var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img"; function onFinishedPlaying() { $("#footerAdvert").remove(); } $(document).ready(function() { setTimeout("onFinishedPlaying()", 15000);


Autor zdjęcia: pixabay.com

Najlepsze wywiady w 2018 roku na 2x45. Część 1 z 2. Kilka godzin dobrego czytania

Autor: Redakcja
2018-12-31 17:30:03

Długich rozmów na 2x45 w 2018 roku było od groma. Docieraliśmy nie tylko do piłkarzy, trenerów czy prezesów, ale rozmawialiśmy również m.in. z muzykami. W niektórych rozmowach piłka była jedynie tłem, a opowiadały one również o życiu. Zebraliśmy je wszystkie w jednym miejscu, ale okazało się ich tak dużo, że musieliśmy podzielić na dwie części. Na razie przedstawiamy rozmowy z okresu styczeń - czerwiec. 1 stycznia druga część.

STYCZEŃ

"Marcin Burkhardt dla 2x45: Gdyby na Ukrainie płacili mi w hrywnach, wypłatę musiałbym trzymać w reklamówkach"

"- Ciężko się żyło z Ukraińcami? Podobno byli źle nastawieni w stosunku do obcokrajowców.
- Nie tyle, co źle. Jakby to powiedzieć… Oni wiedzieli, ile my zarabiamy i to już powodowało, że są nastawieni do nas „na nie”. Ukraińcy siedzieli we własnym gronie, my we własnym. Niby nie znałeś języka, ale szybko wyłapałeś słówko „diengi”. Przyjeżdżają obcokrajowcy i zabierają ich diengi. No ale umówmy się, w każdej lidze jest tak, że ten z zagranicy zarabia więcej od, powiedzmy, polskiego piłkarza. No, chyba że ten Polak jest reprezentantem kraju. Takie realia są na całym świecie.

- Warto było się z nimi pomęczyć dla reklamówki pieniędzy?
- Płacili dobrze, ale ja nigdy nie byłem nastawiony na pieniądze. Tak samo Azerbejdżan. Dziennikarze pisali, że Burkhardt poleciał na kasę, a ja tam nie pobierałem nie wiadomo jakiej pensji. Nie ukrywam, w Metaliście zarabiałem dużo. Bardzo dużo. W porównaniu do Jagiellonii to miałem cztery razy więcej. Ale nie chodziło o pieniądze. Chciałem grać.

- Jak wyglądał dzień wypłaty?
- Zawsze przychodziliśmy we trzech. Ja, Marko Dević i Milan Obradović. Dawali kasę do ręki. Ciężko to było w kieszeni upchać, dlatego zawsze Marko miał ze sobą torbę na ramię i tam się wrzucało pieniądze.

- Płacili w hrywnach?
- Jakby płacili w hrywnach, to musielibyśmy mieć jeszcze po walizce i kilka reklamówek."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ


LUTY

"Samuel Szczygielski dla 2x45: Dziennikarstwo parokrotnie mówiło "nie", ale trzeba wstać o raz więcej niż się upadło"

"- Do Pawła jeszcze z pewnością wrócimy, ale na razie trochę zmieńmy temat. W „Piłce Nożnej” zaliczyłeś swoją pierwszą poważną wpadkę. Wittwer śni się po nocach?
- (śmiech) Nie, ale wtedy to był dramat. Warto skrócić historię tym, którzy nie wiedzą o co chodzi. Było otwarte okienko transferowe, wieczorem dostałem informację, że do Legii przychodzi dwóch nowych piłkarzy - Kasper Hamalainen i Andreas Wittwer. Sprawdziłem to w jednym źródle, potem w drugim, wszystko się zgadzało, więc rano napisaliśmy o tym na stronie „PN”, potem mój news podawało wiele portali. Hamalainen był prawdą, do dziś strzela dla Legii gole, ale wtedy na koniec dnia okazało się, że Wittwer był prowokacją kibiców z „Legii Szyderców”, którzy chcieli wkręcić dziennikarzy i padło na mnie. Akcją kierował Lord Koks, a po dwóch latach współpracuję z nim w Weszło i bardzo się lubimy (śmiech).

Strasznie to przeżywałem, wylała się na mnie fala krytyki, ogromna liczba docinek w moją stronę. Poświęcasz czemuś swoją energię, czas. Po czym odpalasz internet następnego dnia i dowiadujesz się stamtąd, że ktoś cię jednak wydymał. Dzisiaj widzę pozytywy. Wtedy od razu napisało do mnie kilka osób ze środowiska, żebym się tym nie przejmował, niektórzy bronili mnie publiczne i dzięki temu zobaczyłem, kto mnie wesprze w trudnych momentach. Koniec końców przekonałem się, że można z tego wiele wyciągnąć. Z tego, co zasłyszałem (nie jestem pewien, czy to prawda), potem jego temat w Legii faktycznie zaistniał. Szukano piłkarza na lewą obronę, ale klub stwierdził, że po takim zamieszaniu ze Szczygielskim i „Legią Szyderców” nie można go wziąć. Ale cóż, dobrze, że do takiej wpadki doszło, mimo że pierwszego dnia podchodziłem do tego inaczej. Teraz przy przeróżnych newsach transferowych zachowuję dużo większy spokój. Często coś słyszę, ale tego nie piszę, bo wiem, że może nie wypalić. Jak by nie patrzeć, to droga od zainteresowania piłkarzem do podpisania przez niego kontraktu jest bardzo długa.

- W tym okienku była burza z transferem Jacha. Informowałeś o nim, a okazało się, że piłkarz cię oszukiwał.
- I warto chyba podsumować temat, bo tweet ze screenami widziało ponad 100 tysięcy ludzi, dostałem kilkaset komentarzy… Przyjmuję go, ale dziwi mnie trochę zarzut o braku weryfikacji przeze mnie newsów. Monitorowałem sytuację, dopytywałem, co się aktualnie dzieje. Napisałem o Sampdorii i przebywaniu w Niemczech zamiast w Anglii, bo te newsy były z pierwszej ręki. Najlepszym źródłem informacji o Jarku Jachu jest Jarek Jach. Może od teraz już nie. Sporo osób sugeruje, że Jarek zrobił to w celu wynegocjowania sobie lepszego kontraktu. Że zarobi większe pieniądze moim kosztem. Ja nie sądzę, żeby tak było. Uważam, że to nie w jego stylu. Skoro nie, to dlaczego zdecydował się na kłamstwo? Na to pomysłu już nie mam, ślepa uliczka. Jasne, że nie chciałem udostępniać wiadomości z nim. Chociaż weźmy pod uwagę, że nie były to żadne prywatne sprawy, takich bym w życiu nie puścił. Mowa o pojedynczych screenach potwierdzających, że z mojej strony nie było oszustwa względem czytelników.

W dziennikarstwie kłamstwo jest nowotworem wiarygodności. Kiedyś oszukany przez kolegę Paweł Zarzeczny napisał, że… czekaj, znajdę to. „Zarzucanie mi kłamstwa, to gorzej niż policzek. Ja bowiem żyję z publicznego zaufania. Mogę coś przerysować, dla zwiększenia barw, ale nie kłamię”. Można powiedzieć, że „nie” od tego zawodu usłyszałem parokrotnie. To jest czas, kiedy przychodzi zwątpienie. Ale trzeba wstać o raz więcej niż się upadło.

- Potrafisz publicznie przyznać się do błędu. Niewielu tak potrafi.
- Nie ma co się z tym kłócić. Uważam, że jeśli popełniam błąd, to naturalne jest, że się do niego przyznaję i nie widzę w tym żadnego problemu. Jeśli mam coś na sumieniu, to o tym piszę, przecież każdy popełnia błędy. Ostatnio Przemek Rudzki trafnie napisał: – Nie znam nikogo, kto by się nie mylił, poza użytkownikami Twittera."

Rozmawiał Maciej Golec

Więcej TUTAJ

***

"Dawid Błanik dla 2x45: Niektórzy piłkarze z ligi czeskiej wyraźnie przerastaliby Ekstraklasę"

"- Po początkowym okresie w Mikołowie obrałeś dosyć niecodzieny kierunek na dalszy rozwój piłkarski. Wyjechałeś do Czech, o czym wspominałeś wcześniej. Trafiłeś do klubu MFK Karvina. Jak do tego doszło?
- W wieku 14 lat trafiłem do czeskiej Karviny. Tam funkcjonowałem bardzo normalnie. Trenowałem i uczyłem się w polskiej szkole, ponieważ polskie gimnazjum znajdywało się na miejscu. Moim podstawowym środkiem transportu był rower. To nim jeździłem do szkoły, a później na treningi. Mieszkałem w internacie, wszystko miałem na miejscu. Później przeszedłem do rocznika U-19. Obiekt treningowy mieścił się w internacie, w którym mieszkałem. Do szatni miałem no może ze dwa metry z pokoju (śmiech). Pokój był na lewo, a szatnia na prawo. W czeskiej piłce przeszedłem wszystkie szczeble juniorskie, zaczynając w drużynie U-14, kończąc w drużynie U-19.

- Nie tak dawno Michał Listkiewicz, były prezes PZPN, a obecnie szef czeskich sędziów piłkarskich stwierdził w jednym z wywiadów, że czeska piłka na poziomie juniorskim przerasta polski futbol. Zgodzisz się z takim stwierdzeniem?
- Zdecydowanie, chociaż trudno mi do końca ocenić jakość polskiego szkolenia, ponieważ nie miałem zbytno do czynienia z polskim systemem szkolenia juniorów. Wracając do Czech, to treningi już od najmłodszych roczników juniorskich są na bardzo wysokim poziomie.

- Jak odbywa się selekcja juniorów? Do Karviny trafiali wyróżniający się juniorzy z całej Europy, czy stawiano na bliskie relacje z przygranicznymi sąsiadami?
- Skauting skupiony jest na najbliższych, przygranicznych sąsiadach. Trenują tam głównie Czesi, było też kilku Polaków w każdym roczniku. Te relacje polsko-czeskie zawsze były bardzo dobre. Pod kątem współpracy piłkarskiej, na boisku, ale także skautingowej. Wszystko funkcjonowało na najwyższym poziomie."

Rozmawiał Dawid Zieliński

Więcej TUTAJ

***

"Piotr Malarczyk dla 2x45: W Anglii zabrakło mi luzu i cierpliwości"

"Marcin Łopienski (2x45.info): - Czy po nocach nadal śni się panu pamiętny mecz na Old Trafford?
Piotr Malarczyk:
- Nie, nie, nie. Nie jestem człowiekiem, który rozpamiętuje przeszłość. Przyjemnie było dotknąć tego na żywo i sprawdzić ten poziom. Wspomnienie tamtych chwil mnie nie męczy, spokojnie śnię w nocy. Natomiast nie jest tak, że nie chciałoby się do tego wrócić. Nie znam takiego zawodnika, który by nie chciał grać na takich stadionach, przeciwko takim drużynom, ale życie potoczyło się inaczej.

- Patrząc z perspektywy czasu, był pan fizycznie i mentalnie gotowy na przeskok na taki poziom?
- Fizycznie? To na pewno dobre pytanie. Gdy odchodziłem z Korony czułem się bardzo dobrze. Do sezonu przygotowywałem się w Polsce pod okiem trenera Marcina Brosza, jednak Championship jest ligą bardzo trudną i bardzo wymagającą, zwłaszcza jeśli chodzi o moją pozycję. Intensywność jest dużo większa, o liczbie pojedynków w każdym spotkaniu nie wspomnę. Podejrzewam, że jest to jedna z najlepszych lig na świecie pod względem fizycznym, motorycznym, tempa gry, zaangażowania, walki i umiejętności zawodników. Jeśli dobrze pamiętam, jest to szósta najbogatsza liga na świecie – to o czymś świadczy.

- A mentalnie?
- Nie miałem problemów z językiem czy aklimatyzacją w szatni. Jednak pewne aspekty dotyczące przygotowania mentalnego, z którymi nie miałem nigdy styczności, mnie dotknęły. Dopiero tam mogłem pewne rzeczy z tej dziedziny przeżywać oraz uczyć się z tym radzić."

Rozmawiał Marcin Łopienski

Więcej TUTAJ

***

"Piotr Giedyk dla 2x45: Fajnie usiąść z piwem i obejrzeć mecz ligi islandzkiej"

"- Kto wpadł na pomysł stworzenia systemu szkolenia w Islandii?
- Ten system ma już prawie 18 lat, a wcale nie jest zakończony. Inicjatorem było szerokie grono ludzi związanych z piłką, głównie trenerów lub innych person decyzyjnych, nierzadko mających również wpływy w rządzie. Tworzenie drużyn i rozgrywek juniorskich, sposób ich działania, następnie (mniej więcej w tym samym czasie) projektowanie oraz budowanie nowej infrastruktury, która miała przezwyciężyć fatalne warunki pogodowe panujące zimą – to jest w 90% już wykonane. Teraz kolejnym krokiem jest profesjonalizacja ligi, rozbudowa stadionów, rozwijanie krajowych rozgrywek na różnych szczeblach.

- A co było najpierw: system szkolenia czy dzieci grające wszędzie w piłkę?
- Dzieci już wcześniej paliły się do gry w piłkę. Tego w Islandii nikt nie narzucił na zasadzie „zbudowaliśmy wam hale i boiska, to teraz grajcie”. System szkolenia pochłonął islandzką młodzież.

- Niedawno do Polski trafił wytwór tego systemu szkolenia - Bodvar Bodvarsson. Czy to znak, że Islandczycy zaczną wybierać naszą ligę?
- Jest za wcześnie, aby rozpatrywać to w taki sposób. Nie wydaje mi się jednak, aby nasza liga była w przyszłości dla nich szczególnie kusząca. Dużo również zależy od tego, jak tu zaprezentuje się Boddi oraz jak później „sprzeda” Islandczykom nasz futbol i w ogóle życie w Polsce. Generalnie islandzcy piłkarze nie mają przekonania, że polska liga jest lepsza od ich rozgrywek. Taka opinia zaczęła się im kształtować po wyeliminowaniu Lecha Poznań przez Stjarnan."

Rozmawiał Bartosz Adamski

Więcej TUTAJ

***

"Kiedyś sędzia ekstraklasy, dziś trener w lidze okręgowej. Piotr Pielak dla 2x45: Milę zapamiętałem najbardziej negatywnie"

"- Prowadzenie meczów w niższych klasach to szkoła życia?
- Pamiętam jeden taki mecz pod Płockiem, kiedy jakiś dziadek stał na rowerze i od początku mi ubliżał. Musiałem przerwać mecz i powiedzieć, żeby go wywalili. Albo dziadek wychodzi, albo ja schodzę z boiska. I zabrali dziadka.

- Szymon Marciniak mówił w wywiadach, że śmieje się, kiedy wyzywa go cały stadion Legii.
- Bo wbrew pozorom to dopinguje. I pomaga. Jak cały stadion huczy, to człowieka niesie adrenalina. Nawet jak cię wyzywają. Poza tym na meczach ligowych sędzia się wyłącza i jest większa szansa, że dotrze do niego pojedynczy bodziec - tak jak w przypadku tego dziadka - niż okrzyki, które skanduje cały stadion.

- Jak wyglądały treningi sędziego, który prowadzenie meczów musiał łączyć z codzienną pracą?
- Wcześniej przygotowywałem się sam, później miałem program rozpisany przez Grześka Krzoska. Cztery do pięciu razy w tygodniu trzeba było poświęcić po dwie godziny na bieganie. Do tego oczywiście dochodziły mecze, wyjazdy. Człowiek poświęcał się kosztem rodziny.

- W jakich okolicznościach dowiedział się pan o awansie do ekstraklasy?
- Byłem na wczasach nad morzem. Zadzwonił do mnie pan Leszek Saks i powiedział, że awansowałem. Nie spodziewałem się tego i zacząłem się obawiać, czy sobie poradzę. Przeskok jest spory. Kamery, inni zawodnicy, inne stadiony. Lubili mnie jak sędziowałem, bo dawałem pograć. Nie akceptowałem tylko komentowania, machania rękami. Oglądałem z odtworzenia jeden ze swoich meczów, Korona Kielce - Ruch Chorzów i łapałem się za głowę, co ja wtedy robiłem. Komentował Maciek Terlecki i powiedział: - O, pan sędzia Pielak nie daje dziś kartek za faule, tylko za gadanie. I faktycznie, było kilka sytuacji na kartkę, ale dawałem je tylko za dyskusje czy komentowanie decyzji. Ale po meczu wszyscy sobie podziękowali, nikt nie miał pretensji."

Rozmawiał Mateusz Sokołowski

Więcej TUTAJ


MARZEC

"Marek Czakon dla 2x45: Kwaśniewski załatwiał mi papiery, a Bianchi szykował na następcę Völlera"

"- Giovani Cervone musiał zapamiętać pana nazwisko.
- Po pierwszym meczu myśmy chcieli się z Romą zamienić koszulkami, ale oni nie byli zachwyceni tym remisem, szybko się spakowali i odjechali. A w Rzymie sam Ruggiero Rizzitelli, który potem grał m.in. w Bayernie, podszedł do mnie i powiedział:
- Czy możesz się ze mną zamienić koszulką?
Potem już po kąpieli stoimy w holu i podchodzę do Giovaniego Cervone i pytam:
- Możemy sobie zrobić zdjęcie?
A on odpowiedział:
- Nie zrobię sobie zdjęcia z kimś, kto strzelił mi dwie bramki.
W tym momencie podszedł trener i dyrektor Romy, Ottavio Bianchi i mówi:
- Giovanni, ale jak ty liczysz!? Przecież on ci trzy załadował!
Cervone się uśmiechnął i powiedział:
- No to w takim razie zróbmy sobie to zdjęcie.
Po meczu zostaliśmy zaproszeni na kolację, a potem do jednej z najlepszych dyskotek w Rzymie. I tam już trochę po północy przy szatni spotykam nikogo innego jak nie Giovanniego Cervone. I on krzyczy:
- To znowu ty! Już przestań mnie nachodzić! (śmiech).
Z tym meczem wiąże się jeszcze jedna historia, już panu opowiadam.

- Słucham.
- Rudiemu Völlerowi kończył się kontrakt. Bianchi powiedział, że jak tylko Rudi odejdzie, to ściągają mnie na jego miejsce. Völler miał iść wtedy do Japonii, ale niestety dla mnie, miał w kontrakcie zapisaną klauzulę. Jeżeli klub chciał przedłużyć kontrakt z zawodnikiem i on sam był zainteresowany pozostaniem w Romie, to kontrakt był automatycznie przedłużany.
Miesiąc potem zadzwonił Ottavio Bianchi i wyjaśnił sytuację:
- Rudi jednak nie pojedzie do Japonii. Zostaje u nas na kolejny rok. Dziękuję ci i przepraszam.
Szkoda, gdyby Völler wtedy odszedł, pokopałbym sobie więcej razy na Stadio Olimpico, ale ułożyło się inaczej i też nie narzekam."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ

***

"Dominik Panek dla 2x45: Dziwi mnie, że fani, którzy przez tyle lat byli oszukiwani, teraz wypierają wiedzę o korupcji"

"- Osoby, które poszły na układ z prokuraturą, dokonały niejako katharsis?
- Ja bym nie nazywał tego "układem". To słowo kojarzy się negatywnie, a to w większości były osoby uczciwe, które po prostu opowiedziały co i jak się działo. Co do tego samooczyszczenia - jeśli poddały się dobrowolnie karze i zostały skazane, to chyba tak, dokonały katharsis. Jeśli ktoś wróci do moich słów sprzed dziesięciu lat na temat afery, to zapewne zauważy mój ówczesny radykalizm. Jest spora różnica w porównaniu z tym, co teraz mówię. Każdemu z nas z biegiem czasu takie ostrze poglądu na tę sytuację tępieje.

- Zauważyłem, że obecnie temat korupcji odszedł w pewnym sensie do lamusa i ludzie mają pana nawet za wariata, który ciągle o tym przypomina.
-  Nie dziwi mnie to. Domyślam się, że są tacy ludzie głównie w naszym światku dziennikarskim. Myślą sobie pewnie: A, jest taki koleś, który ciągle mówi o tej korupcji, nie wiadomo po co, a przecież teraz jest fajnie, miło i przyjemnie. Przypominanie o skorumpowanych osobach jest istotne, bo oni cały czas działają w środowisku piłkarskim. Mam nadzieję, że nie ustawiają już spotkań i to jest temat zamknięty w polskiej piłce nożnej. Natomiast ostatnie desperackie apele rzecznika dyscyplinarnego PZPN-u, który ostrzega przed nielegalnymi zakładami bukmacherskimi, dają do myślenia. Coś jednak pod tą z pozoru ładnie wyglądającą płaszczyzną się dzieje.

- Korupcja jest obecnie tematem tabu w mediach?
- Chyba nie. Po prostu są media, których temat nie interesuje z różnych względów. Mam nadzieję, że prawdziwe są te tłumaczenia, że ich czytelnicy nie są po prostu korupcją zainteresowani. Poza tym nie jest to temat świeży, a sprzed kilkunastu lat - głównie są to wydarzenia z lat 2003-06. Co kogo obecnie obchodzi nawet międzynarodowy sędzia, który nie biega po boisku od kilkunastu lat? Rzeczywisty temat tabu byłby wtedy, gdyby działania korupcyjne miały miejsce dziś i media unikałyby podejmowania tematu."

Rozmawiał Bartosz Adamski

Więcej TUTAJ

***

"Filip Cieśliński dla 2x45: Turcja to nie Syria. Łatwiej wygrać ładną sumę w totka niż trafić na zamach"

"- Jak byś scharakteryzował ligę w kilku zdaniach?
- Ekstraklasa podniesiona do potęgi. Tak jak u nas - magnesem są kibice, atmosfera. O Super Lig długo mówiło się jak o piłkarskim domu starców dla znudzonych emerytów biegających po boisku. Ja sam zresztą popełniłem kiedyś na stronę Przeglądu Sportowego tekst, w którym ligę tę nazywałem umieralnią gwiazd. To się na szczęście zmienia, ale wciąż włączając turasligę zapewniasz sobie sentymentalną podróż. Był sezon, że przyplątał się tu Drenthe, od dłuższego czasu szaleje Adebayor. Nazwisk jest sporo, a dla miłośników polskiej kopanej też znajdą się smaki - teraz raczej na zapleczu (Bruno Mezenga, Dialiba), ale do niedawna jeszcze w samej Super Lig (Razack, Nakoulma, Ntibazonkiza).

Jak na kogoś nie działają sentymenty, to po turasligę warto sięgnąć, gdy nudzą Cię rozgrywki rozstrzygane po rundzie jesiennej. Wystarczy spojrzeć na tabelę. Teraz, na 9 kolejek przed końcem, cztery ekipy ze Stambułu walczące o mistrzostwo dzieli w sumie 6 punktów. W weekend Basaksehir gra z Besiktasem, a Galatasaray z Fenerbahce, więc może się zrobić jeszcze bardziej gęsto. Będzie szarpanina do ostatniej kolejki i deja vu dla wielu kibiców, bo walka o mistrzostwo na finiszu to tu standard.

Ciężko znaleźć też ligę, w której sport tak bardzo pochłania społeczeństwo. Miłość do klubu przekazywana jest tu z pokolenia na pokolenie. Praktycznie nie ma ludzi, którzy nie kibicują nikomu. Za tym idzie fakt, że nastroje społeczne są widoczne na stadionach. Areny stają się lustrem współczesnej Turcji, gdy w Konyi - uznawanej za polityczną ostoję Erdogana - wznoszone są pieśni na cześć Ataturka, czy gdy kibice oddają hołd ofiarom zamachów czy poległym żołnierzom, wykrzykując "sehitler olmez vatan bolunmez", zamiast milczeć, jak to ma się w zwyczaju w Europie.

- Kibice to znak rozpoznawczy tej ligi. Wyobrażasz sobie mecz w lidze tureckiej, podczas którego panuje cisza?
- Wiadomo, że w kraju są kibicowskie wizytówki, ekipy najwierniejsze i najliczniejsze. Ewidentnie widać, że Stambuł jest miastem "kibicowsko zagospodarowanym". Przed laty próbował tam się na dobre rozkręcić Istanbulspor, potem Kasimpasa z wieloma świetnymi transferami, a teraz Basaksehir. Dobre wyniki się zdarzały, u IBFK być może staną się nawet normą, ale niestety za wszystkimi tymi projektami nie chcą pójść kibice. Na Basaksehir chodzą erazmusy i kibice wielkiej trójcy, żeby trochę podocinać wspieranej przez władze drużynie. Garstki. I tam rzeczywiście bywa bardzo cicho.

Parę lat temu, gdy w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach została wprowadzona obowiązkowa karta kibica Passolig, frekwencja mocno spadła praktycznie w całym kraju i zdarzało się, że o dobry doping było ciężko. W opozycji do tego stoją na szczęście kibicowskie smaki, które czynią Turcję niepowtarzalną. Zdarzało się na przykład, że stadion po karze dla kibiców był zamykany wyłącznie dla mężczyzn. Na Besiktas przychodziły wtedy kobiety i dzieci, składały młyn i wyły równo przez 90 minut. Piskliwych głosików czasem słuchało się ciężko, ale wrażenie robiło to niesamowite.

Inny przykład - Eskisehirspor, grający obecnie na zapleczu Super Lig. Tam pod postacią dopingu kryje się prawdziwy koncert. Kilku gości gra dźwięcznie na trąbkach, reszta pod to śpiewa. Oryginał, ale taki, w którym nie sposób się nie zakochać."

Rozmawiał Wojciech Malanowski

Więcej TUTAJ


KWIECIEŃ

"Kompendium wiedzy o piłce rosyjskiej. Kasia Lewandowska dla 2x45 o zasiedziałych piłkarzach, stanie ligi i polskich wątkach"

"- Pierwszym twoim obejrzanym meczem były derby Moskwy. To skąd miłość do Zenitu?
- Kiedyś żartobliwie napisałam, że Zenit to rosyjski Arsenal, któremu też kibicuję, bo jak nikt potrafią "pięknie" przegrać wygrany mecz i na własne życzenie skomplikować sobie życie. Widocznie to mnie pociąga, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ponieważ akurat trafiłam na końcówkę sezonu z mistrzostwem, czyli 14/15, i kolejny z pucharem oraz superpucharem Rosji. Wówczas oczywiście u sterów klubu z Petersburga był Andre Villas-Boas, a w ataku szalał Hulk z Kierżakowem. Ta drużyna miała serce do gry, piłkarsko też wyróżniała się ponad inne i tak po prostu zostało. Bardzo żałuję, że nie załapałam się na największe sukcesy drużyny, czyli Puchar UEFA i Superpuchar UEFA w 2008 roku. Mam nadzieję, że kolejne wkrótce przed nimi.

- Teraz Zenitowi nie idzie tak dobrze.
- To prawda. To oczywiście nie jedyna przyczyna, ale Zenit ma ostatnio pecha do trenerów, którzy szukają problemów nie tam, gdzie trzeba - Andre Villas-Boas w ostatnim sezonie narzekał na limit obcokrajowców, Mircea Lucescu na poziom sędziowania i podnosił zarzuty, iż to sędzia z Moskwy na pewno był winny temu, że mecz został przegrany. Roberto Mancini przechodzi jednak samego siebie, gdy jedynym jego komentarzem po meczu jest, a jakże, ironiczna uwaga wobec sędziego o tym, że "był najlepszym na świecie".

Uważam, że zatrudnienie Manciniego to prawdziwy niewypał - przywitano go jak króla, przygotowano dla niego galę z piosenkami, przemówieniami szefostwa, m.in. Siergieja Fursenki, który bardzo forsował pomysł zatrudnienia Włocha. Początek miał obiecujący, wyglądało na to, że w końcu ktoś dotarł do zawodników, pomógł im zrozumieć swoje zadania na boisku i wykrzesać potencjał, ale wystarczyło to jedynie na chwilę. Zenit ma świetnych zawodników, ale nie ma drużyny - pomijając osobę trenera występują przede wszystkim problemy z atakiem pozycyjnym czy komunikacją. Zawodnicy Zenitu, m.in. Kokorin oraz Daler Kuzjajew wprost mówią, że argentyńska kolonia, która przybyła do klubu, nie rozumie nawet słowa po angielsku. Klub z Peterbsurga ma obecnie 10 punktów straty do lidera i już może raczej zapomnieć o trofeum.

Zenitowi potrzebny jest ktoś na miarę Luciano Spalettiego. Niekoniecznie, jeśli chodzi o doświadczenie czy zdobyte w historii trofea, a skupienie się na piłce zamiast na okołopiłkarskich wymówkach. Siergiej Siemak, czyli były zawodnik m.in. Zenitu, a obecnie trener FK Ufy, a wcześniej asystent Spalettiego, Andre Villasa-Boasa czy Leonida Słuckiego w kadrze, byłby idealnym kandydatem do roli szkoleniowca Zenitu. Zresztą po zwolnieniu Mircei Lucescu pojawiły się plotki, że to właśnie on zostanie głównym trenerem. Na to jednak nie ma co liczyć - szefostwo Zenitu gorączko pragnie sukcesów, a te, przynajmniej w ich mniemaniu, może zapewnić tylko zagraniczny szkoleniowiec."

Rozmawiał Wojciech Malanowski

Więcej TUTAJ

***

"Julien Tadrowski dla 2x45: Trener w Lille kazał mi ustawiać zawodników do pionu"

"- Oboje pana rodzice to Polacy, prawda?
- Tak. Mama urodziła się w Polsce, a tato już we Francji. Jego rodzice przyjechali tam do pracy. Dziadek pracował w warsztacie samochodowym.

- I zdaje się, że oboje grali w piłkę ręczną.
- Mama nie, tato tak. Ale nigdy nie wywierał presji, żebym też grał w ręczną. Dał mi wolny wybór w kwestii sportu. Sam trochę próbowałem piłki ręcznej, ale to były dosłownie dwa, może trzy treningi z wujkiem, który jest zawodowym trenerem. Chwilę potem poszedłem na trening piłki nożnej do US Tourcoing FC i tam mi się bardziej spodobało.

- Parę lat po tamtej decyzji przyszło powołanie do młodzieżowej reprezentacji Polski.
- Jak miałem 12 lat, to pytałem rodziców, czy jest taka możliwość, żebym grał dla reprezentacji Polski. Wtedy tato powiedział, że jestem za młody, ale jak będę starszy, to będziemy nad tym myśleć. I jak już miałem 16 lat, to wróciliśmy do tematu. Tato zadzwonił do wujka w Poznaniu, a ten do PZPN-u. Wujek zapytał, czy jest taka szansa, żebym się pokazał na zgrupowaniu. W odpowiedzi usłyszał, że tak, tylko sam muszę sobie opłacić przyjazd. Przyjechałem na konsultację, a tydzień potem przyszło powołanie do reprezentacji.

- Ponoć to powołanie kosztowało aż 1000 euro.
- Były różne przygody po drodze. Mieliśmy jechać z tatą do Warszawy, ale w Niemczech napadało tyle śniegu, że nie dało się jechać. Wszędzie biało, a u nas letnie opony. Wróciliśmy do Francji. Byłem załamany. Rodzice szukali innych sposobów i znaleźli samolot, ale nie było już tanich lotów. Tylko bilety na pierwszą klasę za około 500 euro jeden. Tato powiedział wtedy:
- Jak bardzo chcesz jechać, to zapłacę za nie.
No i zapłacił. Musiał kupić dwa, bo on też miał się pojawić w Warszawie. A jeszcze powrót."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ

***

"Jonatan Straus dla 2x45: Jak koledzy pili piwko, to ja jadłem musli z jogurtem. Wtedy mnie wytykali, a teraz ja mogę się śmiać"

"- Który sędzia mówił do ciebie po angielsku?
- (śmiech) Nazwiska nie pamiętam, ale twarzy nie zapomnę. Wrył mi się w pamięć. To była dziwna sytuacja. Nie pamiętam czy faulowałem, czy nie. W każdym razie on krzyczy do mnie:
- Straus! Straus, please come back!
A ja do niego:
- Panie sędzio, jak ja po polsku rozumiem.
Jego mina była bezcenna. Widujemy się nieraz na Ekstraklasie. Mam nadzieję, że teraz będzie mówił po polsku, ale to jeszcze musi być okazja, żebym coś tam przewinił, a z ławki może być ciężko.

- Ponoć jesteś zagorzałym przeciwnikiem popularnego stwierdzenia „nie ma futbolu bez alkoholu”.
- Piłkarz pracuje swoim organizmem na dobry wynik. Nasze ciało, nasze nogi, nasz umysł to jak silnik w Formule 1. O taki mechanizm trzeba dbać z należytą starannością. Jednakże jest coś takiego jak sfera psychiczna. W czasie wolnym, na przykład w święta, jak się wypije lampkę wina albo okazjonalnie strzeli sobie piwko, to nic wielkiego nie powinno się wydarzyć. Wszystko jest dozwolone w ramach zdrowego rozsądku. Nie można popadać w taką skrajność, że na urodziny kumpla się nawet nie zamoczy ust w szampanie. To już pewien absurd.

- Czy wraz ze wstrzemięźliwością od alkoholu idzie jakaś specjalna dieta?
- Staram się jeść jak najmniej smażonych rzeczy. Jestem dość wybredny, jeśli chodzi o jedzenie. Nie lubię wielu składników i bardzo dobrze, bo w większości są to rzeczy ciężko strawne. Nie mam jakiejś ścisłej diety przypisanej od dietetyka. Kiedyś taką miałem, ale jakoś super się po niej nie czułem. Wręcz przeciwnie, miałem duże spadki energetyczne. Wróciłem do tego, co jadłem wcześniej i jest dobrze, więc nie ma co kombinować."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ

***

"Ewelina Kamczyk dla 2x45: Kiedy nie było mnie w autobusie, to dziewczyny mówiły: Boziu, jaka cisza, jak Kamyka nie ma!"

"- Słyszałaś wypowiedź byłego już trenera Legii, Romeo Jozaka, który powiedział, że jego piłkarze zagrali jak dziewczyny?
- Słyszałam te słowa, ale mnie to nie zabolało. Trener Jozak być może nie śledzi piłki kobiet i nie wie, jak to wygląda w Polsce. Ja gram dla siebie, dla rodziny, dla najbliższych, dla kibiców. No, a jak trener tak uważa, to niech tak uważa. Ja coraz częściej spotykam się ze stwierdzeniem „Grasz jak baba”, ale w pozytywnym kontekście. Do wypowiedzi trenera Jozaka można się co najwyżej uśmiechnąć i robić swoje dalej.

- Chłopaki z Górnika Łęczna średnio sobie radzą. Mogliby się od was dużo nauczyć?
- Słabsza forma, spadek z Ekstraklasy… Nawarstwiły się te problemy, ale mają jeszcze kilka meczów i liczę, że wyjdą z tego dołka. Wszystkie trzymamy za nich kciuki. Widzimy się na treningach. Wspieramy się z chłopakami. Czasami oni przychodzą na nasze mecze, więc mogą pooglądać, jak zdobywamy bramki. Ale to też nie ma co porównywać, bo oni grają swoje, a my swoje. Inny sposób gry i inne specyfika rozgrywek.

- Po mistrzostwach Europy do lat 17 Paula Dudek powiedziała, że wasza siła to jedność w drużynie. Dziś to chyba się nie zmieniło?
- Tak było. Nawet po mistrzostwach potrafiłyśmy się zebrać całą drużyną. Każda za każdą oddałaby wszystko. Zawsze możemy na siebie liczyć. A jeśli chodzi o seniorską reprezentację, to też jesteśmy bardzo zżyte. Wiadomo, wtedy miałyśmy po 17 lat, teraz wszystkie mają swoje życie i jakieś swoje problemy i to może nie wygląda tak jak wtedy, ale dalej jesteśmy jedną drużyną. Wiem, że jak coś się dzieje, to zawsze reszta drużyny pomoże."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ


MAJ

"Paweł Tanona dla 2x45: Norwegowie pokazują, że nie trzeba stawiać na zagraniczny szrot, by osiągać sukcesy"

"- Jak to się stało, że trafiłeś do Norwegii? Polakom ten kraj kojarzy się przede wszystkim z wyjazdem zarobkowym. Tak było również w twoim przypadku?
- Trafiłeś w punkt! Mój tata wyjechał do Norwegii do pracy. W jego przypadku nie chodziło jednak tylko i wyłącznie o kwestie zarobkowe, ponieważ wyjazd do Norwegii to było jego wielkie marzenie. On kocha ten kraj, czuje się tutaj bardzo dobrze. Będąc jeszcze nastolatkiem chciał odwiedzić Norwegię, ponieważ mu się bardzo podobała. Przeprowadzka tutaj była dla niego spełnieniem marzeń. Ja raczej nie miałem wyjścia i wraz z mamą pojechaliśmy za nim. Jesteśmy typową polską rodziną, która mieszka za granicą.

- Piłka nożna nie jest najpopularniejszym sportem w kraju.
- Sporty zimowe biją na głowę resztę stawki. Biegi narciarskie to oczko w głowie Norwegów. Pamiętam, jak było „Tour de Ski” bodajże dwa lata temu, to w pięciomilionowym kraju prawie dwa miliony osób oglądało jeden wyścig! Prawie pięćdziesiąt procent populacji kraju. Jeżeli chodzi jednak o sporty niezimowe, tu wiele osób się dziwi, kiedy to mówię, ale piłka nożna jest naprawdę bardzo popularna i to widać na każdym kroku. Jest naprawdę duża identyfikacja mieszkańców z klubem. Na mieście w dniu meczu powiewają flagi niemal na każdym rogu, zarówno na domach, jak przed wieloma miejscami w centrum miasta. Wiele osób, nawet jeśli nie interesuje się bardzo piłką, czy nie chodzi na mecze, przejawia zainteresowanie klubem ze swojego miasta. W każdej wiosce jest klub piłkarski, który ma wszystkie kategorie wiekowe, od trampkarzy do juniorów, zarówno chłopaków jak i dziewczyn. Piłka nożna jest bardzo popularna w Norwegii i sporo osób uprawia tę dyscyplinę sportu.

- Kiedy rozpoczęła się moda na piłkę nożną w Norwegii? Za sprawą Ole Gunnara Solskjaera?
- Dzięki zawodnikom, którzy grali w Premier League. Norwegowie kochają angielski futbol, dla nich to jest ukochana liga. Jak wiadomo, Norwegowie tam grali i nadal grają i to mocno napędza modę na piłkę nożną. Istotnym czynnikiem był też występ reprezentacji Norwegii na mistrzostwach świata w 1998 roku, gdzie w fazie grupowej pokonali Brazylię, a ostatecznie wyszli z grupy z drugiego miejsca. Do dzisiaj ten mecz jest odbierany jako jeden z największych sukcesów norweskiej piłki. A' propos meczu z Brazylią, w tym roku wypada 20-lecie tego historycznego spotkania i w Oslo prawdopodobnie 10 czerwca będzie organizowany mecz Norwegia – Brazylia ze składami z 1998 roku."

Rozmawiał Dawid Zieliński

Więcej TUTAJ

***

"Kiedyś Hertha Berlin, dziś IV liga polska. Rafał Włodarczyk dla 2x45: Najbardziej żałuję, że nie przyłożyłem się do nauki języka"

"- Jesteś niestety dobrym przykładem tego, że bycie mocnym punktem reprezentacji młodzieżowej nie gwarantuje sukcesu w piłce seniorskiej.
- Dokładnie. Jarek Niezgoda czy Krzysztof Piątek są z tego samego rocznika i nie pamiętam, żeby chociaż raz przyjechali na jakieś zgrupowanie. Dowiedziałem się o nich dopiero oglądając Ekstraklasę. Na konsultacje od czasu do czasu przyjeżdżał Przemek Frankowski. Było widać, że będzie z niego zawodnik, ale na mistrzostwa i tak nie pojechał. Na jego stronie grał wtedy Olek Jagiełło.

- Jako zmarnowany talent z rocznika 1995 postrzega się Gracjana Horoszkiewicza. Graliście razem najpierw w reprezentacji, potem w Herthcie.
- Gracjan trafił do Herthy rok wcześniej niż ja. Ludzie z klubu oglądali na mistrzostwach nasz półfinał z Niemcami i widocznie się spodobałem. Tak się zaczęło. Pamiętam, że najpierw, jeszcze przed podpisaniem kontraktu, zaprosili mnie, żebym zobaczył bazę, treningi. Pojechałem i od razu wiedziałem, że chcę tam zostać. Jestem z małej miejscowości, wcześniej grałem tylko w Ambrze i Mazurze Karczew. Jak zobaczyłem piętnaście boisk treningowych... Drużyna schodzi z treningu i na boisko wchodzi od razu ekipa, która ma się nim zająć. Wałowanie, przygniatanie każdej kępki trawy, która gdzieś wyskoczyła. A w Polsce? Każdy klub ma kogoś od boiska, ale wiadomo, że nie będą go nawet podlewali każdego dnia, bo się nie chce i oszczędności. Byłem pod dużym wrażeniem."

Rozmawiał Mateusz Sokołowski

Więcej TUTAJ

***

"Radosław Janukiewicz dla 2x45: Chcesz udowodnić swoją wartość? Zrób to na treningu juniorów czy rezerw"

"- Nieprzyjęcie oferty z Japonii, czym pokazałeś swoją lojalność wobec klubu, było inaczej odebrane przez włodarzy klubu, których twój ruch mocno rozłościł. To była aż tak dobra oferta dla Pogoni? Nie wątpię, że na Ciebie czekał tam spory kontrakt.
- Dla Pogoni ta oferta była bardzo dobra. Jeżeli ktoś daje za 30-letniego bramkarza prawie dwa miliony złotych, to chyba nie możesz narzekać. Dla mnie oferta kontraktowa była mega dobra, gdybyś dzisiaj zadzwonił, a ja wróciłbym sobie z Japonii, to podejrzewam, że teraz siedziałbym sobie w domu i nic nie robił (śmiech). Tak się nie stało i dalej muszę pracować na swoje nazwisko - pół żartem, pół serio. Tak się nie stało, nie chcę w to wnikać. Szkoda tylko, że pół roku później stwierdzono w Pogoni, że Janukiewicz jest niepotrzebny drużynie, bo bardzo mocno mnie to zabolało. Wydawało mi się, że lojalność w tych czasach jest bardzo ważna, a okazało się, że jest nieopłacalna. Człowiek zrezygnował z oferty życia, a za pół roku był na bocznym torze.

- Z przyjściem trenera Czesława Michniewicza do Pogoni twoja rola w drużynie diametralnie się zmieniła. Miałeś wrażenie, że ktoś pod tobą dołki kopie? Wszystko zwalano na twój charakter, mówiono, że konfliktujesz szatnie. To wszystko brzmiało absurdalnie.
-  Obecnie wraz z trenerem Brede z całej tej sytuacji mocno się śmiejemy. Nie brakowało „cichych podpowiadaczy”, którzy przychodzili do niego i mówili mu: „Kogo ty bierzesz? Ten facet rozwali zespół”. Teraz się z tego śmiejemy, bo mamy ze sobą bardzo dobre relacje. Ja trenerowi ani razu nie podpadłem i zastanawiam się dlaczego ludzie robią takie świństwa drugiemu człowiekowi? Dlaczego ludzie nakładają łatkę człowiekowi, którego nie znają tylko dlatego, że gdzieś tam od kogoś usłyszeli jakąś historię?

- W końcu kibice w Szczecinie wstrzymali oddech, bo Twoje nazwisko znalazło się na liście transferowej. Jak bardzo to Ciebie zabolało? Tłumaczenia klubu wydawały się śmieszne. Z oficjalnego komunikatu można było wyczytać, że nagle sportowo nie pasujesz do drużyny według sztabu szkoleniowego. W pół roku zapomniałeś jak się gra w piłkę?
- Zwłaszcza, że w tym sezonie prawie wszystko grałem od deski do deski (śmiech). Nie wystąpiłem w ostatnich spotkaniach rundy mistrzowskiej, ale trener Michniewicz powiedział mi, że to jest dobry czas, aby sprawdzić umiejętności Dawida Kudły. To miał być test, czy Dawid da radę ze mną rywalizować, czy klub będzie musiał szukać do tej rywalizacji nowego bramkarza. Nie miałem z tym żadnego problemu, spoko! Jeżeli przegraliśmy dwa pierwsze spotkania i nie walczyliśmy już o puchary, to niech tak będzie. Przecież chłop też pracował na swoje minuty i wypadałoby dać mu szansę wykazania się. Ja absolutnie się nie obrażałem i była to dla mnie normalna sprawa.

Po dwóch tygodniach dostałem telefon od kierownika drużyny, że mam się wstawić w Boże Ciało w klubie i tam mi zakomunikowali, że jednak nie pasuję do koncepcji klubu. Sorry, ale uważam, że to nie była decyzja trenera Michniewicza i utwierdziłem się tylko w tym przekonaniu po moim powrocie do Szczecina z wypożyczenia do Górnika Zabrze. Wiedziałem, że Pogoń miała problem z bramkarzami, zresztą każdy widział ten problem. Cała ta sytuacja była chora."

Rozmawiał Dawid Zieliński

Więcej TUTAJ

***

"Damian Zbozień dla 2x45: Dziesięć procent to spontaniczność, reszta jest drobiazgowo zaplanowana. Nie chciałem zmarnować szansy"

"- Zgodzisz się, że tymi sukcesami w poprzednim sezonie i dobrą rundą jesienną, Leszek Ojrzyński ukręcił na siebie bicz?
- Pojawiają się takie głosy i myślę, że coś w tym jest. W takim kraju żyjemy. Pamiętam jak za trenera Brosza zrobiliśmy z Piastem puchary, apetyty urosły, następny sezon był słaby i trener stracił posadę. Brakuje ciągłości pracy. Ale to nie jest moja robota. Takie jest życie piłkarza, takie jest życie trenera. Wiadomo, że chcielibyśmy długo i spokojnie pracować, ale ktoś wykłada pieniądze i ma prawo do takich decyzji. Gdybyśmy nie osiągali takich sukcesów, to te apetyty aż tak by nie urosły. Trener Ojrzyński musi teraz poczekać, ale jestem przekonany, że pracę szybko znajdzie.

- Na pewno pamiętasz taki mecz: prowadziliście, praktycznie mieliście przeciwników na łopatkach i straciliście decydujące bramki w doliczonym czasie gry.
- Wiem, dlaczego zadałeś to pytanie. Ten mecz będę kojarzył do końca życia, bo to jest pierwsze i mam nadzieję ostatnie takie spotkanie, w którym brałem udział.

- Długo dochodziliście do siebie po porażce w Białymstoku?
- Coś niesamowitego, nie życzę nikomu takich emocji. Chociaż teraz na chłodno przyznam, że to pokazuje piękno futbolu. Szkoda, że to ja byłem osobą poszkodowaną. Pamiętam moment w szatni. Pierwszy raz w życiu trząsłem się po meczu. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. To było tak skrajne uczucie. Masakra... Wiadomo, mega bolało, ale dziś cieszę się, że mogłem brać w czymś takim udział. Nie ma co ukrywać, myśmy się sfrajerzyli w tym meczu, ale zapamiętam go do końca życia.

- Czego oczekujecie od trenera po takim spotkaniu?
- Myślę, że każdy trener zareagowałby inaczej. Pamiętam, jak w młodości oglądałem mecz Manchesteru United z Bayernem w finale Ligi Mistrzów. Tam była dogrywka, ale mogę sobie tylko wyobrażać, co działo się w głowach tych zawodników na takim poziomie. Dla nas to był zwykły ligowy mecz!"

Rozmawiał Marcin Łopienski

Więcej TUTAJ


CZERWIEC

"Adam Bodzek dla 2x45: Przed EURO 2012 mogłem głośno powiedzieć, że chcę do kadry, ale nie chciałem się pchać na siłę"

"- Franciszek Smuda nigdy do ciebie nie dzwonił, żeby cię namówić na grę w reprezentacji Polski? Przed EURO 2012 szukał zawodników z polskimi korzeniami. Powołał m.in. Adama Matuszczyka czy Eugena Polanskiego.
- Jedyny kontakt, jaki miałem z PZPN-em, to gdy dzwonił do mnie świętej pamięci Włodzimierz Smolarek w 2009 roku. Trzy lata później awansowaliśmy z Fortuną do Bundesligi, ale żadnego telefonu nie było. Adam Matuszczyk wtedy zmienił klub i przyszedł do nas z Kolonii na sześć miesięcy.

- I nie podpowiadałeś wtedy Matuszczykowi, żeby szepnął Smudzie słówko o tobie?
- Nic takiego mu nie proponowałem. Rozmawialiśmy dość ogólnie o kadrze, ale bez wchodzenia w szczegóły.

- Może właśnie trzeba było głośno powiedzieć: "Ja też chcę do kadry!".
- Jeśli to by było takie proste, to chyba faktycznie popełniłem błąd (śmiech). A mówiąc szczerze, to może rzeczywiście by mi to pomogło, ale nic na siłę.

- Podstawy ku temu miałeś. Chyba się ze mną zgodzisz, że sezon 11/12 był jednym z twoich najlepszych w karierze.
- Tak, na pewno był jednym z przełomowych. Może trener Smuda nie wiedział, że mam polski paszport?... Chociaż nie, przecież rozmawiałem ze Smolarkiem. On zaprosił mnie do Kolonii na spotkanie z PZPN-em."

Rozmawiał Bartosz Adamski

Więcej TUTAJ

***

"Daniel Szczepan dla 2x45: Praca w kopalni może dać mocno do myślenia, czy warto przyłożyć się do treningów"

"Piotr Potępa (2x45.info): - Czy ty przypadkiem nie posiadasz jakichś supermocy? Ktoś, kto wstaje o 5 rano, idzie pracować w kopalni, a potem ma jeszcze siły żeby pójść na trening musi mieć jakieś dodatkowe źródło energii.
Daniel Szczepan (nowy zawodnik Śląska Wrocław):
- Ciężko to opisać. Dopóki ktoś nie zjedzie na dół, to nie będzie sobie w stanie nawet tego wyobrazić. Ja i jeszcze dwóch innych zawodników - Wojtek Caniboł i Kamil Szymura - pracowaliśmy tak prawie przez trzy lata. Recepta? Przede wszystkim odpowiedni sen i dobra dieta.

- Potrzeba też chyba też sporego samozaparcia, bo dla mnie to naprawdę brzmi jak spore wyzwanie.
- Po prostu trzeba chcieć. To wystarczy.

- W 2012 roku trener Huub Stevens zabrał piłkarzy Schalke na 2 godziny do kopalni, żeby ci zobaczyli jak ciężko pracują ich kibice. Huntelaar później był w szoku. Powiedział, że dzięki temu co zobaczyli, mają jeszcze większą motywację, aby zdobyć tytuł mistrzowski dla swoich fanów. Uważasz, że w Polsce, gdzie często zarzuca się piłkarzom lenistwo i brak zaangażowania, trenerzy też powinni organizować takie wyjścia?
- Świadomość, że można bardzo ciężko pracować i przy tym niekoniecznie zarabiać wielkie pieniądze nikomu nie zaszkodzi. Wiadomo, jaka jest różnica między zarobkami piłkarza i górnika. Myślę, że wielu zawodnikom, zwłaszcza młodym, mogłoby takie zjechanie do kopalni mocno dać do myślenia, czy warto się przyłożyć do treningu czy nie. Dla mnie możliwość grania w piłkę na pewnym poziomie to wyróżnienie, przywilej i szansa, której marnowanie jest głupotą."

Rozmawiał Piotr Potępa

Więcej TUTAJ

***

"Łukasz Mazur dla 2x45: Adam Nawałka się skompromitował i zostanie po nim pustynia. Dał rządzić kadrą Lewandowskiemu"

"- Po meczu z Kolumbią zawodnicy otwarcie skrytykowali przygotowania do mundialu. Skończyła się chemia między nimi a trenerem?
- Chyba nigdy nie było między nimi takiej prawdziwej chemii. Atmosfera jest budowana przez wyniki, dopóki one były, nikt nic nie mówił. Teraz nie wszyscy zdecydowali się skrytykować selekcjonera, a tylko część z nich. Jednak moment, w którym to zrobili, po pierwszym poważnym niepowodzeniu, pokazuje, że od dawna działo się coś niedobrego. Wydaje mi się, że większość zawodników była nieprzygotowana do mundialu przede wszystkim mentalnie. Widziałem podśmiechujki, selfie, które przeobrażały się wręcz w bufonadę. U wielkich zawodników przed taką imprezą zawsze maluje się skupienie. Zabrakło profesjonalnego podejścia i zimnego wyrachowania. Oczywiście, są wyjątki jak chłopaki z Meksyku (śmiech).

- Powołanie Peszki do kadry na mundial było najlepszym potwierdzeniem, że Nawałka dał sobie wejść na głowę?
- To było udowodnienie, że Nawałka nie jest autorytetem przynajmniej dla części drużyny. W takiej sytuacji Lewandowski jako lider totalnie zawiódł. On powinien dyrygować zespołem nie tylko na boisku, ale także poza nim. Musi integrować grupę, przekazywać wskazówki młodym piłkarzom, a nie stwarzać towarzystwo wzajemnej adoracji z wieczoru kawalerskiego.

- Lewandowski powinien stracić opaskę kapitańską?
- Będzie to decyzja następnego, mam nadzieję, selekcjonera. Możemy powiedzieć wprost, że "Lewy" jako lider sobie nie poradził. Od kapitana oprócz umiejętności piłkarskich oczekujemy charyzmy i autorytetu. Również umiejętności skonsolidowania wszystkich zawodników, a nie swoich kolegów z imprezy. Zawsze na zdjęciach u niego była ta sama piątka - on, Krychowiak, Szczęsny, Peszko i czasem Teodorczyk. Na takiego Góralskiego czy Kurzawę nie zwracał uwagi. Ta grupa nie było odpowiednio zintegrowana, nawet pomimo obecności Sławka (śmiech)."

Rozmawiał Bartosz Adamski

Więcej TUTAJ

***

""Książki są jak szalik", czyli o rynku literatury piłkarskiej. Rozmawiają eksperci"

"Jan Mazurek (2x45.info): Polski rynek literatury piłkarskiej jest ambitny?
Stokłosa:
Każdy rynek dzieli się na dwie części. Jedną ambitniejszą, przeznaczoną dla czytelnika wymagającego i drugą bardziej masową, popularną, dla ludzi o nieco niższych wymaganiach. Ostatnio sporo pojawiło się biografii sportowców ze światowego topu pisanych przez dziennikarzy. To raczej mało ambitne pisanie, bez zakulisowych czy insiderskich informacji. Po prostu suchy przebieg kariery.

Karoń: Pewien uznany dziennikarz chwalił się napisaniem biografii sportowca w dwa miesiące. Patrząc z mojej perspektywy, niewykonalne. I świadczące o poziomie. Preferuję inny styl pracy. Na napisanie autobiografii z Radkiem Kałużnym potrzebowałem niespełna dwóch lat. Dwa miesiące a prawie dwadzieścia cztery. Jest różnica. Pamiętam, że czasami cały dzień zastanawiałem się, jak poprowadzić rozmowę na trudny temat.

Stokłosa: Rozwój rynku umożliwia takim banalnym książkom na znalezienie sobie miejsca, ale nie jest to raczej dominujący trend. Dużo jest też ciekawszych pozycji, tłumaczących sport i związane z nim zjawiska w niebanalny sposób, łączący historię, mechanizmy polityki czy kulturę kraju z samą piłką nożną. Kapitalnym przykładem jest brazylijski „Futebol” z szerokim kontekstem historyczno-społecznym. Niedługo w Polsce ukaże się też argentyński odpowiednik - „Anioły o brudnych twarzach”. Ambitnych książek naprawdę nie brakuje. Trzeba to rozgraniczyć. Muszą się pojawić dzieła masowe, żeby mogło powstać trochę tych z wyższej półki.

Karoń: Nie da się ukryć, że na polskim rynku dominują zapychacze. Można znaleźć naprawdę wiele wartych przeczytania pozycji, ale trzeba wiedzieć, czego szukać.

W tych pierwszych specjalizował się tłumaczony w Polsce na wszystkie sposoby Luca Caioli. Jego biografie nieco upośledziły odbiór rynku…
Stokłosa:
One nie były całkowicie złe. To był czas, kiedy raz na jakiś czas wychodziły książki tłumaczone przez ludzi, niemających żadnego związku z piłką. Dla kibica to było nie do przyjęcia. Biografie Włocha były dobrze napisane, zawierały dość ogólne informacje, ale brakowało im zęba, bo autor nie był blisko opisywanych przez siebie bohaterów. Cieszyły się popularnością, bo… po prostu były pierwsze i odpowiadały zapotrzebowaniu nienasyconych fanów.

W konsekwencji to one, abstrahując od ich jakości, napędziły rynek. Z czasem zaczęło powstawać mnóstwo nowych biografii Messiego, Ronaldo, potem tak samo było z Lewandowskim. To nie były książki wybitne, ale na pewno potrzebne, bo wydawnictwa zobaczyły, że jest popyt na tą tematykę. I dzięki temu w Polsce mogliśmy przeczytać biografię genialnego Argentyńczyka i Portugalczyka pióra Guillem Balague, która stała już na dużo wyższym poziomie. Za tym poszły kolejne i kolejne. Coraz lepsze. To trzeba mieć na uwadze, oceniając Caioliego. Czy to wypaczyło odbiór literatury piłkarskiej? Trochę tak, ale dzięki dużemu wyborowi, jeśli przeczytaliśmy dwie książki Włocha, nie spodobały nam się, to mamy komfort przerzucenia się na innych autorów. Jest w czym wybierać."

Rozmawiał Jan Mazurek

Więcej TUTAJ


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się
  • Logowanie