var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: pixabay.com

Najlepsze wywiady w 2018 roku na 2x45. Część 2 z 2. Lektura na cały dzień!

Autor: Redakcja
2019-01-01 16:00:59

W 2018 roku było bardzo dużo ciekawych wywiadów na 2x45. Wywiady z piłkarzami z polskiej ligi były praktycznie codziennością, ale dotarliśmy również do zawodnika z ligi armeńskiej, który miał grać w Polsce, rozmawialiśmy z szefem sportu w Radiu Maryja, przepytaliśmy książkowych ekspertów. A wszystko to w okresie lipiec - grudzień. Zapraszamy Was zatem na drugą część naszego zbioru rozmów.

LIPIEC

"Adam Buksa dla 2x45: Gdybym był kibicem Pogoni, w momencie przyjścia do klubu też patrzyłbym na siebie sceptycznie"

"- Zimą trafiłeś do Szczecina. Jakie były kulisy Twojego przyjścia? Sporo się mówiło o tym, że trener Runjaic mocno o ciebie zabiegał.
- Pierwsze zainteresowanie pojawiło się przed świętami Bożego Narodzenia. Poinformował mnie o tym mój agent i byłem przychylnie nastawiony do tego ruchu, bo wiedziałem, że Pogoń jest na fali wznoszącej, że mają bardzo dobry zespół. Co prawda mieli bardzo ciężką rundę za sobą, ale w drużynie potencjał był bardzo duży. Słyszałem, że trener jest bardzo szanowaną postacią w klubie, że wprowadził nowe zasady i metody, które zaczynają się sprawdzać. Trener Runjaic zadzwonił do mnie przed świętami, poinformował mnie o swoim zainteresowaniu i sprecyzował moją rolę w drużynie Pogoni. Szybko znaleźliśmy porozumienie i zaraz po świętach udałem się na testy medyczne do Szczecina, a po zimowej przerwie przyjechałem podpisać umowę półrocznego wypożyczenia.

- Ostatnia drużyna w Ekstraklasie nie wróżyła optymizmu i pasma sukcesów.
- Dno tabeli to nie było miejsce Pogoni. Ostatnie miejsce w Ekstraklasie nie było adekwatne do tego, co Pogoń prezentowała na boisku. Byłem wręcz przekonany, że jest to chwilowe i za moment drużyna wystrzeli w górę. W tej lidze było zdecydowanie więcej słabszych drużyn od nas i wierzyłem mocno w to, że po dobrze przepracowanym okresie przygotowawczym i lepszym zgraniu drużyny zaczniemy seryjnie wygrywać. I tak też było.

- Od początku widziałeś dla siebie miejsce w pierwszym składzie? Głównym problemem Pogoni była skuteczność. To też rodziło spory hejt.  Gdy kibice zobaczyli, że przechodzisz do Szczecina to pukali się w głowę i zastanawiali jak facet, który ma zaledwie kilka bramek w Ekstraklasie ma pomóc drużynie wyjść ze strefy spadkowej.
- Nie dziwię się osobom, które miały wątpliwości związane z moim przybyciem do Szczecina, bo będąc kibicem Pogoni również bym takie miał. Ja natomiast nigdy nie wątpiłem w swoje możliwości i umiejętności. Wiedziałem, że drzemie we mnie potencjał i wiem, że mam w sobie jeszcze bardzo duże rezerwy. Żeby pokazać w pełni swoje możliwości trzeba być dobrze przygotowanym, w pełni zdrowym, mieć partnerów wokół siebie, z którymi dobrze się rozumie, trenera, który liczy na danego zawodnika oraz kibiców, którzy wspierają całą drużynę. Ja nie bałem się przyjścia do Pogoni, bo wiedziałem, że drużyna pójdzie w górę. Czułem to, oglądając spotkania pod koniec rundy jesiennej.

Co do hejtu - kibic jest niezależny, może wypisywać na forach to na co ma ochotę i ma do tego pełne prawo. Ja nie zamierzam z nikim polemizować, bratać się czy kłócić. Robię swoje w świadomości, że daję z siebie maksimum i pracuję, aby drużynie pomóc, a nie po to, aby komuś zrobić na złość."

Rozmawiał Dawid Zieliński

Więcej TUTAJ

***

"Andrzej Targosz dla 2x45: Czy byłbym lepszy od Nawałki? To tak, jakby powiedzieć, że grałbym lepiej od Messiego czy Neymara"

"- Co czuł 16-letni Andrzej Targosz, gdy wchodził do takiej szatni?
- Wie pan, wtedy były takie buty. Huragany się nazywały. Jak miałem rozmiar 42, to brałem 40. Moczyłem w wodzie i one się rozciągały do 42. Pamiętam właśnie, że wtedy po Intertoto Rysiek Sarnat szedł grać do Niemiec, do HSV Hamm, a miał prawdziwe Adidasy. One klejone były, łatane, jak to się mówi, szewca widziały parę razy. Ja podchodzę do niego i mówię:
- Panie Ryszardzie, czy byłaby szansa, że zostawi mi pan te buty?

A rozmiar akurat mój był. Wtedy to był rarytas. Potem po 1974 to już PZPN załatwiał Adidasy. Wysyłało się listę z rozmiarami i przychodziły buty.

- Andrzej Iwan, Kazimierz Kmiecik, Janusz Krupiński, Marek Motyka — kto był liderem Wisły Kraków w 1978 roku?
- Ciężko powiedzieć. Kolektyw był zgrany. Zawodnicy o wysokich umiejętnościach. Nie trzeba było lidera. To był złoty okres polskiej piłki nożnej. Natomiast, że tego się nie wykorzystało to inna sprawa.

- To inaczej. Kto panu najbardziej imponował w tamtej Wiśle?
- Nie potrafię odpowiedzieć. Na pewno tyły były bardzo mocne z Adamem Musiałem i Henrykiem Maculewiczem na czele. To nie było tak jak teraz, że musi grać młodzieżowiec. Jak młody wchodził do drużyny, to po prostu był dobry. Tak było, chociażby z Nawałką czy Iwanem.

- To były takie czasy, że młodzi musieli przejść chrzest. Pamięta pan swój?
- Nie było. Normalnie nas przyjęli. To był przecież młody zespół. Kapka miał 20 lat, Kusto tyle samo. Inna sprawa, że my przyszliśmy do pierwszego zespołu całą ławą. Może nawet dziesięciu nas było. Fajna to była drużyna. Jak trening był powiedzmy o 15, to przychodziło się na 13. Kawkę się wypiło, coś się pogadało. Byliśmy jak rodzina."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ

***

"Piotr Parzyszek dla 2x45: W Holandii zostawiłem nieskończoną robotę. Jestem wkurzony, bo nie mogłem pokazać na co mnie stać"

"- Dlaczego ci nie wyszło?
- W przeliczeniu na minuty moje statystyki (5 goli i 3 asysty) wyglądają okej. Gdybym zagrał więcej spotkań, co najmniej bym podwoił te liczby. Bardzo pracowałem dla drużyny, ale problem był inny. Mieliśmy dwóch skrzydłowych - lewonożny ustawiony był na prawej stronie, a prawonożny na lewej.

- Czyli schodzili do środka na strzał.
- Dokładnie. Na początku wkurzałem się tylko na siebie, ale potem nawet eksperci w studiu mówili, że dla Zwolle lepiej jest zagrać bez napastnika, bo i tak piłki nie dostanę. I dokładnie tak było.

- Rozumiem, że nie czujesz, że zabrakło ci umiejętności.
- Generalnie nie. Na początku może tak, ale to była kwestia oswojenia się z ligą. Pod koniec roku już czułem się w tej lidze swobodnie. Zacząłem strzelać, ale później trener zdejmował mnie przed czasem.

- Nie tłumaczył ci tej zmiany jakkolwiek? Nie podszedł poklepać po ramieniu?
- Niestety nie. Naprawdę mnie to wkurzało. Napastnik zawsze potrzebuje zaufania. A tym nie jest ściąganie kogoś z boiska w 50. minucie. Jestem egzekutorem - mogę cały mecz nie dostać piłki, ale przyjdzie do mnie w 88. minucie i wykończę akcję.

Podam ci przykład - sezon wcześniej w De Graafschap szkoleniowcem był Henk De Jong. Od pierwszego dnia był dla mnie jak ojciec. Codziennie do mnie przychodził i poklepywał po ramieniu. Graliśmy kiedyś z Telstarem, przegrywaliśmy 0:1. Psułem wszystko, nie byłem w stanie utrzymać się przy piłce. Kompletnie nic mi nie wychodziło. Jakby mnie trener zmienił, nawet bym mu za to podziękował. Postanowił mnie jednak pozostawić na boisku. W 83. minucie trafiłem na 1:1, a w 88. na 2:1, dzięki czemu wygraliśmy. Po meczu De Jong powiedział w wywiadzie, że widział, że grałem beznadziejnie, ale trzymał mnie na boisku, bo wiedział, że i tak trafię."

Rozmawiał Bartosz Adamski

Więcej TUTAJ

***

"Peja dla 2x45: Lech powinien mocniej postawić na młodych Polaków. Bo to się opłaca"

"- Młodzi, zmiany, oczekiwania. Słowem - Lech Poznań (śmiech). Czuć w stolicy Wielkopolski nastrój wyczekiwania przed nowym sezonem, czy jednak zakończenie poprzedniego trochę ten entuzjazm zabiło? Jak na to patrzysz?
- Czuć, ale na pewno nie ma takiego ognia, jak po sezonach, w których wygrywaliśmy coś więcej. Bądźmy szczerzy, Lech kolejny sezon przegrał. Kibice na ostatnim meczu po prostu dali wyraz swojej złości. W pełni ich rozumiem. Każdemu kiedyś kończy się cierpliwość. Media to wszystko jak zwykle wyolbrzymiły, a każdy kto pamięta prawdziwe awantury sprzed lat wie, że w ogóle to nie przypominało tego, co kiedyś. Zawsze stanę w takiej sytuacji po stronie kibiców.

- Chodzi tylko o wyniki, czy o całość zarządzania?
- Jedno łączy się z drugim. Nie da się tego odseparować. Zarząd miał wielkie ambicje, sprowadzał tabuny obcokrajowców i niewiele z tego wyszło. W Europie porażki, w lidze i Pucharze Polski wpadki."

Rozmawiał Andrzej Cała

Więcej TUTAJ

***

"Farshad Ahmadzadeh dla 2x45: Ali Daei mówił mi, że Polska jest dobrym miejscem do rozwoju. Śląsk zrobił na mnie spore wrażenie"

"- Porozmawiajmy teraz o Iranie. Grałeś w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Czy jesteś w stanie porównać ją z tą europejską?
- Na pewno jest inna. Europejska piłka stoi na wiele wyższym poziomie. Piłkarzom z Azji jest o wiele ciężej grać w Europie, bo tutaj musisz być przygotowany zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Potrzeba bardzo dobrej techniki. W Europie jest też inna mentalność. Według mnie jest to spore wyzwanie dla kogoś z Azji.

- Wróćmy teraz na chwilę do mundialu. Jak oceniasz występ reprezentacji Iranu? Mnie się bardzo podobało to, jak walczyli.
- Przede wszystkim pokazali, że piłkarze w Iranie posiadają wysoką jakość. Problem tkwi w tym, że ciężko im przebić się w Europie. Mimo to myślę, że w przyszłości usłyszycie jeszcze o piłkarzach z Iranu.

- Jak wygląda twoja sytuacja w kontekście reprezentacji? Czy Carlos Queiroz kontaktował się z tobą przed mundialem? Miałeś szansę na powołanie?
- Przed mundialem były trzy obozy. Trener kontaktował się ze mną, ale niestety ostatecznie podjął decyzję, że zostanę w Iranie. Zdecydował się po prostu na innych graczy, a ja oczywiście szanuję jego zdanie.

- Myślisz, że twój czas w reprezentacji jeszcze nadejdzie?
- Na razie skupiam się na ciężkiej pracy i stałym podnoszeniu swoich umiejętności. Oczywiście, że myślę i marzę o reprezentacji. Występy w drużynie narodowej to marzenie chyba każdego piłkarza."

Rozmawiał Piotr Potępa

Więcej TUTAJ


SIERPIEŃ

"Piotr Celeban dla 2x45: Przepis na długowieczność? Nie mam. Kiedy czuję potrzebę, to idę na cheeseburgera albo na pizzę"

"- Jesteś w stanie podać kilka podpowiedzi żywieniowych i regeneracyjnych, które pomagają zbudować taką kondycję?
- Żywieniowych żadnych nie mogę podać, bo ja normalnie się odżywiam. Nie mam żadnej diety cud ani żadnych bezglutenowych rygorów, bo po prostu w to nie wierzę. Jem to, co mi organizm podpowiada. Nie będę tutaj siał obłudy i mówił, że nie wpadnie czasem pizza po meczu.

- Pizza to chyba jest nawet czasem zalecana po sporym wysiłku.
- Dokładnie. Czasem ktoś powie, że to jest niezdrowe. To nieprawda, pod warunkiem, że wiesz kiedy możesz sobie na to pozwolić i masz w tym oczywiście umiar. Ja słucham swojego organizmu. Jeśli mam ochotę na coś niezdrowego, to czasem pójdę i zjem coś niezdrowego. Czasem człowiek tak ma, że potrzebuje czegoś takiego. Jeśli organizm mi podpowiada, że ma ochotę na cheeseburgera, to idę i jem cheeseburgera. Wiadomo, że nie robię tego codziennie, ale raz na dwa, trzy miesiące można sobie na to pozwolić.

U mnie od dzieciństwa wszystko polegało na ciężkiej pracy. Ojciec był judoką. Ja też trenowałem judo. Nigdy nie byłem na koloni. Można też powiedzieć, że nigdy nie miałem wakacji, bo moje wakacje polegały na trenowaniu.

- Słyszałem właśnie, że tata lubił zabrać ciebie i brata na przebieżki po lesie.
- Zgadza się. Mało tego - to był jedyny mój trener, u którego z wysiłku zwymiotowałem na treningu. Robiliśmy akurat podbiegi. Miałem na plecach brata, bo tato preferował tzw. starą szkołę i nie wytrzymałem.

- Takie treningi hartują.
- Zgadza się, ale przede wszystkim hartują sporty walki. Tutaj bardzo ważna jest dyscyplina i samokontrola. W piłce twoją niedyspozycję czy zarwaną noc mogą przykryć koledzy, bo jesteśmy drużyną i każdy walczy za każdego. W sportach indywidualnych natomiast wszystko zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Jeśli na dzień, dwa lub trzy przed walką się nie wyśpisz, to potem nie jesteś w takiej dyspozycji, w jakiej powinieneś być. Koncentracja jest zaburzona i to wszystko ma wpływ na twoje zachowania podczas walki.

Podsumowując, nie mam żadnych zaleceń. Musisz słuchać siebie i przede wszystkim słuchać własnego ciała i tego nauczyłem się przez wiele lat, spotykając na swojej drodze odpowiednie osoby. Doktor Ewa Bieć bardzo mi pomogła, bo już miałem iść na stół operacyjny. Niby lekarze wykryli przepuklinę pachwin, a ona się do dziś nie uaktywniła. Po prostu byłem przeciążony siłownią. Przyszedł taki moment, kiedy bardzo mocno przesadziłem. Wtedy zesztywniałem i ten mięsień był bardzo napięty. Uciskał tak, że każdy ruch to był okropny ból. Dzięki Ewie nauczyłem się słuchać swojego ciała i przede wszystkim odpoczywać. Musiałem się tego nauczyć, bo jestem uzależniony od wysiłku."

Rozmawiał Piotr Potępa

Więcej TUTAJ

***

"Mąż trenerem, żona… prezesem klubu. "Awantury w domu raczej przed meczami niż po""

"Jak zostałaś prezesem?
U: Od dawna przychodziłam z chłopakami na mecze, później byłam kierownikiem, a jestem taka, że zawsze jak coś robię, to na sto procent. Jeszcze jako kierownik stworzyłam trzy dodatkowe drużyny dla dzieciaków w sekcji piłki nożnej oraz sekcję tenisa i siatkówki dla dziewczyn. Były prezes akurat zrezygnował. Też młody chłopak, powiedział, że już nie daje rady i ma inne plany osobiste.
Ł: Było zebranie zarządu, głosowanie.
U: I tylko jedna kandydatura. Wygrałam jednogłośnie. To było w styczniu 2017 roku, uzupełnienie poprzedniej kadencji na półtora roku. Teraz w maju znów były wybory, zostałam prezesem na kolejne cztery lata. Chyba, że nie wytrzymam psychicznie.

Był kontrkandydat?
U:
Nie. Myślę, że nikt by tego nie wytrzymał. Nikt sobie nie wyobraża jak dużo jest pracy i jak ogromne obciążenie psychiczne. Zwłaszcza, że to praca społeczna, bo jako prezes nie otrzymuję żadnego wynagrodzenia, a niejednokrotnie jeszcze trzeba dołożyć z własnej kieszeni. Ze wszystkimi obowiązkami jestem sama. Mam trenerów, ale u mnie trenerzy zajmują się tylko trenowaniem dzieci. Ja ustalam sparingi, kupuję ciuchy dzieciakom, rejestruję je, ustalam terminy meczów, a nawet dostarczam trenerom dokumenty na mecze. Z terminami jest niezła gimnastyka, bo na naszym boisku gra jeszcze zespół Nojszewianki Dobre (Dobre to wieś położona około 10 kilometrów od Stanisławowa, tamtejsza drużyna gra obecnie w B-klasie - przyp. aut.). Łukasz prowadzi trzy zespoły, a inny trener kolejne dwa i gra jeszcze w Płomieniu Dębe Wielkie (klub z ligi okręgowej z sąsiedniej gminy - przyp. aut.). Jak zbliża się liga, rozkładam sobie wszystkie terminarze, żeby widzieć, kto kiedy ma mecze i zaczyna mnie boleć głowa, jak to dopasować. Jest presja, ja ją odczuwam."

Rozmawiał Mateusz Sokołowski

Więcej TUTAJ

***

"Tomasz Byszko dla 2x45: Przepis o młodzieżowcu? Nie wierzę, że w każdym klubie nie ma choć jednego wychowanka z potencjałem"

"- Tomasz Hajto w Cafe Futbol stwierdził, że w prawie żadnej akademii nie ma więcej niż 1-2 trenerów na grupę.
- Cóż, trudno się z tym nie zgodzić. Gdy przyjeżdża młodzież z europejskich akademii to widać jak bardzo sztaby są rozbudowane. Jest trener bramkarzy, fizjoterapeuta, dwóch trenerów, a do tego psycholog, pomagający zwłaszcza na turniejach. Często jest tak, że w ostatnich sekundach traci się bramkę i odpada np. z fazy grupowej. Pojawia się szok, płacz, histeria i zadaniem psychologa jest ugasić ten „pożar”.

- Pan miał u siebie taki „pożar”?
- Zdarzało się nieraz, gdy przegrywaliśmy „ważne” mecze. Dla przykładu, podczas turnieju Profbud Cup zabrakło nam jednego punktu, by awansować do grupy złotej. Mecz z Karpatami Lwów przegrywaliśmy już 0:2, udało się wyciągnąć do 3:3, a w ostatniej akcji meczu mieliśmy nawet piłkę meczową, ale niestety. Zresztą drugi mecz był taki sam – z West Ham United. Z 0:2 na 2:2 i znowu – dwustuprocentowa sytuacja tuż przed końcowym gwizdkiem – ponownie zmarnowana. Cóż, takie sytuacje się zdarzają. Mieliśmy potem rozmowę z chłopcami, trzeba było podnieść ich na duchu, by tak mocno się tym nie przejmowali.

- Zgaduję, że takie mecze to bardzo dobry sprawdzian.
- Zgadza się, ale powiedzmy sobie szczerze - Zagłębie Lubin i Lech Poznań to wiodące akademie, jeśli chodzi aspekty finansowe. Mają one możliwości, by cyklicznie wyjeżdżać za granicę na turnieje i mecze towarzyskie. My taką opcję mamy rzadziej. Oprócz zawodów, o których już wspomniałem, byliśmy też organizatorem turnieju Gdańskie Lwy. Graliśmy m.in. z Leicester City."

Rozmawiał Maciej Golec

Więcej TUTAJ

***

"Leandro dla 2x45: W końcu zagram co najmniej w I lidze. Jeśli nie z Radomiakiem, to z innym zespołem"

"- Do Radomiaka trafiłeś sześć lat temu. Byłeś królem strzelców, zostałeś wybrany najlepszym piłkarzem ligi. Brakuje jedynie wyników zespołowych. Czy z każdym kolejnym sezonem nie jest ci trudniej motywować się na mecze?
- Powiem szczerze, że nie patrzę na indywidualne tytuły, wolałbym zamienić je na wyniki zespołu, a przede wszystkim awans do I ligi. Pytasz o motywację – indywidualnie zdobyłem w tej lidze chyba wszystko co mogłem, więc teraz moim najważniejszym celem jest awans na zaplecze Ekstraklasy z Radomiakiem i na tym się skupiam.

- Byliście blisko dwa lata temu, podobnie było w poprzednim sezonie – w ostatnim meczu z GKS-em Bełchatów straciliście punkty i nie zajęliście nawet miejsca gwarantującego grę w barażach. Z perspektywy czasu, czego Twoim zdaniem zabrakło, żeby teraz w Radomiu była I liga?
- Gdybyśmy wiedzieli co szwankuje, pewnie wtedy byśmy to naprawili. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że zabrakło nam koncentracji, mam też wrażenie, że niektórzy piłkarze nie potrafili wytrzymać presji. Biorę też część winy na siebie, bo w poprzednim sezonie wiosną nie prezentowałem takiej dyspozycji jak jesienią. Może wynik byłby inny, gdybym formę utrzymał przez cały rok. Męczymy się w tej II lidze już dwa lata, ale mam nadzieję, że w tym roku już się uda."

Rozmawiał Łukasz Kościelniak

Więcej TUTAJ


WRZESIEŃ

"Jakub Żubrowski dla 2x45: Czasem w szatni Korony czuję się jak za granicą. To problem większości polskich klubów"

"- Korona to klub, w którym od zawsze dużo się rotuje. Od kiedy wróciliście do Ekstraklasy, w Kielcach zawsze działo się podczas okienek transferowych od groma. Czy z perspektywy czasu nie uważasz, że być może zabrakło jednak zaufania i prawdziwej szansy dla was - młodych? Czy jednak to faktycznie problem leżał po waszej stronie?
- Można zawsze patrzeć na to dwutorowo. Bo skoro nikt z tych młodych odrzuconych przez Koronę nie zrobił większej kariery, nie odnalazł się w dobrym klubie z zachodu, to widać, że tacy świetni nie byliśmy. Ale prawdą też jest, że sprowadzono do Kielc wielu wątpliwej jakości obcokrajowców czy piłkarzy u schyłku kariery, którzy nie chcieli się za Koronę zabijać.

Mnie trochę serce bolało, bo temat powrotu do Korony pojawił się znacznie wcześniej niż półtora roku temu. Były bodaj trzy okienka, gdy już miało być tuż-tuż, a jednak coś się rozpływało. Wtedy faktycznie było przykro, że innym ta szansa w Kielcach trafiała się ot tak, a mnie czy chłopakom stąd, z okolic, jej nie dawano. Bo też i kibice by inaczej na nas patrzyli. Zawsze to fajne, gdy w zespole są wychowankowie czy chłopacy kibicujący Koronie od dzieciaka. Te proporcje były trochę zaburzone. Natomiast, żebyś mnie źle nie zrozumiał - nikt nie powinien dostać szansy tylko za wiek czy miejsce pochodzenia. Musi to być poparte umiejętnościami, trzeba to wywalczyć na boisku. Tylko najpierw trzeba dostać na to szansę. Z tym bywało różnie.

- Nasuwa się zatem pytanie o to, jaka jest właściwa ścieżka kariery?
- Mój przykład pokazuje, że czasem trzeba wykonać mocny krok wstecz i stopniowo wracać na właściwe tory. Ale idealnego wzoru nie ma. Teraz w Kielcach jest drużyna rezerw. Trochę z przymusu, ale jest. To niezły poligon do ogrywania się. Natomiast ja raczej bym optował właśnie za spróbowaniem sił na niższym poziomie ligowym. To szkoła charakteru oddzielająca tych, którzy naprawdę chcą coś w tej piłce zrobić od tych, którym samozaparcia zwyczajnie zabraknie. Miejsca w klubach Ekstraklasy i I ligi dla wszystkich chętnych nie starczy. Czasem lepiej szybko to sobie uzmysłowić i przemyśleć, co w związku z tym dalej zrobić.

Natomiast wydaje się, że ostatnio wygląda to jakby lepiej. Coraz więcej młodych chłopaków, którzy wyjechali na zachód, czy to do Włoch, ostatnio popularnych, czy Anglii, jakoś się tam przebija, nie wraca z podkulonym ogonem. To pomaga i kolejnym, przeciera im szlaki. Wielu naszych piłkarzy w ostatnich latach wyrobiło naszej piłce na tyle dobre imię, że nawet pomimo bardzo słabego poziomu ligi, bo nie ma się co oszukiwać - jest jaki jest, jednak po ligowców sięgają mocniejsi z ciekawych lig."

Rozmawiał Andrzej Cała

Więcej TUTAJ

***

"Kamil Jackiewicz dla 2x45: Trener powtarzał, że ze mnie i Michała Masłowskiego zrobi gwiazdy"

"- Gdybym nie wyjechał z Podlasia, nigdy nie poznałbym Radka Osucha. Zapoznał nas Tomasz Arteniuk. To otworzyło mi furtkę. Wydaje mi się, że teraz jest podobnie. Młodemu ciężko jest się samemu przebić, chociaż teraz bardziej stawia się na młodych. A jak ja byłem młody, stawiało się na starych. Trenowało się na żużlu albo na boisku przy Dobrej w Białymstoku, gdzie spod piachu wystawały dywany. W okresie dojrzewania przez rok w ogóle nie grałem, bo miałem chorobę chrząstki. Podczas wysiłku nie bolało, ale jak kończyłem trening robiło się nie do wytrzymania. Nic nie mówiłem, dopiero moja mama zauważyła, że coś jest nie tak. Była pielęgniarką, więc nie było zlituj. Wsadzili mi nogę w gips od pachwiny w dół. I nawet z tym gipsem wychodziłem grać w piłkę. Chłopaki nawet nie wiedzieli, bo zakładałem długie dresy.

- Skąd pomysł, żeby z Białegostoku przenieść się właśnie do Kotwicy Kołobrzeg?
- Przez znajomych. Widzieli we mnie potencjał, a trenerem Kotwicy był Grzegorz Lewandowski, który wcześniej prowadził w naszym rejonie Ruch Wysokie Mazowieckie. Pierwsza moja myśl: kurde, tak daleko od domu, chyba nie pojadę. Pojechałem na testy, dostałem się, trener mnie przekonał, żebym został. Teraz zarabia się po 3-4 tysiące, wtedy była połowa tego. Patrzyłem pod takim kątem, że chcę się wybić.

- Zainteresowanie klubów z wyższego poziomu nakręcił Radek Osuch?
- I tak, i nie. Jeżeli jesteś w formie i potwierdzasz to przez dwa sezony, kluby same się interesują.

- Najeździłeś się na testy.
- Czasami przyjeżdżało się na jeden dzień i koniec. Absurd był w Arce Gdynia. Testowanych było kilku i z boku patrzył na nas asystent trenera. Oceniał nasze przerzuty, przyjęcia piłki. A potem do widzenia. Jeszcze lepsza była historia z Motorem Lublin."

Rozmawiał Mateusz Sokołowski

Więcej TUTAJ


PAŹDZIERNIK

"Krystian Pieczara dla 2x45: Z Robertem Lewandowskim łączą mnie już dwie rzeczy"

"- Masz menedżera?
- Nie mam i jestem zadowolony. Grając w Chrobrym miałem, ale wbrew niemu odszedłem z klubu i rozwiązaliśmy umowę. Potem, już w Polonii, miałem przez chwilę zagranicznego menedżera. Delikatnie powiem, że nie byłem z niego zadowolony. Straciłem pieniądze, bo musiałem odpalać mu prowizję. Negocjując sam uzyskałbym podobne warunki, a nie musiałbym płacić prowizji. Posiadanie menedżera ma tylko jeden plus. Nie wiem jak o pieniądzach rozmawia się w normalnej pracy, ale środowisko piłkarskie jest bardzo specyficzne. Trzeba mieć wysokie poczucie własnej wartości. Rozmowy nie trwają godzinę, tylko parę dni, a przez te dni masz treningi, mecze. Czasami coś ci nie wyjdzie i słyszysz, że dają ci mniej, bo zrobiłeś cztery żonglerki mniej niż wczoraj. Menedżer może załatwić to za ciebie, wtedy jako zawodnik masz spokojną głowę.

- Transfer z Polonii do ŁKS-u to zasługa menedżera?
- Nie powiem na sto procent jak powstał ten temat. Sprawę pilotował Krzysztof Przytuła, dyrektor sportowy ŁKS-u. Najpierw dzwonił do moich byłych trenerów, którzy wypowiedzieli się o mnie pozytywnie. W tym gronie był między innymi Dariusz Dźwigała. Później przyjechał na Polonię obejrzeć mnie w dwóch czy trzech meczach.

- Polonia spadała z drugiej ligi, atmosfera wokół klubu była kiepska.
- Był otwarty konflikt między zarządem a kibicami. Na nas to się odbijało, ale jak nie ma wyników, to atmosfera zawsze jest słaba. Co byśmy nie robili - czy będziemy grillować, pić piwo czy chodzić na paintballa, najistotniejszy i tak będzie wynik."

Rozmawiał Mateusz Sokołowski

Więcej TUTAJ

***

"Adam Duda dla 2x45: Probierz chciał mnie zniszczyć, ale najgorszych trenerów miałem w Widzewie. Potrafili z nas nawet szydzić"

"- Który twój mecz w Lechii był najlepszy i dlaczego to mecz z Ruchem?
- (śmiech) No rzeczywiście, całe spotkanie przeszło do historii, bo nie codziennie remisujesz mecz, przegrywając go w 90. minucie 2:4. Ta bramka na pewno dodała mi pewności siebie, poczucie własnej wartości skoczyło i dzięki temu w kolejnych meczach szło mi całkiem nieźle.

Był jeszcze jeden mecz, dla mnie bardzo wyjątkowy. Za trenera Kaczmarka graliśmy z Koroną Kielce. Gdy wszedłem na boisko przy stanie 1:2 Marcin Pietrowski strzelił piękną bramkę, a potem mój gol dał nam zwycięstwo, mimo że goście złapali kontakt. Marzenie się spełniło, serce mocniej zabiło, ale szkoda, że licznik tych bramek tak szybko się zatrzymał.

- Miał w tym swój udział Michał Probierz, z którym nie masz najlepszych wspomnień.
- Ludzie są różni. W każdym zawodzie znajdzie się osoba, na którą pracownicy narzekają, przychodząc do pracy. Wiele osób w dzisiejszych czasach jest fałszywych, myślących tylko o swoich interesach. Nie ma co ukrywać, że najwięcej problemów przysporzył mi trener Probierz. Od  początku miał do mnie problem, nie podobało mu się, że lubili mnie kibice, dziennikarze i ludzie z klubu. Przez pierwsze pół roku starałem się nie reagować na jego złośliwości, ale on za wszelką cenę chciał pokazać, że się nie nadaję. Sprawił mi wiele przykrości, na treningach przy całej drużynie bezpodstawnie mnie krytykował, co było bardzo dołujące i demotywujące. Ale chyba o to mu właśnie chodziło. Chciał mnie zniszczyć.

Była raz taka sytuacja, gdy w rezerwach prezentowałem bardzo dobrą formę i strzelałem sporo bramek. Pojechałem na mecz z Zagłębiem do Lubina. Byłem pewny, że dostanę szansę, ponieważ udowodniłem, że jestem w dobrej dyspozycji. Tymczasem przed samym meczem trener Probierz powiedział, że jestem numer „19” i nie ma mnie w kadrze meczowej. Przejechałem całą Polskę, by nawet nie móc usiąść na trybunach. Upokorzył mnie przed całym zespołem, to było straszne uczucie. Żałuję, że na niego trafiłem. Co więcej, przez jego nastawienie zostałem namówiony do odejścia do Chojnic, gdzie moja kariera wyhamowała prawie do zera."

Rozmawiał Maciej Golec

Więcej TUTAJ

***

"Lubambo Musonda dla 2x45: Chciałem iść do Śląska Wrocław, ale kluby się nie dogadały"

"– Co myślałeś przed meczem z Lechem?
– Byłem optymistą. Sądziłem, że damy radę was przejść. Wyszło inaczej. Zaważył pierwszy mecz. Lech grał u siebie i strzelił nam dwie bramki. Czy byli tacy mocni? My zagraliśmy zwyczajne słabo. Stać nas było na dużo więcej. Co prawda wygraliśmy w Armenii, ale oni znowu strzelili i przypieczętowali awans. Do końca wierzyłem w zwycięstwo, ale niestety zostaliśmy wyeliminowani.

– Śmialiście się z Grigora Meliksetjana?
– Daj spokój (śmiech)! Nie miał życia. Ciągle się z niego śmialiśmy. Wchodzi do szatni, a my wszyscy do niego: "Hej Grigor, przyjadą te chłopaki, co załadowali ci sześć goli w eliminacjach do mistrzostw świata".

– Chciałbyś zagrać w Lechu?
– Tak. To silny zespół, ale jestem przekonany, że ze mną byliby jeszcze silniejsi. Widzę, jaki jest poziom Ekstraklasy. To bardzo dobra liga. Do tego otwiera drogę dalej, bo skauci chętniej przyjeżdżają do Polski niż na daleki wschód do Armenii. Każdy polski zespół, jaki oglądałem, zrobił na mnie dobre wrażenie. Lech – to wiadomo. Śląsk Wrocław (tu już pojawia się problem ze znakami polskim, ale jest dobrze – przyp. KJ) też bardzo fajnie gra w piłkę. I jeszcze ci, co grali w Lidze Mistrzów… Legia. Oglądałem tamte mecze z Realem Madryt. Bardzo silny zespół, najlepszy w Polsce."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ

***

"Artur Woroniecki dla 2x45: Zamiast mamić młodych chłopaków, trenerzy czasami muszą przerwać im karierę"

"- Trenerzy pierwszego zespołu sami wychodzili z inicjatywą zapraszania ich do siebie, czy wy - jako opiekunowie grup młodzieżowych - musieliście swoje “wychodzić” i “wyprosić”?
- Michał Probierz, Tomek Hajto czy Czesiek Michniewicz widzieli, że w tych chłopakach jest potencjał. Nie trzeba było prosić, żeby grali w pierwszym zespole. Wystarczy wspomnieć mecz z Legią i debiut Tomka Porębskiego na środku obrony. Ljuboja sobie nie pograł.

- Pomagał pan szukać swoim wychowankom klubów?
- Wracając z Ostrowca Świętokrzyskiego po zdobyciu mistrzostwa wiedziałem, że szóstka ludzi ma propozycje. Pogoń Szczecin, Zagłębie Lubin, Wisła Kraków były zainteresowane. Zarówno Pawłowski, Arłukowicz, Zapolnik i Porębski mogli śmiało iść grać w Polskę. Ale oni mówili: trenerze, chcemy spróbować u siebie. Szanowałem ich zdanie, ale mówiłem, ilu chłopaków z regionu grało wtedy w pierwszym zespole. Sugerowałem, że może będzie lepiej jak odejdą i wrócą za jakiś czas. Życie pokazało, że ta droga Kądziora i Zapolnika wyszła na lepsze.

- A pan się tego spodziewał.
- Znałem sytuację i pomysł na to, jak ma funkcjonować drużyna seniorów. Wiedziałem, że młodzi będą mieli bardzo małe szanse, żeby tu i teraz wskoczyć.

- Nie ukrywajmy, Kądziorowi nie pomagały też warunki fizyczne.
- Dla mnie liczą się umiejętności i charakter. Nikt mi nie powie, że Damian nie był przygotowany do tego, żeby kreować i prowadzić grę. Tylko trzeba było mu znaleźć pozycję na boisku. Okazało się, że Marcin Brosz znalazł. Ja bym się w życiu nie spodziewał, że Damian będzie skrzydłowym. U mnie był ofensywnym środkowym pomocnikiem. Damiana piłka się słucha i gabaryty do tego nic nie mają."

Rozmawiał Mateusz Sokołowski

Więcej TUTAJ


LISTOPAD

"Kibu Vicuña dla 2x45: Piłka nożna to ciągłe podejmowanie decyzji, nauczanie tego jest najważniejsze"

"- Niektórzy trenerzy w Hiszpanii nie ukrywają, iż stawiają styl gry ponad wyniki. W Polsce coś takiego jest możliwe?
- Mówią tak, ale wyniki zawsze są najważniejsze. Nie ma się co oszukiwać, mówimy przecież o profesjonalnej piłce. Styl jest jednak dla mnie ważny, aczkolwiek trzeba umieć się dostosować. Zawsze trafią się mecze, w których spróbujesz narzucić przeciwnikowi określone warunki, lecz on nie zawsze się im podporządkuje, czym tobie utrudni życie. My będziemy skupiali się na ataku pozycyjnym. Spróbujemy konstruować akcje już od bramkarza. Czasami się nie uda, wtedy będziemy myśleć. Najważniejsza rzecz w tym wszystkim dotyczy jednak tego, byś przez cały tydzień trenował rzeczy, które potem pomogą ci zagrać w określony sposób w kolejnym spotkaniu. Trenuje się po coś, prawda? Każde ćwiczenie powinno być wykonywane z myślą "jak to nam pomoże podczas meczu?".

Ale to nie styl preferowany przez trenera się liczy, lecz styl, na który stać jego drużynę. Czy ma do niego właściwych wykonawców? Bo jeśli ja narzucę określoną filozofię, a moi podopieczni jej nie poczują - porażka murowana. Na pewno jednak w mojej Wiśle nie będzie tak, że jeśli jeden mecz nam nie wyjdzie, to od razu porzucimy obraną wcześniej drogę. Wiadomo, trochę inaczej gra Arka, inaczej Zagłębie, a jeszcze inaczej Piast i trzeba się do tego przygotować, lecz zamierzamy to robić poruszając się w ramach określonej koncepcji.

- Na jednej z ostatnich konferencji znowu pytano cię o przygotowanie fizyczne. Uśmiechnąłem się wtedy, bo wiem jakie masz do tego podejście - według ciebie mamy obsesję na tym punkcie i chyba jest w tym sporo racji.
- Piłka to nie jest w sport, w którym aspekt fizyczny, technikę, taktykę i sferę mentalną należy oceniać osobno. Na każdą z tych rzeczy powinno się patrzeć przez pryzmat pozostałych, to przecież musi działać wszystko razem! A najłatwiej jest wskazać tylko któryś z tych aspektów. Nie, według mnie takie postępowania to tania wymówka. O czym to świadczy? Równie dobrze można byłoby powiedzieć: "nooo, to jest wina trenera od przygotowania fizycznego, ja jestem super, wszystko robię dobrze". Daj spokój... Ja rozumiem, że praktycznie każdy kraj ma swoją kulturę piłkarską, w Polsce bardzo liczy się aspekt fizyczny. Szanuję to, naprawdę. Przyzwyczajenia zawodników są inne. Pracuję tu od 11 lat i widzę, że przeważnie tutejsi piłkarze potrzebują na przykład ciężej ćwiczyć na siłowni, żeby czuć się mocniej. Broń Boże jednak nie mam na myśli tego, że przygotowanie fizyczne powinno się ignorować. Natomiast czy jest ono najważniejsze? Według mnie nie. Uważam, iż każda z pozostałych sfer - technika, taktyka, mentalność - jest ważniejsza. Ale jeszcze raz podkreślam, chodzi o "flow", poczucie tego jak one działają razem i znalezienia odpowiednich proporcji."

Rozmawiał Mariusz Bielski

Więcej TUTAJ

***

"Szymon Kozupa, szef sportu w Radiu Maryja, dla 2x45: Ojciec Rydzyk nie sprawdza wyników na livescorze. Od tego jesteśmy my!"

"- Z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej droga prowadzi tylko do Radia Maryja lub TV Trwam?
- Niekoniecznie. Po naszej uczelni ludzie pracują w różnych firmach. Część w mediach publicznych, w TVP lub Polskim Radiu. Część trafiła do Republiki. Damian Szmagliński wypłynął z naszej redakcji sportowej, a dziś jest reporterem Wiadomości. Po drodze były jeszcze newsy w TV Trwam.

- Nie myślałeś nigdy o mediach mniej nacechowanych ideologicznie?
- Co to znaczy "nacechowanych ideologicznie"?

- Poszedłbyś teraz do TVN-u?
- Powiem inaczej: tu mam luz. Mogę robić to, co chcę. Nie chcę zmieniać otoczenia. Wątpię, żeby gdzieś indziej ktoś pozwolił mi zajmować się sportem i polityką. Bałbym się odejść ze względu na swobodę i pozycję, jaką mam. Ta swoboda także dotyczy kierunku, jaki przybierają teksty informacyjne. To znaczy, że nawet w przypadku tekstów informacyjnych uczciwie przytaczamy stanowisko każdego ugrupowania.

- Jaki jest sens sportu w Radiu Maryja? Przyznam się, że nie zdarzyło mi się wejść na waszą stronę, żeby sprawdzić, jak tam grał Lewandowski w weekend.
- Sport to długo była niezagospodarowana przestrzeń. Zaczynaliśmy od relacji z meczów na portalu Radia Maryja. Potem pojawiały się materiały filmowe. Po prostu chcieliśmy dać naszym widzom namiastkę sportu, bo on jednoczy ludzi. Nieważne czy jesteś na prawo, czy na lewo. Jak gra reprezentacja Polski, to siadasz i oglądasz. Taki jest cel Radia Maryja, żeby budować wspólnotę również w wymiarze sportu. Oprócz tego redakcja ma być szansą dla naszych studentów. Jeżeli ktoś z chłopaków pójdzie potem do Weszło, 2x45 czy gdziekolwiek dalej, to ja się będę cieszył. Będę uradowany z tego powodu, że wyciągnęliśmy do kogoś rękę, a on przekuł hobbystyczne patrzenie na B-klasową kopaninę w poważną pracę. Kiedyś chcieliśmy robić wszystko. Tworzyliśmy długie i szczegółowe przeglądy lig zagranicznych. Dzisiaj skupiamy się głównie na Polakach grających za granicą. To kolejny nasz cel: budować patriotyczną więź."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ


GRUDZIEŃ

"Piotr Matys dla 2x45: Nie zawsze najlepsi młodzi zawodnicy grają w reprezentacji Polski. PZPN nie jest w stanie ich wyłowić"

"Marcin Łopienski (2x45.info): – Po każdej większej klęsce w środowisku rozpoczyna się dyskusja o stanie polskiej piłki. Najczęściej stawiane pytanie to: dlaczego nasi rodzimi piłkarze aż tak odstają od swoich konkurentów?
Piotr Matys (były piłkarz m.in. Jagiellonii Białystok, PSV Eindhoven, Genoi, obecnie członek zarządu i trener Akademii Piłkarskiej Talent Białystok):
– Uważam, że są jednostki, które dorównują światowemu poziomowi, ale zdecydowana większość wypada blado na tle innych zawodników. Decyduje o tym wiele czynników.

- Wymieńmy je.
- Pomimo coraz lepszej boiskowej infrastruktury, nie jesteśmy w stanie trenować cały rok na boisku. Natomiast praktycznie cała Zachodnia Europa nie prowadzi już zajęć na hali. Jeżeli policzymy sobie te miesiące i liczbę treningów straconych w każdym roku, powstaje przepaść. Kolejna rzecz to charakter…

- Polacy kiedyś słynęli z zawziętości i charakteru do pracy.
- Dziś jest podobnie, jednak piłka nożna zdecydowanie się rozwinęła. O sukcesie nie decyduje już obecnie jeden szczegół, a szereg złożonych detali. Jednym z najważniejszych jest nierozpamiętywanie porażki, unikanie tych samych błędów, które uniemożliwiają harmonijny rozwój.

- A sposób podejścia do treningów?
- To też. I dobrze, że zaczął pan od treningu. Podejście do każdej jednostki treningowej, do konkretnego meczu, zawodów i wielkiego turnieju rangi mistrzowskiej. Czynników jest wiele, ale jeśli dodamy je do siebie, otrzymamy powody dlaczego tak ciężko „sprzedać” piłkarzom swoje umiejętności w danym czasie. Druga strona medalu to szybkie popadanie w huraoptymizm: zawodnikowi zaczyna coś wychodzić, spuszcza z tonu, a to prędzej czy później jest widoczne.

Zmiany w szkoleniu zacząłbym od nauczenia młodego człowieka odpowiedniego podejścia do zajęć. Dopiero później będzie się to przekładało na zaangażowanie i odporność na stres."

Rozmawiał Marcin Łopienski

Więcej TUTAJ

***

"Adam Matysek dla 2x45 (1/2): Odejście z Bayeru? Zbagatelizowałem moją kontuzję, trochę przegiąłem"

"- Jak wyglądały kulisy transferu do Bayeru?
- Nie łączyłbym tego szczególnie z osobą Calmunda. Oni regularnie jeździli na 2. Bundesligę, obserwowali wielu graczy. Niewiele jednak brakowało, a do Bayeru bym nie trafił, bo zdecydowana na mnie była właśnie wspomniana Borussia Dortmund. Wydarzyło się tak z powodu tzw. "paragrafu jedenastego". Był to zapis pochodzący jeszcze z lat 70., który mówił o tym, że jak się zmienią międzynarodowe przepisy dotyczące transferów, to w Niemczech jeszcze przez rok będą obowiązywać obecne. Podpisały go wszystkie kluby 1. oraz 2. Bundesligi. Sprzeciwił się temu jednak Stefan Klos z Borussii, który chciał odejść z Dortmundu. Podał sprawę do sądu i BVB musiała szukać nowego bramkarza. Padło na mnie, ale okazało się, że Borussia wygrała trzecią rozprawę z Klosem i do mojego transferu ostatecznie nie doszło. A szkoda, bo Borussia dogadała się z Gutersloh odnośnie do sumy transferowej, ja już miałem ustalone warunki kontraktu. Byliśmy z żoną na spotkaniu u prezydenta klubu, rozmawiałem też z trenerami. Spędziliśmy naprawdę fajne dwie godziny, dogrywaliśmy już szczegóły. Nie miałem jednak żalu, bo wiedziałem, że może dojść do takiej sytuacji. Od razu przedstawili mi sprawę w ten sposób, że jeśli wygrają rozprawę z Klosem, to on zostanie.

Następnie zgłosiło się po mnie Schalke 04 Gelsenkirchen. Byłem na rozmowach, nawet zaczęliśmy dyskutować na temat kontraktu. Koniec końców wzięli jednak Olivera Recka.

Nie złościłem się, że musiałem zostać w Gutersloh, ale jednak było mi trochę żal, bo cały czas o grę w 1. Bundeslidze walczyłem. W końcu jednak trafiłem do Bayeru, bo skorzystałem na nieszczęśliwej kontuzji bramkarza. W sparingu z Arminią Bielefeld, gdy próbował go przeskakiwać napastnik, zahaczył go kolanem i golkiperowi pękła czaszka. Za dwa tygodnie ruszała liga, więc potrzebowali bramkarza gotowego do gry, a ja w Gutersloh już za kilka dni miałem zacząć grę w 2. Bundeslidze. Przez ten czas dogadywały się kluby, a ja po pierwszej kolejce na zaplecze pojechałem już do Leverkusen.

- Treningi u Christopha Dauma były szkołą życia?
- Trzeba przyznać, że on wyprzedzał epokę trenerską. Był z pewnością specyficzny w swoich metodach treningowych, czy nawet w rozmowach z zawodnikami. Trenował mnie potem chociażby Berti Vogts czy Rudi Voller, ale Dauma wspominam wyjątkowo miło. Otworzył mi oczy na nowe rzeczy i dzięki temu bardzo się rozwinąłem. Był zresztą potem namaszczony na trenera reprezentacji Niemiec, ale nie ma co ukrywać, że aferą kokainową bardzo popsuł sobie renomę.

- 118 występów w 2. Bundeslidze, 78 gier w pierwszej Bundeslidze i wygrana jedna walka bokserska. Całkiem dobry bilans z pobytu w Niemczech.
-  Ach (śmiech). Zostało dopisanych wiele ideologii do tej historii z Ulfem Kirstenem. Było faktycznie starcie, ale my potem się widzieliśmy kilka razy, jedliśmy razem obiad. Gdy skończyliśmy kariery, po prostu zostawiliśmy to za sobą.

- Ale faktycznie był uprzedzony do Polaków?
- Nie. Po prostu jego syn w drużynie młodzieżowej miał spięcie z jednym chłopakiem z Polski, potem siedziało w nim też to, że nie strzela goli i te wszystkie frustracje skumulowały się wtedy na treningu."

Rozmawiał Bartosz Adamski

Więcej TUTAJ

***

"Waldemar Matysik dla 2x45: Za to co robiłem, Boniek powinien odstrzelić mi coś z transferu do Juventusu"

"- Jechaliście na mundial po złoto?
- Ukrywałem tę myśl głęboko w sercu. Zachowywałem ją dla siebie, ale tak, to prawda, jechałem do Hiszpanii po złoto. Pamiętam jak Boniek, już jako prezes PZPN, zaprosił mnie z żoną na mecz reprezentacji do Wrocławia, na debiut trenera Nawałki. Od razu powiedział:
- Ja jestem w szoku, ile ty mówisz! Jako piłkarz to dwa słowa na krzyż: tak i nie. A tutaj, ile możemy porozmawiać.

Dziwił się i zaraz pochwalił też moją żonę za to, że nauczyła mnie się wysławiać. To coś pokazuje. W 1982 raczej nie byłem gadułą. Sam sobie coś mogłem założyć, ale byłem ostatnią osobą, która by to komukolwiek wtedy powiedziała. Chciałem to złoto. Byłem w najlepszym piłkarskim wieku. 20 lat. Druga taka okazja mogła się nie przydarzyć.

- Mistrzostwa świata. Pierwszy mecz z Włochami. Pan obok Bońka w pierwszym składzie. 
- Byle nie przegrać. Włosi, wiadomo, defensywa przede wszystkim. Nasze założenie było takie samo. I mecz się zamknął. Oni nie mogli sobie stworzyć żadnej sytuacji, a my też nie mieliśmy łatwiej. Typowe starcie w środku pola. 0:0. Założenie spełnione. Nic poniżej, nic ponad. Grałem przeciw piłkarzowi Fiorentiny, Giancarlo Antognoniemu. Dałem radę.

Byliśmy pewni siebie. Skoro z Włochami zremisowaliśmy, to z Kamerunem musi być łatwo. Nic o nich nie wiedzieliśmy. Znany był tylko Roger Milla, reszta była anonimowa. Myśleliśmy, że łatwo wygramy. Piechniczek zrobił zmiany, ja siedziałem na trybunach, miało być ofensywniej. Podszedł do mnie i mówi:
- Dzisiaj trybuny, bo chcemy trochę więcej postrzelać.

Zrozumiałem, ale nie wyszło. Znowu 0:0. Kamerun nas zaskoczył. Nie potrafiliśmy stworzyć nic ciekawego. Byli szybcy, wybiegani, waleczni. Pojawiła się presja. Na treningu Piechniczek znowu zwrócił się do mnie:
- Wracasz do pierwszego składu na Peru. Graj swoje.

Czyli co miałem robić? Wiadomo. Człowiek od czarnej roboty. Trener widział, że z Kamerunem mieliśmy szczęście. Bez defensywnego pomocnika w środku pola była dziura."

Rozmawiał Jan Mazurek

Więcej TUTAJ

***

"Tomas Podstawski dla 2x45: Porto to dobra szkoła twardego charakteru. Czułem się na siłach, by dalej tam grać"

"- Czym wyróżnia się akademia FC Porto na tle innych?
- Ją zawsze porównuje się do szkółek Benfiki oraz Sportingu. Szczególnie u tych drugich łatwo zauważyć jak ochoczo stawiają na młodzież, którą wiele lat wychowywali. W Porto kładzie się duży nacisk na wyniki. Zawsze musisz mierzyć najwyżej, czyli w mistrzostwo kraju i dojść jak najdalej w Lidze Mistrzów. Mówię teraz o seniorach. Sporting natomiast za cel nadrzędny stawia sobie samo wypromowanie jak największej liczby wartościowych zawodników. Możesz być bardzo młody i przebić się u nich. 17 czy 18 lat i możesz trafić do pierwszego składu. Druga strona tego medalu jest taka, że w XXI wieku mistrzostwo wygrali zaledwie raz, w sezonie 2001/02. W Porto nie ma "obsesji" wprowadzania wychowanków za wszelką cenę. Smoki zawsze miały sporo świetnych graczy z Ameryki Łacińskiej. Tym trudniej jest się wypromować w Porto, choć wydaje mi się też, że powoli się to zmienia. Dlatego swego czasu powstała drużyna B, aby ułatwić młodzieżowcom przeskok z futbolu juniorskiego do seniorskiego. Sam byłem częścią zespołu rezerw, który zajął 1. miejsce na drugim poziomie rozgrywkowym, lecz z wiadomych przyczyn nie mogliśmy awansować. Organizacyjnie to wygląda bardzo dobrze, no a młodzieżowcy ogrywają się na sensownym poziomie.

Podejście do juniora w Porto jest kompleksowe, wszystko dokładnie opracowano. Określają jak dany zawodnik ma się uczyć, czego dokładnie, co musi poprawić, z kim powinien trenować, które ćwiczenie wykonywać w tym wieku, aby polepszyć jeden aspekt, a jakie w innym. Kładzie się nacisk na technikę. Infrastruktura jest świetna - kilka boisk naturalnych i sztucznych w samym mieście oraz poza nim. Do tego zapewnia się dzieciom opiekę psychologów, fizjoterapeutów, lekarzy, dba się o kontakt ze szkołą, do której uczęszcza dany junior. Pilnują i dopytują: "dlaczego on nie ma lepszej oceny z matematyki?". Jeśli nie masz dobrych stopni, to potem nie grasz w klubie.

- Ty zawsze grałeś?
- Zawsze byłem dobrym uczniem, nie trzeba było się o mnie martwić (śmiech)! Chodzi mi o to, że w Porto dbają o całość twojego rozwoju też jako człowieka. Utrzymują dobry kontakt z rodzinami. Co ciekawe, mniej więcej od czasów Mourinho zaczęto zamykać treningi, żeby rodzice nie brali w nich udziału, bo dzieciaki czuły zbyt dużą presję.

- To jest wielki problem w Polsce.
- Nie wejdziesz na zajęcia. Rodziców odsyła się do specjalnego budynku, gdzie czekają na pociechy. Przestrzega się tego w każdym roczniku. Bo tak to ojciec ogląda trening, a potem w domu mówi mu: "po co podawałeś jak sam mogłeś strzelić bramkę?". Najgorzej, gdy krzyczą podczas ćwiczeń, wymagają samych wygranych i żeby każdy był najlepszy w drużynie. Każdemu marzy się drugi Cristiano Ronaldo w rodzinie albo Lewandowski, a to nie tak."

Rozmawiali Dawid Zieliński i Mariusz Bielski

Więcej TUTAJ

***

"Jarosław Mroczek dla 2x45: Prezesi innych klubów mówili, że super gramy, a w oczach widziałem, że dla nich jesteśmy w I lidze"

"- Dlaczego trener Runjaic dostał tak duży kredyt zaufania?
- Zatrudniliśmy go w sytuacji tragicznej dla klubu. Po 14. kolejkach mieliśmy 9 punktów. Dzisiaj w takiej samej sytuacji Zagłębie Sosnowiec ma 12 punktów, czyli więcej niż my wtedy. Pamiętam nasze rozmowy, w których analizowaliśmy naszą sytuację i trzeba było zdobywać po półtora punktu na mecz, aby wyjść z dołu tabeli. To strasznie dużo.

Przypominam sobie Macieja Skorżę. Wiem, że teraz ludzie śmieją się z moich słów, kiedy mówiłem, że trener Skorża jest naszym najlepszym transferem. Trenerem na lata. Jestem jednak ciekawy, czy ktoś wtedy myślał inaczej. Wszyscy byli zadowoleni z takiego nazwiska w Szczecinie, a moją rolą jest wspieranie trenera. Wszyscy w klubie muszą czuć, że dokonuje się ważny ruch i jest szansa powalczyć o coś więcej. Początek nie wyglądał źle, trener zaraził drużynę wolą walki. Przychodzili do mnie zawodnicy, którzy chwalili metody treningowe Skorży, mówiąc, że nigdy takich ciekawych treningów nie widzieli. Chwalili odprawy przedmeczowe. Wszystko do czasu wyglądało bardzo dobrze, niestety później wrócił stary grzech trenera Skorży, o którym rozmawiałem z nim. Sam trener zapewniał mnie, że to się nie powtórzy. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale wciąż męczy mnie ta sytuacja. Miałem wielką wiarę w trenera i bardzo szanuję jego warsztat oraz jego umiejętności, więc żałuję, że to nie wyszło, choć do końca wierzyliśmy, że może jednak znajdzie drogę do zespołu i wzajemnie zaczną się akceptować. Nie udało się tego osiągnąć, powinniśmy zdecydować się na zwolnienie trenera znacznie wcześniej niż w 14. kolejce.

Od 16. kolejki swoją historię zaczyna pisać Kosta Runjaic. Facet przychodzi, mamy świadomość z jego wcześniejszych miejsc pracy, że potrafi sobie radzić w trudnych warunkach. Proszę pamiętać, że podejmowaliśmy wielkie ryzyko. Polskie kluby nie sięgają zbyt często po zagranicznych trenerów, teraz ta tendencja dopiero się zmienia.

- Czym najbardziej was przekonał Runjaic?
- Mnie przekonał podejściem. Uważam, że w jednym zespole nie mogą pracować osoby, które nie mają do siebie zaufania lub mają zupełnie inne koncepcje. Z Runjaicem było tak, że gdy zadzwoniłem do niego i poprosiłem o to, żeby zechciał rozważyć propozycję pracy w Pogoni powiedział, że nie ma problemu. Kiedy rozpocząłem temat od „chciałem tylko powiedzieć, że Pogoń nie jest najbogatszym klubem…”, on od razu mi przerwał i powiedział, że w ogóle nie rozmawiajmy o pieniądzach. Sprawdźmy najpierw, czy jesteśmy w stanie żyć ze sobą, jakie mamy spojrzenie na pewne sprawy.  Ustaliliśmy spotkanie w Berlinie, trener tam przyleciał. Rozmawialiśmy cztery godziny i muszę powiedzieć, że rozmowy o piłce to zajęły może 10 procent czasu całego spotkania. Rozmawialiśmy o wszystkim. Polityka, stosunek do zwierząt – tematy były najróżniejsze. Po tej rozmowie odpowiedział nam, że na razie jest ok, rozumiemy się, mamy podobne spojrzenie na świat, ale teraz musi przemyśleć propozycje i jutro się odezwie. Usłyszeliśmy tylko: „muszę wrócić do domu i porozmawiać z żoną”. Nie wiedzieliśmy nic, trener pojechał do domu.

Następnego dnia zadzwonił, powiedział, że zgadza się i teraz możemy przejść do kwestii finansowych. Ta rozmowa była już zdecydowanie krótsza, on doskonale rozumiał jakie są tutaj warunki. Myślę, że jest zadowolony, mało nie zarabia. To kwota dużo większa niż zarobki przeciętnego Niemca."

Rozmawiali Dawid Zieliński i Mariusz Bielski

Więcej TUTAJ

***

"Adam Łupiński, bramkarz tajwańskiego zespołu, dla 2x45: Dwumetrowy pyton? Muszę go złapać i zrobić sobie zdjęcie!"

"- Skąd pomysł, żeby wyjechać do Australii?
- Pojawił się pod koniec studiów. W trakcie pisania pracy magisterskiej koleżanka powiedziała, że wybiera się właśnie do Australii. Okazało się, że to nie jest wizowo tak trudne do ogarnięcia, jak się wydawało. Byłem w uprzywilejowanej pozycji, bo mam - jak to bywa na Śląsku - niemiecki paszport. Polakowi najłatwiej było dostać wizę studencką. Jako obywatel kraju-założyciela Unii Europejskiej mogłem polecieć na working holidays. To dawało więcej możliwości. Nie byłem związany z żadną uczelnią i mogłem spokojnie podróżować po kraju. I przede wszystkim zostać dłużej. Miałem pojechać na rok i wrócić do Polski, no ale się nie udało, bo poznałem moją małżonkę Alę.

- Miałeś jakieś konkretne miejsca, które chciałeś zobaczyć?
- Nie było konkretnego punktu, jednak głupio byłoby nie zobaczyć takich miejsc jak Uluru. Zwiedziłem dużo. Moja Australia wyglądała tak: pracowałem, odkładałem pieniądze i jechałem zwiedzać kraj. Wylądowałem w Sydney z bardzo okrojonym budżetem. Miałem pieniądze na miesiąc, a koszty życia są duże. Wynajmowałem pokój za 150 dolarów tygodniowo, więc szybko trzeba było coś znaleźć. To, co zarobiłem, przeznaczałem na podróż.

- Czym się zajmowałeś?
- W Sydney byłem baristą. Potem zostałem traktorzystą na plantacji truskawek. Następnie dostarczałem wina do restauracji w Melbourne. Później pracowałem jako kucharz na outbacku, 170 kilometrów od Port Darwin. Odludzie. Taka knajpka przy autostradzie na końcu świata.

- Jak trafiłeś na tę magiczną farmę truskawek?
- To był krytyczny moment. Razem z kolegą, który przyjechał tu tylko na wakacje, zwiedzaliśmy zachodnie wybrzeże. Wynajęliśmy kampera i podróżowaliśmy przez miesiąc. Kumpel musiał wracać do Polski, a ja szukałem pracy. Z reguły tacy ludzie jak ja pracowali w motelach, restauracjach, kawiarniach, ale wtedy nic nie mogłem znaleźć. Zacząłem obdzwaniać wszystkich znajomych, których poznałem w Melbourne. Jeden z kolegów dał cynk:
- Słuchaj, jest taka praca na plantacji truskawek, tylko musisz się pojawić jutro rano.

Rozmawialiśmy popołudniu. A farma była 1 000 kilometrów ode mnie. Miałem dosłownie 500 dolarów. Połowę wydałem na bilet lotniczy. Doleciałem tam późnym wieczorem, a o szóstej rano już pracowałem. Nie miałem pieniędzy, więc przez trzy tygodnie spałem tam w namiocie."

Rozmawiał Krystian Juźwiak

Więcej TUTAJ

***

"Jacek Kulig, twórca footballtalentscout.net, dla 2x45: Uwielbiam oglądać, analizować, porównywać. Dziewczyna mówi, że to obsesja"

"- Pamiętasz pierwszy raport umieszczony na stronie?
- Tak. Był słaby. Jeżeli spojrzysz na moje stare raporty, wyglądały raczej kiepsko. Mało detali. Raczej amatorskie. W sumie teraz też są amatorskie, nie jestem profesjonalistą, chociaż chciałbym zostać. To był Ricardo Rodriguez, obecnie piłkarz Milanu. Szwajcarski lewy obrońca. Miał bodajże 18 czy 19 lat, bardzo mi się podobał.

- Teraz raportów na stronie jest już…
- 600.

- Pokaźna baza.
- Mam sporo raportów, które jeszcze nie poszły. Około 60. Wstawiam je co tydzień, to taka tradycja. Oglądam mnóstwo futbolu młodzieżowego. Jakiś zawodnik wpada mi w oko i zaczynam go skautować, obserwować."

Rozmawiał Mateusz Sokołowski

Więcej TUTAJ


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się