var W2T_AdImage_autostart = false; var W2T_AdImage_startWith = "#mainpic3 img";



Autor zdjęcia: Paweł Iwańczuk

Rafał Borysiuk dla 2x45: Stopa wisiała bezwładnie w drugą stronę. Chciałem tylko chodzić

Autor: rozmawiał Krystian Juźwiak
2019-01-13 10:00:45

Jeszcze rok temu biegał po trzecioligowych boiskach. Po latach zmagania się z kontuzjami musiał zrezygnować z gry, ale nie zrezygnował z piłki. Został trenerem w Orlętach Radzyń Podlaski — w klubie, w którym spędził jedenaście lat życia. Złamane miał wszystko: nogę, rękę, nos. Grał z pękniętym biodrem. Antoni Szymanowski powołał go do reprezentacji U-15, ale naderwał mięsień i nie udało się zadebiutować. O produkcji sera, piciu whisky. O tym, co najważniejsze w życiu - płaczu, bólu, radości. O sędziach i piciu melisy. Trochę o nauce i trochę o przeklinaniu. O tym wszystkim opowiedział nam Rafał Borysiuk. Zbieżność nazwisk z Arielem nieprzypadkowa.

Krystian Juźwiak (2x45.info): - Pan pije whisky?
Rafał Borysiuk (Orlęta Radzyń Podlaski):
- Tak jak trener Probierz powiedział: czasami trzeba. Kończyć nie będę. A skąd to pytanie?

- Z trenerów młodego pokolenia ponoć tylko pan i Michał Probierz potrafią tak dokręcić śrubę.
- To mój pierwszy okres przygotowawczy i rzeczywiście chłopaki mówili, że tak ciężko jeszcze nie trenowali. Nie odpuszczałem im, ale efekty widać było przez całą rundę.

- Można utrzymać dobry kontakt z zespołem przy takich treningach?
- Wcale nie uważam, że było tak ciężko. To w Polsce tak się utarło, że nie można prowadzić intensywnych treningów, bo piłkarze będą narzekać. Mam młodą i ambitną drużynę. To tylko III liga, tu się świat nie kończy. Chłopaki chcą grać wyżej, zarabiać poważne pieniądze – bo u nas takich nikt nie zarobi – więc trzeba ciężko pracować.

- Jakie uczucia towarzyszyły panu, gdy trzeba było wejść do tej samej szatni w roli trenera?
- Nie miałem pojęcia, jak to będzie wyglądało. Było trochę obaw. Część chłopaków zwracała się do mnie po przezwisku. Dopiero później zaczęli "trenerować". Wszyscy musieliśmy się przyzwyczaić do tego, że nie siedzę z nimi w szatni, tylko u siebie w gabinecie. Różnie to wyglądało, ale jestem w Orlętach od wielu lat i wiedziałem z kim mam do czynienia. Byłem pewny tych ludzi. Byłem pewny, że będą mnie traktować tak, jak należy. Dziś to wszystko dobrze funkcjonuje.

- Pierwsze notatki robił pan mniej więcej jako 14-latek.
- Zacząłem u trenera Jakubca i jeszcze je mam! Znajduję przy okazji porządków. Zeszyt, a w środku pierwsze wykresy, ćwiczenia. Nie było tak, że wracałem do domu i zapisywałem cały trening. Notowałem tylko to, co akurat mi się spodobało. Od dziecka wiedziałem, jaką pójdę drogą: najpierw granie, następnie AWF, bo przecież pochodzę z Białej Podlaskiej, a potem trenowanie.

- Coś z tych zapisków można dzisiaj wykorzystać?
- Szczerze, to nic. Przeglądam sobie na zasadzie wspomnień. To było dwadzieścia lat temu. Piłka na całe szczęście poszła tak do przodu, że nic z tamtych notatek nie nadaje się do tego, żeby przenieść na dzisiejszy grunt. Teraz jest dużo większy profesjonalizm. Wtedy to były schematy. Treningi na zasadzie rzuconej piłki i narzutek. Dziś piłka jest szybsza i dużo bardziej fizyczna.

- Są problemy z frekwencją na treningu?
- Żadnych. Tu jest pełen profesjonalizm. Wszyscy mają kontrakty. Większe, mniejsze, ale mają. Każdy robi coś oprócz piłki. Sporo chłopaków studiuje na AWF-ie. Jeśli mają poważny egzamin lub zaliczenie, to nie mam problemu, żeby ich zwolnić. Szkoła jest najważniejsza. Piłka to fajny dodatek. Kariera jednemu się uda, drugiemu nie, a co się nauczysz, zostanie w głowie. Zresztą jestem też nauczycielem i to samo powtarzam młodzieży.

- Orlęta Radzyń Podlaski to najbardziej znienawidzony zespół w Białej Podlaskiej?
- Teraz tak. Jeszcze nie tak dawno temu kibice obu zespołów mieli zgodę. Nie było problemu z przechodzeniem zawodników z jednego klubu do drugiego. Pozmieniało się w ciągu kilku lat. Radzyń jest trzy razy mniejszym miastem niż Biała, a mimo to od dłuższego czasu ma lepsze wyniki niż Podlasie. Orlęta są lepsze pod każdym względem. Stąd ta nutka zazdrości.


fot. Orlęta Radzyń Podlaski

- Co czuje wychowanek Podlasia, gdy strzela bramki w derbach w barwach najbardziej znienawidzonego zespołu w okolicy?
- No tak, urodziłem się i wychowałem w Białej, ale w Radzyniu jestem już trzynasty rok. Miałem przerwę, w 2009 wróciłem do Podlasia, ale emocje to mogą targać piłkarzem, który przez dziesięć lat grał w Realu Madryt i poszedł do Barcelony, a to jest czwarty poziom rozgrywkowy. Nie ma do czego porównywać. Mam szacunek do Białej, pochodzę stamtąd, ale więcej fajnych wspomnień posiadam z Radzynia. Powiem więcej: jakbym nadal grał, to chętnie zdobyłbym jeszcze parę bramek, ale niestety nie jest mi to dane.

- Czym był spowodowany ten powrót w 2009 roku?
- Orlęta spadły, było trochę zawirowań, a Podlasie zebrało fajną drużynę i zrobiło awans do trzeciej ligi. Po prostu chciałem grać na tym samym poziomie. Uważam, że różnica między III a IV ligą jest największa w Polsce. Między II a III takiej nie ma. Niby z Radzynia do Białej jest 60 kilometrów, ale dojazdy były męczące. Po roku Rafał Wójcik został trenerem Orląt i dostałem propozycje powrotu. Fajnie było wrócić do Białej, ale na dłuższą metę trudno połączyć granie, pracę i dojazdy.

- Pracował pan w sporcie?
- Tak, miałem grupy młodzieżowe w Orlętach, ale był czas, że cała drużyna pracowała w Spomleku.

- Czym dokładnie zajmował się pan w zakładach mleczarskich?
- Sery, jogurty… Wszystko robiłem. Praca nie była taka ciężka dzięki temu, że byliśmy na kontraktach w Orlętach. Tak jak mówiłem, 90% drużyny robiło w Spomleku. Kokosów nikt na nie zarabiał, a to była ta sama trzecia liga co teraz. Pamiętam, że graliśmy z takimi zespołami jak Sandecja Nowy Sącz. Różnie było, pięć lat temu dostałem pracę w szkole.

- Czuję się pan specjalistą od serów?
- Znam cały proces i technologie powstawania sera. Ostatnie dwa lata pracowałem jako serowar, także coś tam wiem.

- To w takim razie skąd się biorą dziury w serze?
- Spomlek słynne z dziur. To właśnie w Radzyniu powstał słynny Radamer. A skąd biorą się dziury w serze? Wszystko zależy od odpowiednich szczepionek.

- Wracając, trener, który od dłuższego czasu pracował z grupami młodzieżowymi, jest za czy przeciw młodzieżowcom w Ekstraklasie?
- W niedzielę oglądałem Cafe Futbol i widzę, że głosy są podzielne. Ja jestem przeciw. Dostaną szansę za darmo. Klub będzie musiał mieć pięciu-sześciu młodzieżowców w kadrze, a oni mogliby się ogrywać w I czy II lidze. Lepszy zawodnik będzie siedział na ławce, bo musi grać młody. Wystarczy spojrzeć na Ekstraklasę: Walukiewicz, Klupś, Majecki i Szymański. Są dobrzy i grają. Nie trzeba żadnych przepisów.

- Sebastiana Szymańskiego nie byłoby w Legii, gdyby nie pan.
- To akurat nieprawda. Szymański to był taki talent, że nie trzeba było go nikomu polecać. Cały czas do Białej Podlaski przyjeżdżali skauci.

- Arek Korolczuk ma papiery na to, żeby grać w Ekstraklasie?
- Ma. Brakuje mu tylko charakteru. Powiedziałbym, że jest za bardzo ułożony, za grzeczny. Piątki, szóstki, wzorowe zachowanie. W piłkę grać potrafi. Ma 16 lat, a z powodzeniem radzi sobie w III lidze, w której gra się specyficznie. To liga fizyczna, a on od roku występuje na tym poziomie. Myślę, że ma wszystko, żebyśmy go kiedyś zobaczyli w Ekstraklasie. Były już zapytania z Piasta Gliwice. Motor Lublin regularnie dzwoni, ale nie ma sensu go posyłać do CLJ-tki, skoro tu gra w seniorach. Będę bardzo szczęśliwy, jak zobaczymy Arka chociażby w Ekstraklasie. Prowadzę go od ośmiu lat, to będzie mój sukces. Zapewniam, że talent ma.

- Antoni Szymanowski robił wrażenie na 15-letnim Rafale Borysiuku?
- To jest ciekawa historia. Byliśmy na turnieju halowym w Piasecznie. Dostaliśmy informacje, że pojawi się też selekcjoner U-15 Antoni Szymanowski. Chyba przejeżdżał. Akurat strzelałem gola za golem i trener powiedział, że selekcjoner zapisał moje nazwisko. Traktowałem to z przymrużeniem oka. Myślałem, że to sposób na zmotywowanie mnie do cięższej pracy. Minął tydzień od turnieju i dostałem telefon od dyrektora, który był też moim trenerem:
- Rafał, ważna sprawa! Natychmiast przyjdź do szkoły.

Pobiegłem, a tam powołanie do reprezentacji Polski U-15.

- Dyrektor często dzwonił do domu?
- Byłem grzecznym chłopakiem i wiedziałem, że nic nie przeskrobałem. Pod skórą czułem, że chodzi o powołanie. W trzydzieści sekund znalazłem się w szkole.

- Jeden turniej i to jeszcze halowy. To nie świadczy najlepiej o polskiej piłce.
- Dlatego nie wierzyłem w powołanie. Do reprezentacji Polski? Po turniej na hali? Nie brzmi to poważnie i dziś jest nie do pomyślenia. Teraz trzeba przejść szereg konsultacji, a na każdej jest dwudziestu chłopaków i od kilkudziesięciu trzeba być lepszym. Funkcjonowało to, jak funkcjonowało, ale trener miał nosa, bo dużo chłopaków porobiło kariery: bracia Brożkowie, Antek Łukasiewicz, Grzesiek Kasprzik, Kamil Kuzera czy Paweł Strąk.

- Jaki był młody Paweł Brożek?
- Technika, szybkość. Talent po prostu. Widać było, że to będzie piłkarz przez duże „P”.

- Za atmosferę odpowiadał Kamil Kuzera?
- Albo on, albo Grzesiek Kasprzik z Pawłem Strąkiem. To była bardzo fajna, wesoła grupa. Oni wszyscy się znali. Większość była z Wisły Kraków, a ja z Białej Podlaskiej. Trzy czwarte chłopaków nie wiedziało, gdzie to jest, nie mówiąc już o klubie. Tym bardziej rozpierała mnie duma, że z takiego miasta można się wybić. Niestety naderwałem mięsień na treningu i nie mogłem zagrać z Węgrami. Wróciłem, poszedłem na trening seniorów i złamałem rękę. Tych kontuzji mogę wymienić multum. Przez to skończyłem swoją przygodę. Może to nie były poważne kontuzje jak zerwanie achilesów, ale cały czas coś było złamane: noga, ręka, nos. Wszystko na boisku.

- Skąd ta podatność na kontuzje?
- W młodym wieku byłem eksploatowany. Grałem i w juniorach, i w seniorach. Junior młodszy i starszy. Trenowało się w Białej na piachu, a po treningu szło się grać na asfalcie pod szkołą. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale być może to miało jakiś wpływ. Dzisiaj młodzież jest bardziej świadoma. Chociaż, tak jak mówiłem, nie miałem takich stricte piłkarskich kontuzji, tylko złamania. Wszystko w ferworze walki. Jedyna kontuzja mięśniowa to naderwanie na kadrze U-15.

- Pamięta pan mecz z Janowianką?
- Znosili mnie na noszach. Syn kiedyś zobaczył u babci wycinek z gazety. Trzeba było mu opowiedzieć... Znów kontuzja w ferworze walki. Pierwsza minuta drugiej połowy. Spadł mi zawodnik na nogę. Pamiętam kto, kiedy, gdzie i jak. Tego się nie da zapomnieć. Złamana kostka boczna i roztrzaskana kość piszczelowa. Noga wisiała w drugą stronę. Coś strasznego.

Nie myślałem o piłce. Stopa wisiała bezwładnie w drugą stronę. Chciałem tylko chodzić. To był wrzesień, a ja miałem studia na AWF-ie. Nieraz ludzie pomagali mi wstawiać, bo kule mi uciekły i się wywróciłem. Czułem bezradność.

Trzeba było wyciągnąć śruby z kostki. Z dużą pomocą trenera Cicirko wróciłem do zdrowia. To on załatwił mi profesjonalną operację w Warszawie. Po zabiegu w zwykłym szpitalu pewnie nie byłbym gotowy do grania.

- Po czymś takim bardziej docenia się zdrowie.
- Nie mogłem się wykąpać nawet. Moja, dzisiaj już, żona ubierała mnie, rozbierała, kąpała. Zdrowie jest najcenniejsze. Piłka to fajna sprawa, ale jedynie najważniejsza rzecz z najmniej ważnych.

- Mogło być inaczej. Był pan na testach w Warcie Poznań.
- Ale potoczyło się, jak potoczyło. Widocznie tak musiało być.

- Ma pan żal do Podlasia?
- To na pewno było bardzo pozytywne doświadczenie. Ciężko się stąd wybić. Prezesem Warty był tato Maćka Żurawskiego, a wiceprezesem – nie pamiętam jego nazwiska – pan z Białej Podlaskiej. Przyjechali tutaj na mecz. Po nim dostałem telefon od trenera:
- Dałem twój numer prezesom Warty Poznań.

Nie minęło dziesięć minut i dzwoni moja pierwsza komórka. Zaprosili mnie i Jarosława Szendela na dwutygodniowe testy. Poznań ładne miasto, Warta w pierwszej lidze. Zupełnie inny świat niż nasza wschodnia ściana. Spodobaliśmy się, ale poszło o pieniądze.

- O ile?
- Słyszałem, że Warta dawała za nas dwóch 12 tysięcy. Na co ktoś w Podlasiu miał powiedzieć, że „wyjmie 20 tysięcy, żeby zostali”. Znam to tylko ze słyszenia, ale przypuszczam, że tak mogło być.

- Z drugiej strony jest pan legendą w Radzyniu.
- Niczego nie żałuję. Widocznie tak miało być. Obejmując Orlęta, powiedziałem sobie: nie wykorzystałem pięciu minut na boisku, ale teraz nie zmarnuję czasu jako trener. Odkuję się. Zacząć od trzeciej ligi to jest coś, ale nie chcę zostać na tym poziomie. Robię wszystkie kursy. Samo nic nie przyjdzie. Na pewno nie odpuszczę.


fot. Karol Niewęglowski/UM Radzyń Podlaski

- Pana nie zgubiła zawziętość?
- Zgubiła. Jak bolało, to brałem odpowiednią tabletkę i biegałem 90 minut. Teraz musiałem skończyć z grą. Ciągnęła mnie pachwina. Okazało się, że mam pęknięte biodro. Specjalista pukał się w głowę. Pytał, jak mogłem grać z takim urazem, ale brało się tabletkę, odpuściło trening i na sobotę byłem gotowy.

Maj-czerwiec jeszcze grałem. Lipiec pół na pół. Zagrałem pierwsze pięć kolejek z bólem i w końcu powiedziałem pas. W grudniu wziąłem zastrzyki i myślałem, że będzie dobrze. Nawet zagrałem w sparingu z Wisłą Puławy, ale lekarz powiedział, że jak nie chcę być kaleką, to muszę z tym skończyć. A jeszcze bym pograł parę lat! Stres na boisku jest dużo mniejszy niż na ławce.

- Pogodził się pan z zakończeniem kariery?
- Pamiętam ten dzień. To był luty. Przyjechałem do chłopków na trening, powiedziałem, jaka jest sprawa i że muszę skończyć. Dostałem brawa. Każdy mnie przytulił. Oni pojechali trenować na orliku, a ja zostałem w szatni i płakałem. Nie będę zgrywał bohatera: po prostu płakałem. To było najgorsze piętnaście minut w moim życiu. Teraz już nie mam z tym problemu.

- Potrzebny był więcej niż ten kwadrans, żeby wszystko sobie poukładać?
- Byłem wtedy asystentem Damiana Pańka. Poprosiłem go o tydzień wolnego. Chciałem na chwilę odpocząć od drużyny. Mimo bólu szedłem na trening i liczyłem, że będzie nieparzyście. Lekarz zabronił, ale wchodziłem do gierki i cieszyłem się jak dziecko.

- Pierwszym sukcesem trenerskim jest chyba pański brat.
- Brałem Ariela, kilku chłopaków z bloku i robiłem im trening. Rozgrzewka, ćwiczenia. Coś tam próbowaliśmy. Z bratem spędzaliśmy całe popołudnia. Nieraz miał łzy w oczach, ale krzyczałem, żeby się nie poddawał. Obaj mamy zacięcie i ciężko było nas zgonić z boiska. Schodziliśmy dopiero, jak była ciemna noc.

- Przez pana Ariel nie został słynnym siatkarzem.
- Naprzeciwko naszego bloku była szkoła, która specjalizowała się w siatkówce, a klasy piłkarskie były w TOP-54, kawałek dalej. Nawet nauczyciel przychodził do domu i namawiał rodziców, żeby posłali brata do szkoły siatkarskiej. Rodzice jak to rodzice, szkoła przez ulicę, to niech tam chodzi. Nie pozwoliłem na to. Skoro ja dojeżdżałem do liceum, to mogłem go brać ze sobą. Nie było możliwości, żeby on został siatkarzem. Zresztą to nie miało sensu, zawsze był napalony na piłkę.

- Musiał mieć talent jak nauczyciele przychodzili do was do domu.
- Większy miał do piłki. Co turniej to król strzelców. Dopiero w Legii trener Urban przestawił go na defensywnego pomocnika. U nas się nie przelewało, ale nie było mowy, żeby Ariel nie pojechał na jakieś zawody. Czasami opłaty były zbyt wysokie jak dla nas, ale przychodzili trenerzy i mówili do mamy:
- Niech się pani nie martwi. Bez niego nie pojedziemy.

- Z ręką na sercu, kto z was ma lepszy strzał z dystansu?
- Jeśli chodzi o młotek w nodze, to nie mam podjazdu, ale Ariel takiego rogala jak ja nie zawinie. Wyrównuje się.

- Rafał Borysiuk – brat Ariela. Tak się o panu pisze mediach.
- Ile razy na boisku słyszałem, że wszystko zawdzięczam bratu. Różne rzeczy padały. Ktoś powiedział, że skończyłem studia dzięki Arielowi, gdzie on wtedy ani nie grał w Legii, ani nie miał wtedy nawet 14 lat. Nie przeszkadza mi to. Jestem dumny. Chłopak z takiej Białej Podlaskiej zagrał w reprezentacji i Bundeslidze. Każdego temu życzę. W ostatnich latach kariera Ariela mogła się inaczej potoczyć, ale jestem pewny, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Zobaczymy go jeszcze z orłem na piersi.

- Sędziowie ucieszyli się, gdy zakończył pan karierę?
- Były ze dwa takie śmieszne przypadki. Główny się pyta, czego nie gram, no to tłumaczę, że buty już odwiesiłem na kołek. Westchnął tak, że chłopaki się śmieli. Wiele się nie zmieniło. W tej rundzie trzy razy wyrzucali mnie na trybuny. Mam taki charakter. Walczę z tym, jak mogę, nawet żona kupiła mi herbatę z melisą… Po meczu przychodzi refleksja. Sędziowie to są ludzie. Mogą się pomylić, ale łatwo ze mną nie mają.

- Rozmawiamy już godzinę, a pan jeszcze nie przeklnął.
- Nie mogę! W szkole jestem wychowawcą, przykład muszę dawać! Mało przeklinam, tylko na meczach emocje biorą górę.

- W Oświęcimiu wzięły.
- Niesłusznie wyrzucili mnie na trybuny, ale zostaliśmy pozbawieni gola w ostatniej minucie. Nawet trener Soły przyznał, że to kabaret w wykonaniu sędziego. W ogóle nie kontrolował tego, co się działo na boisku.

- Sędzia za słaby na III ligę czy podejrzenie kręcenia?
- Nigdy w życiu nie powiedziałem, że ktoś kręci. Jest materiał wideo, każdy może sobie zobaczyć, co się działo w Oświęcimiu. W Ekstraklasie, jakie błędy popełniają arbitrzy, to czego wymagać od czwartego poziomu rozgrywkowego.

- Jest lepsze miejsce w Polsce, żeby rozwijać się trenersko niż Biała Podlaska?
- Prezes Boniek poszedł na wzór włoski i umieścił szkołę trenerów nie w stolicy, a w takiej małej Białej Podlaskiej. To jest dobre rozwiązanie. Tu nie ma tyle pokus co w Warszawie. Spotyka się grupa trenerów, też ludzie, mogłoby im coś wpaść głupiego do głowy, a zapisując się na kurs, trzeba się skupić na nauce. W Białej nie ma czym się rozpraszać. Część trenerów narzeka, bo ma daleko, ale dla mnie to żaden problem. Mam szkołę pod nosem i niedługo wybiorę się na zajęcia.

 

 


KOMENTARZE

Stwórz konto



Zaloguj się na swoje konto




Nie masz konta? Zarejestruj się