var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: archiwum prywatne autora

Adam Łupiński, bramkarz tajwańskiego zespołu, dla 2x45: Dwumetrowy pyton? Muszę go złapać i zrobić sobie zdjęcie!

Autor: rozmawiał Krystian Juźwiak
2018-12-22 14:30:31

Adam Łupiński zaraz po studiach wsiadł w samolot i poleciał do Australii. Miał być rok przygód w „Krainie Kangurów”, a jest już dwanaście lat na obczyźnie. Przez Chiny trafił na Tajwan, gdzie gra w Royal Bules Taipei, klubie prowadzonym przez innego Polaka, Roberta Iwanickiego. Do czego służy Tinder? Jak wyglądał nabór do Odry Wodzisław Śląski? Czym jest cupkekarnia? Co Aborygeni gotują z kangurzych ogonów? Ile zarabiają gwiazdy piłki nożnej na Tajwanie? Jak Chińczycy „otwierają drzwi”? Dlaczego bramkarz zagrał jako napastnik? Trochę o życiu, trochę o piłce. Zapraszamy!

Krystian Juźwiak (2x45.info): - Plantacja truskawek łączy lepiej niż Tinder?
Adam Łupiński:
- To był 2008 rok, Facebook raczkował, a Tindera chyba jeszcze nie było. A jeżeli był, to służył do tego, do czego naprawdę został wymyślony. Zresztą mam teraz paru kolegów, którzy korzystają z niego czysto rozrywkowo. W moim przypadku rzeczywiście lepiej niż Tinder zadziałały truskawki w Australii, gdzie poznałem żonę. Perfekcyjne połączenie.

- Skąd pomysł, żeby wyjechać do Australii?
- Pojawił się pod koniec studiów. W trakcie pisania pracy magisterskiej koleżanka powiedziała, że wybiera się właśnie do Australii. Okazało się, że to nie jest wizowo tak trudne do ogarnięcia, jak się wydawało. Byłem w uprzywilejowanej pozycji, bo mam - jak to bywa na Śląsku - niemiecki paszport. Polakowi najłatwiej było dostać wizę studencką. Jako obywatel kraju-założyciela Unii Europejskiej mogłem polecieć na working holidays. To dawało więcej możliwości. Nie byłem związany z żadną uczelnią i mogłem spokojnie podróżować po kraju. I przede wszystkim zostać dłużej. Miałem pojechać na rok i wrócić do Polski, no ale się nie udało, bo poznałem moją małżonkę Alę.

- Miałeś jakieś konkretne miejsca, które chciałeś zobaczyć?
- Nie było konkretnego punktu, jednak głupio byłoby nie zobaczyć takich miejsc jak Uluru. Zwiedziłem dużo. Moja Australia wyglądała tak: pracowałem, odkładałem pieniądze i jechałem zwiedzać kraj. Wylądowałem w Sydney z bardzo okrojonym budżetem. Miałem pieniądze na miesiąc, a koszty życia są duże. Wynajmowałem pokój za 150 dolarów tygodniowo, więc szybko trzeba było coś znaleźć. To, co zarobiłem, przeznaczałem na podróż.

- Czym się zajmowałeś?
- W Sydney byłem baristą. Potem zostałem traktorzystą na plantacji truskawek. Następnie dostarczałem wina do restauracji w Melbourne. Później pracowałem jako kucharz na outbacku, 170 kilometrów od Port Darwin. Odludzie. Taka knajpka przy autostradzie na końcu świata.

- Jak trafiłeś na tę magiczną farmę truskawek?
- To był krytyczny moment. Razem z kolegą, który przyjechał tu tylko na wakacje, zwiedzaliśmy zachodnie wybrzeże. Wynajęliśmy kampera i podróżowaliśmy przez miesiąc. Kumpel musiał wracać do Polski, a ja szukałem pracy. Z reguły tacy ludzie jak ja pracowali w motelach, restauracjach, kawiarniach, ale wtedy nic nie mogłem znaleźć. Zacząłem obdzwaniać wszystkich znajomych, których poznałem w Melbourne. Jeden z kolegów dał cynk:
- Słuchaj, jest taka praca na plantacji truskawek, tylko musisz się pojawić jutro rano.

Rozmawialiśmy popołudniu. A farma była 1 000 kilometrów ode mnie. Miałem dosłownie 500 dolarów. Połowę wydałem na bilet lotniczy. Doleciałem tam późnym wieczorem, a o szóstej rano już pracowałem. Nie miałem pieniędzy, więc przez trzy tygodnie spałem tam w namiocie.

- W Australii żyje osiem z dziesięciu najgroźniejszych gatunków zwierząt na świecie.
- Zawsze przed snem rutynowo sprawdzałem namiot. Spotkało się trochę ciut większych, włochatych pająków. Raz złapałem dwumetrowego pytona. Jest sporo tych wszystkich zwierząt, ale trzeba mieć pecha, żeby przez nie zginąć. Na północy kraju było mnóstwo krokodyli, ale wystarczyło patrzeć na znaki, żeby wiedzieć, gdzie nie chodzić.

Przyjeżdżając na plantacje, nie wiedziałem nic o spaniu w namiocie. Kumpel, który mi to załatwił, powiedział tylko:
- Spoko, będziesz miał gdzie spać.

Nie pytałem o szczegóły. Odebrał mnie z lotniska i pojechaliśmy do lasu. Tam stał van, w którym spał z dziewczyną, a mi dali taki malutki namiocik.

- Co zrobiłeś z tym pytonem?
- To była taka akcja: stoimy sobie z kolegą, a tu koło parkingu wielki wąż. Miał grubo ponad dwa metry. Dwumetrowy pyton? Musiałem go złapać i zrobić sobie kilka zdjęć. Tak mi się ubzdurało. Potem grzecznie odłożyliśmy w to samo miejsce, gdzie leżał. Ale złapać pytona to nic wielkiego. Nie jest jadowity i do najszybszych zwierząt dużo mu brakuje.

- Wróćmy do farmy. Tam poznałeś żonę.
- Tak, plantacja należała do Wietnamczyków. Wszyscy pracownicy mieli wizę working holiday. Byli Chińczycy, Tajwańczycy, ludzie z Hongkongu, naturalnie Wietnamczycy, Koreańczycy. Czułem się trochę jak w niebie, bo zawsze podobały mi się Azjatki. Zacząłem szukać, nie będę ukrywał: żeby się pobawić. Żony nie szukałem, ale natknąłem się na Alę i szczerze zakochałem.

Była tam przypadkiem. Podróżowała po Australii i zatrzymała się u swoich znajomych, którzy akurat pracowali na tej plantacji. Została popracować, ale tak naprawdę chodziło o to, żeby spędzić z nimi więcej czasu. A potem zaczęło się nam dobrze układać i została też dla mnie.

- Mówisz „popracować”, czyli to nie była ciężka robota?
- Lekko nie było, ale ona traktowała to jako formę spędzenia czasu ze znajomymi. Robiło się na akord, a Ala nie miała ciśnienia na pieniądze. Sama praca była męcząca. Ja zaczynałem przed szóstą rano. Musiałem jeździć po polu i rozkładać skrzyneczki, a potem schodziłem ostatni, bo trzeba było wszystko pozbierać. No i bywało gorąco. Co ciekawe, nie zbierało się na kolanach, tylko na takich specjalnych wózeczkach z daszkiem. Ogólnie to była jednak fajna praca. Mieliśmy sporo ciekawych historii.

- Opowiadaj.
- Kangury. Często było tak, że zaczynałem pracę, przygotowywałem skrzyneczki, a one siedziały na farmie i zjadały truskawki. Kiedyś przyjechali panowie ze strzelbami i zaczęli do nich strzelać. Jeszcze mieli ze sobą psy w klatkach. W Australii kangury są traktowane jak w Polsce szczury. Oni tam strzelali, a ja jeździłem traktorkiem.

- Jak smakuje stek z kangura?
- Domyślam się, że dobrze przyrządzony smakuje nieźle. Jadłem kangura tylko raz i sam go przyprawiałem. Chyba trochę przesadziłem. Jeśli chodzi o strukturę mięsa to coś pomiędzy kurczakiem a wieprzowiną. Kangur to właśnie taki australijski kurczak. Mięso jest tanie i łatwo dostępne.

Wiem, że Aborygeni robią zupę z kangurzych ogonów. Stałem raz w sklepie na outbacku, a przede mną w kolejce była Aborygenka z zamrożonym ogonem. Potem dowiedziałem się, że z tego robi się, nazwijmy to, rosół.

- Słyszałem - choć to pewnie mit - że mnóstwo kangurów ginie na drogach i potem to mięso możesz normalnie kupić w sklepie.
- Z rozjechanego kangura? Nie słyszałem, więc nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Jadąc przez Australię widziałem masę martwych torbaczy. Na Stuart Valley były obrazy jak z westernu. Samotny orzeł żrący kangurzą padlinę. Raz prawie potrąciliśmy strusia. Wskoczył pod maskę, ale udało się wyhamować. To nie są najmądrzejsze zwierzęta. Potem zamiast zejść z drogi, przez kilometr biegł przed nami.

- Kangura jadłeś raz, ale słyszałem, że do tego były polskie ogórki.
- Polskie ogórki? Są dostępne nasze produkty, ale ogórki? Na pewno dość często spotykałem wodę mineralną. Skąd te ogórki?

- Czytałem twojego bloga.
- Jezu, ten blog się jeszcze ostał? Było kilka wpisów, ale ja z natury nie jestem konsekwentny. Blogowanie nie było wtedy popularne. Dzisiaj ludzie w podróży utrzymują się z tego. Wtedy nikt nie wiedział co to vlog, a ja nagrywałem pierwsze filmiki i wysyłałem znajomym.

- Przejdźmy do Chin. Dlaczego akurat ten kraj, a nie Tajwan, czyli ojczyzna żony?
- Mieliśmy z Alą nadzieję, że rozkręcimy tam polsko-chiński biznes. Import-eksport, handel innymi słowy. Rodzice żony prowadzili kiedyś fabrykę na Tajwanie, więc mieliśmy zalążek kontaktów. Jej siostra z mężem mieli sieć sklepów z bubble tea. To taki rodzaj herbaty popularny na Tajwanie. Pijesz to przez grubą słomkę, a w środku są kulki z tapioki. Trochę jak żelki. I wciągasz to razem z napojem. Mieliśmy w nich inspirację. Ale plan nie wypalił. Potem przeprowadziliśmy się z Shenzen do Xiamen. Tam dostałem pracę jako nauczyciel angielskiego w przedszkolu.

W międzyczasie Ala odkryła w sobie talent do pieczenia cupcake’ów. Obracaliśmy się w kręgu znajomych obcokrajowców. Nasze usługi rozprzestrzeniały się… - czasem brakuje mi polskich słów – pocztą… Pocztą pantoflową. Mieliśmy dużo zamówień. Festiwale, koncerty, imprezy haloweenowe. W Xiamen to była nowość. Nasz mały piekarnik nie wyrabiał. Kupiliśmy większy, ale i trzeba było piec całą noc, że zdążyć. Byliśmy tak pewni siebie, że chcieliśmy otworzyć "cupcakiernię", takie połączenie cukierni i kawiarni. Wynajęliśmy lokal. Załatwialiśmy licencję i sanepid, ale znowu zderzyliśmy się z rzeczywistością.
Urzędnicy traktowali nas gorzej, bo nie byliśmy Chińczykami. Szczególnie żonę, bo jest Tajwanką, a relacje między tymi państwami, to wiadomo, jakie są. Nie dostaliśmy żadnej licencji, bo nie daliśmy łapówki urzędnikowi.

- Ile chciał?
- Paręset złotych za to, że w ogóle się pojawił. Zadzwonił i mówi:
- Będę wtedy i wtedy. To będzie kosztowało tyle i tyle.

Ale wiedzieliśmy, że taka usługa jest darmowa.

- Za to się nie płaci!
- Aha! Nie chcecie płacić, no to nie przyjeżdżam.

Potem słyszeliśmy, że lokal nie jest przystosowany do produkcji jedzenia, ale jeśli damy w łapę to będzie.

- Jestem zaskoczony, bo myślałem, że Chińczycy to karne, komunistyczne społeczeństwo.
- W Chinach jest coś takiego jak guansi. To synonim wyrażenia „drzwi, które możesz otworzyć znajomościami”. To bardzo powszechna i popularna praktyka. Wiadomo, że w Polsce też tak jest, ale w Chinach skala jest znacznie większa. Dla nich to nie jest żadna łapówka, tylko prezent w czerwonej kopercie.

My guansi nie mieliśmy i musieliśmy zwijać interes, zanim wystartował. Naprawdę się wkurzyliśmy na Chiny i wyjechaliśmy do Tajwanu. Inna sprawa, że nie żyło się nam tam jakoś nie wiadomo jak super. Nie dogadywaliśmy się z Chińczykami. Ja się obracałem w kręgu obcokrajowców. Ala nie potrafiła znaleźć prawdziwych przyjaciół. Do tego Chińczycy patrzyli na nas przez pryzmat biznesu. Jeśli mogli zarobić, to utrzymywali kontakt.

- Nim wyjechaliście z Chin, grałeś w Xiamen International.
- W końcu przechodzimy do piłki (śmiech). To nie było nic profesjonalnego. Ot, grupa ludzi, która zbierała się pokopać. Zespoły 7 na 7, choć zdarzały się całodniowe turniej po jedenastu. Przychodziliśmy i przeważnie graliśmy dwie godziny. Takie coś nazywaliśmy treningiem. Xiamen International to zespół złożony z obcokrajowców, jakich dużo jest w Chinach i na Tajwanie. Poziom nie był taki zły, ale nie należeliśmy do żadnych struktur ligowych. Zanotowałem to do swojego portfolio, bo prosił mnie Grzesiek z 90minut.pl.

Dziś jestem bramkarzem, ale w Xiamen nie chciało mi się bronić. Wolałem przyjść, pobiegać. Z reguły występowałem na bokach obrony.

- Zacząłeś przygodę z piłką jako bramkarz Odry Wodzisław Śląski.
- Seniorska Odra sobie fajnie radziła w Ekstraklasie i tato zasugerował, żebym poszedł na trening tam, a nie do rodzinnego Górnika Radlin. On świetnie odnajdywał się w świecie piłki. Do dzisiaj pracuje w radlińskim MOSiR-ze. Sam pobyt w Odrze zniechęcił mnie do gry w piłkę. To był żart. Słyszałeś, jak wyglądało moje przyjęcie do klubu?

- Obroniłeś więcej karnych.
- Tak jest. Szukali drugiego bramkarza. Byłem ja i jeszcze jakiś chłopak. Przyszedł trener i mówi:
- Nam tylko jeden jest potrzeby. Będziecie karne bronić, kto więcej obroni, zostaje.
Karny to loteria. Już wtedy powinienem sobie zdać sprawę, że coś jest nie tak, ale byłem dzieciakiem z marzeniami. Obroniłem więcej jedenastek i zostałem. Pojechałem na jeden obóz. Bramkarzami nikt się nie interesował. Tyle, co w nas kopali na treningu. Zagrałem połówkę z Orłem Kozy i tyle było tej Odry.

- W Australii coś kopałeś?
- Pojechałem tam się bawić, nie miałem w głowie piłki. W ogóle przyjechałem do Australii z nadwagą. Ważyłem 91 kilogramów, najwięcej w życiu, więc zacząłem biegać. W trzy miesiące zrzuciłem 15 kilo.

- Cztery tysiące złotych to dużo na tajwańskie?
- To minimalna płaca, jaką dostaje Tajwańczyk. Jeżeli masz kawalerkę gdzieś poza centrum, nie żyjesz rozrzutnie i sam gotujesz, to pewnie da się coś z tego odłożyć, ale tu wszyscy jedzą w barach albo restauracjach. Obcokrajowcy mają większą stawkę minimalną. Ponoć tyle zarabiają najlepsi piłkarze na Tajwanie. Elias Argueta grał z nami w Royal Blues, teraz przeniósł się do Tatung i można nazwać go profesjonalistą. Z tego co wiem, zarabia właśnie koło czterech tysięcy.

- Czym się zajmujesz oprócz piłki?
- Teraz robię w handlu. Jak się przeprowadziliśmy na Tajwan, zacząłem pracę w firmie Next Animation Studio. To najszybsi animatorzy na świecie. Żadna firma tak szybko nie pracuje. Kilkaset animatorów potrafi skupić się nad jedną produkcją. To kosztuje, ale głównymi klientami są największe serwisy wiadomości. Ja tłumaczyłem teksty, podkładałem głos i wrzucałem filmiki na YouTube. Tam wideo generowało wyświetlenia, a firma zarabiała na reklamach.

- Mówisz po mandaryńsku?
- Rozumiem całkiem sporo, ale po pięciu latach powinno to lepiej oglądać. Nie jestem zadowolony z siebie. Był taki moment, gdy chodziłem do szkoły i zaczynałem czytać. Brałem butelkę wody i wiedziałem, że tam jest napisane „mineralna”. Brakowało czasu, uczyłem się tylko trzy miesiące. Od stycznia biorę się za to mocno. Kończę z piłką i będę miał trochę wolnego czasu.

- Jazda po Tajpej to duże wyzwanie?
- Jeździłem w Chinach, więc Tajwan nie robi na mnie wrażenia. Tam spychali mnie z drogi, musiałem zawracać w dziwnych miejscach. Masakra. Miałem dwanaście lat prawo jazdy, a w Chinach czułem się, jakbym wsiadł do auta zaraz po kursie. Różnica jest taka, że na Tajwanie jest masa skuterów. One jeżdżą bardzo blisko i trzeba uważać, żeby nikogo nie skasować. Miałem jedną kolizję. Wjechała we mnie kobieta i wylądowałem na ulicy.

- Znów odeszliśmy od piłki. W Royal Blues jesteś do samego początku?
- Od tych znaczących początków. Dla mnie piłka była sposobem na poznanie ludzi. Słyszałem o Polaku, który gra w piłkę na Tajwanie. Tak poznałem Roberta Iwanickiego. On wpadł na pomysł, by zebrać najlepszych graczy z OTPL, takiej niedzielnej ligi i zrobić z nich drużynę, która wystartuje w Taiwan Premier League. Najpierw jednak trafiliśmy do Business League. Byłem wtedy obrońcą. Nie afiszowałem się, że mam jakieś epizody na bramce, ale życie szybko zweryfikowało. Był drugi mecz. Nasz golkiper nie dojechał, a drugi bramkarz dostał czerwo i dwa mecze zawieszenia. Pojawiło się pytanie, kto stanie, no to mówię:
- Piętnaście lat temu broniłem w Odrze Wodzisław przez dwa miesiące.

Ucieszyli się.

- Pamiętałeś jeszcze coś?
- Miałem talent do bronienia. Taki umiarkowany, ale miałem. Tato dużo mnie szkolił. W ogrodzie była bramka. On strzelał, ja broniłem. Nigdy nie byłem wybitny, ale wskoczyłem na bramkę i okazało się, że jestem lepszy od pierwszego golkipera. Na początku się dzieliliśmy meczami, ale potem wygryzłem go na amen. Chyba że taktyka wymagała inaczej. Byłem jak Neuer – taki keeper sweeper – nie stałem w polu karnym, tylko rozgrywałem. On był lepszy na linii. Robert analizował rywali. Sprawdzał co i jak. Jak grali dużo kontrą, to ja wchodziłem.

Graliśmy dwa lata w Business League. W drugim sezonie wygraliśmy i naturalna była chęć pójścia gdzieś wyżej. Na Tajwanie nie ma struktur ligowych. Jest Premier League i właściwie tyle. Nie dało się awansować, trzeba było zagrać w turnieju eliminacyjnym.

- Jak wygląda taki turniej?
- Zbierają się drużyny, które chcą grać w Ekstraklasie i grają z najsłabszymi zespołami Premier League. My pierwszy turniej przegraliśmy… Tu władze są bardzo nieudolne. Albo nic nie robią, albo zmieniają przepisy z dnia na dzień. Wtedy wprowadzili limit obcokrajowców, a u nas każdy z innego kraju. Robert zdążył się dogadać z jakimś dzikim zespołem Tajwańczyków, ale szybko skleconą drużyną nie udało się awansować.

- Myślisz, że limit wprowadzili ze względu na was?
- Nie wiem tego, ale zawsze mam takie wrażenie, że średnio nas lubią. Związek nie chciał żadnej rewolucji, a my w pewnym sensie taką byliśmy. Tam siedzi kilku gości na stołkach, którzy generalnie niewiele robią. Robert mógł zostawić tylko pięciu obcokrajowców i dla mnie nie było miejsca. Po roku odeszli od tej zasady. Zgłosiliśmy się i wygraliśmy.
Zawsze irytuje mnie podejście do futbolu na Tajwanie. To jest jakieś nieporozumienie. Turniej kwalifikacyjny to trzy mecze w ciągu trzech dni. Latem. Gdy jest 35 stopni. Po trzecim meczu byliśmy martwi. Ludzi w pierwszej połowie łapały skurcze. Ta liga jest dziwna. Nie ma żadnej niżej, a ostatnie dwie muszą grać o utrzymanie ze sobą i z zespołami, które zgłoszą akces. A zgłosić się może dosłownie każdy.

- Oprócz występów na bramce masz epizody w ataku.
- Pojechaliśmy na mecz mega okrojonym składem. W zespole było dwanaście osób, w tym pięciu bramkarzy. Słyszałem, że muszę zagrać w ataku, bo prawdopodobnie tam najmniej będę przeszkadzał.

- Nie było czasu na przećwiczenie cieszynki?
- No właśnie w szatni mówię do chłopaków:
- Jak trafię, to robimy tak, że ja będę biegał po boisku i do was strzelał, a wy będziecie padać.
Tylko że jak powiedziałem „jak trafię”, to słychać było tylko śmiech. A jednak strzeliłem i robię tę cieszynkę. Biegam, strzelam, a oni nic! Sama bramka była fajna. Trudna pozycja. Piłka po koźle i strzał szczupakiem. Bramkarz nie miał nic do powiedzenia. Prawda jest taka, że to był jeden jedyny strzał. Oni mieli dobrych obrońców i myślę, że mnie zlekceważyli. Chociaż nie to była taka taktyka, żeby uśpić rywali!

- Tajwan to niespotykane miejsce. Dużo większe pieniądze pompuje się w piłkę kobiet.
- Liga kobiet składa się z czterech czy pięciu drużyn, a mimo to mają dofinansowanie od rządu. W pierwszym sezonie musieliśmy płacić za wszystko sami. Od przejazdów po obiady. Dokładaliśmy do tego, żeby grać w piłkę. Dopiero od dwóch lat nie musimy płacić za wynajem boiska. Są nawet jakieś ekstra pieniądze, więc można coś tam zarobić, grając w Royal Blues.
Zawsze lubiłem mówić, że jesteśmy semi pro, ale szczerze to jednak amatorskie granie. Każdy pracuje albo studiuje. Takie San Marino.

- Sędziowie to też takie San Marino?
- Biegają z plakietkami FIFA, ale poziom mógłby być lepszy. Były sytuacje, gdy czuliśmy się skrzywdzeni. Nie mówię o łapówkach, tylko po prostu większą sympatią darzyli miejscowe drużyny niż obcokrajowców. Zdarzają się bardziej lub mniej dziwne sytuacje.

- Wspomniałeś już o końcu kariery.
- Głównym powodem jest to, że spodziewam się drugiego dziecka. W kwietniu urodzi mi się syn i już nie bardzo będę miał czas na granie w piłkę. Późno zacząłem tę karierę – mocne słowo – i szybko kończę, ale to fajna przygoda. Potem miło będzie usiąść na starość i poczytać te wywiady.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się