy nie byłem gwiazdą. Napędzałem kolektyw, będąc jego częścią. 

- Ale zanim mógł pan ochraniać gwiazdy na boisku, najpierw musiał pan pełnić rolę żywej tarczy, osłaniającej Włodzimierza Smolarka przed gradem kamieni lecących z trybun.
- Pamiętam, oczywiście, zgadza się. Przerwany mecz eliminacji do Mundialu '82 na Malcie. W naturze wpisane mam bycie pomocnym i troskliwym o innych. Do dzisiaj. I wtedy włączył mi się taki instynkt. Wyuczony, bo tak zostałem wychowany. Babcia mówiła: „Z ciebie dziecko, to coś będzie na pewno, taki pomocny jesteś dla nas!”.

I do tego zawsze byłem bezinteresowny. W autobusach zawsze ustępowałem starszym, pomagałem kobietom wnosić ciężkie walizki po schodach. To było dla mnie normalne. Dlatego wtedy, na Malcie, nie było dla mnie problemem wykonanie zadania, jakie nam polecono. Kibice zaczęli rzucać kamieniami, a ja z Markiem Ostrowskim i jeszcze kilkoma innymi zawodnikami mieliśmy eskortować Smolarka do szatni, żeby nic mu się nie stało. Ważne dla naszej reprezentacji było, żeby wyszedł z tego cały i zdrowy. Ba, nawet żywy. Mieliśmy do spełnienia trudną misję, ale powiodło nam się. Potem ze Smolarkiem i Ostrowskim przeżyliśmy jeszcze bardzo dużo. Regularnie w pokojach na kadrze graliśmy razem w karty, a przed Meksykiem '86, to już był nawet rutynowy zwyczaj. 

- To był początek pana reprezentacyjnej legendy. Eliminacje, zbliżający się mundial.
- Powołał mnie Ryszard Kulesza. To było po słynnej aferze na Okęciu, kiedy kilku piłkarzy odsunięto od drużyny i trzeba było znaleźć zastępców. Byliśmy w grupie z NRD i Maltą. Tylko jedna drużyna mogła awansować do czempionatu. Musieliśmy wygrać wszystkie mecze grupowe. Z Maltą byliśmy faworytami, ale nie było łatwo. Skończyło się 2:0, ale atmosfera była napięta. Zdenerwowani lokalni kibice najpierw zaczęli rzucać monetami, a gdy to nie przyniosło efektu, przerzucili się na kamienie. Zrobiło się groźnie.

- Kadra po aferze na Okęciu była rozbita?
- Na Malcie nie grałem, pierwszy raz w eliminacjach wystąpiłem w Lipsku, przeciw NRD. Wtedy już wszystkie kwestie sporne zostały rozwiązane. Był nowy trener, nowe rozdanie. Wygraliśmy 3:2 i awansowaliśmy do mistrzostw świata. 

Mam olbrzymi sentyment do tego spotkania. 2. minuta. Dopiero rozbrzmiał pierwszy gwizdek sędziego, Grzegorz Lato miał piłkę, obszedłem go, podał mi idealnie w tempo, a ja dorzuciłem futbolówkę wprost na głowę Andrzeja Szarmacha. 1:0. Ale się cieszyłem. Taka akcja z takimi legendami. 

- Miał pan raptem 19 lat. 
- Młodziutki byłem. Przed starciem z NRD zaczęły pojawiać się krytyczne głosy, że wraz ze Stefanem Majewskim jesteśmy za młodzi i nie wiadomo, czy damy radę podołać presji. Piechniczek musiał się tłumaczyć z tej decyzji. Od razu sobie pomyślałem: "Mówicie, że dzieciaki, że ryzyko? To będzie dobre, młode ryzyko!". I pracowałem jak wół. Nie odpuszczałem Niemcom nawet na centymetr. 

- Obok pana Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, jeszcze kilku innych wspaniałych zawodników.
- Podziwiałem ich. Doskonale pamiętałem ich z boisk z 1974 roku. Oglądałem je z ojcem i niesamowicie nam imponowali. Bohaterowie, genialni piłkarze. Co to był za skład! Do teraz pamiętam:

Tomaszewski – Szymanowski, Musiał, Żmuda, Gorgoń - Deyna, Kasperczak, Maszczyk, Gadocha – Lato, Szarmach.

Pierwsza "11" Górskiego. Z nami do Hiszpanii pojechał Szarmach, Lato i Żmuda. 

- Jak pana przyjęli w szatni?
- Stawiali na mnie, czułem ich zaufanie, ale też spore oczekiwania. Nie mogłem zawieść. W każdej formacji mieliśmy lidera, któremu musieliśmy się podporządkowywać. Żmuda w obronie, Lato w pomocy, Boniek w ataku i Szarmach jako rezerwowy. W szatni przyjęli mnie bardzo ciepło. Wiedzieli co potrafię i jaka jest moja rola. 

Docenili mnie również za to, jak zagrałem w Lipsku. Kluczowy mecz, nie można było się lękać, a ja zagrałem tak, jak ode mnie oczekiwano. Miałem taki trzeci-czwarty zmysł, który pozwalał mi przewidywać wydarzenia boiskowe. Tu podwoić, tam zaasekurować, tu przesunąć się w lewo, tam w prawo. Po tym spotkaniu usłyszałem dużo ciepłych słów od Grzesia, Zibiego i Władka Żmudy, który zawsze mną kierował na boisku. Dużo krzyczał, pokazywał, instruował. Było fajnie. 

- Lipsk. 85 tysięcy ludzi na trybunach. Zmiękły nogi?
- Nie! Byłem tak zmotywowany, że nawet nie widziałem i nie słyszałem tych wszystkich kibiców. Liczyło się dla mnie tylko boisko. Myślałem tylko o tym, żeby realizować założenia taktyczne trenera Piechniczka. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia. Poza tym, obok mnie byli tak wspaniali i doświadczeni gracze, że byłem spokojny o rezultat tego spotkania. My młodzi - ja, Andrzej Buncol, Janusz Kupcewicz, Stefan Majewski, Jan Jałocha - byliśmy głodni sukcesów i dorównania starszym. Miałem proste zadanie. Przejąć, podać do najbliższego, ustawić się w dobrym miejscu. 

Zbigniew Boniek zawsze okrutnie się denerwował, kiedy graliśmy w poprzek albo do tyłu. Krzyczał: "Do przodu, do przodu! Jestem wolny!".

Włodek Smolarek tak samo. Byli szybcy, dynamiczni, wychodzili do prostopadłych podań. Mnie z nimi łączyło to, że byłem strasznie ambitny. Wyłapywałem mnóstwo piłek. Miałem jedną zasadę. Nigdy nie patrzyłem na piłkę, zawsze w oczy rywalowi, więc już wcześniej wiedziałem, gdzie będzie chciał zagrać. I tam biegłem.

- Awansowaliście. Przyszedł czas na zgrupowania. Trochę w Polsce, potem we Włoszech, Hiszpanii, Francji i Niemczech. I to właśnie ten okres zbudował pana legendę jako niezniszczalnego atlety.
- Biegi po górach! To było coś. W Wiśle miałem niesamowite przygotowanie. Ganialiśmy po szczytach. Raz przed startem złapali mnie Smolar i Zibi:
- Ty, jak ty to robisz?
- No, biegam, po prostu.
- To poczekaj trochę!

Dziwiło ich, że zawsze jestem pierwszy w hotelu i już kończę kolację, kiedy inni są jeszcze na trasie. Też tak chcieli. Zależało im, żeby we wszystkim być najlepszym. Bywało śmiesznie. Tak się zabiegałem raz, że pobiegłem za granicę. Na Czechosłowację. Tam zaraz byli wopiści i krzyczą, wskazując mi przeciwny kierunek:
- Chłopie, zawracaj, tam jest Polska! 

W tym czasie inni reprezentanci mnie wyprzedzili, ale szybko zniwelowałem przewagę i w schronisku byłem pierwszy. Dostałem wodę czy tam herbatę i znowu w góry. Do hotelu. Na obiedzie, oczywiście, byłem sam, oni dopiero później zaczęli dochodzić, kiedy ja już w spokoju przygotowałem się na popołudniowy trening. Byłem rewelacyjnie przygotowany. 

- Zgrupowania we Włoszech i Hiszpanii miały was przyzwyczaić do śródziemnomorskiego klimatu?
- Aklimatyzacja w innym klimacie. Przez stan wojenny w Polsce mogliśmy grać sparingi tylko z drużynami klubowymi. Pokonaliśmy Stuttgart (2:1), Athletic Bilabo (4:1), reprezentację Mediolanu (2:1), zremisowaliśmy z Romą (2:2). Trochę tego było. Bardzo dobre sprawdziany. Ale ważniejsze dla nas było przystosowanie się do piekielnych temperatur. Codziennie po 40 stopni Celsjusza. Po meczach na Mundialu w '82 roku traciłem 5-6 kilogramów. Normalnie ważyłem 72, po przebieganym spotkaniu wchodziłem na wagę i było 67. Straszne.

- Jechaliście na mundial po złoto?
- Ukrywałem tę myśl głęboko w sercu. Zachowywałem ją dla siebie, ale tak, to prawda, jechałem do Hiszpanii po złoto. Pamiętam jak Boniek, już jako prezes PZPN, zaprosił mnie z żoną na mecz reprezentacji do Wrocławia, na debiut trenera Nawałki. Od razu powiedział:
- Ja jestem w szoku, ile ty mówisz! Jako piłkarz to dwa słowa na krzyż: tak i nie. A tutaj, ile możemy porozmawiać.

Dziwił się i zaraz pochwalił też moją żonę za to, że nauczyła mnie się wysławiać. To coś pokazuje. W 1982 raczej nie byłem gadułą. Sam sobie coś mogłem założyć, ale byłem ostatnią osobą, która by to komukolwiek wtedy powiedziała. Chciałem to złoto. Byłem w najlepszym piłkarskim wieku. 20 lat. Druga taka okazja mogła się nie przydarzyć. 

- Mistrzostwa świata. Pierwszy mecz z Włochami. Pan obok Bońka w pierwszym składzie. 
- Byle nie przegrać. Włosi, wiadomo, defensywa przede wszystkim. Nasze założenie było takie samo. I mecz się zamknął. Oni nie mogli sobie stworzyć żadnej sytuacji, a my też nie mieliśmy łatwiej. Typowe starcie w środku pola. 0:0. Założenie spełnione. Nic poniżej, nic ponad. Grałem przeciw piłkarzowi Fiorentiny, Giancarlo Antognoniemu. Dałem radę. 

Byliśmy pewni siebie. Skoro z Włochami zremisowaliśmy, to z Kamerunem musi być łatwo. Nic o nich nie wiedzieliśmy. Znany był tylko Roger Milla, reszta była anonimowa. Myśleliśmy, że łatwo wygramy. Piechniczek zrobił zmiany, ja siedziałem na trybunach, miało być ofensywniej. Podszedł do mnie i mówi:
- Dzisiaj trybuny, bo chcemy trochę więcej postrzelać.

Zrozumiałem, ale nie wyszło. Znowu 0:0. Kamerun nas zaskoczył. Nie potrafiliśmy stworzyć nic ciekawego. Byli szybcy, wybiegani, waleczni. Pojawiła się presja. Na treningu Piechniczek znowu zwrócił się do mnie:
- Wracasz do pierwszego składu na Peru. Graj swoje.

Czyli co miałem robić? Wiadomo. Człowiek od czarnej roboty. Trener widział, że z Kamerunem mieliśmy szczęście. Bez defensywnego pomocnika w środku pola była dziura. 

- Antoni Piechniczek od razu określił, że pana zadanie ma być stricte defensywne?
- Od początku było to wiadome. W systemie, w którym graliśmy, pełniłem rolę "6". W ofensywnych akcjach nie mogłem nawet wychodzić za linię środkową. Zawsze miałem kogoś asekurować. Jak włączał się prawy obrońca, to schodziłem na prawo. Jak to samo robił lewy, to na lewo. Tak miałem grać. Przed obroną i pomiędzy obroną. Bardzo dobry byłem w sytuacjach jeden na jeden, więc dostawałem do krycia najlepiej wyszkolonych technicznie rozgrywających rywali. 

- Wirtuozów brakowało za to w reprezentacji Peru. Wygraliście 5:1.
- Wielki przełom. Ulga. Po remisach z Kamerunem i Włochami bardzo potrzebowaliśmy tego zwycięstwa. Przed samym meczem mieliśmy spotkanie z prezydium i ludźmi zarządzającymi kadrą. Mówili o wielkim głodzie zwycięstw. O tym, że naród potrzebuje silnej drużyny. Cała Polska na nas patrzyła. Wszyscy liczyli, że wygramy.  W kraju była ciężka sytuacja. Stan wojenny. Perturbacje, strajki, spory. Mieliśmy pokazać rodakom charakter. Dać im radość. Jak? Po prostu grać w piłkę na swoim poziomie, czyli dobrze! Wiedzieliśmy, że będzie trudno, ale w takich właśnie sytuacjach musieliśmy prezentować się najlepiej. I wypaliło. Do przerwy było 0:0, ale potem zagraliśmy bajecznie. Pięć bramek w drugiej połowie. To było piękne. Wszyscy grali genialnie. 

- I można było ze spokojną głową wrócić do hotelu, który, swoją drogą, był mało ekskluzywny.  Mieszkał pan w pokoju z Włodzimierzem Smolarkiem?
- Właśnie nie, mieszkałem z Andrzejem Pałaszem. Obydwaj byliśmy z Górnika Zabrze i tak się też dobraliśmy klubowo do pokojów. 

- Czyli to Pałasz był towarzyszem niedoli...
- Heh, w barcelońskim hotelu „Gispert” nie było klimatyzacji, a na dworze piekło. Przykrywaliśmy się zamoczonymi w wodzie prześcieradłami, żeby choć w minimalnym stopniu zregenerować wymęczone i przegrzane ciała.

Takie to były warunki. Pamiętam kontrole antydopingowe. Podczas meczów biegałem jak szalony po całej długości boiska i w federacji zaczęli mieć wątpliwości. Gorąco, duszno, ciężko, a gość zasuwa jakby coś brał! Tak myśleli. Brali mnie dwa razy na badania i to dopiero było wyzwanie, bo wymęczony nie mogłem zmusić organizmu do oddania moczu. Do hotelu wracałem o północy. Noc już ciemna, nikogo nie ma, ani jedzenia, ani picia, kuchnia zamknięta. Koszmar.

Powiem jednak tak: niedogodności nas wzmocniły. Zahartowały. Staliśmy się wojownikami. Do umiejętności i wielkich talentów doszła jeszcze olbrzymia potrzeba przekucia tych wszystkich nieprzyjemności w sukces.

- Zostając jeszcze w temacie zakwaterowania, przy hotelu usytuowany był basen. Macie stamtąd wiele zdjęć. To było główne miejsce relaksu?
- Oj, był, był, dobrze go pamiętam, bo ja… od wody stronię. Boję się jej. Kiedy byłem dzieckiem, nieopodal mojej miejscowości robili tamy. Dużo osób tam chodziło, pływali sobie, ale ja jakoś nigdy nie byłem wielkim entuzjastą takiego spędzania czasu. Cały czas grałem w piłkę! To był sens mojego życia. Nawet nie myślałem o pływaniu.

W '82 chłopaki faktycznie spędzali dużo czasu nad basenem. Większość grupowych rozmów towarzyskich tam się odbywała, bo wiadomo, że woda dawała ochłodzenie. Ja za to zawsze siedziałem sobie obok, w cieniu, i też odpoczywałem, uczestnicząc w życiu drużyny. Czasami ktoś się śmiał, że ja tylko jeden palec maksymalnie wkładam do basenu, ale ja naprawdę się bałem, czy przypadkiem nie jest za głęboko! Żadne morze, żadne jezioro, żaden basen. Nie ma opcji. 

- Idąc dalej, mecz z Belgami. Wspaniały wieczór…
- Legenda Zbyszka Bońka i całej naszej kadry. A może w odwrotnej kolejności. Nieważne, najlepszy mecz na mistrzostwach. Belgia zawsze była mocna, a tutaj byliśmy o kilka klas lepsi. Zagraliśmy jak z nut. Po tym do awansu wystarczył nam tylko remis z ZSSR, żeby wejść do półfinału. Tej nocy Boniek był nieprawdopodobny. Oglądanie go było najwyższą przyjemnością. Lekkość, gracja, diabelny występ.

- Opisując ten mecz nazwał się „zbawcą narodu polskiego w trudnych chwilach”.
- (Głośny kilkunastosekundowy śmiech) Taki to człowiek. W każdej sytuacji jest zbawcą. Wtedy jako piłkarz, później jako prezes. Ale nie, on nie zapomniał, że my istniejemy. Że jest kolektyw. Że miał piłkarzy, którzy pracowali na niego. Kiedyś, w przypływie szczerości, powiedział nam:
- Nie zapomnę panowie o tym, jak gracie i ile znaczycie.

Taki to człowiek. Pomogliśmy mu w tym, żeby był tym zbawcą. W ogóle, jeszcze jedna kapitalna historia. Wielu komentatorów wymieniało nazwisko „Boniek”, kiedy to ja byłem przy piłce. Dlaczego? Bo byliśmy strasznie do siebie podobni. Włosy, wąsy… I wychodziło, że ten Zibi robi wszystko. Odbiera, asekuruje, rozgrywa, biega, strzela. Ba, nawet czasami podawał sam do siebie. W końcu więc mówię pewnego razu do niego:
- Zibi, ty mi będziesz musiał coś odpalić chyba od tego transferu do Juventusu.
- Najgorsze jest to, że chyba muszę się zgodzić!

Pół-żartem, pół serio, ale tak było! Sam to przyznał.

- Grał pan zawsze usytuowany niedaleko Bońka i Janusza Kupcewicza. Przytaczam panu fragment z wywiadu tego drugiego dla „Przeglądu Sportowego”: „Mimo odmiennych charakterów i braku sympatii, w życiu codziennym nigdy nie kłóciłem się z Bońkiem, ale podczas meczu z Belgią doszło do zgrzytu. Zibi puścił mi taką wiąchę, że to aż nie wypadało tak zwracać się do kolegi z zespołu. Nie pozostałem mu wtedy dłużny. Było nieprzyjemnie”. Pamięta pan tę sytuację?
- Coś mi się przypomina. Ja byłem „6”, Janusz „10”, a Boniek w ataku. Kupcewicz zawsze mówił: „Boniek? Matysik? Ciołek? Ktokolwiek inny? Nieważne, powiem swoje zdanie, co uważam i tak będzie dobrze”. Nie bał wyrażać swoich opinii i dlatego wszyscy darzą go olbrzymim szacunkiem. Zawsze szczerze, ale z szacunkiem i klasą. Po trzydziestu pięciu latach się spotkaliśmy na tym meczu we Wrocławiu na zaproszenie Bońka i Kupcewicz powiedział:
- Właśnie gadałem ze Zbyszkiem. Oceniłem mu wszystkich zawodników reprezentacji. Kilku negatywnie.

I tam zaczął wymieniać. Miał tę umiejętność mówienia bez owijania w bawełnę. Wprost, między oczy. Bardzo go lubię. Zawsze go podziwiałem. Piękny komplement mi kiedyś wystawił. Podchodzi i mówi:
- Walduś, co żeś ty tam biegał, to naprawdę powinniśmy ci do końca życia dziękować, bo nasze płuca już by nie istniały!

- Starsi zawodnicy wspierali pana podczas mundialu?
- Zostałem świetnie przyjęty. Młynarczyk, Żmuda, Lato - kapitalnie mnie wspierali. Byliśmy drużyną przez duże „D”. Każdy każdemu pomagał i nikt na nikogo krzywo nie patrzył. Nawet ci, którzy mniej grali albo stanowili dopełnienie zespołu kibicowali grającym bardzo mocno i szczerze. Kolektyw.

- Polityczna kwestia. Z ZSSR graliście dla „Solidarności”?
- (Głośny śmiech) Czy myśmy grali dla „Solidarności”? Nie! Myśmy grali dla Polski. Ale tamten mecz był faktycznie nacechowany politycznie, choć nie zwracałem wtedy specjalnie na to uwagi. Polska, Polska i jeszcze raz Polska, choć pamiętam jak kibice rozwiesili za jedną z bramek wielką biało-czerwoną flagę z napisem „Solidarność”. Takich rzeczy się nie zapomina.

Dokładnie tak samo jak z jedyną poważną szansą na premierowego gola w reprezentacji. Do teraz żałuję. Miałem sytuację sam na sam z Rinatem Dasajewem, ale nie udało mi się strzelić gola. Po meczu podszedł do mnie Zbigniew Boniek:
- Jakbyś strzelił tę bramkę, to bym cię zniósł na rękach do szatni.
- Wiesz co, awansowaliśmy do półfinału nawet bez tej bramki, a jakbym strzelił, to jeszcze może nie mógłbym wrócić do kraju?

Zaśmialiśmy się, ale czasy były, jakie były. Nie wiadomo co by się stało. Jeszcze raz chciałbym jednak powtórzyć: myśmy wtedy grali tylko dla Polski. Dla nikogo innego.

Politycznie nie istnieję. Ojciec zawsze mi mówił:
- Walduś, nie wchodź do żadnej partii. Nigdy się nie daj związać z niczym takim. Bądź wolnym człowiekiem.

I byłem. Słuchaliśmy „Mazurka Dąbrowskiego” i byliśmy strasznie dumni. To nam wystarczało.

- Po meczu Boniek demonstrował znak victorii. Była wielka radość?
- Półfinał! Przed oczami mieliśmy legendę z '74 roku. Historia się powtarza. Jesteśmy tacy sami. Możemy zdobyć złoto. Ale pojawili się Włosi. A oni tam byli strasznie mocni. Bardzo dobra, zespołowa drużyna. Paolo Rossi był fenomenalny. Pogrzebał nasze marzenia.

Szkoda, że nie mógł - z powodu kartek - zagrać Boniek. Włosi bali się też Andrzeja Szarmacha. Pytali, czy zagra, czy będzie „Diabeł”. Niestety, nie zagrał. To już jest jednak historia. Szkoda, mieliśmy dwie historyczne szanse na finał, ale nie wyszło. Wielki niedosyt. Tak traktuję trzecie miejsce.

- Moment między półfinałem a meczem o trzecie miejsce to już powolne zmęczenie tym ciągłym bieganiem? Czuł już pan opadające siły, skutki odwodnienia?
- Katastrofalna w skutkach dla mojego zdrowia była jazda autokarem z Barcelony do Alicante po meczu z Włochami. Jechaliśmy w samych spodenkach, bez koszulek, a i tak było piekło. W Alicante jeszcze cieplej, jeszcze gorzej, jeszcze ciężej.
Pamiętam ten mecz z Francją. 46 minut biegania. Nie miałem już sił. Schodzę do szatni i ostatnimi siłami mówię:
- Nie dam rady, musi wejść ktoś, kto ma siłę biegać.

Miałem łzy w oczach. Łzy zmęczenia. Wycieńczenia. Nie potrafiłem biegać. Nie miałem siły. Byłem odwodniony. Wewnętrznie wypruty. Serce, umysł i ciało poopowiadały: „koniec, trzeba zejść”. Zbyszek od razu się obruszył:

- Waldek, jak to? Dokończmy to, wszyscy razem, zostań.

Na szczęście trener mnie zrozumiał. Roman Wójcicki wszedł i dał z siebie wszystko. Wygraliśmy. Francuzi wystawili drugą drużynę. Po półfinale z Niemcami byli wściekli, odpadli, będąc o krok od finału. Nie zagrał Platini, Giress, Battiston. A dla nas to była szansa. 3:2. Powtórzyliśmy Orły Górskiego, byliśmy Orłami Piechniczka. Wielki sukces dla zespołu i narodu. Przygotowaliśmy się tak ciężko, że musieliśmy coś osiągnąć. 1982 stał się kultowy dla polskiej piłki.

- Boniek powiedział, że sukces z '82 jest bardziej wartościowy niż ten z '74, ponieważ w RFN zespół składał się z jedenastu znakomitych piłkarzy, a w Hiszpanii z niego i dziesięciu innych o dosyć zróżnicowanych umiejętnościach.
- Każdy ma swoje zdanie. Może i tak. Zgodzę się, że u nas nie było wielu wirtuozów. U Górskiego jak się patrzyło na Deynę, Gadochę czy Szarmacha w najlepszych latach, to aż zatykało w piersi, włosy stawały dęba, tak było to wspaniałe. U nas był wielu zawodników na równym poziomie. Każdy dawał z siebie wszystko. Każdy zmiennik wnosił coś ekstra. Czy to Jałocha, czy Wójcicki, czy ktokolwiek inny. I to był ten fenomen.

Dla nas trzecie miejsce było maksymalnym sukcesem. Włosi byli lepsi. Lepiej przygotowani medycznie, wspaniałe zaplecze organizacyjne, coś tam nawet brali podobno, ale nie wiem, to nie zostało udowodnione. Byli szybsi i o ten element świeżości lepsi.

W '74 zaś, jakby nie ta woda, pewnie Polska by we Frankfurcie wygrała. Teraz mieszkam w Niemczech, rozmawiam ze starszymi Niemcami, którzy przychodzą do mnie do gabinetu, jestem fizjoterapeutą i oni też to tak wspominają. Że nasza kadra była wtedy rozpędzona, fantastyczna i tak utalentowana, że w normalnych warunkach ten mecz mógłby być zupełnie inny.

Nasze 3. miejsce było wielkim sukcesem. I nie można nam odebrać też talentu. Smolarek, Buncol, Żmuda, Janas, Boniek - świetni technicy. Resztę nadrabialiśmy ambicją, ale w piłkę też potrafiliśmy grać.

- A jak to było z tą tacą z medalami?
- Obrzydliwe. Joao Hevalange przyniósł tę tacę, dał w ręce Włodkowi Żmudzie i nakładajcie sobie. Koniec tematu. To jest poniżej krytyki. To była absurdalna organizacja. Należało nam się bycie docenionym. Po prostu. Za to wszystko co przeszliśmy, za to jak graliśmy. Nas potraktowali jak na juniorskich zawodach, a i pewnie tam wręczają normalnie. Nieładnie. Było nam smutno. Ale z drugiej strony nie po to graliśmy swoją piłkę przez cały turniej, żeby radość odebrała nam buta organizatorów. Kurczę, byliśmy topowymi piłkarzami na świecie.

- Znalazłem pana wypowiedź z tamtego okresu. Jedną jedyną: „W Lipsku, w eliminacjach, marzyłem, żeby pojechać na mundial. Kiedy zostałem powołany, marzyłem, żeby regularnie grać. Wtedy byłem  już najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. A teraz? Mam 21 lat i medal mistrzostw świata. W takim razie: jak bardzo szczęśliwy jestem? Boże, nawet nie wiem!”.
- Ale się wypowiedziałem. Super! Mistrzostwa świata to uniwersytet dla piłkarza. Jak to teraz wygląda wspaniale po latach. Wychodzą publikacje o 1982 i jestem w nich wspominany. Odgrywam jedną z głównych ról. Że tam byłem, że tam grałem, że byłem dobry. Przecież to nieprawdopodobna historia. Coś kapitalnego.

Są wielkie wspaniałe piłkarskie narody jak Anglia, Francja, Niemcy, Brazylia czy Argentyna, ale byliśmy też my. Brązowi medaliści. O nas piszą, nas wspominają, o nas mówią. My jesteśmy częścią historii. Kiedyś przyjechałem do Polski, jakoś wiele lat po tamtej Hiszpanii, idę do okulistki, otwieram drzwi, a pani na mnie patrzy:
- Ooo, to pan Matysik, no ludzie, jak wyście tam grali w piłkę! To niesamowite, że mogę tu pana gościć.

Moje dzieci były w szoku. Niesłusznie. Przecież jestem człowiekiem sukcesu z 1982 roku. Jednym z bohaterów!

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się