var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";


Autor zdjęcia: Youtube / Śląsk TV

Czeska myśl szkoleniowa nad Wisłą. Jak zapamiętaliśmy poprzedników Vitezslava Laviczki?

Autor: Maciej Kanczak
2019-01-11 13:04:45

Vitezslav Lavicka to piętnasty trener z Czech, który w XXI wieku pracował będzie w Ekstraklasie. W pierwszej dekadzie tego stulecia prezesi polskich klubów garściami czerpali z „czeskiej myśli szkoleniowej”. W kończącej się drugiej dziesięciolatce, przestali spoglądać w kierunku południowej granicy, nowych nauczycieli futbolowego rzemiosła szukając na Półwyspie Iberyjskim. Czesi jednak w naszej lidze stanowią barwną historię.

W latach 2001-2012 patrzyliśmy na Czechy jak na lepszy piłkarsko kraj. I nie ma się co dziwić takiemu podejściu – nasi południowi sąsiedzi górowali nad nami na każdym polu: mieli mocniejszą reprezentację, bardziej perspektywiczną młodzież, zaś ich kluby regularnie grały w Lidze Mistrzów. W trenerach czeskich widzieliśmy ludzi, którzy nie tylko poprowadzą do sukcesów polskie kluby, ale również zaszczepią w nich „know-how”, z którego będziemy mogli korzystać jeszcze długo po ich odejściu. Idylla trwała jednak krótko, a moda na czeskich szkoleniowców skończyła się jak swego czasu na fryzurę „krótko z przodu, długo z tyłu”.

Fakty są bowiem takie, że z licznej grupy trenerów, którzy zawitali nad Wisłę, jakiekolwiek sukcesy osiągnęło zaledwie czterech. Reszta, albo niczym meteoryt, przemknęła jedynie przez polską ligę albo opuszczała swoje z zespoły bez poczucia dobrze wypełnionego obowiązku.


Niedoszły selekcjoner

Szlaki czeskim trenerom w XXI wieku w Polsce przecierał ten, który w naszej lidze osiągnął największe sukcesy, a więc Werner Liczka. Pierwsze sygnały o tym, że może pracować w naszym kraju pojawiły się w marcu 2001 r., gdy po klęsce w ¼ finału Pucharu Polski z Zagłębiem Lubin (0:4) i zwolnieniu Franciszka Smudy możliwość jego zatrudnienia rozważała Legia Warszawa. Ostatecznie działacze „Wojskowych” zdecydowali się na Dragomira Okukę, a Liczka w stolicy zameldował się trzy miesiące później, zostając nowym trenerem Polonii Warszawa. Od początku pobytu nad Wisłą towarzyszył mu nimb wyjątkowości. W końcu w czasie EURO`96 był asystentem Dusana Uhrina, a prowadzeni przez ten duet Czesi na angielskich boiskach zdobyli srebrny medal. Gdy mówił o potrzebie poprawienia akademii piłkarskich w polskich klubach, większego nacisku na szkolenie młodzieży czy większej elastyczności taktycznej – kibice patrzyli na niego jak na przedstawiciela lepszego piłkarsko świata. Nim zaczęliśmy spijać z ust wszystkie słowa, które wypowiedział Leo Beenhakker, na początku tego stulecia zachwycaliśmy się Liczką.

Pod wrażeniem nowego przełożonego byli również jego podopieczni. – Pokazał nam wiele rzeczy, o których wcześniej tylko słyszeliśmy. Nauczył nas grać czwórką obrońców w linii, ćwiczyliśmy asekuracje środkowych obrońców. Boczni defensorzy musieli pamiętać, żeby nie wchodzić w strefę stoperów. W efekcie jako pierwszy zespół w Polsce zaczęliśmy grę prawdziwym systemem 1-4-4-2. To była dla nas nowość – wspominał w rozmowie z „Tygodnikiem Przeglądu Sportowego”, Piotr Dziewicki. – Już po pierwszym spotkaniu widać było, że to gość, któremu warto zaufać – na tych samych łamach przekonywał Arkadiusz Kaliszan.

Liczka przy Konwiktorskiej pracował jednak tylko rok. Zadania nie ułatwiały mu tarcia na szczytach klubowych władz i pierwsze problemy z płynnością finansową. Niemniej czwarte miejsce, które zajął z „Czarnymi Koszulami” na koniec sezonu 2001/2002 (dzięki temu, że Puchar Polski zdobyła druga w tabeli Wisła Kraków, pozycja ta dała mistrzom Polski A.D. 2000 możliwość gry w eliminacjach Pucharu UEFA) należy traktować jako wielki sukces. Polonia grała ładnie dla oka, a Liczka zaczął w warszawskim klubie wprowadzać zasady rodem z Europy Zachodniej (był bodaj jednym z pierwszych trenerów w Polsce, który przykładał dużą wagę do tego, jak odżywiają się jego gracze).

Wielu zawodników pod okiem Czecha zrobiło gigantyczne postępy: Marcin Kuś był jednym z odkryć sezonu, Andrzej Krzyształowicz jednym z najlepszych bramkarzy w lidze, formę również ustabilizowali Kaliszan, Maciej Bykowski czy Mariusz Pawlak. To wszystko sprawiło, że gdy po MŚ 2002 selekcjonerem reprezentacji Polski przestał być Jerzy Engel, Liczka było w wąskim gronie kandydatów do jego zastąpienia. Sam Engel w czasie rozgrywek 2001/2002 wielokrotnie pozytywnie wypowiadał się o swoim koledze po fachu. Z Czechem latem 2002 spotkali się przedstawiciele PZPN – prezes Michał Listkiewicz oraz wiceprezes ds. szkoleniowych, Henryk Apostel. Ostatecznie jednak ich wybór padł na Zbigniewa Bońka.

Nie wszyscy jednak w naszym futbolowym środowisku do kandydatury Liczki podchodzili z entuzjazmem. Na łamach „Gazety Wyborczej” dosyć ostro o jego osobie wypowiedział się były trener m.in. Widzewa Łódź, Leszek Jezierski. – Poznałem go na kursokonferencjach. Sympatyczny kolega-trener. Ale nie wariujmy… Żeby od razu miał być zbawcą polskiej piłki? Selekcjonerem? Nie widzę tego, po prostu nie widzę…- nie szczypał się w język popularny „Napoleon”.

Nie wiadomo zresztą nawet czy w przypadku pozytywnej weryfikacji ze strony PZPN, Liczka byłby w ogóle zainteresowany pracą z biało-czerwonymi. Dobre wyniki rodaka nie uszły uwadze Czechom. Po zakończeniu rozgrywek 2001/2002 upomniała się o niego ojczyzna, oferując mu stanowisko selekcjonera reprezentacji U-21. – Moja decyzja o podjęciu pracy w federacji nie ma absolutnie związku z kłopotami finansowymi Polonii. Nie są one aż tak duże, żebym musiał z Polski uciekać. Moim osobistym celem była jednak zawsze piłka międzynarodowa i uważam, że praca z reprezentacją go realizuje – wyjaśniał motywy swojej decyzji.

Jako opiekun następców Jana Kollera i Pavla Nedveda się jednak nie sprawdził. Broniący tytułu mistrza Europy U-21 Czesi jak burza przeszli eliminacje, ale w fazie play-off w dramatycznych okolicznościach, po rzutach karnych przegrali ze Szwajcarią. Po tej porażce Liczka z miejsca podał się do dymisji. – Trener, który nie wypełnia swojej misji nie może pozostać na ławce rezerwowych – rzucił na odchodne rodzimym mediom.

Pamiętna przegrana z „Helwetami” miała miejsce w listopadzie 2003 r., a już w kwietniu 2004 r. Liczka ponownie zjawił się w Polsce, tym razem obejmując Górnika Zabrze. Co ciekawe, usługami Czecha zainteresowana była także Polonia, ale Liczka nie był skory do powrotu na stare śmieci. – Chciałem nowego wyzwania, nie chciałem wracać do czegoś, co już było, a ponadto nie bez znaczenia jest marka Górnika Zabrze. To taka firma, jak u nas Sparta Praga – wyjaśniał w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. 50-latek już na starcie zapowiedział, że kompletnie zmieni menu swoich graczy. Obiecał również, że postara się zwiększyć frekwencję na stadionie przy ul. Roosvelta (wiosną 2004 r. liczba widzów przeważnie wynosiła 4,5 tys.).

Na stanowisku trenera zabrzańskiej ekipy Liczka zastąpił Waldemara Fornalika, który Górnikiem dowodził prawie trzy lata. W tamtym sezonie 14-krotni mistrzowie Polski spokojnie dryfowali sobie w środku ligowej tabeli. Na rejs w górne rejony ekstraklasowej stawki nie mieli szans, ale nie musieli obawiać się również, że nagły sztorm zepchnie ich do strefy spadkowej. Niemniej, gdy wiosnę A.D. 2004 gracze Fornalika zaczęli od trzech meczów bez zwycięstwa, kierownictwo klubu uznało, że czas na zmiany. Przyszły selekcjoner reprezentacji Polski na koniec swojej pracy wygrał jeszcze z Lechem Poznań 1:0, a później nastał już czas Liczki.

Do końca rozgrywek 2003/2004 jego podopieczni zdobyli tylko 11 punktów w dziewięciu meczach, ale dobry bilans z jesieni pozwolił im zachować 7. pozycję w Ekstraklasie. Przy Roosevelta nikt jednak nie panikował. Liczka miał w spokoju dokończyć bieżący sezon, a dopiero kolejna kampania w stu procentach szła na jego konto.

A w tej wciąż nie było lepiej – na półmetku rozgrywek KSG miał na koncie tylko 13 punktów. Tragiczny w wykonaniu zabrzan był okres między 7. a 12. kolejką, kiedy to przegrali aż sześć meczów z rzędu. A przecież w pierwszych sześciu seriach spotkań ani razu nie znaleźli pogromcy. Po zakończeniu rundy jesiennej Czech opuścił zabrzańską ławkę trenerską, na której w jego miejsce zasiadł Edward Lorens. Nikt jednak Liczki z Górnego Śląska nie pogonił za złe wyniki. Ten po prostu rozpoczął pracę w zespole… mistrza Polski, Wisły Kraków.

- U mnie Liczka nie zostałby nigdy zwolniony. To Wisła kiedyś się zapytała, czy nie odstąpilibyśmy jej trenera, ja mówię, że tak, ale z bólem serca. Po prostu nie mógłbym Liczce zabrać szansy w tak mocnym klubie – nie krył żalu po rozstaniu z Czechem ówczesny właściciel Górnika, Marek Koźmiński.

Doświadczony szkoleniowiec stawił się zatem w Grodzie Kraka, gdzie problemy zastał już podczas… konferencji prasowej. Jego poprzednik, Henryk Kasperczak nie mógł bowiem zaakceptować decyzji o swoim zwolnieniu i aż do prezentacji Liczki twardo stał na stanowisku, że to on wciąż jest opiekunem „Białej Gwiazdy”. Między „Henrim” a władzami krakowskiego klubu (przede wszystkim prezesem Januszem Basałajem) iskrzyło już od dawna. Wisła co prawda wciąż nie miała sobie równych w Ekstraklasie, ale w sezonie 2004/2005 znów skompromitowała się na arenie międzynarodowej (odpadła z rozgrywek Pucharu UEFA już w I rundzie po porażce w dwumeczu z Dinamem Tbilisi). Zarząd Wisły postawił więc Kasperczakowi ultimatum. Ten w jego myśl trenerem krakowian miał pozostać tylko pod warunkami, że: w razie braku awansu do Ligi Mistrzów w 2005 r. będzie mógł zostać zwolniony, bez konieczności wypłaty odszkodowania, zgodzi się na zamrożenie 30% pensji, do czasu zdobycia mistrzostwa Polski, zrzeknie się funkcji menedżera oraz nie będzie wypowiadał się w mediach na tematy pozasportowe. Były reprezentant Polski nie przystał na te warunki, więc klub ogłosił, że nowym szkoleniowcem będzie Liczka. Tymczasem Kasperczak twardo stał przy swoim – zwolnić może go tylko właściciel Bogusław Cupiał, decyzji zarządu klubu nie przyjmował do wiadomości. Doszło więc do kuriozalnej sytuacji, w której na prezentacji Czecha pojawił się Kasperczak, dalej uważający, że to on piastuje stanowisko powierzane właśnie Liczce.

Wiosną 2005 r. to jednak Liczka prowadził Wisłę. Miał utrzymać ją na mistrzowskim kursie i wywiązał się ze swoich obowiązków, ale pracował w Krakowie tylko pół roku, po czym został zastąpiony przez Jerzego Engela. To była bardzo dziwna kadencja. Tak sześć miesięcy Czecha spędzone przy ul. Reymonta opisała strona historiawisly.pl: „Liczka przejął drużynę przed 20. kolejką, kiedy Wisła zajmowała pierwsze miejsce w tabeli. Pierwsza lokata została utrzymana i tym samym Liczka zdobył mistrzostwo. Wprawdzie przewaga nad drugą drużyną wzrosła z ośmiu do jedenastu punktów, jednak drużyna bardzo straciła na stylu gry. W momencie, w którym Czech obejmował zespół, zapewniał, że wiślacy nadal będą grali to, co przedtem, ponieważ chce kontynuować pracę swego poprzednika. Ponadto obiecał poprawę obrony, aby Wisła traciła mniej bramek. Ze swych obietnic się nie wywiązał. "Biała Gwiazda" zaczęła tracić dużo więcej goli, a zwycięstwa nie były już tak okazałe jak za czasów Kasperczaka. Podczas kadencji Liczki, Wisła poniosła dotkliwą porażkę 1:5 z Legią. Była to największa porażka od czasów kiedy Tele-fonika wchodziła do Wisły”.

Maciej Żurawski z kolei powiedział, że z Liczką na ławce Wisła cofnęła się o kilka lat wstecz. Brutalniej i dosadniej krótkiej kariery Czecha w Krakowie nie można było podsumować.

Ostatnim przystankiem Liczki w Ekstraklasie była Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski. „Mistrz Polski go wyrzucił, wicemistrz przyjął” – pisała „Gazeta Wyborcza Poznań”. Drugi zespół sezonu 2004/2005 w lidze błąkał się w środku stawki, odpadł również z rozgrywek PU (aczkolwiek po bardzo zaciętych bojach z faworyzowanym RC Lens 1-1 i 2-4). Liczka miał z powrotem uczynić z Dyskobolii czołowy zespół ligi. Wśród kibiców nie było jednak wielu optymistów. W ankiecie „GW” pt. „Co osiągnie Groclin z nowym trenerem?” aż 75% odpowiedziało, że nic nie osiągnie.

I tak też faktycznie się stało. W sezonie 2005/2006 piłkarze z Wielkopolski nie wygrzebali się ze środka stawki (7. miejsce), słabo również zaczęli kolejne rozgrywki. W listopadzie skończyła się cierpliwość Zbigniewa Drzymały, które zdecydował się powierzyć opiekę nad swoim zespołem Maciejowi Skorży. Gdy tylko Liczka odszedł, jego były klub… znów zaczął wygrywać (Puchar Polski i Superpuchar Ekstraklasy w 2007 r.). Obecnie czeski trener pozostaje bez klubu po odejściu z Radomiaka Radom. Jak przyznawał w kwietniu 2016 r. na naszych łamach, na brak ofert z Ekstraklasy przez minioną dekadę nigdy nie mógł narzekać, ale zwykle przy tego typu rozmowach brakowało najważniejszego – konkretów.


Pojawiam się i znikam

Gdy Liczka w 1996 r. pomagał Uhrinowi w prowadzeniu reprezentacji Czech na EURO`96, jednym z jego podopiecznych był Radoslav Latal (w Anglii wystąpił w czterech meczach i znalazł się w najlepszej „11” turnieju). W 2015 r. Latal już jako trener z ośmioletnim stażem, również podjął się pracy w Polsce. Pracował tylko (dwa lata z przerwami) w Piaście Gliwice, ale historii, jakie przeżył z „Piastunkami” można byłoby obdzielić kilka klubów.

Zespół z ul. Okrzei przejął jesienią 2015 r. z rąk Angela Pereza Garcii. Z Hiszpanem nie można było się nudzić. Do historii przeszły jego polemiki na Twitterze z użytkownikami nie mającymi na profilu swoich zdjęć oraz robione w paincie grafiki z historycznymi rezultatami, jakie Piast notował pod jego wodzą. Gdy jednak w sezonie 15/16 niebiesko-czerwoni od samego początku okupowali dolne rejony tabeli, władze klubu uznały, że bardziej od człowieka robiącego dobrą atmosferę, na ławce trenerskiej przyda im się człowiek, który zapanuje nad chaosem nastającym w Gliwicach. Latal, choć nie bez problemów (tylko trzy punkty przewagi nad strefą spadkową), ale uratował ekstraklasowy byt Piasta, a już w kolejnych rozgrywkach rozpoczął szturm na pierwsze miejsce w tabeli.

Anglicy w sezonie 2015/2016 mieli piękną bajkę o kopciuszku z udziałem piłkarzy Leicester City. Polskimi „Lisami” byli gracze Piasta. Zespół pozbawiony na papierze wielkich nazwisk rozdawał karty, bijąc mocniejszych i bogatszych od siebie. W bramce drugą młodość przeżywał Jakub Szmatuła, obronę nie do przejścia tworzyli tacy zawodnicy jak Uros Korun, Kornel Osyra czy przede wszystkim jeden z najlepszych piłkarzy ligi polskiej w tamtym czasie – Patrik Mraz. Niekwestionowaną gwiazdą zespołu był jednak Kamil Vacek, który mógł liczyć na wsparcie Radosława Murawskiego, o którego nieprzeciętnych umiejętnościach po raz pierwszy usłyszała wówczas cała Polska. W ataku z kolei szalał Martin Nespor.

Piłkarze Latala prowadzenie objęli w 5. kolejce i przewodzili stawce aż do 23. serii spotkań. Na chwilę lejce w dłonie przekazali graczom Legii Warszawa, ale w 25. kolejce znów wysunęli się na czoło Ekstraklasy. To był jednak ostatni moment, kiedy na resztę drużyn patrzyli z góry. Po 26. kolejce na fotelu lidera znów rozsiedli się podopieczni Stanisława Czerczesowa i przewodnictwa nie oddali już do końca sezonu. „Piastunki” robiły co mogły, aby wyrwać „Wojskowym” z rąk mistrzowski tytuł. Gdyby na finiszu pokonały Zagłębie Lubin, a Legia w tym samym czasie przegrała z Pogonią Szczecin, puchar za wygranie ligi powędrowałby do cały czas wolnych gablot na trofea przy ul. Okrzei. Legioniści jednak pewnie pokonali szczecinian (3:0), zaś Piast uległ „Miedziowym” (0:1). Wicemistrzostwo Polski i tak było jednak największym sukcesem w 71-letniej historii gliwickiego klubu.

Aby nie dopuścić do tego, by kibice w Gliwicach znów czekali długo na jakiekolwiek osiągnięcia swoich pupili, Latal domagał się latem poważnych wzmocnień. Już końcówka sezonu pokazała, że jego zespół nie dysponuje dużą liczbą klasowych rezerwowych. Tymczasem do Sparty Praga z wypożyczenia wrócili główni architekci wicemistrzostwa Polski, a więc Nespor  i Vacek. Latal bardzo nalegał, by władze Piasta zrobiły wszystko, by ów duet zatrzymać na dłużej, ale nie doczekał się niczego innego poza obietnicami.

Przed rozpoczęciem sezonu w Ekstraklasie jego osłabieni podopieczni przystąpili do bojów w eliminacjach Ligi Europy. Polegli jednak u siebie 0:3 ze szwedzkim IFK Goteborg. Latal po meczu wpadł w furię. Na konferencji prasowej nie zamierzał oceniać gry swojego zespołu, tylko zaatakował władze gliwickiego zespołu. – Pewne osoby w klubie muszą zrozumieć, że przed takimi meczami drużynę się wzmacnia, a nie osłabia. Straciliśmy dwóch kluczowych piłkarzy. W ich miejsce przyszli nowi, ale to nie to samo. Jeśli w klubie nie wyciągną wniosków z tego, co się stało, może być z nami w tym sezonie bardzo kiepsko – rzucił, po czym podał się do dymisji na kilka dni przed inauguracją rozgrywek ligi polskiej.

W Gliwicach zapanował szok. Choć Latal groził odejściem już od początku przygotowań do sezonu, to wydawało się jednak, że to forma nacisku na działaczy, a nie prawdziwe zamiary. Najlepiej zachowanie czeskiego szkoleniowca ocenił portal piast.gliwice.pl:  „Ostatnio jednak wydaje się, że Latal stracił dystans do rzeczywistości, szczególnie tej finansowej. Może za wyjątkiem Barcelony czy Realu w każdym klubie po sezonie odchodzą ważni dla drużyny zawodnicy. Rolą sztabu szkoleniowego jest znalezienie ich następców, takich na jakich klub stać”.

Następcą Latala został jego rodak i dotychczasowy asystent Jiri Necek, który boleśnie przekonał się na własnej skórze, że słowa jego byłego przełożonego o ciężkim sezonie 16/17 dla gliwiczan są niczym przepowiednie mitycznej Kasandry. Niebiesko-czarni w pierwszych siedmiu kolejkach Ekstraklasy uciułali ledwie sześć punktów, odpadli również bardzo szybko z Pucharu Polski. We wrześniu stwierdzono zatem, że z Neckiem na ławce klub zmierza ku przepaści. Postanowiono zatem… ponownie dać szansę Latalowi.

Powrót Czecha na ul. Okrzei był możliwy, gdyż ze stanowiska prezesa ustąpił Adam Sarkowicz, z którym srebrnemu medaliście EURO`96 było nie po drodze. W greckiej mitologii Kasandra straciła swoją zdolność do przewidywania przyszłości, przez to, że odrzuciła zaloty Apolla, który w ramach zemsty rzucił na nią klątwę, która sprawiła, że nikt nie wierzył w jej przepowiednie.

Latal jednak przyszłość swojego zespołu przewidział bezbłędnie – już po jego powrocie na ławkę trenerską Piast był cieniem drużyny z sezonu 2016/2017. Czech prowadził „Piastunki” do marca 2017. Gdy jego podopieczni przegrali trzy pierwsze spotkania w nowym roku, gliwiccy notable nie mieli wątpliwości, że również w futbolu dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki i podziękowali Czechowi za współpracę. – Powrót do Piasta był błędem – przyznał później Latal w rozmowie z portalem futbolfejs.pl.

Drogi Latala i władz Piasta nie rozeszły się jednak wcale w marcu 2017 r. Obie strony spotykały się później jeszcze bardzo często i bynajmniej nie były to spotkania na gruncie towarzyskim. Czech podał bowiem do sądu działaczy z Gliwic, żądając od nich rekompensaty za przedwczesne zerwanie kontraktu. Zdaniem osób decyzyjnych przy ul. Okrzei Latal został zwolniony m.in. przez to, że nie przedłużył licencji trenerskiej w PZPN na prowadzenie zespołu w Ekstraklasie. Czech z kolei twierdził, że przedłużył licencję UEFA Pro w Czeskiej Federacji Piłkarskiej, zatem Piast nie mógł z tego tytułu zerwać umowy z jego winy. Piłkarski Sąd Polubowny przy PZPN w tym konflikcie rację przyznał 49-letniemu szkoleniowcowi i nakazał zapłatę odszkodowania w wysokości 250 tys. złotych! Piast ani myślał płacić i zamierzał odwołać się od tej decyzji. We wrześniu 2018 r. udało się osiągnąć pozasądowe porozumienie, w myśl którego Piast faktycznie zapłaci swojemu byłemu trenerowi za przedwczesne zerwanie kontraktu, ale kwotę nieporównywalnie mniejszą aniżeli ćwierć miliona złotych. Niesmak jednak, po tej sądowej batalii pozostał.


Ze szczytu na dno

Mieszane uczucia po sobie zostawił również Josef Csaplar, który był pierwszym zagranicznym trenerem w historii Wisły Płock. – To najzdolniejszy szkoleniowiec młodego pokolenia. Miłośnik włoskiej piłki, wielki znawca taktyki. Nikt w Czechach nie potrafi rozpracować rywala tak jak on – tak jesienią 2005 r. reklamował rodaka na łamach „Przeglądu Sportowego” dziennikarz czeskiego „Sportu”, Vladimir Kolar.

Winę za spadek ponosi trener Josef Csaplar oraz my, że nie potrafiliśmy szybciej się z nim pożegnać. Tak jak wcześniej wszystko zaplanował, odpuścił ligę, by wygrać Puchar, tak potem się pogubił. Otoczył się przeciętnymi Czechami, nie reagował na to, co się dzieje – mówił z kolei, już po zwolnieniu byłego opiekuna m.in. Slavii Praga i Slovana Liberec, Maciej Wiącek, rzecznik prasowy i kibic „Nafciarzy” od lat.

Gdzie zatem leży prawda o Csaplarze?

Faktem jest, że dał Wiśle pierwsze w historii trofea. W sezonie 2005/2006 w drodze po „puchar tysiąca drużyn” Ireneusz Jeleń i spółka wyeliminowali kolejno: Wartę Sieradz (5:0), Podbeskidzie Bielsko-Biała (3:0 i 0:0), Kujawiak Włocławek (1:0), Lech Poznań (0:0 i 1:0), a w finałowym dwumeczu faworyzowane Zagłębie Lubin, które w lidze uplasowało się na najniższym stopniu podium (3:2 i 3:1). Na deser, w starciu o Superpuchar Polski, Wisła pokonała Legię Warszawa 2:1.

Rozgrywki ligowe w tamtym czasie dla „Nafciarzy” były mniej istotne. Hasło „wszystkie ręce na pokład” obowiązywało wyłącznie w PP, w Ekstraklasie liczyło się tylko w miarę pewne zachowanie ligowego bytu, co się ostatecznie udało (11. miejsce). W kolejnym sezonie ta historia już się nie powtórzyła. Obrońcy trofeum co prawda doszli w krajowym pucharze do ½ finału, ale tym razem w dwumeczu lepsza okazała się Korona Kielce. W lidze tym razem szło jak po grudzie. Csaplar zbawców płockiego klubu upatrzył w swoich rodakach, a ci nie odwzajemnili zaufania, prowadząc nowy zespół ku II-ligowej przepaści.

Degradacyjną krew na rękach mieli tacy gracze jak Tomas Dosek, Patrik Gedeon, Tomas Michalek czy Josef Obajdin. A przecież w Wiśle Płock A.D. 2007 grało naprawdę wielu znakomitych jak na polskie warunki piłkarzy. Prym wiodła gwardia graczy doświadczonych jak: Robert Gubiec, Żarko Belada, Lumir Sedlacek czy Vahan Geworgian, pod których skrzydłami miała dojrzewać zdolna młodzież, m.in. Adrian Mierzejewski czy Sławomir Peszko. Csaplar nie potrafił jednak dokonać umiejętnej selekcji. Wilczy bilet otrzymał jednak dopiero po 23 meczach sezonu 2006/2007, a jego następca, Czesław Jakołcewicz niewiele już mógł zrobić.


Specjalista od niszczenia ludzi

Na osobny fragment zasługuje Stanislav Levy (trener Śląska Wrocław w latach 2012-2014), którego internetowa sława znacznie przekraczała trenerski warsztat i sukcesy. Z zespołem ze stolicy Dolnego Śląska zajął 3. miejsce w sezonie 2012/2013. W tych samych rozgrywkach doszedł również do finału Pucharu Polski, gdzie lepsza okazała się jednak Legia Warszawa (0:2 i 1:0). Kolejnej kampanii nie było mu dane dokończyć. Zamiast po raz czwarty z rzędu walczyć o ligowe podium, WKS pałętał się po dolnych rejonach tabeli. W dodatku, w momencie zwalniania Levego, już szóstą kolejkę czekał na zwycięstwo. Dlatego też decyzja o pożegnaniu się z Levym nikogo nie dziwiła.

Przez te niecałe dwa lata, które Levy spędził we Wrocławiu, dostarczył anegdot i historii co nie miara. Swojemu mało medialnemu wizerunkowi zawdzięcza obecność na niezliczonej liczbie memów. Fioletowa ambrozja za pazuchą, brzeszczot w kieszeni, szamotanina wisząca w powietrzu w miejscach, gdzie tylko Levy się pojawi. Oj, mieli przez ten czas kibice używanie. Chyba nie było w Ekstraklasie w XXI wieku trenera równie nieszanowanego i nietraktowanego poważnie przez piłkarską opinię publiczną.

A przecież Levy przychodząc do Śląska mógł się legitymować w miarę przyzwoitym CV. Po zawieszeniu butów na kołku (25 występów w reprezentacji Czechosłowacji) rozpoczął pracę jako asystent w klubie Tennis Borussia Berlin, by wkrótce samodzielnie objąć ten zespół. Z poważniejszych zespołów prowadził Hannover 96, 1.FC Saarbrucken czy Viktorię Pilzno. Śląsk pod jego rządami najlepsze mecze rozegrał w III rundzie eliminacji Ligi Europy, kiedy w wielkim stylu wyeliminował faworyzowany Club Brugge (1:0 i 3:3). Z Sevillą FC w kolejnej rundzie w pierwszym meczu szybko objął prowadzenie. Ostatecznie późniejsi zwycięzcy tych rozgrywek wygrali u siebie 4:1, a we Wrocławiu 5:0.

Levy kompletnie nie panował nad drużyną (nie umiał dotrzeć do Cristiana Omara Diaza, tolerował coraz większą nadwagę Sebastiana Mili), nie potrafił gasić pożarów w szatni (gdy Łukasz Gikiewicz poinformował go, że na trening w stanie wskazującym przyszedł Patrik Mraz, a reszta ekipy odsunęła się od donosiciela), nie wiedział jak umiejętnie dotrzeć do podopiecznych, sam też nie umiał w innych klubach wypatrzyć zawodników, którzy dla Śląska mogą być wzmocnieniem.

Poprzednik Czecha, Orest Lenczyk również nie był człowiekiem łatwym kontakcie i większość podopiecznych, gdyby mogła, pewnie udusiłaby go gołymi rękoma. Umiał jednak wydobyć z zawodników to co najlepsze, i to pod jego wodzą wielu zawodników w latach 2010-2012 prezentowało się jak nigdy wcześniej w karierze.

Levy takiej umiejętności nie posiadł. Najlepiej jego 15-miesięczny okres spędzony we Wrocławiu podsumował Sebastian Mila. – Potrafił tak dołować zespół, że niektórych aż było mi szkoda. Rozumiem reprymendę i sam ją czasem dostawałem. Ale on przychodził i obrażał ludzi. Trener Lenczyk był bardzo rygorystycznym oraz wymagającym szkoleniowcem, ale nie niszczył ludzi. Levy tak – wyznał na antenie nc+ kapitan wrocławian.


Bez miejsca w galerii sław

A co z pozostałymi szkoleniowcami? Miroslav Copjak (Świt Nowy Dwór Gdański – 10 meczów), Pavel Malura (Pogoń Szczecin – 2 mecze) i Martin Pulpit (Odra Wodzisław Śląski – 1 mecz) nie wygrali w Ekstraklasie choćby jednego spotkania. Tylko raz ze zwycięstwa dane było się cieszyć Liborowi Pali (Lech Poznań, Pogoń Szczecin – 8 meczów). Przerażająco słabe statystyki nie sprawiły jednak, że pamięć o 57-letnim trenerze z Karwiny wygasła, a to ze względu na jego osobliwe metody treningowe i fakt, że niespecjalnie poważał piłkarzy poniżej 170 cm wzrostu.

Dwa mecze pod wodzą Frantisa Straki wygrała za to Arka Gdynia, ale Czech nie uchronił żółto-niebieskich przed degradacją, a po klęsce ze Śląskiem Wrocław (0:5) przesądzającej o degradacji gdynian, rozpłakał się na konferencji prasowej.

Nieco lepszy bilans mają Bohumil Panik (Lech Poznań, Pogoń Szczecin – 48 meczów/15 zwycięstw) i Pavel Hapal (Zagłębie Lubin – 54 mecze/21 zwycięstw), ale i oni w zespołach, w których pracowali, nie doczekają się raczej swoich portretów w klubowej galerii sław.



KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się