var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Patryk Zajega Images

Zdenek Ondrasek dla 2x45: Mogliśmy się załamać, ale co byśmy tym osiągnęli? Trener Stolarczyk ma psychologiczny talent

Autor: rozmawiał Mariusz Bielski
2018-12-21 13:00:39

Trudno zazdrościć Wiśle Kraków obecnego położenia. Niby wydaje się, iż powoli wychodzi na prostą, lecz w jej kontekście pytań pojawia się nadal więcej niż odpowiedzi. Paradoksalnie w tych patologicznych wręcz okolicznościach przy ul. Reymonta powstała drużyna przez wielkie „D”. Wielu jej zawodników właśnie rozegrało jedną z najlepszych rund w swoim życiu – na przykład Zdenek Ondrasek. Czeski napastnik opowiedział nam o kulisach funkcjonowania krakowian w tym trudnym czasie. Jak udało im się stworzyć tak solidarną ekipę? Czyja to zasługa? Jak kryzys wpłynął na drużynę? Czym na tle poprzednich trenerów wyróżnia się Maciej Stolarczyk? Oprócz tego dowiecie się również co takiego wkurzającego mają w sobie Norwegowie, jak poradzić sobie z białymi nocami i hazardem oraz jak Zdenek zapatruje się na przeprowadzkę do Dallas. Zapraszamy!

***

Mariusz Bielski (2x45.info): - Dla polskich piłkarzy sytuacja taka jak w Wiśle - z zaległościami w wypłatach - pewnie nie jest szokująca, ale obcokrajowcy muszą czuć się zdezorientowani. Jak ty się w tym odnajdujesz? Czy kiedykolwiek przytrafiło ci się coś podobnego?
Zdenek Ondrasek:
- Owszem, zdarzyło się, kiedy występowałem w Czeskich Budziejowicach, ale nie aż na taką skalę. Dla mnie to nie jest tak trudne, ponieważ mówię po polsku, więc rozumiem co się dzieję. Mentalność Polaków oraz Czechów jest zbliżona i biorąc te rzeczy pod uwagę na pewno łatwiej jest się odnaleźć, nie tak jak powiedzmy Hiszpanom. W drużynie mamy jednak świetny team spirit, wszyscy się wspieramy, dlatego sobie radzimy.

- Maciej Stolarczyk jest związany z Wisłą nie tylko jako trener, ale też dlatego, że grał w niej pięć lat. Czy trener namawiał was jakkolwiek, abyście zachowali cierpliwość i nie podejmowali gwałtownych ruchów wobec klubu?
- Nie, nic takiego nie miało miejsca. Podszedł do sprawy zupełnie inaczej. Tak naprawdę dał nam wolną wolę. To że nie ma pieniędzy - cóż, niewiele dało się zrobić. Były dwa wyjścia - mogliśmy spuścić głowy i powiedzieć, że nie chcemy tak dłużej funkcjonować, tylko co byśmy tym osiągnęli? Drugą opcją była dalsza walka razem na boisku i oczekiwanie na rozwój sytuacji. Trener nas motywował co do tego, abyśmy jak najlepiej prezentowali się w meczach, bo to służy wszystkim. Dzięki temu dało się jakoś łatwiej przetrwać ten okres.

- Chodzą słuchy, że niektórzy się wyłamali i złożyli pisemne wezwania do zapłaty, dzięki czemu udało im się odzyskać choć część należnej wypłaty od Wisły.
- Oczywiście każdy był świadom, iż istnieje taka droga dochodzenia swego. Być może faktycznie coś takiego miało miejsce, aczkolwiek ja do tej grupy nie należę. Uważałem, że w ten sposób nie pomogę Wiśle, w szerszej perspektywie to niczego nie zmieni.

- Na ile wy w ogóle jesteście informowani o tym co się dzieje w klubie właśnie pod względem finansowo-organizacyjnym?
- Kontakt z zarządem mamy, sami pytamy, ale raz na jakiś czas. Nie chodzimy codzienne i nie dopytujemy. Takimi sprawami najczęściej zajmują się kapitanowie drużyny. Sądzę, że gdybym ja sam wyszedł z inicjatywą, chciałbym się spotkać, by porozmawiać, również nie byłoby problemu. Nikt nie wychodzi przed szereg, interesujemy się jako zespół, łącznikami są jego liderzy, a także nasi trenerzy.

- Zdarzały się sytuacje, że musieliście pożyczać sobie pieniądze nawzajem, coby mieć na życie?
- Nie spotkałem się z tym. Jeśli jednak ktoś potrzebowałby pomocy, udzieliłbym jej bez namysłu. Nie ma problemu!

- Daliście sobie jakiś deadline względem tej cierpliwości do kryzysu Wisły?
- Nie, konkretna data nie padła. Pragnęliśmy dograć rundę do końca i dopiero wtedy cokolwiek zdecydować w zależności od tego, co się stanie z klubem i pieniędzmi. Nikt nie wybiegał daleko w przyszłość. Przygotowywaliśmy się z tygodnia na tydzień, z meczu na mecz. Takie podejście wydawało się najlepsze dla nas pod względem sportowym. Mam nadzieję, że sytuacja wyklaruje się do świąt, że do tego czasu poznamy jakieś konkrety.

- Problemy klubu zjednoczyły was jako ekipę? Gdy patrzyłem jak reagowaliście po golach w meczu z Wisłą Płock albo już po końcowym gwizdku, wydawało mi się, że nie spoglądam już tylko na grupę piłkarzy, tylko grupę przyjaciół.
- Źródła tego należy poszukiwać u tych panów w niebieskich strojach - wszyscy trenerzy, cały sztab szkoleniowy, od nich zaczęło się wszystko co pozytywne. Każdy z nich jest przede wszystkim wyrozumiały. Zdają sobie sprawę jak z naszej perspektywy wygląda sytuacja. Przed meczem z Nafciarzami nie wygraliśmy trzech kolejnych spotkań. Ktoś inny pewnie by się załamał, ale szkoleniowcy sprawili, że wierzyliśmy w siebie. Potrafimy grać, mamy umiejętności, bardzo chcieliśmy to udowodnić i na szczęście się udało.

- Po jednym z przegranych meczów w środku nocy na parkingu czekali na was kibice, żeby podziękować wam za zaangażowanie. Czy to wydarzenie wpłynęło wyraźnie na wasze podejście do kolejnych spotkań i samego kryzysu w klubie?
- Była 4 nad ranem, a właśnie wróciliśmy ze spotkania z Arką, które przegraliśmy 1:4. Ta reakcja fanów... Szalona sprawa! Naprawdę niesamowite. Wiadomo, że ci co chcą nas hejtować i tak będą to robić, ale to podejście tych czekających na nas jest ważniejsze. Oni pokazują, że są prawdziwymi kibicami, wspierają drużynę niezależnie od okoliczności. Kochają Wisłę. Swoim zachowaniem zademonstrowali bardzo duże zaufanie do nas. Sądzę, iż każdemu z nas to dało pozytywnego kopa.

- Do pewnego momentu byliście w zasadzie rewelacją tego sezonu, ale z ostatnich ośmiu meczów wygraliście zaledwie dwa. Skąd ta nagła zmiana?
- Nie jestem w stanie tego racjonalnie wyjaśnić. Gdybyśmy znali przyczyny już wcześniej, to nie stracilibyśmy tylu punktów. Kiedy analizowaliśmy mecze głównie wychodziły na wierzch błędy indywidualne każdego z nas. Na początku sezonu zapewne zadziałał również efekt zaskoczenia, mało kto był przygotowany na nasz styl gry. Wraz z upływem czasu przeciwnicy mieli więcej czasu oraz materiału do analizy, więc mogli się do tego dostosować. Być może my nie potrafiliśmy zareagować na to ich przyzwyczajenie do nas. Jednocześnie nie doszukiwałbym się w tym drugiego dna. Zawsze jest tak, że dana drużyna w pewnym momencie sezonu notuje słabszy okres, to był ten nasz.

- Frustracja zaległościami w wypłatach mogła mieć tu znaczenie i niekorzystnie wpłynąć na waszą dyspozycję?
- Na pewno jeden reaguje na takie sprawy inaczej niż drugi czy trzeci zawodnik. Szczerze mówiąc nie wiem, bo nie siedzę w czyichś głowach. Według mnie jednak podanie tego jako główny powód gorszych wyników w ostatnich tygodniach byłoby tylko kiepską wymówką.

- Czy widzisz, że niektórzy mogą już być myślami gdzieś daleko poza Krakowem?
- Nikogo bym o to nie podejrzewał. Stworzyliśmy naprawdę fantastyczną grupę. Ostatnio nawet rozmawiałem o tym z Darią, moją dziewczyną. Pytała mnie: "Czy myślisz, że gdziekolwiek byś poszedł, będziesz miał tak solidarną grupę kolegów w szatni?". Nie zastanawiałem się długo - zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy takiej już nie trafię do tak zgranego środowiska.

- Nie chce mi się wierzyć, iż żaden z was nie myśli już teraz na zasadzie: "Muszę grać dobrze, bo dzięki temu wypromuję się i w razie czego będę mógł sobie znaleźć nowy, dobry klub".
- Z taką myślą gra się praktycznie zawsze, niezależnie od warunków wokół. Każdy chce pracować na własny rozwój i piąć się wyżej w karierze. Gdybyśmy nie wierzyli, że problemy Wisły zostaną rozwiązane, drużyna nie wyglądałaby tak, jak wygląda. W Polsce jest mnóstwo ludzi źle życzących naszemu klubowi, jednak jestem dobrej myśli w kontekście jego przyszłości.

- W jaki sposób trener Stolarczyk inspiruje was na co dzień, byście tworzyli silną drużynę na murawie i poza nią?
- Chyba najlepiej byłoby spytać jego samego (śmiech). On sam grał w piłkę na wysokim poziomie, wiele przeszedł, więc korzysta ze zdobytego wówczas doświadczenia. Ma bardzo dobre wyczucie, jeśli chodzi o relacje z ludźmi. Wie, kiedy trzeba pożartować, rozluźnić atmosferę, a kiedy przykręcić śrubę i zasuwać. Obejmując Białą Gwiazdę miał świadomość jej kłopotów. Od samego początku był przygotowany do funkcjonowania w tych okolicznościach i do nas też podszedł otwarcie. "Jeśli ktoś nie wierzy w ten projekt, nie chce się w niego angażować, to nie będę go zatrzymywał przeciwko jego woli". Dzięki temu piłkarze również mieli jasność sytuacji. Wiedzieli jak trudno może być. Trener przygotował nas do radzenia sobie z tymi kłopotami pod względem mentalnym. Nie wydaje mi się, aby jakikolwiek inny trener zdołał stworzyć tu tak samo zgraną, solidarną grupę.

- Szczerość i otwartość to najlepsze cechy trenera?
- Zdecydowanie tak. Niesamowity gość. Największym plusem u niego jest właśnie fakt, że da się z nim porozmawiać dosłownie o wszystkim, o trudnych rzeczach też. On zawsze jest otwarty i szczery. Nie czuje potrzeby i nigdy nas nie okłamał. Jest trudny czas, lecz on w nim bardzo dobrze nami zarządza. Gdy widzi, że ktoś przejmuje się czymś i to go blokuje, potrafi taką osobę rozluźnić i dzięki temu lepiej gra. Ma talent psychologiczny.

- Ciebie również "zbudował"? Miałeś co prawda okres 6 meczów bez gola, ale i tak zaliczasz świetny sezon.
- Nie jest tak, iż cała drużyna pracuje na mój dorobek. Jeśli chodzi o mnie samego, pomogły dość proste rzeczy. Kazał mi skupić się na strzelaniu goli, nie szukał mi innych zadań na siłę. W ogóle od początku dał mi duży kredyt zaufania, postawił na mnie, co było dla mnie bardzo ważne, podbudowało mnie to. Do tego to, o czym już mówiliśmy wcześniej - utworzenie zgranej drużyny dużo daje. Każdy ma wspólny cel i walczy o osiągnięcie go.

- Byłeś w Wiśle za czasów Dariusza Wdowczyka, Kiko Ramireza i Joana Carrillo. Co ich różni najbardziej?
- Właśnie to, że z trenerem Stolarczykiem można się najłatwiej dogadać, bardziej precyzyjnie wytłumaczyć różne rzeczy. Bariera językowa robiła swoje. Na przykład Kiko Ramirez w ogóle nie mówił po angielsku. Carrillo zaś tylko trochę. Uważam, że wówczas zawodziła komunikacja. Kiedy mówisz w języku polskim łatwiej jest ci chociażby zrozumieć żarty. Podobnie po przetłumaczeniu często w ogóle traci sens i kontekst. To takie detale, ale ważne. Z mojej perspektywy właśnie kwestie komunikacyjne stanowią największą różnicę na plus dla obecnego szkoleniowca.

- Zarówno kibice jak i media podkreślały, że ważną rolę w konsolidowaniu Wisły odgrywają wciąż obecne w niej legendy, na przykład Paweł Brożek czy Arkadiusz Głowacki. Zgodzisz się z tym?
- Paweł w ogóle mi pomagał bardzo od kiedy tylko dołączyłem do Wisły. Uczyłem się od niego dużo. Razem z Arkiem są świetnymi ludźmi. Ich zaangażowanie zawsze było widać na boisku. Już wtedy podkreślałem, że Arek będzie znakomitym dyrektorem sportowym. Wisła bardzo dobrze zrobiła obsadzając go w tej roli.

- Dopiero co był waszym kolegą zajmującym szafkę obok, a dziś to pan dyrektor Głowacki. Zmieniły się relacje pomiędzy nim a zespołem?
- Nie, ani trochę. Dlaczego mówiłem, że powierzenie mu posady dyrektora sportowego to doskonały pomysł? Dzięki temu, iż doskonale zna każdego z nas, możemy mu ufać i wierzyć, że ze wszystkimi porozmawia tak samo szczerze. Stał się naszym przełożonym, trochę jakby pracujemy dla niego, ale nie zmienił się w ogóle, co warto docenić.

- Jesus Imaz powiedział w wywiadzie dla Weszło, że lepiej mu się gra, kiedy z zewnątrz nie dochodzą do niego żadne informacje o wszelakiego rodzaju kłopotach.
- Nie wiem jak reszta, mogę mówić tylko za siebie. Jeśli ktoś codziennie wałkuje ze mną ten sam temat, za dużo dzieje się w mojej głowie. Im mniej różnych informacji dociera do mnie z zewnątrz, tym lepiej. Trudno jest się skoncentrować na grze, kiedy poświęcasz dużo uwagi sprawom pozaboiskowym. Myślę, że najlepsi piłkarze tak właśnie mają - gdy przekraczają próg murawy, nie liczy się dla nich nic innego tylko piłka, przeciwnik, stadion, kibice. Kiedy podczas gry zaczynasz zastanawiać się nad czymkolwiek innym, to potem to widać i jest trudno.


fot. Patryk Zajega Images

- Dlaczego ty w pewnym momencie się zaciąłeś? We wrześniu i październiku zaliczyłeś 6 kolejnych spotkań bez gola.
- Nie pamiętam, ile to było meczów. Nie wiem, starałem się nie analizować tego przesadnie. Dużo w tym czasie pomogła mi Daria, która powtarzała, żebym po prostu skupiał się na takiej samej grze jak zawsze. Na początku pewnie było mi łatwiej z tego względu, o którym już mówiłem. Trener Stolarczyk mi zaufał, nie ciążyła na mnie żadna presja, nie było wygórowanych oczekiwań po kontuzji. Gdy strzelałem regularnie i wygrywaliśmy, byłem szczęśliwy. Ja jednak jestem tego typu człowiekiem, który sam na siebie nakłada dużą presję. Już nie myślałem "ok, po prostu idź grać", tylko "Zdenek, dzisiaj musisz strzelić". Prawdopodobnie to było powodem zacięcia. Za dużo chciałem wziąć na siebie. Daria dosłownie codziennie mówiła mi, abym się tak nie nakręcał, lecz starał się cieszyć grą, co w końcu pomogło i znów trafiałem do siatki. Ja nie oglądam ponownie swoich meczów, nie analizuję w ten sposób, ale myślę o nich ciągle. Szczerze mówiąc analiz u nas dokonuje raczej Daria (śmiech). Zaczęła być analitykiem taktycznym. Na razie większość wniosków jest pozytywna!

- Czyli de facto nie zostało w tobie wiele z norweskiej mentalności, która ponoć mocno cię irytowała.
- Oni zawsze byli spokojni. Potrafili przegrać pięć meczów z rzędu i powtarzać: "następne spotkanie za tydzień, wtedy może nam się udać". I tak ciągle. Wszystko brali na dużym luzie. Dobrze, zawsze można przegrać i trzeba patrzeć z nadzieją na kolejny, ale jeśli oprócz tego nic się z tych spotkań nie wynosi, a tylko mówi w kółko to samo... No nie, dla mnie to była przesada. Czasami już nie wytrzymywałem. „Panowie, co nam to daje? Będziemy tak odkładać ten "następny mecz" aż w końcu spadniemy?”. W pierwszym sezonie mieliśmy 4. miejsce, a w następnym rzeczywiście spadliśmy. Ja nie mówię, że oni się nie starają. Też biegają jak wariaci po boisku, ale - jak to stwierdził Rafał Pietrzak - gdyby mieli w charakterach więcej z wojowników, może nie skończyłoby się tak źle.

- Ty nie potrafisz do piłki podejść na luzie?
- Miewam różne dni. Niektóre są faktycznie złe, bo kiedy idę na trening i czuję zbyt duży luz, potem widzę, że nie prezentuję odpowiedniego poziomu, nie ćwiczę z potrzebną intensywnością. Nie biegam tyle i nie walczę. Staram się zwalczać to w sobie.

- Trudniej było się odnaleźć w Norwegii niż w Polsce?
- Kiedy tam poszedłem, nie znałem żadnego języka obcego. Ani angielskiego, ani tym bardziej norweskiego. Tromsoe to był pierwszy mój zagraniczny klub, bo jako młody piłkarz zawsze chciałem spróbować swoich sił w jakiejś innej lidze. Cieszyłem się na tamten wyjazd. Byłem tam sam, więc mogłem skoncentrować się na piłce w 100%. Nie było mi bardzo trudno. Oczywiście w Polsce już poszło szybciej z aklimatyzacją, bo przez okres gry w Norwegii nadrobiłem angielski, czeski oraz polski są podobne, nauczyłem się też porozumiewać w waszym języku. Do tego jestem znacznie bliżej domu, co również jest ważne. Jeśli pytasz o to, czy dobrze się czułem w Norwegii - tak, bardzo piękny kraj!

- Widziałeś zorzę polarną?
- Owszem, niesamowita. Nie zdziwiłbym się, gdyby nawet połowa Czechów w ogóle nie wiedziała co to jest. Tromsoe leży daleko na północy, aż za kołem podbiegunowym. Teraz w grudniu jest tam non stop ciemno. Są może 2h dziennie nieco jaśniejsze, ale nawet nie tak, że widzisz słońce. Cały dzień mrok. W czerwcu z kolei przez całą dobę jest jasno. Dzisiaj nawet oglądałem taki filmik, na którym było napisane, że w Tromsoe ludzie zobaczą słońce dopiero 21 stycznia, szalone! Miejscowi są do tego przyzwyczajeni, ale dla obcokrajowca to było dziwne. Wiesz, mniej więcej w okresie lata możesz sobie poradzić ze światłem - dajesz na okna czarne worki, idzie wytrzymać. Z drugiej strony, kiedy jest ciemno, idzie zwariować. Rozgrywki w Norwegii kończą się w połowie listopada, wtedy przez 4-5 godzin normalnie było światło dzienne. W jednym sezonie natomiast graliśmy w europejskich pucharach, a ostatni w nich mieliśmy zaplanowany na 13 grudnia. Szło zwariować. Siedziałem po treningu w domu, rozmawiam z tatą przez What'sApp, w pewnej chwili mówię mu: "dobra, to na razie, idę spać, bo jestem zmęczony, a rano mam kolejny trening". Ojciec był strasznie zdziwiony. "Co ty gadasz chłopie? Jest 14:00!". Cały zegar biologiczny się człowiekowi przestawia w takich okolicznościach.


fot. Patryk Zajega Images

- Wyjazd do Norwegii przydarzyłby ci się, gdyby nie błędy młodości?
- Byłem wtedy tydzień po operacji, złamałem palec podczas meczu, nie trenowałem przez jakiś czas... Kto wie? Nagle zadzwonił do mnie agent, że jest szansa na przeprowadzkę do Norwegii. Czemu nie? Fajnie byłoby się spróbować w lidze innej niż czeska.

- Zapytałem raczej ze względu na hazard...
- No tak... Wiele młodych osób tego próbuje. Wydaje mi się, że nie byłem przesadnie zwariowany na tym punkcie. Wiem, że to było głupie i na dłuższą metę nie da się z tym żyć. Pod tym względem Norwegia była dla mnie szansą. Pierwszy raz w życiu daleko od domu. Duża okazja, aby osiągnąć coś większego w sporcie. Nie było tam takich rozgrywek jak kasyno, więc mogłem się skupić na piłce. Ten wyjazd mnie zmienił dość mocno zarówno względem futbolu, jak i całego życia. Jeśli człowiek chce odnieść sukces, nie może tylko na niego czekać. Musisz walczyć o swoje i ciężko pracować na tę rzecz. Każdy powinien też uczyć się języków obcych. W Norwegii angielski jest niemal naturalny, nawet małe dzieci posługują się nim biegle. Trzeba szanować szansę, jaką otrzymało się od losu i wtedy zacząłem to robić.

- Czułeś, że jesteś uzależniony?
- Nie. Grałem tylko wtedy, gdy mi się nudziło.

- A często ci się nudziło?
- Nie, bez przesady. Czasem po prostu szedłem, żeby zagrać. W Budziejowicach też nie dostawałem jakichś wielkich pieniędzy. Nie dało się popłynąć na przykład na 10 czy 100 tysięcy. Jak masz 500 złotych, to nie przegrasz 550, prawda? Cieszę się natomiast, że w pewnym momencie zrozumiałem, iż w ten sposób mogę sobie mocno zaszkodzić. Niektórzy przecież wciągali się na tyle, że nigdy tego nie porzucą. Jeden zrozumie swój błąd w miesiąc, inny dużo później. Ja byłem po 20. urodzinach, więc na szczęście szybko zorientowałem się, jaki błąd popełniam.

- Co było momentem przełomowym, kiedy stwierdziłeś: "chyba przesadziłem"?
- Pewnego razu do mojego rodzinnego domu przyszli jacyś panowie i chcieli różne rzeczy, bo powiedzieli, że to w ramach spłaty długu. Rozmawiali z moim tatą. Nie było jakoś bardzo gorąco, na szczęście. Dostałem wtedy wyraźny sygnał - trzeba coś z  tym zrobić. Nie rozchodziło się już tylko o mnie, ale i moją rodzinę, a dla mnie to świętość. Nie ma nic ważniejszego. Gdybym miał sam sobie spieprzyć życie - trudno. Ale jeśli mieliby z tego powodu cierpieć również moi bliscy - nie ma takiej opcji!

- Kraków nie pobudził w tobie dawnych pokus?
- Nie, kompletnie nie. Cztery lata w Norwegii zmieniły moje podejście do życia o 180 stopni.

- A widzisz, czyli w sumie trochę tamtejszego sposobu myślenia w tobie pozostało!
- Poza boiskiem na pewno, na szczęście nie na nim! (śmiech)

- Za chwilę przejdziesz do Dallas...
- Nie wiem jak w Polsce, ale w Czechach mamy takie powiedzenie - "nigdy nie mów nigdy". Dlatego i tym razem nie jest za późno, by spróbować się gdzie indziej. Miałem ofertę z MLS. Trudno było się zdecydować, bo Kraków też jest ładny, mam niedaleko do domu, poznałem tutaj moją dziewczynę, są znajomi. Klub najlepszy w jakim grałem, w drużynie niesamowici ludzie... Pieniądze? Nie są najważniejsze w życiu, ale bez nich nie da się spokojnie żyć. Wszystko ma swój koniec. Wierzę, że Wiśle uda się rozwiązać jej trudną sytuację z korzyścią dla każdego. Nie mogę czekać w nieskończoność. Za chwilę skończę przecież 30 lat i kiedy przyszła naprawdę dobra oferta, a tutaj wciąż nie ma rozwiązania, to przyjąłem ją.

- Po ogłoszeniu twoich przenosin do FC Dallas, niektórzy kibice zaczęli cię dość ostro krytykować. Dosłownie jakbyś zdradził Wisłę, bo dopiero co mocno manifestowałeś przywiązanie do niej choćby po strzelonych golach, a teraz odchodzisz. Chciałbyś się jakoś do tego odnieść?
- Wiesz, nie ma się co przejmować takimi głosami. Hejterzy byli, są i będą, choć powiem ci, że ja jeszcze nie widziałem w internecie żadnych negatywnych opinii. Te, które do mnie docierały, miały pozytywny wydźwięk. Oczywiście fani chcieli, abym został. Przeważnie dziękowali za pracę, którą wykonałem na rzecz Wisły. Według mnie ktoś kto hejtuje ma po prostu nudne życie, więc musi interesować się innymi, wylewać na nich frustrację. Trudno, szkoda na nich czasu i energii. Nie ukrywam - Ameryka to też ciekawy kierunek nie tylko piłkarsko, ale i życiowo. Zawsze chciałem ją odwiedzić, zobaczyć. Na koniec kariery - a jeszcze chwilę chciałbym pograć - dobrze byłoby mieć poczucie spełnienia. Piłka daje duże możliwości, lecz trzeba pamiętać, iż nie jest na zawsze. Wyjazd to chyba najtrudniejsza sytuacja dla Darii. Wiesz, ona mi mówiła, że kilka lat temu trudno jej było przenieść się z Tarnowa do Krakowa (śmiech), a teraz Dallas…

- Na drugim końcu świata.
- Wierzę, że nasza miłość jest na silna, by poleciała do Stanów razem ze mną i damy sobie tam radę.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się